Emocje surowo zabronione

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze,
Prawdziwy mężczyzna nie wie co łzy,
Prawdziwy mężczyzna nie zna rozpaczy.
Mężczyzna i łzy? To śmieszne, to wstyd.

To refren bardzo starej piosenki, znanej prawie wszystkim jeszcze z lat dzieciństwa, mówiącej bardzo dużo o nastawieniu społeczeństwa do uzewnętrzniania emocji przez męską jego część. Utwór sam w sobie jest doskonały, słowa trafione, muzyka świetnie dobrana do tematu. Nigdy jednak tej piosenki nie lubiłem i nigdy jej nie będę z chęcią słuchał, bo wywołuje u mnie skrajne emocje. Już od samego słuchania jej chce mi się płakać, więc po prostu wyłączam radio. Ale mój teść tę piosenkę lubiał…
O tym, że mężczyzna musi być twardzielem i nie okazywać łez dowiadujemy się jeszcze będąc dziećmi. Każdą osobistą porażkę należy zbagatelizować, zapomnieć o niej jak najszybciej, zająć się czymś innym.
Wcześniej w moim blogu wspominałem już o tym jak reagowali ludzie z mojego najbliższego otoczenia, kiedy próbowałem z nimi rozmawiać o śmierci mojego dziecka. Owszem, przyjmowali do wiadomości, powiedzieli że im przykro, czasem to wyglądało szczerze, ale żeby ktoś chciał dłużej o tym porozmawiać… nie było o tym mowy. Z jednej strony niby było im przykro, ale z drugiej widziałem po ich minach, że byłoby lepiej, żebym z nimi o tym nie rozmawiał, że chcieliby jak najszybciej zakończyć rozmowę. Nie było mowy o tym, żebym mógł z kimś dłużej porozmawiać o zamianie ciał w prosektorium. Nie miałem z kim o tym porozmawiać, bo ani „przyjaciele”, ani moja rodzina „nie czuła się dobrze” w tym temacie. Nauczyłem się więc milczeć. Jedyną osobą, która w pełni rozumiała mnie to moja żona, która też potrzebowała z kimś o tym porozmawiać. Cieszę się, że chociaż ona miała z kim porozmawiać, miała przyjaciółki, którym nie wstyd było płakać z nią. Ja tego nie mogłem, bo jestem mężczyzną. Wśród mężczyzn to nie działa. Między nimi taka rozmowa nie ma racji bytu. Nie o tak poważnym temacie, jak śmierć. Każdy z mężczyzn tutaj wystawiony jest na samotność, na zupełnie samotne przeżywanie tych emocji, na przetrawienie tego samemu. I to tak, żeby jego otoczenie nie odczuło, że on to przeżywa. Jego otoczenie jest przecież ważniejsze od tego, że on sam „coś tam” przeżywa, z jego otoczeniem trzeba się obchodzić jak z jajkiem, absolutnie nie można dotknąć otoczenia swoim bólem. Tego nie można…
Prawdziwy mężczyzna ma jak najszybciej przejść nad swoim niepowodzeniem do porządku dziennego. Oczekuje tego od niego nie tylko męska częśc ludzkości, ale i żeńska, bo przecież kobiety też już od najmłodszych lat słyszą, że „prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze”. Niedawno napisała mi komentarz jedna z czytelniczek, że nie powinienem tak rozpaczać przy żonie i przez to „jeszcze bardziej pogrążać w rozpaczy swojej żony”, że jestem taki sam jak jej mąż, który „zamiast ją pokrzepić”, pomóc jej wyjść z jej rozpaczy, „pogrążał ją jeszcze bardziej”. Jeśli chcę rozpaczać, to powinienem to robić w ukryciu…
