Pierre Nitzsche

Przewodnik. Młody, fajny czlowiek. Napisałbym „facet”, ale nie chcę, żeby ktokolwiek z czytelników jakkolwiek niepoprawnie to zrozumiał. Znający historię w swoim temacie i pewnie nie tylko. I co najważniejsze w tym zawodzie – wygadany. To bardzo dobrze! Ale…

Pominę, że goni. To można zrozumieć. Przecież jak się ludzie decydują na tego typu wycieczki, to powinni sobie zdawać sprawę, że obowiązuje przynajmniej średnia kondycja, żeby nie zostawać w tyle. Pominę też, że całodniowa wycieczka zwykle rozpoczynająca się bardzo wcześnie powinna mieć dobrze rozplanowane dwie przerwy na posiłek, a nie piętnastominutowe, w czasie których głównie stoi się w kolejce do toalety. Ale ok, to też rozumiem, chociaż dzieci absolutnie nie powinny być głodne przez cały dzień. Rozumiem, bo przecież „im szybciej się wyrobimy, tym spokojniej będzie później”, a przecież nie ma jak wcześniejszy fajrant ;)

Pominę też, że nie dość wyraźnie przekazuje najistotniejsze komunikaty dotyczące spraw organizacyjnych samej wycieczki, przez co niektórzy w zachwycie nad obiektem, w którym się właśnie znajdują, mogą w tłumie obcych stracić „wątek wycieczki” oraz samego przewodnika. Zdarza się nawet najlepszym, bo przecież „kto w mowie nie uchybia, jest doskonały”, a doskonali ludzie nie istnieją.

Pominę. Napisałem to słowo dwa razy, więc choćby troszkę złośliwi mogą powiedzieć, że jest odwrotnie, że specjalnie tak napisałem, żeby tego nie pominąć. Może trochę racji. Ale rzeczywiście nie to jest najważniejszym punktem dzisiejszego wpisu. Najważniejszym jest język. Właśnie dla niego tu przyjechaliśmy. Mogliśmy wybrać jakiekolwiek inne miejsce, ale wybraliśmy Polskę po to, żeby Eyja mogła cieszyć się językiem polskim. Żeby mogła w nim rozmawiać z ludźmi zupełnie jej obcymi, co nie zdarza się w naszym środowisku, bo tu rozmawiamy albo z członkami naszej rodziny, albo ze znajomymi. Już będąc na promie, z wyraźnym zachwytem w głosie stwierdziła: „Tu wszyscy mówią po polsku!”

No i właśnie tego jednego nie mogę pominąć. Język. Mój ojczysty. Tak piękny. Tak bogaty. Tak skomplikowany, że wręcz nieosiągalny dla ludzi nie posługujących się od dzieciństwa żadnym z języków słowiańskich… Otóż ten język, który mógłby być tak piękny w ustach przewodnika a za razem w uszach naszych dzieci, wcale taki piękny nie jest, bo oto przewodnik co kilka zdań wtrąca przynajmniej dwa wyrazy, bez których chyba sobie nie radzi: „PIERDZIELĘ” i „PIERNICZĘ”

I tak w ciekawych historyjkach słyszymy jak jakiś król coś „SPIERDZIELIŁ”, albo „OPIERDZIELIŁ” swoją małżonkę, bo ona coś „SPIERNICZYŁA”, albo kogoś „WYPIERNICZYŁA” z uczty itd, itd… I jak ma to zrozumieć dziecko, które nigdy nie słyszało takich wyrazów?

Panie przewodniku! Jest nad czym popracować. A tym czasem u mnie na blogu ma pan przezwisko: Pierre Nitzsche

Pozdrawiam.

