Wczoraj a dziś – kolosalna różnica

Jestem z córeczką w pokoiku, gdzie zaczęła się „przygoda” z naszym ostatnim porodem. Młoda położna zostawiła nas tutaj, znikając do innych zajęć. Ja rozebrany do połowy przytulam swoją córeczkę mającą na sobie tylko pampersa i gumową pępelkę na kikucie pępka. Chodzimy tak po malutkim pokoju z ręcznikiem, jako przykryciem dla dziecka, które krzyczy i krzyczy, przerywając ten krzyk na moment ze zmęczenia, ale podnąsząc go za chwilę z powrotem.
Pojawia się Starsza Położna (ta, która przyjęła nas na oddział. To prawdopodobnie też ona miała kłopoty z otworzeniem nam drzwi wejściowych do budynku przed szóstą, kiedy w mroźnym wietrze czekaliśmy dzwoniąc trzy razy na domofon). Starsza Położna pyta jak się czujemy, obserwuje nas i zagląda, czy zjadłem kanapki z serem, które zrobiła mi jeszcze przed operacją (ten szczegół pominąłem w poprzednim opisie). Zjadłem tylko jedną, ucząc się ponownie działać jedną ręką trzymając dziecko. Druga czekała na talerzyku na lepszy moment. Chwilę jeszcze rozmawiamy, a potem znika.
Po jakimś kwadransie pojawia się Młoda położna i mówi, że mamy się przygotować do przejścia na oddział pooperacyjny, gdzie czeka moja pozszywana żona. Patrzy, że nie sprzątnąłem jeszcze z talerza i mówi, że mogę teraz zjeść, a ona w tym czasie weźmie dziecko i za parę minut przyjdzie. Nie zgadzam się. Chcę być cały czas przy córeczce i myślę, że córeczka też tego chce. Mówię do Młodej, żeby zaczekała, że za sekundę będę gotowy i pójdziemy wszyscy. Ona mówi, że za sekundę będą z powrotem…
Do Młodej Położnej wrócę na koniec wpisu.

W tym samym czasie na sali operacyjnej chirurg zszywa moją żonę. Nie wiemy ile czasu nad tym się trudzi. Ja z dzieckiem gdzie indziej, a żona odczuwa to jak wieczność. Nie wiemy dokładnie jak wygląda zszywanie, ale domyślamy się, że szwów jest kilkadziesiąt, a warstwa, czyli naskórek, złapana jest specjalnym plastrem, który mamy ściągnąć sami po siedmiu dniach.
Jeszcze przed pierwszym nacięciem, odpowiedzialna za całą operację doktor Sumienna zawołała mnie, żeby mi pokazać, że specjalna, przeźroczysta folia z kołnierzem przyklejona na brzuch, w jakiś sposób zdeformowała nakreśloną przez nią pisakiem na skórze żony linię cięcia i że teraz ta linia zrobiła się lekko falista. Z żalem w głosie mówi mi, że nie chciała. Zupełnie mnie tym zaskoczyła. Przecież nie w tym rzecz, żeby blizna była piękna, czy całkowicie niewidoczna. Rzecz w tym, żeby przez tę dziurę wyszło cało i zdrowo nasze dziecko. Nie będę miał żadnych pretensji, co do estetyki. To jakbym miał się gniewać, że ktoś obierając dla mnie pomarańczę krzywo naciął skórkę.
Poza tym to dla nas nie pierwsza cesarka. Pierwsza była do tego stopnia ukierunkowana na estetykę, że o dziecku się prawie nie mówiło. Ambicją Magika było rozreklamowanie się wśród kobiet wszelkimi możliwymi drogami, między innymi przez polecenie. Z własnego doświadczenia wiem, że to najlepsza forma reklamy. No bo jak pacjentka pochwali się przed koleżankami swoim pięknym, panieńskim wręcz brzuchem, to czy inne nie będą chciały skorzystać z rodzenia „łatwego, nieszkodliwego i przyjemnego”, a przy tym nie mającego wpływu na piękno brzucha? I rzeczywiście dr Anioł musiała szukać blizny po pierwszym cięciu, ale od razu powiedziała, że tutaj nie wykonuje się tak ryzykownych cięć, bo cięcie tak nisko może skończyć się przecięciem pęcherza moczowego i katastrofa gotowa.
My z tego wyrośliśmy. Dla nas piękno blizny nie ma znaczenia…

…Sala oddziału pooperacyjnego ma kształt litery T. Trzy skrzydła a w centralnej części duża oszklona dyżurka. Tutaj wszystko jest zorganizowane, to widać. Tutaj aż pachnie organizacją. Wchodzimy. Moja żona leży zaraz przy wejściu na salę. Kładę malutką krzykaczkę do piersi rozradowanej na nasz widok, chociaż zamroczonej jeszcze żony i malutka od razu zaczyna ssać. Zapada cisza. Żona jest nadal podłączona cewnikiem do worka i niemałą ilością kabli do sprzętu monitorującego jej stan i samopoczucie. Co jakiś czas monitor nad głową żony daje znać o czymś, o czym nie bardzo mam pojęcie, bo tętno i ciśnienie krwi było w porządku, ale zmieniały się nieznacznie inne parametry, co powodowało włączanie się sygnału o miłym dla ucha tonie. Przy innych łóżkach było tak samo, więc sygnały czasami nakładały się tworząc ciekawe, inspirujące efekty muzyczne. Co kilka minut podchodził ktoś z licznego tam personelu i sprawdzał, czy nie trzeba zmienić woreczka, czy wszystkie dane o stanie pacjenta są w porządku, czy wszystko jest ok.
Było ok. żona leżała na łóżku, które ciągle regulowała sobie pilotem, przy piersi trzymała córeczkę, którą regularnie przekładałem od jednej piersi do drugiej, podawałem żonie picie i poprawiałem zwinięty koc pod łokciem żony, żeby wygodnie trzymała dziecko. W taki sposób przeczekaliśmy trzy godziny, zanim zostaliśmy przeniesieni na oddział BB, czyli połogowy, chyba tak to się po polsku nazywa.