Wyraźny podział na mężczyzn i kobiety czuje się też w komentarzach. Ogromna część komentarzy mojego bloga, to komentarze kobiet – napełnione emocjami. Ale są też, chociaż nieliczne, komentarze od mężczyzn, którzy o emocjach nie piszą, bo „nie wypada”. W tych męskich komentarzach daje się jednak wyczuć pewną solidarność, pewne zrozumienie. Tylko tyle i aż tyle, bo mężczyźnie „nie wypada” o emocjach rozmawiać.
Mój teść, który tak bardzo lubił piosenkę Gangu Marcela, też był podobnego zdania, chociaż tego nigdy nie powiedział. W ogóle niewiele mawiał. Jak miał powiedzieć coś ważnego, to powiedział to w taki sposób, że wszyscy wiedzieli o co chodzi, chociaż wypowiedział tylko jedno zdanie. Mój teść był człowiekiem bardzo honorowym, był właśnie takim prawdziwym mężczyzną. Moja żona, nawet jeszcze jako dziecko, nigdy nie widziała go płaczącego, aż… Pewnego razu, kiedy jej mama znalazła się w szpitalu, a oni zostali w domu sami, mała dziewczynka uświadomiła sobie w pewnym momencie, że długo nie widać taty. Postanowiła go poszukać. W wielkim mieszkaniu nie mogła go nigdzie znaleźć, aż znalazła go w spiżarni. Schował się tam i płakał. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy widziała go płaczącego. Szybko się wtedy pozbierał i wrócił do pokoju. Nie chciał, żeby jego córka go takim zapamiętała. Nigdy też z nią o tym nie rozmawiał. Z nikim o tym nie rozmawiał.
„Mężczyzna i łzy… to śmieszne, to wstyd!”.
Mój teść wszystko, co łączyło się ze śmiercią wnuka przeżywał w sobie i na swój sposób. Nie wiem jak to przeżywał, bo nigdy nikomu o tym nie powiedział, ale wiem, że przeżywał, a tamten płacz jest dla mnie na to dowodem. Poza tym, po tych wszystkich wydarzeniach… po śmierci Danielka nigdy nie odzyskał zaufania do lekarzy. O Danielku rozmawialiśmy tylko raz, zaraz po porodzie, kiedy jeszcze wszystko było dobrze. Wtedy to teść dowiedział się jak bardzo Danielek był do niego podobny. Nie rozmawialiśmy jednak o tym nigdy więcej. Teść najwyraźniej bojąc się swoich emocji po prostu nie rozmawiał z nami o tym mimo, że dawał nam swoje wsparcie swoją obecnością.
Mężczyźni przeżywają śmierć bliskich tak samo jak kobiety, zwłaszcza śmierć dziecka. Nigdy tego jednak nie pokażą, ani nie wyrażą tak jak kobiety, bo tak ich ukształtowało środowisko. Może się zdarzyć, że nigdy nie będą chcieli o tym rozmawiać nawet z najbliższymi. Ale to nie znaczy, że nie cierpią, że mają serce z kamienia, albo że nie są zdolni do odczuwania emocji. Po prostu od dziecka próbują dorównać niedościgłemu ideałowi „prawdziwego mężczyzny”

