Chrzest na przekór rodzicom

Szpital Państwowy… ale tylko z nazwy, bo tak naprawdę chyba katolicki…

Pielęgniarka a właściwie kandydatka na pielęgniarkę zanim się nią stanie przechodzi szkolenie. Szkolenie nie tylko z zakresu medycyny, ale też z zakresu etyki. Musi przecież wiedzieć i wie doskonale jak się zachować, kiedy umiera człowiek. Przychodzi do niego, żeby nie był sam, bo nie powinno się pozostawiać odchodzącego człowieka samego. Kto z Was chciałby umierać samotnie? Zadaniem pielęgniarki jest naszykowanie wszystkiego i sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku i na swoim miejscu. Czy zapalić świece? Czy położyć Biblię? Co pasuje? Wszystko to zależy. Zależy od wyznania umarłego oczywiście a nie pielęgniarki…

A jeśli pielęgniarką jest muzułmanka? Powinna wtedy przy łożu zmarłego położyć Koran? A jeśli zmarły jest chrześcijaninem?…

Takiej etyki uczy się w Szwecji. Jak to jest w Polsce?
W Polsce wszyscy są wrzucani do jednego wora. Katolickiego wora. Nie ważne jak bardzo rani się rodzinę zmarłego, najważniejsze że pielęgniarka „staje na wysokości zadania”.

„Chrzest z wody”
Chrzest z wody jest spełnieniem się, czy samozaspokojeniem się pielęgniarki, kiedy nie może spełnić się ratując życie noworodka. Taki substytut, ale zgodny z jej sumieniem. To, że rodzice nie są katolikami nie ma dla niej najmniejszego znaczenia. To, że przez lata będą cierpieć z tego powodu nie ma dla niej żadnego znaczenia. Nie ma znaczenia, że ich dziecko właśnie spotyka śmierć a ich samych ból i rozgoryczenie. Najważniejsza jest chwila spełnienia i zrobi wszystko, żeby do tego doszło. Jeśli rodzice nie są katolikami zrobi to tym bardziej. Zamknie przed rodzicem drzwi na OIOM, żeby nie przeszkadzał. Otworzy je później, ale nie zdradzi się, że to zrobiła, bo po co? Najważniejsza jest jej wiara a nie tam jakaś „etyka” nie wspominając o emocjach rodziców.
Co myśli taka pielęgniarka chrzcząc dziecko wbrew woli rodziców? „Biedne dziecko, nie przejmuj się, ja cię uratuję”? „Dzięki mnie pójdziesz do nieba, gdzie nie spotkasz już więcej swoich strasznych, okrutnych rodziców”?

Po tym, jak zobaczyłem papiery ze szpitalnego archiwum, że mój syn został ochrzczony, zacząłem szukać na necie informacji o chrzcie „z wody”. Przeczytałem na pewnym forum, że taki chrzest jest nieszkodliwy, że nie ma znaczenia dla rodzica, który jest niewierzący. Że dla niewierzących rodziców taki chrzest to po prostu „magiczny rytuał”, który ani nie pomaga dziecka uratować, ani nie przeszkadza. Czy ktoś ma mi mówić co i z jaką intensywnością mam czuć? Czego nie powinienem czuć? A co z szacunkiem do mnie? Do mojej żony? Do naszych przekonań?
Czy to nie gwałt?

Znanylekarz.pl

Google. Wklepuję w okienko wyszukiwarki jego nazwisko, bo jestem ciekaw, czy jeszcze pracuje, już dawno miał być na emeryturze, czy może znajdę jakieś informacje. Trafiam na dwa rezultaty i widzę, że obydwa są na stronie, której do tej pory nie znałem – znanylekarz.pl. Jest. Nazwisko się zgadza, imię też. Zgadza się specjalizacja i miasto. Czytam opinie o nim. Jest ich 19, w tym osiemnaście pozytywnych. Czytam, że lekarz jest bardzo spokojny. To się też zgadza. Był tak spokojny, kiedy mój syn w nocy, zaraz po urodzeniu gorączkował, że po pomoc zadzwonił dopiero rano, kiedy mój syn już umierał…