Przez pierwszą dobę córeczka przestawała krzyczeć tylko wtedy, gdy mleczko leciało z piersi. W przerwach – krzyk, jak źle złapała brodawkę – krzyk, kiedy poczuła łaknienie – krzyk…
Zupełnym zaskoczeniem była dla nas druga doba, kiedy wystarczyło jej krótkie „A…”, żeby dostać mleczka. Przestała już krzyczeć i zajęła się robotą. Co za ulga! Myśleliśmy, że będzie już zawsze tak krzyczała. Pewnie bym się przyzwyczaił, ale czy nie lepiej, kiedy dziecko nie krzyczy przez cały czas?
Cała ta sytuacja a przede wszystkim dochodzenie do siebie żony i moja pomoc przy poprawianiu zwiniętych kocy pod łokciami oraz poduszek sprawiła, że następnego dnia po nieprzespanej nocy byliśmy wykończeni. Śmieszna rzecz – zasuwałem jak robot przy pomaganiu, zrywałem się na równe nogi zaraz, jak tylko zawołała mnie żona, albo kiedy usłyszałem płacz córki, żeby nie czekały. Spałem tak czujnie, jak tylko można było. Druga doba już była dla mnie bardziej „ulgowa”. Pozwalałem sobie na więcej wypoczynku.
Niedawno, kiedy się o tym zgadaliśmy, usłyszałem z ust żony jak mało jej pomagałem pierwszej nocy :O że już w drugiej dobie było lepiej czyli dokładnie odwrotnie, niż było w rzeczywistości. Musiała być strasznie zmęczona, że takie wrażenie odniosła.

Oddział BB zrobił na nas bardzo miłe wrażenie. Standardem jest, że ojciec dziecka jest przy porodzie i mocno utrwalonym zwyczajem, że przez kilka dni przebywa razem z rodziną w pokoiku tego oddziału. Pokoik wyposażony jest we własną łazienkę dostosowaną dla osób niepełnosprawnych, małą, przemyślanie skonstruowaną lodówkę na kółkach z rozkładanym blatem stolika typu – „śniadanie do łóżka”, telewizor z odtwarzaczem DVD, szafę i rozkładane ze ściany łóżko dla ojca (w przypadku rodziny typowej). Oczywiście przycisk umożliwiający wezwanie położnej (piszę „oczywiście” zakładając, że to standard w każdej już placówce służby zdrowia w Unii Europejskiej – jeśli się mylę, to mnie poprawcie, a mogę się mylić, bo moja wiedza o polskich szpitalach jest dość archaiczna ;) ).
Dla rodzącej pobyt w tym miejscu jest nieodpłatny. Osoba towarzysząca musi zapłacić, ale koszt jest bardzo mały (za dobę 150 koron, czyli mniej, więcej godzinka standardowej pracy).
Personel bardzo miły i fachowy, zwłaszcza ten pracujący na dzienną zmianę. Z nocną zmianą było trochę słabiej, ale to chyba reguła wszędzie.
Zdarzyło się Wam patrzeć z rozdartym sercem na Wasze krzyczące dziecko podczas nieumiejętnego pobierania krwi do badań? Tu też się to zdarza. Wbicie igły w rączkę, albo główkę dziecka, a potem „szukanie” żyłki powoduje, że irytacja rodzica rośnie jak temperatura w czajniku. Po dwóch takich przypadkach nauczyliśmy się gwizdać jeszcze na długo przed osiągnięciem wrzątku. Na szczęście znaczna większość pobiera krew w miarę sprawnie, a bardzo miło jest wspomnieć niejedną „rękę” tak fachową, że jak na zawołanie przychodzą do niej najbardziej buntownicze żyły. Wielki szacun!

Efekt halo – piękne zjawisko rozszczepu promieni słonecznych w lodowych chmurach w drugiej dobie życia naszej Królowej śniegu pierwsza zauważyła żona. Tutaj to dość częste zjawisko, w Polsce widziałem to tylko raz podczas spaceru z Szachistą. Wyciągam aparat i robię krótkie ujęcie filmowe tego zjawiska. Po południu przychodzi przesympatyczna położna, jedna z dwóch, z którą mamy najlepszy kontakt, straszna gaduła. Żona pyta, czy widziała dzisiaj efekt halo. Położna pyta co to jest. Odtwarzam filmik na aparacie. Okazało się, że nigdy czegoś takiego nie widziała. Czasem trzeba się zatrzymać w biegu życia, spojrzeć w niebo na rzeczy ulotne ;), czasem pod stopy na rzeczy małe, a czasem na innego człowieka…

Na BB nie tylko dochodziliśmy do siebie po cesarce, ale też dowiadujemy się od położnych sporo ciekawych rzeczy np. o pielęgnacji rany, technikach karmienia i inne praktyczne rzeczy. Jesteśmy tam trzy dni, w ciągu których naszego noworodka odwiedzają babcie i brat. Rodzeństwo ma prawo wejść na oddział, ale do babć musimy wyjść na spotkanie w małej salce przed wejściem na oddział.

W trakcie pobytu na oddziale BB odwiedza nas dr Sumienna i ogląda zaklejony plastrem brzuch żony, pyta o samopoczucie, rozmawia z żoną. Powiedziała też, że decyzja o cesarce była najlepszą z możliwych, że siłami natury żona nie byłaby w stanie urodzić. Na koniec krótkiej rozmowy przeprasza jeszcze raz żonę za krzywiznę na brzuchu. Pani doktor! To nie szkodzi, że trochę krzywo. My tego nawet nie zauważymy. Najważniejsze jest nasze Szczęscie!

Lekarz od poronień. Spotykam go na kilka minut przed wypisaniem ze szpitala. Szedłem właśnie długim korytarzem z fotelikiem, kiedy go zobaczyłem idącego z jakimś innym lekarzem. Rozmawiali. Nie poznał mnie z daleka, ale zaintygował go mój szeroki uśmiech. Pokazałem mu fotelik. Niewiele mu powiedziałem, bo mi się głos łamał. Obaj wiedzieliśmy, że w niedalekiej przyszłości czeka nas wizyta u niego, wtedy porozmawiamy na spokojnie, pokażemy naszego brzdąca.