Wakacje

Rok bez wakacji, to rok stracony, a już na pewno nie taki, jak z wakacjami. Wakacje się po prostu należą każdemu dzieciakowi. I chociaż za każdym razem na zawołanie „dzieciaki!”, Szachista odpowiada w ten sam sposób: „jeden dzieciak”, to i tak dla nas wciąż jest dzieciakiem, bo dużo z dzieciaka w nim pozostało, mimo wieku. Ja sam w pewnych obszarach też czuję się dzieciakiem, bo przecież „w każdym mężczyźnie siedzi mały chłopiec”. A w kim z nas nie siedzi? :)

W poprzednich latach, od kiedy urodziła się Eyja, bywało różnie, ale takich prawdziwych wakacji nie mieliśmy. Rok temu cały urlop poświęciłem pracy, którą po prostu musiałem wykonać, chociaż cały czas przypominały mi się słowa mojego kierownika sprzed lat, który mówił, że urlop powinien być urlopem. „Urlop jest wypoczynkowy, nigdy nie poświęcaj go na remont, czy podobne zajęcia…” Miał rację, a ja w zeszłym roku wraz z rodziną straciłem tę cenną, wspólną chwilę.

W tym roku było inaczej. Wszystko inne, to co pilne dokończyłem wcześniej, a to, co mniej ważne poprzekładałem, zaplanowaliśmy wyjazd i… udało się :) Byliśmy trochę nad polskim morzem, trochę w górach – w ulubionej Szklarskiej Porębie, trochę na wycieczkach w sąsiednich Niemczech i Czechach w ciekawych, pięknych miejscach. Głównym celem wyjazdu było pokazanie Eyji Polski, fajnych miejsc w niej, stworzenie możliwości rozmawiania z szerszym otoczeniem w języku polskim. To też się udało. Kilka ciekawszych szczegółów z wycieczki postaram się opisać w następnych postach.

Teraz, co prawda jeszcze nie planuję, ale już myślę o następnym roku i urlopie, bo przecież „znów będą wakacje…” :)

Latarkowe spacery

Spacer po ciemku – czy może być dla dziecka przyjemnością? Wcześniej z Synem tego nie próbowaliśmy. Nie wiem dlaczego. Nigdy na to nie wpadłem. Tym razem jest inaczej. Tym razem mam jakąś nieodpartą ochotę pokazywać dziecku wszystko i bardzo intensywnie, jakby szkoda mi było czasu, przecież czas, w którym czegoś razem nie przeżywamy, rzeczywiście jest stracony. Bywa na co dzień, że jestem zmęczony po pracy i nic mi się nie chce, ale jak się nie ruszę, żeby jakoś spędzić z córką czas, to potem mnie to gryzie. No i jeszcze myśl, że przecież życie jest tak kruche… Co jak nie zdążę?

Jeszcze na jesieni, kiedy dzień robił się już tak krótki, że po mojej pracy czekał nas tylko zmierzch i prędko zapadająca ciemność, postanowiłem, że się temu nie poddam, nie będę siedział z dzieckiem w domu tylko dlatego, że na dworze jest już ciemno. To jakby nie wychodzić na spacer, bo pada deszcz… Kwestia nastawienia. Jest takie szwedzkie przysłowie, które w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Nie ma złej pogody, jest tylko zły sposób ubierania się” i podobnie jest z małą ilością światła w porze jesienno – zimowej. Eyja od samego urodzenia była wywożona na drzemkowe spacery, dlaczego tego nie kontynuować? Nie siedzimy w domu narzekając, że ciemno, buro i ponuro. Po prostu bierzemy latarki i kamizelki odblaskowe i robimy piesze wycieczki.

Podczas pierwszej takiej wycieczki myślałem, że Eyję obleci strach, albo szybko się zniechęci. Ale wcale tak nie było. Wręcz przeciwnie, gotowa była wejść w każdy zakątek parku, na każdą leśną ścieżkę. To była świetna przygoda, kiedy widać było tylko to, co oświetlało światło latarki tam, gdzie oświetlenie uliczne nie docierało. Tutejsze place zabaw są trochę oświetlone, ale i tak większość uznałaby, że tego światła jest za mało, że jest na tyle ponuro, że lepiej w tym czasie posiedzieć w domu. My jednak wybieramy zjeżdżalnie gdy jest wystarczająco sucho, karuzele, koniki na sprężynach i tory przeszkód. Bardzo miło jest też po prostu na huśtawkach, Eyja siedzi na jednej, ja na drugiej, bujamy się i rozmawiamy. Najczęściej to ja opowiadam o otaczającej nas przyrodzie, zjawiskach na niebie, albo o wydarzeniach z mojego dzieciństwa. Czasami też opowiadam jej o Szachiście, jaki był, co robił, gdy był mały. I wszystko to w przyjemnej atmosferze przy świetle latarek.