Miałem nadzieję, że będąc na emeryturze nikomu już nie zaszkodzi. Tymczasem całkiem spokojnie w dalszym ciągu przyjmuje pacjentki…
Analizuję wszystkie opinie, bo nie mogę uwierzyć, że tyle rozanielonych kobiet wystawiło mu bardzo dobrą ocenę. Znaczna część pozytywnych opinii wygląda, jakby była pisana tą samą ręką. Jest tylko jedna negatywna opinia kobiety, która skarży się, że oceniany tam lekarz nie rozpoznał jej niebezpiecznej choroby i odradza innym leczenie się u niego. Nie jestem na sto procent przekonany, że opinia negatywna nie jest wystawiona przez jakiegoś fałszerza, ale wygląda mi na autentyczną, podczas kiedy większość pozytywnych zdecydowanie wygląda na blef.
Nie wytrzymuję i piszę własną opinię, zakładam konto, bo to jest wymagane i wysyłam. Jakiś niedługi czas później przychodzi mail od administratora strony, otwieram i czytam „zmień swoją opinię o lekarzu (…) …” Moja opinia była zbyt mocno naładowana emocjami. Musiały minąć dwa miesiące, żebym mógł spokojnie napisać nową a raczej skorygować, bo można wystawić tylko jedną ocenę do jednego lekarza.
Wiem, że nie wszyscy czytają opinie na tej stronie, bo „każdy może tam napisać, co mu się podoba”, ale może chociaż w małym stopniu wpłynie to na świadomość pacjentów z jakim lekarzem mają do czynienia.

Żałuję, że nie podałem go do sądu. Żałuję, że nie miałem na tyle siły… Żałuję, że nie wziąłem wtedy dokumentów ze szpitala…
Teraz, kiedy mam te dokumenty przed sobą wiem, że nie dopełniłem swojego obowiązku ochrony bliźniego przed niebezpieczeństwem, jakim jest niezwykle spokojny podczas akcji lekarz. Nic więcej już nie mogę zrobić oprócz tej opinii…

GBS – bezszelestny zabójca

Jedziemy na umówioną wizytę u ginekologa, specjalisty od poronień. Naszą historię znał już z grubsza, bo czerwonousta kuratorka przekazała mu swoje sprawozdanie. Lekarz mówi o tym, że dwa poronienia pod rząd są typowe, że dopiero po trzecim kobieta kwalfikuje się na leczenie, ale rozumie i zgadza się z tym, że my jesteśmy wyjątkiem. Jego zdaniem nasi synowie padli ofiarą GBS – paciorkowców z grupy B. Wszystkie objawy mu na to pasują. Jeśli chcemy, możemy starać się o dziecko za kilka miesięcy, potem będziemy pod jego stałą kontrolą a przy porodzie poda się antybiotyk na cztery godziny przed samym momentem i będzie ok.

Czyli co? Antybiotyk i już? Tak po prostu? Wystarczyłoby wtedy podać antybiotyk na cztery godziny przed porodem, żeby uniknąć śmierci mojego jendego syna i amputacji podudzia drugiego??? Przez lata nie wiedzieliśmy co było przyczyną śmierci naszego dziecka, zadawaliśmy sobie pytania „dlaczego

To dlaczego nie można było wtedy tego zrobić?

„Bo wtedy jeszcze lekarze o tym nie wiedzieli. Standardy badania każdej kobiety i przeciwdziałania ewentualnym skutkom obecności tej bakterii weszły w Szwecji w 2005 roku”.

Dziś wiem, że jednak już wtedy lekarze coś na ten temat wiedzieli, skoro przy drugim porodzie zaproponowano nam cesarkę. „Wiedzieli, że dzwoni, ale nie wiedzieli w którym kościele.” Cesarka nie uchroniła go przed zakażeniem, ale późniejsze szybkie i zdecydowane działanie lekarzy pomogło uratować syna. Za drugim razem przygotowany był każdy krok.

Wracamy do domu, siadamy do komputera i grzebiemy w internecie… szukamy informacji o GBS. Najwięcej jest takich bardzo „delikatnie” podanych. Dowiadujemy się, że od 10 do 35% kobiet jest nosicielkami tej bakterii, że obecność jej w organizmie jest bezobjawowa, czyli praktycznie niezauważalna, że bakteria żyje głównie na skórze i w jelitach, ale bywa, że zasiedla też drogi rodne, co przy porodzie może spowodować zakażenie noworodka przechodzącego przez kanał rodny. To wszystko potwierdza naszą znajomość tematu z wcześniejszej rozmowy z lekarzem od poronień. Mówi się o tym, że dziecko może zachorować, ale niewiele jest informacji naprawdę rzetelnych, więc mówię ja:

Ta bakteria może wywołać sepsę i dziecko może umrzeć!!! Każda ciężarna powinna i ma prawo to wiedzieć. Nie po to, żeby się bać, ale żeby mieć świadomość zagrożenia. Jeśli Twój lekarz Ci o tym nie mówi, albo bagatelizuje temat, może się okazać, że jest takim samym lekarzem jak ten, który odbierał poród mojego pierworodnego a potem lekceważył wszystkie oznaki pogarszania jego stanu aż było już za późno.