Wszystko byłoby jak z bajki, gdyby nie dwa szczegóły.
Młoda położna, kiedy powiedziała mi, że wróci z moim dzieckiem dosłownie za chwilę, postępuje wbrew mojemu sprzeciwowi. Wychodzi z moją córeczką z pokoju, gdzie właśnie się ubierałem, żeby z nią pójść. Wyskoczyłem za nią chwilę później i zobaczyłem, że po prostu chciała się pochwalić swoim koleżankom kolejnym „swoim” osiągnięciem. Zaniosła moje dziecko do dyżurki. Po co? Czy nie mogła pokazać przez wielkie, szerokie przeszklenie? Czy nie złamała procedur i reguł wchodząc z noworodkiem między dorosłe osoby? Nie naraziła jej na ryzyko złapania wirusa przeziębienia?
Drugi szczegół to brak informacji co do pokoiku, gdzie nas przyjęto przed operacją. Zostawiliśmy tam bagaże i inne rzeczy wiedząc od Anioła, że będziemy mieli swój pokoik. Nikt nie powiedział, że ten pokoik trzeba będzie opuścić w czasie, kiedy żona leżała na oddziale pooperacyjnym, a w zamian dostaniemy inny na zupełnie innym oddziale. Efekt był taki, że kiedy po dwóch godzinach siedzenia z żoną na pooperacyjnym, spragniony wróciłem na oddział, idąc do swojego pokoiku dowiedziałem się od Starszej Położnej, że moje rzeczy są „spakowane” i czekają na mnie pod stołem na dyżurce. Myślałem, że żartowała. Spytałem czy ma moją kanapkę. Powiedziała, że nie wiedziała, że wrócę i pozbyła się jej, ale może mi przygotować nową, jeśli chcę. Nie chodziło mi o kanapkę. Spytałem gdzie mam te rzeczy zostawić, bo nie mogę przecież wrócić do żony z tobołami. Tam nie ma na nie miejsca. Nic nie odpowiedziała. Poczułem się jak bezdomny. Objuczony torbami poszedłem na parking i schowałem w bagażniku. Ale co by było, gdybym nie miał samochodu?

To tylko dwa szczegóły, które nie zmieniają za bardzo mojej dobrej opinii o działalności szpitala, a w szczególności zespołu operacyjnego, który zrobił najpiękniejszą robotę w całej mojej historii.

Cesarka tym razem

Godzina piąta, pięćdziesiąt jesteśmy na parkingu pod szpitalem. W szpitalu mamy być na szóstą. Rano. Wyciągamy nasze bagaże (wszystkie rzeczy potrzebne nam na kilka dni pobytu i ubranka dla dziecka) i idziemy do wejścia. Zamknięte. Idziemy, więc do drugiego. Zamknięte. Ale jest domofon. Dzwonimy, czekamy… Wiatr i czekanie sprawia, że kilka stopni mrozu jest dla nas coraz bardziej odczuwalne. Po chwili w domofonie odzywa się damski głos „Na poród?”. Odpowiadamy, że tak. „Otwieram” – mówi głos z domofonu, ale nic się nie otwiera. Ciągnę, więc za klamkę – zamknięte. Dzwonimy ponownie, czekamy… „Na poród?” Tak, na poród – odpowiadam – dzwoniliśmy przed chwilą i drzwi się nie otworzyły – dodaję trochę niecierpliwie. „Już otwieram” – mówi głos ze słupka, ale znów przez dłuższy czas nic się nie dzieje. Tym razem przez parę sekund przytrzymuję palec na dzwonku. „Daj spokój” – mówi do mnie żona – „i nie zwracaj im uwagi” – uspokaja mnie widząc moją srogą już minę. Ja swojej miny nie widziałem, widziałem za to, że jej jest ciężko i marźnie. Za trzecim razem głos w domofonie znów pyta czy na poród. „Tak… i marźniemy tutaj… i dzwonimy trzeci raz…” Drzwi otworzyły się same, potem drugie… wchodzimy z tobołami do halu i kierujemy się na oddział porodowy. Byliśmy tu już wcześniej kilka razy, ale nie rano i wszystko wtedy było otwarte i pełne życia. A teraz jakby wszyscy spali, albo jakby dopiero zaczynali się budzić…

Na spotkanie nam wychodzi niemłoda położna, wita się podając rękę, przedstawia, prowadzi do pokoiku. W pokoiku z ulgą stawiam bagaże, powoli zaczynamy się przygotowywać, położna pyta jak nam minęła droga, pyta o pogodę… Pewnikiem nocna zmiana, inaczej nie pytałaby czy zimno. Odpowiadam, że zimno i nie mogąc się powstrzymać dodaję z nutą złośliwości, że żona prawie zamarzła przed drzwiami, kiedy ktoś z personelu nie mógł sobie poradzić z ich otwarciem. Udała, że nie rozumie. Typowe, jak tylko się mówi o uchybieniach, to nikt nie rozumie.

