Odmowa

W tym roku urlop mieliśmy dość spontaniczny, bo prawie do samego końca nie wiedzieliśmy czy uda nam się wyjechać do Polski na wycieczkę językowo-krajoznawczą, czy raczej zostaniemy gdzieś tu na miejscu i będziemy biernie każdy dzień spędzać gdzieś na plaży któregoś z pobliskich jezior, lub ewentualnie wyskoczymy do którejś z tutejszych nadmorskich miejscowości w podobnym celu. Możliwości jednak się nadarzyły i nasze małe marzenie się spełniło. Dość spontanicznie i na szybko wybraliśmy jak i gdzie spędzimy dwanaście wolnych dni. Najpierw nad morzem, potem w górach.

Jeszcze będąc w domu, telefonicznie załatwialiśmy na szybko noclegi. Nie było łatwo, bo prawie nigdzie nie było już miejsc, a my potrzebowaliśmy dla pięciu osób. Ale kto szuka, ten znajduje :)

Pobierowo. Pensjonat, jakich wiele. Dość duży. Doba rozpoczyna się o godzinie piętnastej, a ostatnia kończy o dziesiątej rano. To zrozumiałe, bo przecież musi być trochę czasu, żeby przywrócić pokojom należyty ład i porządek. Zajechaliśmy o dziesiątej, bo tak byliśmy umówieni z właścicielami/zarządcami pensjonatu, w celu zameldowania. Weszliśmy z żoną do biura. Przywitała nas miła, młoda kobieta. W trakcie załatwiania okazało się, że wszystkie osoby dorosłe muszą okazać dokument tożsamości. Żaden problem. Wróciłem do samochodu, gdzie z teściową czekały moje dzieci i wziąłem od nich dokumenty. Cała operacja trwała kilka minut, po czym byliśmy gotowi. Wiedzieliśmy jeszcze z rozmowy telefonicznej, że jest możliwość zaparkowania samochodu na ich podwórku już od dziesiątej, co było nam na rękę. Po zameldowaniu kobieta pokierowała nas na parking i już chcieliśmy wyjść na miasto, kiedy…

Eyji zachciało się siku. Typowe :) Każdemu dziecku może się zachcieć w najbardziej nieoczekiwanym, albo nawet niepożądanym momencie. Weszliśmy więc jeszcze raz do biura – tym razem tylko ja i córka – i poprosiliśmy o możliwość skorzystania z toalety panią, która nas nie obsługiwała, ale widziała nas wcześniej.

- Ale my nie mamy toalety. – usłyszałem w odpowiedzi.

- Ale ja nie proszę dla siebie, bo sam mógłbym wytrzymać. Córka potrzebuje.

- Nie mamy takich możliwości.

- Ale my nie przyszliśmy tak sobie z ulicy, przed chwilą zostaliśmy u państwa zakwaterowani. – wyjaśniłem myśląc, że mnie kobieta nie skojarzyła.

- Ale my nie mamy toalety publicznej – podkreśliła ze zniecierpliwieniem i gotowością do odwrócenia się i wyjścia.

Są rzeczy, których nie wypada, a nawet nie można odmówić, bo nie pozwala na to prawo. Na przykład w Szwecji nie można odmówić szklanki wody komuś, kto przyszedł do czyjegoś mieszkania, zapukał do drzwi i o nią poprosił. Nie wiem jak jest z toaletą, bo publicznych toalet jest wystarczająco dużo, a osobiście nigdy nie miałem z tym problemu. Podobno polska gościnność jest znana na całym świecie…

Wyszliśmy. Sprawę załatwiliśmy na środku parkingu, jednocześnie opowiadając żonie przebieg rozmowy. Byłem tak poruszony, że chciałem zmienić pensjonat, bo jak się potem okazało, dosłownie co parę kroków mijaliśmy miejsca, w których były wolne pokoje, ale żona już nie chciała mieszać. Zostaliśmy, jednak więcej w to miejsce nie przyjedziemy.

Pierre Nitzsche

Przewodnik. Młody, fajny czlowiek. Napisałbym „facet”, ale nie chcę, żeby ktokolwiek z czytelników jakkolwiek niepoprawnie to zrozumiał. Znający historię w swoim temacie i pewnie nie tylko. I co najważniejsze w tym zawodzie – wygadany. To bardzo dobrze! Ale…

Pominę, że goni. To można zrozumieć. Przecież jak się ludzie decydują na tego typu wycieczki, to powinni sobie zdawać sprawę, że obowiązuje przynajmniej średnia kondycja, żeby nie zostawać w tyle. Pominę też, że całodniowa wycieczka zwykle rozpoczynająca się bardzo wcześnie powinna mieć dobrze rozplanowane dwie przerwy na posiłek, a nie piętnastominutowe, w czasie których głównie stoi się w kolejce do toalety. Ale ok, to też rozumiem, chociaż dzieci absolutnie nie powinny być głodne przez cały dzień. Rozumiem, bo przecież „im szybciej się wyrobimy, tym spokojniej będzie później”, a przecież nie ma jak wcześniejszy fajrant ;)

Pominę też, że nie dość wyraźnie przekazuje najistotniejsze komunikaty dotyczące spraw organizacyjnych samej wycieczki, przez co niektórzy w zachwycie nad obiektem, w którym się właśnie znajdują, mogą w tłumie obcych stracić „wątek wycieczki” oraz samego przewodnika. Zdarza się nawet najlepszym, bo przecież „kto w mowie nie uchybia, jest doskonały”, a doskonali ludzie nie istnieją.

Pominę. Napisałem to słowo dwa razy, więc choćby troszkę złośliwi mogą powiedzieć, że jest odwrotnie, że specjalnie tak napisałem, żeby tego nie pominąć. Może trochę racji. Ale rzeczywiście nie to jest najważniejszym punktem dzisiejszego wpisu. Najważniejszym jest język. Właśnie dla niego tu przyjechaliśmy. Mogliśmy wybrać jakiekolwiek inne miejsce, ale wybraliśmy Polskę po to, żeby Eyja mogła cieszyć się językiem polskim. Żeby mogła w nim rozmawiać z ludźmi zupełnie jej obcymi, co nie zdarza się w naszym środowisku, bo tu rozmawiamy albo z członkami naszej rodziny, albo ze znajomymi. Już będąc na promie, z wyraźnym zachwytem w głosie stwierdziła: „Tu wszyscy mówią po polsku!”

No i właśnie tego jednego nie mogę pominąć. Język. Mój ojczysty. Tak piękny. Tak bogaty. Tak skomplikowany, że wręcz nieosiągalny dla ludzi nie posługujących się od dzieciństwa żadnym z języków słowiańskich… Otóż ten język, który mógłby być tak piękny w ustach przewodnika a za razem w uszach naszych dzieci, wcale taki piękny nie jest, bo oto przewodnik co kilka zdań wtrąca przynajmniej dwa wyrazy, bez których chyba sobie nie radzi: „PIERDZIELĘ” i „PIERNICZĘ”

I tak w ciekawych historyjkach słyszymy jak jakiś król coś „SPIERDZIELIŁ”, albo „OPIERDZIELIŁ” swoją małżonkę, bo ona coś „SPIERNICZYŁA”, albo kogoś „WYPIERNICZYŁA” z uczty itd, itd… I jak ma to zrozumieć dziecko, które nigdy nie słyszało takich wyrazów?

Panie przewodniku! Jest nad czym popracować. A tym czasem u mnie na blogu ma pan przezwisko: Pierre Nitzsche

Pozdrawiam.