GBS – bezszelestny zabójca

Jedziemy na umówioną wizytę u ginekologa, specjalisty od poronień. Naszą historię znał już z grubsza, bo czerwonousta kuratorka przekazała mu swoje sprawozdanie. Lekarz mówi o tym, że dwa poronienia pod rząd są typowe, że dopiero po trzecim kobieta kwalfikuje się na leczenie, ale rozumie i zgadza się z tym, że my jesteśmy wyjątkiem. Jego zdaniem nasi synowie padli ofiarą GBS – paciorkowców z grupy B. Wszystkie objawy mu na to pasują. Jeśli chcemy, możemy starać się o dziecko za kilka miesięcy, potem będziemy pod jego stałą kontrolą a przy porodzie poda się antybiotyk na cztery godziny przed samym momentem i będzie ok.

Czyli co? Antybiotyk i już? Tak po prostu? Wystarczyłoby wtedy podać antybiotyk na cztery godziny przed porodem, żeby uniknąć śmierci mojego jendego syna i amputacji podudzia drugiego??? Przez lata nie wiedzieliśmy co było przyczyną śmierci naszego dziecka, zadawaliśmy sobie pytania „dlaczego

To dlaczego nie można było wtedy tego zrobić?

„Bo wtedy jeszcze lekarze o tym nie wiedzieli. Standardy badania każdej kobiety i przeciwdziałania ewentualnym skutkom obecności tej bakterii weszły w Szwecji w 2005 roku”.

Dziś wiem, że jednak już wtedy lekarze coś na ten temat wiedzieli, skoro przy drugim porodzie zaproponowano nam cesarkę. „Wiedzieli, że dzwoni, ale nie wiedzieli w którym kościele.” Cesarka nie uchroniła go przed zakażeniem, ale późniejsze szybkie i zdecydowane działanie lekarzy pomogło uratować syna. Za drugim razem przygotowany był każdy krok.

Wracamy do domu, siadamy do komputera i grzebiemy w internecie… szukamy informacji o GBS. Najwięcej jest takich bardzo „delikatnie” podanych. Dowiadujemy się, że od 10 do 35% kobiet jest nosicielkami tej bakterii, że obecność jej w organizmie jest bezobjawowa, czyli praktycznie niezauważalna, że bakteria żyje głównie na skórze i w jelitach, ale bywa, że zasiedla też drogi rodne, co przy porodzie może spowodować zakażenie noworodka przechodzącego przez kanał rodny. To wszystko potwierdza naszą znajomość tematu z wcześniejszej rozmowy z lekarzem od poronień. Mówi się o tym, że dziecko może zachorować, ale niewiele jest informacji naprawdę rzetelnych, więc mówię ja:

Ta bakteria może wywołać sepsę i dziecko może umrzeć!!! Każda ciężarna powinna i ma prawo to wiedzieć. Nie po to, żeby się bać, ale żeby mieć świadomość zagrożenia. Jeśli Twój lekarz Ci o tym nie mówi, albo bagatelizuje temat, może się okazać, że jest takim samym lekarzem jak ten, który odbierał poród mojego pierworodnego a potem lekceważył wszystkie oznaki pogarszania jego stanu aż było już za późno.

Rozmowy z otoczeniem

Najbliższe otoczenie wie, co się stało. Takie wieści rozchodzą się natychmiast. Wszyscy starają się jakoś pocieszyć, powiedzieć coś pokrzepiającego. Większość mówi, że jest im przykro. Widać po nich samych, że to co mówią jest szczere. Tak jest dobrze, to często wystarczy. W takim przypadku nie trzeba wiele słów, trzeba tylko być przy tym kimś, kto stracił bliską osobę – dać odczuć swoją bliskość, wysłuchać jeśli ten ktoś chce się wyżalić.
Pamiętam jedną mądrą wypowiedź, znajomy powiedział, że ta strata jest niepowetowana. Rzeczywiście nic nie może zastąpić straconego dziecka. Nie może tego zrobić też następne dziecko, bo to nie jest ten sam człowiek –to jest następne dziecko, które jest sobą a nie tym poprzednim.
Pamiętam też niemądre próby pocieszenia. Jedno z nich to: „Dobrze, że to się stało teraz a nie za kilka miesięcy, kiedy zdążylibyście się do niego przyzwyczaić”. – Katastrofa! Po pierwsze, jak to nie zdążyliśmy się przyzwyczaić? Czas ciąży się nie liczy? Po drugie, przecież to była sepsa, atak hordy bakterii na bezbronny organizm noworodka. Im dłuższy czas udaje się dziecku przeżyć, tym większa jest szansa na przeżycie takiego ataku w ogóle. Poza tym można też myśleć dokładnie odwrotnie – im dłużej dziecko mamy ze sobą, tym więcej radości ono doświadcza i możemy się cieszyć, że miało z tego życia chociaż troszkę więcej (o ile nie cierpi). Niedawno zginął trzydziestoletni syn mojej znajomej. Trzy miesiące po pogrzebie zorganizowała spotkanie a na nim pokaz slajdów z jej synem. Ten człowiek umarł bardzo młodo, ale był tu… był tam… chyba wszędzie, zrobił to, zrobił tamto… zdobył wiele i wiele mu w życiu wyszło, żył tak intensywnie, że niejeden starzec nie przeżył tyle co on. Na każdym zdjęciu uśmiechnięty, na każdym wesoły, jakby nigdy się nie smucił… Wszyscy obecni na spotkaniu wyciągnęli właśnie taki wniosek z tego pokazu zdjęć, co było krzepiące dla jego matki. Co ja bym wybrał, gdybym mógł? Czy płakałbym, że przez trzydzieści lat się przyzwyczaiłem? Bynajmniej, wolałbym właśnie to niż stracić dziecko zaraz po porodzie.