Przebieramy się. Żona i ja dostajemy polecenie, żeby się przebrać w ubrania, które już na nas czekają w pokoiku. W zielonych, lekkich ubraniach i z siatkową czapką na głowie wyglądam jak anestezjolog… przynajmniej w oczach żony. Dla niej przygotowana jest długa koszula i białe, długie do ud pończochy, ale niezbyt „ładne”. Pomagam jej to na siebie założyć. Jednocześnie przychodzą dwie pielęgniarki, mierzą ciśnienie, pytają o uczulenia alergiczne i inne sprawy, jedna z nich zakłada żonie cewnik (rurkę do odprowadzania moczu), druga wbija w lewą dłoń wenflon, przez który pobiera krew do badania a potem wstrzykuje antybiotyk. Pytam, jaki. Odpowiada, że standardowy, który dostają wszystkie kobiety przed cesarką. Pytam więc, czy oprócz tego będzie podany jeszcze jakiś antybiotyk, bo podczas wcześniejszej rozmowy z lekarką (Aniołem) ustaliliśmy, że żona dostanie antybiotyk przeciwko GBS na dwie godziny przed cięciem. Już nie byłem zadowolony, że ze standartowych czterech godzin, o których mówił nasz lekarz od poronień, nagle Anioł zrobił tylko dwie. Dlaczego jedni lekarze mówią o obowiązkowych czterech, a innym wystarczą dwie? Jeszcze jestem spokojny, bo czytaliśmy o tym wcześniej w internecie i chociaż nie znaleźliśmy wyraźnej odpowiedzi na to pytanie, to sama statystyka, że to nie Anioł wymyślił, jak gdyby uspokaja nas. Na moje pytanie, pielęgniarka mówi, że musi to sprawdzić. Wychodzi… Po przyjściu mówi, że dzwoniła do Anioła i że wszystko się zgadza, tylko jedna, standardowa dawka antybiotyku, ponieważ wcześniejsze testy nie dały pozytywnego rezultatu na GBS. W tym momencie już dostaję niezłego nerwa. Staram się tego po sobie nie pokazać, ale wewnątrz cały chodzę. Dostaliśmy zwykły, standardowy antybiotyk, który ma zabić śmiertelnie niebezpieczne licho, które wcale nie musi być GBS-em. Czyli najpierw mówi się jedno, a potem robi się co innego. Czy wielka strzykawa z antybiotykiem ma sprawić na nas wrażenie, zadziałać jak placebo? Czy rzeczywiście zadziała na wszystkie nasze obawy? Żona mówi, żebym nie wszczynał, że to i tak już za późno. Ma rację, jak Anioł powiedział, że to wystarczy to znaczy, że już nie ma dyskusji.

Czuję się wystawiony… Czuję, że nie kontroluję sytuacji… Znów czuję to, co czułem poprzednio, zaraz po tamtej cesarce, kiedy z moim drugim synkiem zaczęły się dziać podobne rzeczy jak z pierwszym, tyle że teraz strach oblatuje mnie przed operacją. Przed tamtą cesarką tego nie czułem, bo wtedy się nie spodziewaliśmy, że licho siedzi jeszcze w naszym organizmie, wtedy wszystko spadło na zielone wody. Teraz czuję się paskudnie, bo pozostały czas do operacji to już nawet nie dwie godziny od zastrzyku (!!!), ale trochę ponad półtorej, specyfik podany nie jest taki, jak trzeba, Anioł nie mówi prawdy a my, jako pacjenci nie jesteśmy traktowani serio… Przecież można było z nami porozmawiać otwarcie. Po co obiecywać coś, czego nie ma się zamiaru spełnić? A gdybyśmy nie zachowali spokoju? Gdybyśmy powiedzieli, że nie idziemy na żadną operację, bo nie został spełniony wcześniej ustalony warunek?

Znów jestem spięty do granic możliwości, czuję, że niewiele mogę. Jest mniej, więcej za dziesięć ósma. O ósmej ma się rozpocząć operacja – godzinę i czterdzieści minut po wstrzyknięciu „cudownego środka”. Czy zdąży zadziałać? Po chwili jedna z pielęgniarek zwalnia hamulec pod łóżkiem żony i łóżko z żoną mknie przez niezliczone korytarze oddziału. Zaraz za drzwiami dzielącymi oddziały, na początku korytarza oddziału operacyjnego czekają ludzie z trochę innym „jeżdżącym łóżkiem”, wyższym i węższym. Jest ich dość dużo. Uśmiechnięci witają się najpierw z moją żoną, potem ze mną, każdy po kolei, przedstawiają się. Ktoś z personelu podnosi sterowane łóżko z żoną do wysokości tego drugiego i na „trzy, cztery” delikatnie, ale zdecydowanie przerzucają ją na to drugie. Teraz cała grupa ludzi, a ja z nimi zmierzamy do sali operacyjnej. Wjeżdżamy na dobrze oświetloną salę, która wydaje się być pusta. Na środku sufitu wielka lampa na składanym długim ramieniu. Na środku podłogi stojąca skośnie w stosunku do ścian metalowa, sześcienna kostka o wysokości mniej, więcej do kolan, na którą najeżdża właśnie owo wąskie łóżko z moją żoną, które od tej pory okazuje się być stołem operacyjnym. Później pewne osoby przypychają w pobliże stołu operacyjnego inne sprzęty na kółkach i sala staje się wypełniona.

Jest ósma, kiedy anestezjolog ubrany na niebiesko zabiera się do wkłuwania się w żony kręgosłup. Tym razem jestem psychicznie przygotowany również na widok wielkich strzykaw z wielkimi igłami i inne sprawy. Teraz już wiem, że mogę być przy każdej operacji i najprawdopodobniej nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Widziałem przecież poprzednio i znieczulanie w kręgosłup i cięcie, i wyciąganie dziecka przez rozciągniętą łyżkami wielką dziurę w brzuchu i długotrwałe zszywanie tej dziury…

