Słodka sobota

Jak często jesz słodycze? A jak często częstujesz nimi dzieci?

Lördagsgodis – Co to takiego? To w Szwecji narodowy zwyczaj jedzenia słodkości wyłącznie w jeden dzień tygodnia – właśnie sobotę. Oczywiście spożywanie cukierków, czekoladek, czy innych łakoci nie jest zabronione w inne dni tygodnia, ale wszyscy, a zwłaszcza dzieci są zachęcane do ograniczania dogadzania sobie słodkościami jedynie do sobót. My też przyjęliśmy ten zwyczaj zaraz po przeprowadzce, bo uznaliśmy, że jest słuszny i sami chcieliśmy, żeby korzystał z tego nasz syn, a od niedawna też córka. A ponieważ przykład idzie z góry – od rodziców, więc my też nie jemy słodyczy w inne dni tygodnia.

Skąd się to wzięło i po co to wszystko?

Pojęcie Lördagsgodis (w wolnym tłumaczeniu Sobotnia słodycz) powstało w latach 50-tych i 60-tych. Zachęcano wtedy rodziców i prawnych opiekunów, żeby każda rodzina u siebie wprowadziła ten zwyczaj i w ten sposób objąć nim cały kraj. Jak wiadomo, przesadne spożywanie cukru, czy produktów na nim produkowanych nie jest korzystne dla zdrowia. Ale na początku nie chodziło o nadwagę, a o zdrowie zębów. No i do tej pory chodzi przede wszystkim właśnie o zęby.

Próchnica!

Na początku XX wieku próchnicę miało 99,9% szwedzkiego społeczeństwa, czyli praktycznie wszyscy – młodzi, starsi, dzieci, nawet te najmłodsze miały próchnicę na mleczakach! Trzeba było temu jakoś zaradzić, a do tego potrzeba było badań.

Ciemna strona Lördagsgodis

Do badań potrzeba było dużo ludzi, na których można by przeprowadzić eksperyment. Gunnar Dahlberg – lekarz (zajmujący się między innymi badaniem ras ludzi) odpowiedzialny za statystykę ustalił, że żeby eksperyment był statystyczne wiarygodny, trzeba było poddać eksperymentowi 1000 osób. Wcześniejsze eksperymenty o podobnej skali były przeprowadzane na więźniach, albo dzieciach w domach dziecka, ale bez powodzenia z powodu dużej rotacji podopiecznych w tych instytucjach. Trzeba było wybrać innych. Wybór padł na pacjentów Vipeholmssjukhusset – ośrodka dla „tępych umysłowo i idiotów” w ówczesnej terminologii – znajdującego się w Lund.

Eksperyment

Badacze wraz z odpowiednimi władzami ustalili jaką dietę wywołującą próchnicę mieli dostać pacjenci, żeby osiągnąć oczekiwany rezultat. Pewnej grupie pacjentów podawano duże ilości specjalnego toffi zwanego Vipeholmstoffee. Kiedy eksperyment zakończono po prawie dziesięciu latach, wszyscy pacjenci mieli wysoko zaawansowaną próchnicę.

Nikt z krewnych tych pacjentów nie został nawet poinformowany o tym eksperymencie, nikogo z rodzin nie nigdy nie spytano o zgodę.

Badanie wykazało, że większa konsumpcja słodyczy w jednym dniu tygodnia jest mniej szkodliwa niż umiarkowana ilość spożywana każdego dnia, co rozpoczęło całą kampanię.

Do dziś jednak sam sposób przeprowadzenia eksperymentu wywołuje wiele emocji w dystkusjach. Nikt nie wiej jak pacjenci przeżywali to badanie, bo żaden pacjent nigdy nie miał sposobności o tym opowiedzieć.

 

 

Mówić, czy milczeć?

Odwieczny dylemat. Właściwie byłaby to indywidualna sprawa każdej osoby gdyby nie to, że da się zauważyć. Prędzej, czy później przy bliższym poznaniu i tak wyjdzie na jaw, że coś jest nie tak, ale jednak jest coś krępującego. Jakiś czas temu spotkałem się z opinią, z którą rzeczywiście się zgadzam, że na różne choroby mamy różne spojrzenie i że są choroby mniej, lub bardziej prestiżowe. I tak na przykład jedną z najbardziej prestiżowych chorób jest ADHD. Całkiem sympatyczna, bo przecież „mało szkodliwa”, ludzie dotknięci nią „po prostu są bardziej energiczni” niż inni i jednym z plusów jest to, że lubią sporty ekstremalne, więc pochwalenie się taką przypadłością w towarzystwie raczej nie wywoła opadu szczęk, czy odrzucenia takiej osoby. A inne choroby? To już bywa różnie.