Już za cztery dni równonoc, więc będzie widno. Ale jak tylko przyjdzie jesień… latarka do ręki! Tymczasem pora na wycieczkę do lasu przed świtem w celu posłuchania leśnych zwierząt. Mamy duże szanse spotkać sarny, łosie, lisy, zające, ale to, co kusi mnie najbardziej, to pohukiwanie sowy. W pobliskim lesie mieszka sowa, która prawie co rano tak głośno nawołuje, że przez otwarte okno słychać u nas w domu :) Więc jeszcze latarek nie odkładamy ;)

Język – twoja tożsamość

Jakiego języka chcielibyście nauczyć swoje dzieci, gdybyście mieli taką możliwość? Pewnie rozważając to trzeba wziąć pod uwagę kilka czynników jak przydatność, skala rozpowszechnienia, łatwość. Być może też nie bez znaczenia dla niektórych będzie melodyka mowy.

Jakiś czas temu czytałem w pewnym artykule na ten temat, że wiele osób na emigracji w ogóle nie uczy swoich dzieci polskiego. Mówią, że do niczego się ich dzieciom nie przyda, bo przecież ani oni sami do Polski już nigdy nie wrócą, ani ich dzieci też nie wyjadą, żeby tam mieszkać. Ewentualne interesy można prowadzić posługując się na przykład angielskim. Szkoda więc czasu i wysiłków na polski, lepiej żeby od razu skoncentrowały się na jak najlepszej nauce tego właściwego języka, a pomóc w tym ma rezygnacja z rozmów w języku ojczystym. Sporo argumentów przeciwko nauce polskiego pojawiło się w komentarzach to tego artykułu.

Co o tym myśleć?

Opowiem Wam o kobiecie, której staliśmy się sąsiadami przeprowadzając się tu, gdzie teraz mieszkamy. Bardzo sympatyczna, mieszka tu już jakieś trzydzieści lat. Wyszła tu za mąż i urodziła małą gromadkę dzieci. Początkowo mówiła do nich po polsku, bo chociaż zdolna i szwedzki pochłaniała bardzo szybko, czuła że polska mowa, to jej naturalna mowa, a poza tym, chciała swoje dzieci nauczyć też polskiego. Coraz częściej jednak spotykała się ze sprzeciwem ze strony męża – Szweda, który pod naciskiem swojej rodziny zaczął jej dokuczać wypowiedziami typu „mów po ludzku do dzieci”. Odpuściła. I chociaż jakiś tam kontakt z polskim dzieci miały dzięki rodzinie, która regularnie odwiedzała ją i wnuki, to jednak ich znajomość języka ograniczyła się do biernego rozumienia mowy. Żadne z jej dzieci do tej pory nie potrafi nawet prostego zdania po polsku wypowiedzieć do rodziców, czy rodzeństwa swojej matki. Na szczęście polska część rodziny, chcąc utrzymywać żywy kontakt, nauczyła się trochę szwedzkiego. Komu byłoby łatwiej? Kto skorzystałby bardziej?

Warto dobrze mówić po polsku nie tylko po to, żeby od czasu do czasu móc się porozumieć z rodziną, albo będąc z wizytą w Polsce. Na Polaków można natknąć się właściwie w każdym zakątku kuli ziemskiej. Dzięki znajomości polskiego, można skorzystać z nieprzebranego bogactwa pięknej literatury napisanej właśnie po polsku i rozkoszować się czytaniem jej w oryginale, a nie przekładzie, który nigdy nie odda w całości ducha tego, co pisał autor, bo jak w innym języku przeczytać „Pana Tadeusza”, Trylogię i wiele innych dzieł?