Pielęgniarka anestezjologa (też ubrana na niebiesko) podsuwa mi krzesło na kółeczkach, żebym sobie usiadł. Siadam chętnie. Ktoś zapala wielką lampę na suficie, której światło płynie z wielu różnokolorowych, silnych lampek poukładanych na tarczy jak plastry miodu. Wszystkie razem dają silne, białe światło, które teraz jest skierowane na plecy mojej żony. Anestezjolog siada na swoim krzesełku i rozpoczyna. On po drugiej stronie stołu, moja żona odwrócona do niego plecami a do mnie twarzą. Kładę rękę na podłokietnik stołu, łapiemy się z żoną za ręce. Tym razem nie idzie tak łatwo jak poprzednio. Poprzednio zaaplikowanie znieczulenia trwało nie dłużej niż trzy minuty. Tym razem dobre piętnaście. W międzyczasie w sali gromadzi się coraz więcej osób, co jest dla mnie niemałym zaskoczeniem, bo z doświadczenia z Polski wiem, że niektórzy robią to we czwórkę, a nikt mi nie zapowiadał, że tutaj będą jacyś studenci, stażyści, czy inni, którzy przyszli popatrzeć. Naliczyłem w sumie dziewięć osób, moja żona dziesiąta, córeczka w brzuchu jedenasta, no i dwunasty – ja.
Z każdym ukłuciem anestezjolog pyta, w której części ciała żona czuje ból. Przeważnie było to w plecach, kilka razy też się pojawiło w którymś udzie. Za każdym wbiciem igły żona mnie ściskała za rękę, wtedy i mnie bolało, czułem się winny, jakby to wszystko było przeze mnie. Później, kiedy już na oddziale połogowym wspominaliśmy ten moment, żona mówi, że kojarzy, że trzymała kogoś za rękę, ale w jej pamięci jawi się pielęgniarka anestezjologa – młoda, silna kobieta, która rzeczywiście złapała ją za drugą rękę, lecz przy pierwszym w jej „obecności”, a dla mnie kolejnym niefortunnym wkłuciu, pielęgniarka zabrała rękę. Musiało zaboleć…

Po piętnastu minutach strzelania jak kulą w płot, trafił. Moje uczucie zawodu natychmiast spadło. Ogromnie mi ulżyło widząc jednocześnie ulgę pozostałych zgromadzonych. Udało się. Najważniejsza część wstępu do operacji w jednym momencie długiej, mozolnej próby poszła skutecznie… Anestezjolog, swoją długą robotę przy mojej żonie tłumaczy tym, że już nie jest taka młoda. Nie przeczę, sam na to wpadłem jeszcze, kiedy się męczył ze strzykawką, że to może być przyczyna, że przecież kręgosłup z wiekiem się zużywa, ścierają się kręgi, dyski, dodatkowo żona ma krzywy kręgosłup. To raczej wtedy mieliśmy szczęście, że tak łatwo się udało.
Okazało się z czasem, że ci wszyscy ludzie, którzy tam byli to personel. Stanowili zgrany zespół. Jak w orkiestrze każdy wiedział gdzie jest jego miejsce, jaki instrument będzie obsługiwał i kiedy na nim „zagrać”.

Teraz obracają żonę na plecy, rozciągają parawan pod linią piersi. Parawan jest trzykrotnie szerszy, niż ten w Polsce, ale jego wysokość jest taka sama. Osoba siedząca przy głowie rodzącej nie widzi co się dzieje za parawanem, ale widzi zajęty swoją robotą personel. Nie mogę wysiedzieć z dwóch powodów. Boli mnie pewne ścięgno, które rok temu zerwałem przy uprawianiu swoich wygibasów i teraz, kiedy długo siedzę, czy w domu, czy w samochodzie podczas długiej jazdy, zaczyna mi tak dokuczać, że muszę zmienić pozycję. Wstaję też dlatego, że chcę widzieć, co robią z moją żoną, chcę mieć nad tym kontrolę.

Lekarka odpowiedzialna za „całą imprezę” pięknym pociągnięciem ręki naznaczyła pisakiem linię cięcia. Niestety po przyklejeniu na brzuch przeźroczystej folii z gumowym kołnierzem linia zrobiła się trochę krzywa, co było powodem ubolewania owej lekarki. Ale nie moim. Przecież nie będę się przejmował takimi drobnostkami jak krzywa blizna, kiedy za chwilę będą się ważyły losy mojego szczęścia. Mówię jej z roześmianą gębą, że to nie szkodzi, że to drobnostka…

Zaczynają ciąć. Ktoś podchodzi do mnie z tyłu i grzecznie podstawia mi krzesełko. Odmawiam. Dziwią się mojej reakcji. Pielęgniarka anestezjologa pyta czy pracowałem w służbie zdrowia. Mówię, że nie. I że chcę patrzeć, że mi patrzenie nie szkodzi. (Poprzednio nie tylko patrzyłem, ale też robiłem zdjęcia. Niewiele, żeby nie rozpraszać lampą błyskową, ale robiłem, żeby mieć jakąś pamiątkę, gdyby nie poszło dobrze. Tym razem nie robię zdjęć, bo wiem, że tu jest taka zasada, a ja się nie chcę z nimi targować. Chociaż bardzo chciałby takie zdjęcia mieć).

Kilka następnych pociągnięć skalpelem, kilka szczypiec w brzuchu żony… i czuję jak ktoś z tyłu trzeci raz podstawia mi krzesełko. Tym razem chyba nie kontrolowałem swojej miny, bo już nic nie musiałem mówić. Więcej razy krzesełko nie podjechało mi pod kolana.

Patrzę na brzuch żony, patrzę na jej twarz. Po chwili pielęgniarka anestezjologa mówi żonie, że może usłyszeć dźwięk łańcuchów, żeby się wtedy nie przejmowała, że to są łyżki do kontrolowanego rozciągania otworu w brzuchu. Żona się zdziwiła słysząc to zdanie. Pomyślała, że jeszcze musimy dużo pracować nad naszym szwedzkim, skoro takie śmieszne nieporozumienia w dalszym ciągu powstają. Ale rzeczywiście krótki czas po tym jak to powiedziała, usłyszeliśmy dźwięk łańcuchów. Dwie osoby z personelu stały w sporej odległości od stołu z napiętymi łańcuchami zaczepionymi na końcach dwóch łyżek. Trzecia łyżka, ta „od dołu” była bez łańcucha. Na skinięcie głową głównej lekarki, kobiety z kontrolowaną siłą rozciągnęły otwór w brzuchu i za chwilę widziałem jak dłonie w rękawiczkach jednej z lekarek zagłębiają się w wielkim jeszcze brzuchu mojej żony, żeby za główkę wyjąć moje szarawe w tym świetle, malutkie dziecko, które natychmiast po położeniu na nogach żony zaczęło cudownie krzyczeć. To pierwszy raz na pięć ciąż, kiedy usłyszałem krzyk swojego dziecka. Tak zdrowy i cudowny krzyk. Wcześniej, kiedy widziałem ten moment oczami wyobraźni, nie wiedziałem jak zareaguję. Myślałem, że po prostu będę szczęśliwy, ale trudno będzie mi to okazać. Albo jeśli pójdzie źle, będę nieszczęśliwy i nie będę chciał w ogóle pokazać swoich uczuć. Jednak teraz poczułem się szczęśliwy. Łzy nie przepełniły moich oczu, nie wylały się na zewnątrz, ale napełniły je w pewnym stopniu. Nie wiem dlaczego nie mogę płakać tak, jak kiedyś. Teraz nie mogę… nie mogłem niedawno, gdy rozpaczałem i nie mogę teraz, kiedy jestem tak szczęśliwy.
Urodziła się moja upragniona dziewczynka.
Cdn…