Wszystko, co może się nie udać, na pewno się nie uda.

To przysłowie to doskonały wstęp do opowieści o tym co wydarzyło się później. Można by je trochę zmodyfikować mówiąc:
Wszystko, co można spartaczyć, zostanie spartaczone na pewno.
Widząc, że dziecko nie czuje się dobrze, odpowiedzialny za to co się dzieje w klinice lekarz, prawa ręka szefa mógł wcześniej podać antybiotyk i mógł wcześniej zadzwonić po pomoc do szpitala, nie mówiąc o tym, że w ogóle mógł też o trzy dni wcześniej wywołać poród…

Jest wtorek 2 sierpnia 1994r. ok godziny 5.00
Ze spokojnego, głębokiego snu budzi mnie głos tej samej pielęgniarki:
- Niech pan szybko idzie na salę, coś się dzieje!
- Coś się dzieje? Co się może dziać? Już idę. – Ubieram się i przechodzę do sali obok. Widzę żonę, leży wciąż na łóżku porodowym, lamentuje. Na stole operacyjnym widzę moje dziecko, nie bardzo rozumiem.
- Co się stało? – pytam trochę jeszcze nieprzytomnie.
Próbuję uspokoić żonę. Mówię, że przecież jesteśmy w dobrych rękach, pod opieką najlepszego lekarza. Żona jednak nie uspokaja się. Przeciwnie, wpada w panikę, której ja nie rozumiem. Nawet jestem na nią trochę zły, ale tłumaczę sobie, że to od gorączki, która z czasem wzrosła do 40 stopni.
- Nie wiemy co się dzieje, wiemy, że dziecko źle się czuje, ale nie wiemy dlaczego – odpowiada pielęgniarka. – Nie może samo oddychać.
Za chwilę przynosi ręczną pompkę z maseczką do reanimacji, przytyka do pyzowatej, sinej już twarzyczki i zaczyna pompować. Synek jest blady, usta sine. Przez chwilę widać lekarza, który niewiele mówi. Znika. Pielęgniarka też musi zniknąć, żeby coś przynieść.
- Niech pan weźmie pompkę i pompuje tak jak ja teraz.
Robię tak. Nie wiem, czy dobrze. Pompuję nie za mocno, nie za szybko, staram się robić to dokładnie jak ona. Na kilka sekund zostaliśmy sami, mój ledwie żywy syn, głośno lamentująca żona i ja ściskający pompkę. Ogarnia mnie dziwne uczucie. Niby nie jesteśmy sami, niby ja nie jestem sam, ale czuję jakby wszyscy na świecie nas opuścili, jakby opuścili mnie, jakby jakieś wielkie uosobienie samotności stanęło obok mnie i okryło mnie swoim zimnym płaszczem izolując od reszty świata. Wszystko, co się dzieje dookoła przestaje być rzeczywiste, czas dłuży się w nieskończoność, z nikąd pomocy. Po kilku sekundach nieobecności pojawia się pielęgniarka i przejmuje pompkę. Nie wiem gdzie lekarz, nie wiem co dalej robić, nie wiem, czy pompowałem dobrze, czy nie za słabo…
Po kilku minutach pojawia się zaginiony lekarz:
- Zadzwoniłem po pomoc – powiedział powolnie – zaraz przyjadą.