Podobno każdy mieszkaniec Ziemi jest zdania, że jego język jest najpiękniejszy. Nawet jeśli nie każdy, to ja stanowczo należę to tych, którzy tak twierdzą. Polski język jest jednym z najpiękniejszych i najbogatszych, i jestem zdania, że wpojenie go swoim dzieciom, to podstawowy obowiązek każdego polskiego rodzica na emigracji.

Poczucie straty

Jeszcze będąc w wieku przedszkolnym dostał pierwszy zegarek na rękę, z którym bardzo trudno było mu się rozstać. Szybko nauczył się odczytywać godziny i zerkał na zegarek dość często. Któregoś dnia, kiedy tylko zajechaliśmy do przedszkola wszystko było w porządku dopóki nie wszedł między dzieci. Zauważył wtedy, że zapomniał zegarka. Podniósł niesamowity krzyk, ale nie potrafił powiedzieć o co chodziło, dopiero po chwili dowiedzieliśmy się, że o zegarek. Nie pomogło tłumaczenie, że zegarek przecież jest w domu i kiedy wróci, będzie mógł dalej z niego korzystać. Musiałem mu go przywieźć pędząc samochodem najlepiej „na sygnale”. Później w domu tłumaczyliśmy mu sytuację i możliwości rozwiązań, ale trudno było po nim odczytać czy to do niego dotarło.

Od tamtego wydarzenia staraliśmy się pamiętać razem z nim o tym, żeby niczego nie przeoczył. Czasami go sprawdzaliśmy podchwytliwym działaniem, np. wychodząc z domu pytaliśmy czy zabrał ze sobą wszystko, co chciał, zwłaszcza kiedy zauważyliśmy, że nie. Jeśli mówił, że wziął wszystko, to pytaliśmy o tę konkretną rzecz, o której wiedzieliśmy, że chciał ze sobą mieć.

Czasem w naszych codziennych rozmowach poruszaliśmy temat strat. Tłumaczyliśmy, że czasami ludzie ponoszą ogromne, nieodwracalne straty i nic nie można na to poradzić, a najlepszym wyjściem jest po prostu tę stratę przeboleć.

 

Keps – czapka bejsbolówka, czapka z daszkiem, albo sam daszek na pasku. Szachista często takich czapeczek używał ze względu na wrażliwość oczu na światło słoneczne.

Helsingborg. Kto nie był, polecam. Spore miasto położone nad cieśniną Öresund. Po drugiej stronie cieśniny leży duńskie miasto Helsingør. Widać je wyraźnie, bo oba brzegi są od siebie oddalone o jakieś cztery kilometry, czyli praktycznie rzut beretem. Przystań promową w Helsingborgu i pobliską plażę oddziela wysoki, murowany falochron o łukowym kształcie, który nie tylko chroni statki przed falami, ale jest bardzo lubianym obiektem. Masowo przychodzą tutaj spacerowicze, turyści, wędkarze, a latem miłośnicy skoków do wody z dużych wysokości całymi dniami oddają się swojemu ulubionemu zajęciu.

Znam i lubię ten zakątek od czasów kawalerskich i postanowiłem pokazać żonie i dziewięcioletniemu wtedy synowi to nabrzeże, te widoki i ten falochron, który znali już z moich wspominek o pewnym niezwykłym zjawisku wędkarskim, którego byłem naocznym świadkiem pewnego dnia wiosną 1991. Tym razem było spokojnie i prawie pusto w porównaniu z tamtym dniem. Prawie w ogóle nie było ludzi na chodniku falochronu, tylko wiało tak, że flagi łopotały na masztach. Kiedy byłem tu pierwszy raz, było bezwietrznie. Na całym falochronie stało z dwustu wędkarzy, dosłownie jeden przy drugim i wszyscy jak jeden, zarzucali wędkę i wyciągali rybę… zarzucali i wyciągali i tak za każdym razem. Nieskończona masa ryb. Nawet nie trzeba było używać błyszczka, wystarczyła kotwiczka, albo zwykły haczyk, który i tak zaczepiał się przeważnie na skrzelach. Miałem wrażenie, że każdy jeden wędkarz złowił tyle ryb, ile razy zarzucił. Ławica belony była ogromna i prawdopodobnie przypływ skierował ją na te wody, a wędkarze rozeszli się do domów dopiero późnym wieczorem, każdy z niezłym zapasem jedzenia za darmo…