Noga

- Nie wywijaj kosą między dziećmi!
- Nie słucham śmiertelników – odpowiada najohydniejsza – ścinam wszystko, co mogę.

Mija dzień, czy dwa odkąd pogotowie zabrało naszego noworodka z kliniki porodowej do pobliskiego szpitala. Synek nadal żyje. Dostajemy wiadomość, że chcą go przenieść do szpitala dziecięcego. Niczego nie obiecują, bo nie mogą. Chociaż nie umiera, dziecko wciąż jest w ciężkim stanie. Jednak w nas na dźwięk tej wiadomości wstępuje nadzieja! Dowiadujemy się szczegółów i o wyznaczonym czasie pędzimy do dziecięcego. Rozmawiamy z lekarzami, którzy dają nam światełko nadziei. Zrobilibyśmy wszystko, żeby tylko nie umarł, ale ręce mamy gołe… jesteśmy bezbronni… Jedyne, co możemy to wyszorować te ręce i przez otwory inkubatora, przez dotyk dać mu znać, że jesteśmy obok niego. Chętnie tak robimy, na co on odpowiada łapaniem nas za palec.
Mijają kolejne dni. Nasz synek wciąż żyje, ale nadal jest w ciężkim stanie. Jest podłączony rurkami do wszystkiego, co niezbędne – tlen, kroplówki, pokarm przez sondę… lekarze przygotowują nas na ewentualne uszkodzenie wzroku przez tlen… Nadziei dodaje nam jego sąsiadka – półkilowa dziewczynka przedwcześnie urodzona, tak mała, że zmieści się swobodnie na dłoni pielęgniarki. Dziecko niemal nieustannie wymachuje rączkami i nóżkami jakby bezładnie pływało. Co kilka minut alarm zapiera nam dech w piersiach. Jakby nic się nie stało podchodzi wtedy ktoś z personelu i całkiem spokojnie palcem wskazującym wykonuje kilka szybkich ucisków klatki piersiowej. Aparatura zaczyna pikać na nowo i personel wraca do wcześniejszych swoich obowiązków. Skoro ratują tak małe dzieci, to może się uda uratować też naszego synka, który jest przecież prawie osiem razy większy?
Sepsa robi swoje. Mimo terapii – kombinacji trzech antybiotyków, bakterie tworzą kilka zatorów w jednej nóżce, co w ciągu kilku dni objawia się martwicą. Lekarze wyjaśniają, że są lekarstwa rozpuszczające takie zatory, ale w przypadku tak małego dziecka nie można ich podać, bo rozpuściłyby delikatne naczynka krwionośne w mózgu. Nie ma na to rady. Tylko czekać i patrzeć jak nóżka staje się coraz bardziej szara a z czasem w niektórych miejscach czarna. Amputacja będzie nieunikniona. Lekarze rozmawiają z nami o tym i pytają o zgodę na operację. Pytanie czysto formalne, bo jak możemy się nie zgodzić? W dziesiątym dniu życia chirurg usuwa to, co martwe. Śmierci kosa chybiła zabierając tylko nóżkę.
Mija czas… Po amputacji nasz synek coraz bardziej dochodzi do siebie. W dwudziestym pierwszym dniu jego życia nareszcie żona może wziąć go do piersi. Protestuje, bo przecież już nie ma pokarmu, ale doświadczona pielęgniarka nakłania ją do tego prawie siłą. Wcześniej zważyła dziecko i po długim, bezskutecznym – jak myślała moja żona – trzymaniu przy piersi zważyła jeszcze raz. Synek wyssał 20 gramów mleka.

Ironia.
Starsza kobieta, która jest częścią naszej rodziny a dla mnie wielką bohaterką, bo podczas II wojny światowej nie dała się zgwałcić niemieckiemu żołnierzowi, co przypłaciła stratą oka wykłutego szablą – o włos od śmierci – wypowiada się tak: „Oj… to lepiej by było dla niego, gdyby umarł niż tak bez nogi żyć…”. My też nie wiemy jak to będzie, ale to nasze ukochane dziecko… właśnie wyrwane z rąk śmierci. Chcemy, żeby żyło nie ważne czy na wózku, czy z protezą… po prostu chcemy żeby było z nami. Damy mu wszystko, co można dać… damy mu siebie i swój czas, żeby nasz syn wraz z nami cieszył się życiem. I tak się dzieje. Dziś nasz syn ma prawie siedemnaście lat i możecie wierzyć, że ktoś, kto nie wie, że porusza się na protezie jest zaskoczony, kiedy się o tym dowiaduje. Nasz syn nie tylko chodzi, ale i biega i jeździ na rowerze, i pływa ze specjalną protezą do pływania, gra w piłkę nożną i robi wiele innych rzeczy, których nie robi niejeden chłopak w jego wieku.