Spadające bociany…

Jesteśmy całkowicie skoncentrowani na adopcji. To jest nasz cel, do którego teraz dążymy, tylko tym jesteśmy pochłonięci. Jeszcze przed kursem rozmawiamy o naszym pragnieniu dziecka i wiemy, wręcz po raz pierwszy to czujemy do głębi, że swojego własnego maleństwa już nie będziemy mieć, ale pokochamy dziecko, które gdzieś już na świecie jest i może ono pokocha nas.

Nawet nie zdążyliśmy odpowiedzieć na maile nowo poznanych przyjaciół – rodziców adopcyjnych ze wspólnego kursu, kiedy życie wywraca nam wszystko do góry nogami. Żona czuje się dziwnie, ostatkiem przytomności robi test ciążowy. Test potwierdza – jesteśmy w ciąży. Nie wierzymy w to jednak, test już kiedyś nas oszukał, pokazał ciążę, tyle, że to nie potwierdziło się przy badaniu ginekologicznym. Teraz umawiamy się telefonicznie do ginekologa, żona wręcz wymusza pierwszeństwo, ale lekarz nie ma nam tego za złe. To nasz lekarz. Ginekolog ze wzburzoną fryzurą, u którego wcześniej próbowaliśmy dosłownie wszystkiego, żeby w ciążę zajść mówi po badaniu, że to rzeczywiście ciąża, ale dzidziuś ma dopiero trzy milimetry i jeszcze niewiele można powiedzieć.
W szóstym tygodniu jedziemy jeszcze raz. Wizyta jest nieplanowana i nagła, ponieważ żona ma upławy podbarwione krwią. Przyjmuje nas niska kobieta z pięknymi, długimi czarnymi włosami spiętymi w koński ogon. Robi badanie, ale jej twarz pozostaje poważna. W końcu mówi, że nie widzi żeby serce dziecka biło. „No, ale przecież dziecko jest jeszcze za małe” – protestuję z nadzieją. „Mała Czarna” nie odbiera nam nadziei, mówi jednak, że badanie trzeba będzie powtórzyć, ale ona z doświadczenia wie, że takie przypadki kończą się poronieniem. Ma rację…
Dwa tygodnie później w środku mroźnej, zimy żonę chwytają bóle. To ósmy tydzień ciąży. Chwila i jest po wszystkim. Jeden krzyk i z brzucha wychodzi nasza nadzieja. Psychiczny ból pozostaje dłużej niż fizyczny… Zbieram czerwoną masę, która jeszcze niedawno była żywym ludzkim organizmem, naszą nadzieją, naszą radością, naszym dzieckiem… Zbieram i pakuję do małego pudełka. Jeszcze tego samego dnia wsiadamy w samochód, jedziemy do pobliskiego lasu. Starannie wybieramy młode drzewko. Wędkarskie wiertło do lodu okazuje się dobrym narzędziem do przebicia się przez półmetrową warstwę śniegu i wykopania wystarczająco głębokiego, ale za razem wąskiego dołka, w którym chowamy nasze zawiniątko. Pachnącą grzybami, wyrzuconą przez wiertło ziemią wypełniam otwór i ubijam wiertłem. Później przysypujemy wszystko śniegiem, żeby zatrzeć ślady przed zwierzętami.
Jeszcze tego samego roku udaje nam się zajść w kolejną ciążę. Tym razem na badaniu USG okazuje się, że serce bije. Widzimy to na własne oczy. Teraz na prawdę można powiedzieć, że jesteśmy przy nadziei. Teraz wiemy jak to powinno wyglądać i dlaczego „Mała Czarna” nie dawała nam wtedy nadziei. Niestety na następnym badaniu USG w dziesiątym tygodniu ciąży nie widzimy już na monitorze pulsującego, czarnego punktu jak poprzednio. Serce przestało bić…
Wracamy samochodem i płaczemy. Żona płacze zwykłym płaczem, ja… ja tak nie potrafię. Mi łzy napływają do pewnego stopnia a później ustają, ale nastrój się utrzymuje. Tym razem jest gorzej niż poprzednio. Tym razem to dziesiąty tydzień, czyli jedna czwarta całego okresu ciąży. Po kilku godzinach rozdzierającego bólu w środku nocy wypada nasze maleństwo. Tym razem jest bardzo dużo krwi. Nie widać dokładnie. Zakładam gumową rękawiczkę i szukam. Jest. Wyciągam. Oglądamy pod światło. Nie mamy wątpliwości, bo widzimy maleńką postać w pozycji embrionalnej – główkę, tułów, rączki i nóżki. Żona dziękuje mi, że wyłowiłem. Ale przecież to też moje dziecko. To nasze dziecko. Ono też zasługuje na pogrzeb… Słyszałem o dziewczynie, która kiedyś poroniła w polskim szpitalu. Dostała od położnej słoik, do którego miała pozbierać wszystko, co z niej wyszło. Położna wzięła słoik, obejrzała po czym bez pytania wszystko wylała do toalety i spuściła wodę… żadnych uczuć…
Brzózka. Jesteśmy tu znowu. Znowu z wiertłem. Ten sam rok, takie samo zdarzenie. Do naszego poprzedniego maleństwa dołącza nasza upragniona „Byczka”, która miała przyjść na świat w maju, kiedy świat jest taki piękny, ale dla nas już nie będzie, nie tego maja…