Nasz syn ma lekki autyzm i na pierwszy, a może nawet i na drugi „rzut oka” nie widać tego po nim. Dopóki nie mieliśmy diagnozy, to sami nie wiedzieliśmy czy rzeczywiście ma ten autyzm, czy go nie ma, bo po żadnym autystyku nie widać jego autyzmu po samym wyglądzie. Owszem, po zachowaniu osoby autystycznej można wywnioskować że ktoś taki może właśnie ma autyzm, ale w przypadku lekkiego autyzmu niekoniecznie. Nieraz w przypływie wzburzenia, które nasz syn miewa kiedy nie jest „na fali”, patrząc z boku można by pomyśleć, że nie umieliśmy dzieciaka wychować, bo się źle zachowuje. Tylko ktoś z wykształceniem, albo doświadczeniem w tym kierunku mógł domyślić się, że to konkretne zachowanie nie jest wynikiem błędów wychowawczych, tylko autyzmu. Można więc nic nie mówić i będzie ok, nie będzie zbędnego skrępowania, bo nikt nic szczególnego nie zauważy.

I takim szablonem można by lecieć przez życie. Pewnie, w szkole trzeba powiedzieć nauczycielom, a później w pracy pracodawcy i będzie okej, oni będą wiedzieć, a reszta nie musi. Będąc na jednym ze spotkań z grupą psychologów, którzy zajmowali się diagnozowaniem naszego syna usłyszeliśmy pytanie, którego właściwie się nie spodziewaliśmy. „Chcecie powiedzieć wszystkim, że wasz syn ma autyzm?” Jak to powiedzieć? Oczywiście, że nie! Wiadomo przecież jak reagują ludzie. Przecież do tej pory nikomu się tym nie chwaliliśmy, a jeśli nawet trzeba było powiedzieć o tym ludziom z najbliższego grona, to spotykaliśmy się z niezrozumieniem. Raz nawet spotkałem się z zakłopotaniem, bo osoba, której o tym powiedziałem potraktowała to jako pewnego rodzaju zwierzenie się z tajemniczego problemu, jakbym mówił o jakimś swoim piętnie. Osoba ta nie wiedziała czy ma mnie żałować, czy pocieszać… Powiedziała mi tylko „ale chyba twój syn wyjdzie z tego?” Poczułem się tak, jakbym usłyszał „ale chyba nie będziesz taki gorszy przez całe życie?” Po tej krótkiej, krępującej wymianie zdań postanowiłem, że nie będę się „otwierał” przed innymi. Gęba na kłódkę i nikomu ani słowa.

Na wspomnianym spotkaniu zaproponowano nam jednak żebyśmy o tym powiedzieli w Szachisty szkole. I to nie tylko nauczycielom i dyrekcji, ale na takim ogólnoszkolnym zebraniu rodziców, co w pierwszej chwili wywołało w nas stanowczy sprzeciw. Jak to, takie poniżenie przed całą szkołą? Ale nie wypadało od razu powiedzieć „nie”. Tym bardziej, że temat się rozwinął i zostały nam przedstawione możliwe zalety takiego posunięcia. Po zastanowieniu się wspólnie z żoną powiedzieliśmy „tak”.

Na ogólnoszkolne zebranie, na którym byli obecni rodzice wszystkich uczniów, nauczyciele i dyrektorka, przybyła trzyosobowa grupa fachowców od psychologii dziecięcej, pedagogiki i autyzmu, i przez małą godzinkę w konkretnym wykładzie wyjaśnili wszystkim czym jest autyzm, jak funkcjonuje osoba autystyczna, jak postrzega świat i jak z nią obcować. Wykład był przedstawiony w jasny i ciekawy sposób, a rezultat dało się odczuć już następnego dnia, bo zgodnie z zaleceniem psychologów, rodzice w domu porozmawiali ze swoimi pociechami o tym, co było mówione na spotkaniu. Takiej reakcji społeczeństwa się nie spodziewaliśmy, bo nie znaliśmy rzeczywistego nastawienia szwedzkiego społeczeństwa, a jedynie naszego. Skończyło się niezrozumienie, skończył się mobbing, a Syn dostał asystenta. Dzięki temu wszystkiemu Szachista całkiem miło przebrnął przez podstawówkę i gimnazjum, a teraz uczy się dalej i już myśli o następnej szkole. A ja nie mam najmniejszej wątpliwości – warto było powiedzieć.