Déjà vu – podobny łańcuch zdarzeń

Ten sam dzień, zaraz po cesarce. Swoisty dzień świstaka. Ale nie w filmie. Na żywo. W rzeczywistości. I nie ja sam go przeżywam a wszyscy obecni. Lekarze wiedzą co się może stać i są tym razem przygotowani. Stąd decyzja szefa kliniki o cesarce – domyślał się, albo wiedział, że niektóre dzieci łapią jakieś (albo nawet już wiedział jakie) bakterie i przez cesarkę chciał uniknąć zakażenia. Nie udało się, ale… Wszystko, co można było naprawić, czy usprawnić zostaje teraz naprawione, zrobione inaczej, lepiej. Jak na tamte czasy… W ten sposób zrehabilitował się.
A wyglądało to tak:
Synek zaczyna marudzić i gorączkować. Pediatra od razu wzywa pomoc. Karetka przyjeżdża niezwłocznie. Tak jak poprzednio ekipa szybko zabiera dziecko i dokumenty, ja zabieram się z nimi, zjeżdżamy w napięciu windą, wchodzimy do ambulansu, tym razem to mercedes. Kierowca siedzi za kierownicą, nie ma wątpliwości czy mogę jechać – „oczywiście, niech pan wsiada i jedziemy”- mówi lekarka. Pędzimy na sygnale do szpitala obok. Piekielną drogę przeżywam inaczej – czuję tylko wibrację kół na kocich łbach. Po chwili wjeżdżamy do szpitala, zatrzymujemy się, otwierają się drzwi, szybko wyskakujemy z samochodu. Robię zdjęcie. Wiem teraz, że to głupie, ale wtedy myślałem, że to ostatnie zdjęcie mojego dziecka. Nie chciałem znowu nie mieć żadnej pamiątki, żadnego zdjęcia. Danielka pamiętam najbardziej po śmierci, takiego już zmienionego. Tym razem chcę mieć pamiątkę po żyjącym dziecku.
Na OIOM-ie jestem normalnie przyjęty jak rodzic, w pierwszej chwili lekarze nie chcą, żebym przeszkadzał – oczywiście, ja też nie chcę – jakaś pielęgniarka wskazuje mi pokoik, gdzie mogę zaczekać. Czekam tam. Teraz jest inaczej, czuję to. Chociaż żona pozszywana leży kilkaset metrów stąd w prywatnej klinice a mój synek tu – na OIOM-ie, oprócz napięcia czuję też nadzieję. Może tym razem się uda, przecież każdy szczegół tego koszmarnego dnia wygląda trochę inaczej niż dwa lata temu. Jednocześnie myślę, że to chyba jakieś przekleństwo na nas ciąży. Dlaczego to się powtarza? Wraz z żoną wierzyliśmy w jakąś sprawiedliwość losu. Żona przez cały okres ciąży była pewna, że skoro raz się nie udało, bo leniwy lekarz zlekceważył fakt przenoszonej ciąży, co skończyło się łańcuchem koszmarnych zdarzeń, to następnym razem wszystko będzie w porządku. Dlaczego, więc tak się dzieje kolejny raz? Dlaczego?…
Synek nie umiera. Lekarze cały czas walczą o jego życie. Teraz idzie im lepiej. Idzie znacznie lepiej, bo nie mają utrudnienia, jakim wtedy było zwlekanie z wezwaniem pomocy do ostatniej chwili przez wąsatego lenia. Po dłuższym czasie do pokoiku, gdzie siedzę przychodzi lekarka i mówi, że nie ma sensu, żebym tu siedział, żebym szedł do żony, że jest nadzieja, że uda się synkowi wyjść z tego cało, żebym dzwonił kiedy chcę, żeby się dowiedzieć o stan synka. Dziękuję lekarce, biorę numer telefonu, wychodzę.
Wychodzę z budynku szpitala. Czuję się oszołomiony przez to miejsce. Wszystko, co poprzednie przypomina mi się po kolei: śmierć, prosektorium, tamto dziecko, moje dziecko…
Wracam do żony, do kliniki. Żona już pozbierana czeka na mnie w pokoiku razem z jakąś inną mamą i dzieckiem, które akurat bada pediatra. Czuję się nieswojo. Nie możemy jeszcze wyjść, bo na coś czekamy – nie pamiętam na co. Co za widok – myślę – matka z dzieckiem. My też tak powinniśmy teraz wyglądać, my też powinniśmy cieszyć się obecnością dziecka a dziecko nami. Lekarz sprawdza wszystko, co da się zauważyć i mówi na głos, łaskocze stópki dziecka i mówi: „Oj, coś nie tak z mózgiem…” Zauważam, że kobieta siedząca na łóżku gwałtownie prostuje się podnosząc rękę do ust. Jej wystraszone oczy patrzą już tylko na dziecko. Lekarz łaskocze jeszcze raz, dziecko tym razem odruchowo zabiera nóżki „a nie, pomyliłem się, wszystko w porządku” – mówi lekarz sam do siebie w ogóle nie zauważając reakcji jego mamy. Lekarz wychodzi, kobieta przytula swoje dziecko. Potem odwiedza ją mąż. Widzi nasz niepokój i zamieszanie w klinice. Dzwoni po kogoś, żeby przyjechał po nich samochodem, bo „tu jest problem” – mówi do telefonu stojąc do nas bokiem, patrząc jednocześnie na nas, ale nie w oczy, gdzieś niżej… Tak, czuję to – ten problem to my.

Nie pamiętam jak wracamy do domu. Myślimy cały czas o naszym synku. Boimy się o niego, ale mamy nadzieję…

Śpioszki

Ten odcinek mojej opowieści jest tak smutny i straszny, że jeśli jesteś w ciąży, albo masz słabe nerwy pomiń go, nie czytaj tego.