Opowiedziałem swoim tę historię, a potem wziąłem syna na plecy, żeby wspiąć się na wyższy poziom falochronu, z którego skakali młodzi ludzie do wody i pokazać synowi jak skaczą. Sam oczywiście też byłem ciekaw. Żona wtedy wycelowała w nas aparat i pstryk. Chwilę później Syn zaczął krzyczeć. Co jest grane?

– Dlaczego krzyczysz?

– Keps!.. Spadł mi keps!

Silny wiatr zerwał mu z głowy daszek i rzucił na morskie głębiny. Trudno – pomyślałem i zacząłem mu tłumaczyć, że zaraz w jakimś sklepie kupimy nowy, ale Syn wcale nie przestał krzyczeć. Jego poczucie straty dopiero zaczynało narastać. Nic go nie uspokajało, ani moje argumenty, ani Żony. I wtedy pomyślałem, że przecież można odzyskać stracony daszek i po raz kolejny nauczyć Syna czegoś pozytywnego. Nauczyć go, że niekiedy można straconą rzecz odzyskać. Tylko jak teraz daszek wyłowić? Nie, nie wskoczyłem sam. Nie byłem na to przygotowany. Poprosiłem jednego z tych, co skakali, a miły chłopak się zgodził i dziesięć minut później syn nasz z powrotem miał daszek na głowie.

Później w domu znów rozmawialiśmy na temat strat. Tłumaczyliśmy mu, że czasem trzeba się z taką stratą pogodzić, bo nie wszystko w życiu można odzyskać. Są takie straty, których nie zrekompensuje żaden zysk. Jedną z takich strat była strata podudzia, kiedy był malutki. Ale on nie patrzy na to w ten sposób. Być może dlatego, że z tym rósł i nie zna siebie innego, nie wie jak sprawny mógłby być, gdyby nogi nie stracił. Wiemy z żoną, że brak kawałka nogi siedzi gdzieś w jego głębi. Kiedy był mały, lubił rysować. Kiedy rysował siebie, jedna jego noga na rysunku była bardzo wyolbrzymiona, a rysowanie siebie zaczynał właśnie od tej brakującej nogi. Innymi nieodwracalnymi stratami są zabrani przez śmierć bliscy – niedawno Dziadek, a wcześniej Brat, którego nawet nie miał szans poznać.

Wszystkie inne straty są do pogodzenia, a nawet do odzyskania i w takim duchu wiele razy rozmawialiśmy z Synem. Tłumaczyliśmy mu, że nie warto reagować krzykiem w takim momencie, przecież można kupić sobie nową rzecz.

Moja nadzieja, że Syn wyciągnął z tego jasny wniosek i nie będzie reagował krzykiem, była złudna. Jakiś czas później Syn stracił w podobny sposób swoją ulubioną kłódkę, a jego reakcja była podobna. Później o tych małych stratach zapomina, ale pierwsza jego reakcja często bywa okropna.

Z czasem na spotkaniach z jego psychologiem doszliśmy do wspólnego wniosku, że to nie tyle same straty wpędzają go w taki stan, co zaburzenie jego codziennych rutyn, do których te straty mogą doprowadzić. To była dla nas pewnego rodzaju eureka, bo mogliśmy się przed pewnymi reakcjami zabezpieczyć np. zabierając ze sobą zapasowy keps, czy inną ulubioną rzecz, którą musiał mieć przy sobie. Rzeczywiście to działało. Syn nie reagował już tak na stratę, kiedy wiedział, że w samochodzie jest druga rzecz, która zastąpi tę straconą.

Po wywołaniu wszystkich zdjęć z wycieczki okazało się, że żonie udało się zrobić jedno z najlepszych zdjęć w życiu. Jestem na nim ja zadowolony z przerażonym Synem na plecach, a pół metra od jego głowy wiszący jeszcze w powietrzu keps ;)