Uwaga zakręt, uwaga zły pies, uwaga lekarz.

Wejść w zakręt uczy nas instruktor nauki jazdy, potem sami dopracowujemy technikę. Psa można ominąć po tym jak zobaczymy, że na nas warczy, poza tym do zwierząt nie musimy mieć zaufania. Ale jak rozpoznać nieudolnego lekarza? Jak rozpoznać śmiertelne zagrożenie, które kryje się pod postacią łagodnego, spokojnego człowieka w białym kitlu, do którego od przedszkola mamy zaufanie? Kim w ogóle jest lekarz?

 

Prestiż za wszelką cenę.
Lekarz to zawód. I jak w każdym zawodzie niejeden człowiek jest gotów łokciować, gryźć, kopać i robić wszystko inne, żeby skasować konkurenta. Jeśli lekarze tworzą zespół, żeby współpracować i coś „osiągnąć” to robią to po to, żeby okazać się lepszymi od innych zespołów. Lekarz na wysokim stanowisku często wykorzystuje młodszych kolegów, którzy dopiero się uczą – rozmawiałem niedawno z lekarzem, który niechętnie, ale zdradził parę szczegółów na ten temat. Otóż i on i jego koledzy pracowali na stażu przez pięć lat za darmo pod kierownictwem „feudalnego” ordynatora, który robił co chciał i pomiatał kim chciał w swoim szpitalu.

 

Lekarz to pijak.

Lekarz częściej niż pracownik innego zawodu zagląda do kieliszka i to w miejscu pracy. Przykład? Delikatna sugestia do nas, jako rodziców: „Tylko nie kupujcie nam kwiatów, bo my się narobiliśmy a zarobi ogrodnik… kupcie coś dobrego.”

 

Lekarz to kłamca.
Jak coś spieprzy, zaraz tak kłamie i kręci w dokumentach, że mimo sprzecznych zeznań innego lekarza – np. patologa robiącego sekcję zwłok, ktoś postronny uznaje „słowo przeciwko słowu”. I tu mi się nasuwa stara złodziejska zasada – „nigdy się nie przyznawaj, a jak cię złapią za rękę to mów, że to nie twoja ręka.” Niedawno przeczytałem na necie jak pewna lekarka urwała niemowlęciu ropiejący pępek, co spowodowało sepsę i śmierć dziecka. Słowa lekarki „przykro mi z powodu śmierci pani dziecka, ale nie przepraszam, bo nie poczuwam się do winy” uderzyły mnie boleśnie. Dokładnie tak samo powiedział, osiemnaście lat temu lekarz ginekolog-położnik, który odbierał poród mojego synka, widząc, że gorączkuje wezwał pomoc dopiero po kilku godzinach, kiedy było już za późno.
„PRZYKRO MI”; „TO NIE MOJA WINA”; „NIE MAM NIC WIĘCEJ DO POWIEDZENIA”.

 

O wiele łatwiej żyło by się gdyby na drodze życia stały takie znaki. Uwaga zakręt, uwaga zły pies, uwaga lekarz.
W następnym wpisie wracam do mojej historii, w której opiszę dobrych lekarzy.