Któregoś dnia, kiedy żona jeszcze była w ciąży, to były ostatnie miesiące, robiłem coś w kuchni, chyba przy kranie majstrowałem, jak zwykle słuchając swojej ulubionej muzyki. Żona w pokoju przebierała w ciuszkach, które dzień, czy dwa wcześniej kupiliśmy dla Danielka. Mieliśmy już łóżeczko, wanienkę, wózek, nosidełko… W pewnym momencie wchodzi do kuchni z wielkim brzuchem a na brzuchu w nosidełku miś, jej brązowy miś z dzieciństwa ubrany w śpioszki. Wybuchnąłem śmiechem, ona też. Salwa śmiechu nie ustawała, aż nas brzuchy i policzki rozbolały. Pomęczeni śmiechem poszliśmy do pokoju odpocząć.
Te same śpioszki mieliśmy ze sobą w szpitalu a potem w klinice. Te same śpioszki wybraliśmy do trumny.
Bierzemy samochód od teścia i jedziemy do prosektorium. Teść zostaje. Przeżywa to na swój sposób. Po niecałej godzinie jesteśmy już na miejscu. Biorę śpioszki i idę. Sam. Niski, parterowy budynek stoi nieco oddalony od szpitala w cieniu sosen, czarnych sosen. Dwa schodki wiodą mnie ku wejściu. Otwieram stare drzwi, wchodzę. W środku półmrok, może przez cień sosen, a może światło dnia stało się dla mnie mniej jasne, prawie czarne? Pomieszczenie bardziej przypomina korytarzyk niż biuro pracujących tam osób. Nikogo w nim nie ma. Po prawej stronie przy oknie stare biurko, mijam je i przechodzę do następnego, większego już pomieszczenia. Na środku stoi wielki stół pokryty blachą. Zimno tu, mimo upalnego lata. Po lewej stronie pomieszczenia otwarte dwuskrzydłowe drzwi, za nimi starszy, mizerny mężczyzna w kraciastej flanelowej koszuli, szarych spodniach i grubych okularach. Zauważa mnie, przechodzi do pomieszczenia, gdzie ja stoję.
- Dzień dobry – witam się z nim, chociaż w tym momencie to przywitanie wybitnie mi nie pasuje
- Co pana sprowadza? – pyta.
- Przyniosłem śpioszki dla mojego synka, chcielibyśmy z żoną, żeby w nich był pochowany. Gdzie on teraz jest?
- Musimy wejść do chłodni.
Mężczyzna otwiera inne drzwi obite aluminiową blachą, wchodzimy. W środku pod przeciwnymi ścianami stoją dwa długie na dwa metry stoły, jakby piętrowe z blaszanymi blatami. Są ustawione w narożnik. Na jednym z nich po prawej stronie leży białe zawiniątko. Podchodzimy. Mężczyzna rozwija je, pokazuje twarzyczkę…
NIE!!! W jednej chwili ogarnia mnie przerażenie. ZMNIEJSZYŁ SIĘ – wpadła mi do głowy widząc malutką, mniejszą niż przeciętna pięść główkę dziecka. Jak to się mogło stać? Czy zwłoki ludzkie mogą ulec skurczeniu? Przecież to niemożliwe!!! NIE!!! – krzyczę w myślach i jednocześnie słyszę w głowie własny krzyk.
- To nie moje dziecko – mówię do pracownika – Gdzie jest moje dziecko???
- Jak to? – pyta pracownik z lekkim tonem czegoś dziwnego w głosie, czegoś nieokreślonego, jakby z czymś między litością nade mną a drwiną – Nie poznaje pan swojego syna?
- To nie jest mój syn – odpowiadam jeszcze spokojnie, chociaż w środku czuję jak zaczynam kipieć – Mój był większy.
- Żartuje pan? – mówi pracownik takim tonem, że nie wiem czy pyta, czy ze mnie kpi.
- Nie jest mi obojętne kogo pochowam – mówię dosłownie do faceta – mój syn…
- To jak panu jest obojętne, to niech pan bierze to dziecko i po sprawie – przerywa mi facet. Moja wściekłość zaczyna być widoczna przez jego grube okulary, albo słyszalna w tonie głosu, albo jedno i drugie.
- Powiedziałem, że NIE jest mi obojętne kogo pochowam, niech pan nie przekręca moich słów! Mój syn ma się znaleźć tak szybko jak to możliwe!
Pracownik podchodzi jeszcze raz do zawiniętego ciałka, bierze w rękę wiszącą karteczkę z nazwiskiem, czyta. Ja też czytam. Trzy pierwsze litery zgadzają się, reszta nie. Mniej sylab, inne zakończenie. Waga 2600g. (Daniel ważył ponad 4000g.)
- Było tu takich dwóch – zaczyna opowiadać – przynieśli własnoręcznie zbitą trumienkę, na wymiar… chyba ich nie było stać… podeszli, wzięli pierwsze z brzegu… trochę się męczyli wkładając do trumienki… nie mieścił się… scyzorykiem rozcinali materiał, żeby się główka zmieściła… nie mieściła się, to przekrzywili główkę… potem robili zdjęcia…
Czuję, że czerń ogarnia całe to miejsce. Nie mogę już tego słuchać, ale jednocześnie chcę wiedzieć jak najwięcej. Uczucie czerni ogarnia też moje ciało.
Czuję coraz bardziej ogarniającą mnie słabość, jakbym dostał silny cios…
- Chcę, żeby mój syn był tu jak najszybciej.
Facet znika każąc mi zaczekać kilka minut w tym okropnym miejscu. Przechodzę do pierwszego pomieszczenia, chcąc wyjść z budynku i zaczekać na zewnątrz. Zatrzymuję się jednak przy biurku, zaglądam w duży zeszyt z tabelami. Są nazwiska. Chcę odnaleźć mojego syna… przeczytałem nazwisko i wiek jakiejś kobiety. Młoda kobieta. Robi mi się słabo i wychodzę na zewnątrz. Po chwili pojawia się facet i mówi, że załatwione, ciałko będzie z powrotem za dwa dni. Odchodzę w kierunku samochodu myśląc o tamtej kobiecie. Co by było gdybym kazał żonie rodzić jednak w tym szpitalu? Ta myśl jest nieracjonalna, wiem o tym, ale nie mogę się uwolnić od przerażenia. Wsiadam do samochodu ze śpioszkami w ręku. Żona patrzy na mnie zdziwiona. Ja sam nie mogę do siebie dojść, sam tego jeszcze nie ogarniam. Wytłumaczenie tego żonie zajmuje mi długi czas.