Przyjechali. Trzy postacie weszły do sali, zamienili w pośpiechu kilka zdań, wzięli od lekarza jakieś papiery, wyjęli z walizki własną pompkę, przyłożyli do twarzy i pompując wyszli. Co robić? Żona leży w gorączce, dziecko zabierają… Nie chcę zostawiać żony, ale też nie chcę zostawiać dziecka. Doganiam ich przed windą, wchodzę razem z nimi. Jedziemy. Staram się być spokojny, chociaż wewnątrz jestem napięty do zenitu. Wychodzimy z budynku…

Kierowca ambulansu – zawód ideał… odkąd pamiętam, chyba każdy w przedszkolu marzył o wykonywaniu takiego idealnego zawodu: lekarz, strażak, albo policjant (za moich czasów milicjant).

…na zewnątrz czeka ambulans, jakiś stary grat, rumuński, czy jugosłowiański, chyba z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Widziałem wcześniej ten model samochodu, ale nie w tak ważnej roli, nie w roli karetki. Trzy postacie z moim synkiem wchodzą do niego i podłączają synka do aparatury.
- Panie kierowco, odpalamy samochód! – Woła donośnym głosem lekarka i wydaje dyspozycje do pozostałych dwóch postaci. Robią coś jeszcze przy dziecku, co zajmuje im czas.
- Panie kierowco! – Ponaglają kogoś, kogo w ogóle nie widać przez okienko dzielące szoferkę z tylną częścią samochodu. Mijają dalsze sekundy.
- Panie kierowco, odpalamy samochód!!! – Krzyczy lekarka a reszta już krzyczy razem z nią.
W tym momencie idę sam szukać kierowcy. Zachodzę do szoferki. Nie ma go. Co robić? Pierwsza myśl to wskoczyć samemu i ten pieprzony samochód odpalić, bo domyślam się, że nie chodzi o hałas silnika, ale o prąd do aparatury. Nie wskakuję do szoferki i nie odpalam samochodu. Powstrzymuję się, bo nie chcę czegoś namieszać. Trzeba znaleźć „kierowcę”. Biegnę wzburzony dookoła karetki. Jest… stoi przy prawym przednim kole z nogą na oponie. Patrzę na oponę, czy coś się nie stało z kołem. Nie, wszystko w porządku, kierowca po prostu sobie tam stoi.
- Panie kierowco, odpalamy samochód i jedziemy!!! – Woła tym razem pielęgniarka, czy sanitariuszka, która wyszła z karetki i pobiegła zaraz za mną.
Obudził się. Długimi krokami zaczłapał się za kierownicę i odpalił samochód.
- Mogę jechać z Wami? – Pytam grzecznie lekarkę.
- Nie.
- A dokąd jedziecie?
- Do szpitala (…) na oddział intensywnej terapii. – Drzwi się zamknęły i ambulans odjechał.
Przez lata mam mieszane uczucia. Czy dobrze zrobiłem, że się wstrzymałem, że nie wskoczyłem do samochodu, żeby go odpalić? Może coś by sobie facet uświadomił? Wiem, że i tak w tym wypadku na niewiele by się to zdało, ale jego następne kursy byłyby sprawniej wykonane? Z drugiej strony cieszę się, że powstrzymałem się od wymierzenia mu policzka. On by się dobudził, ale ja mógłbym mieć potem niemałe kłopoty.

Pędzę do szpitala. Pieszo. Nasz samochód popsuł się w piątek, kiedy wracaliśmy do domu na umówiony z lekarzem odpoczynek, na poród przyjechaliśmy autobusem. Biegnę więc do tego piekielnego szpitala, z którego kilka dni temu zabrałem żonę. Kilka osiedlowych uliczek a potem stara kamienna droga, po której przed chwilą wieźli mojego synka. Biegnę tą drogą kilkaset metrów, chociaż wydaje mi się, że to najdłuższa droga do przebycia w moim życiu. Kilka minut później skręcam w kierunku szpitala. Jeszcze sto metrów. Na stróżówce pytam gdzie jest oddział intensywnej terapii dla noworodków. Szukam, znajduję, wchodzę do budynku. Podchodzę do oszklonych drzwi, za którymi jest ten oddział. Dzwonię. Widzę przez szybę kręcący się po korytarzu personel. Nikt nie reaguje na dzwonek. Dzwonię jeszcze raz. Wychodzi jakaś pielęgniarka.
- My tu nie mamy teraz czasu. – mówi
- Ale właśnie przywieziono tu moje dziecko, ja jestem ojcem.
- To niech pan poczeka. – powiedziała i zamknęła drzwi. Nie chcę przeszkadzać, ale gdyby mnie wpuszczono to chyba też bym nie przeszkadzał? Przy porodzie nie przeszkadzałem, to dlaczego miałbym teraz? Nie pozostało mi nic innego jak czekać. Czekam więc na tym korytarzu, myśli tłoczą się po głowie. Co mogę zrobić? Niewiele. Modlę się w myślach. Stoję i czekam. Patrzę przez okno. Nerwowo patrzę na zegarek. Mój syn jest tam, na oddziale, próbują go ratować, moja żona jest gdzie indziej, leży w gorączce a ja gdzieś pomiędzy. Od syna dzieli mnie kilka metrów, drzwi i ściana. Kolejny raz patrzę przez okno i uświadamiam sobie, że ten widok w ciągu kilku minut poznałem na pamięć. Nerwy, modlitwa, gonitwa myśli…
Pół godziny później drzwi otwiera ta sama pielęgniarka.
- Niech pan wejdzie.
Wchodzę. Pokazuje mi przez drzwi co lekarze robią z moim dzieckiem. Widzę, że jest podłączony do aparatury, która daje nierównomierny sygnał dźwiękowy, krzywa na ekranie nie jest obiecująca, widzę synka i lekarkę, która go reanimuje uciskając klatkę piersiową. Pielęgniarka prowadzi mnie do pokoju, w którym mogę poczekać. Przez chwilę rozmawiamy. Pyta mnie o imię syna. Mówię, że Daniel. Potem z wyrzutem pyta dlaczego w tamtej klinice a nie u nich w szpitalu. Nie mam już siły opowiadać dlaczego nie w ich „kochanym” szpitalu. Pielęgniarka znika. Krótko potem prowadzi mnie do sali intensywnej terapii i znowu znika. Lekarka mówi, że mogę się pożegnać z dzieckiem i odwraca się plecami. Widzę mojego synka leżącego na pleckach, sprzęt do oddychania jest już rozłączony, oczy ma zamknięte, usta lekko rozchylone, wygląda jakby spał, tylko, że jest siny, nie oddycha… Jak się pożegnać? Co się robi w takim wypadku? Łzy napływają mi do oczu. Dotykam jego rączki. Jaki to ma sens? Przecież on już tego nie czuje. Już nic nie czuje. Lekarka odwraca głowę, patrzy co robię, jakby chciała zapytać „czy już?”. Co mam robić? Co mi pozostało?
Wychodzę.
Dokąd mam pójść? Wracam do kliniki, do żony. Wracam tą cholerną, długą, kamienną drogą i szlocham, nie mogę się uspokoić. Mijają mnie samochody, zasłaniam wtedy twarz. Dobrze, że nie ma pieszych.
Cały roztrzęsiony wchodzę do budynku, jadę windą. Czuję się zdrętwiały, skopany przez życie, uderzony silnym ciosem w całe ciało jednocześnie, jakby było jednym, małym punktem. Wychodzę z windy na jedenastym, idę na górę, zatrzymuję się na półpiętrze, patrzę przez okno. Co robić? Jak jej o tym powiedzieć? Co mam na swoje usprawiedliwienie? Co z nami teraz będzie? Co będzie w przyszłości? Jaki jest sens życia teraz, po dziewięciu miesiącach pełnych nadziei zakończonych pustką?… Za oknem drzewa, kilka budynków, w oddali inna dzielnica miasta, jakieś dwa wysokie kominy, horyzont. Patrzę na dół. Ile do chodnika? Dwie, trzy, może cztery sekundy?… Wchodzę do kliniki. Nie wiem, czy spotykam kogoś z personelu. (Nie do wiary – zupełnie wymazałem to z pamięci.) Stoję przed łóżkiem, na którym leży moja żoną. W mojej pamięci nie ma nic dookoła, nie ma nikogo, tylko ona i ja…
- Umarł. Daniel nie żyje. – mówię.
- Nie. – odpowiada żona z ciepłym uśmiechem.
- Nie? – pytam z lekkim zdziwieniem. Moja pierwsza myśl to, że zadzwonili ze szpitala, że to była pomyłka, że on jednak żyje. Moja druga myśl to, że to tylko sen. Ja w dalszym ciągu śpię w pokoju obok, pielęgniarka mnie nie obudziła, była w moim śnie, cała ta głupia historia to tylko sen… sekundę później widzę po minie żony, że do niej dociera prawda. Do mnie też. To nie sen. Złuda się rozwiewa. Brutalna rzeczywistość ogarnia nas coraz mocniej. Zaczynamy oboje płakać.

Nie wiem kto, kiedy i jak powiadomił moich teściów. Pamiętam tylko jego straszną złość, pamiętam jedno zdanie wyrzucone przez teścia do wąsatego, powolnego lekarza: „JAK TO UMARŁ?!!!”.
Pamiętam też, że to oni – teściowie zabrali nas samochodem do domu.

Świadomość śmierci dziecka, przeżycie momentu tej świadomości jest dla rodziców najgorszą rzeczą, jaka może ich spotkać. Wiemy, że jesteśmy śmiertelni, wiemy, że kiedyś umrzemy, taka jest naturalna kolej rzeczy, ale nikt z nas nie nastawia się na śmierć dziecka, to nie jest naturalne. Nie rodzimy dzieci, żeby umierały. Rodzimy je po to, żeby pochowały nas po wspólnej, czasem niełatwej, ale radosnej wędrówce przez życie. Jak to przeżywaliśmy? Nie pamiętam w tych dniach nic innego jak wspólny i osobny płacz, wspólne i osobne wycie z bólu rozdzierającego nasze serca. Płakaliśmy razem, płakaliśmy osobno. Wyliśmy schowani w grubych murach naszego mieszkania, naszego szarego mieszkania. Bardzo szarego. Pamiętam jej twarz. Spuchnięta od płaczu dniem i nocą. Pamiętam siebie nie wiedzącego co robić, gdzie się schować. Płakaliśmy we wszystkich zakątkach mieszkania po kolei.
Pamiętam, że dzwoniłem do swojej matki. Nie było jej wtedy w domu, nagrałem się na sekretarkę, ale ona nic nie mogła zrozumieć, wiedziała tylko, że coś złego się stało, bo wyłem do słuchawki. Zadzwoniła jak tylko odsłuchała wiadomość, ale rozmowy nie pamiętam. Nie pamiętam też kiedy kupiliśmy w aptece neospasminę (ziołowy środek uspokajający), dużą ilość. Działała bardzo dobrze, wyciszała wszelkie uczucia, dosłownie zobojętniała człowieka. Chlaliśmy to całymi butelkami. Ja wypijałem dwie butelki dziennie, żona trochę mniej. Otumanieni powoli dochodziliśmy do siebie. Rozsądek nakazywał powrót do normalnego zachowania, zmuszaliśmy się do jedzenia.