Noga

- Nie wywijaj kosą między dziećmi!
- Nie słucham śmiertelników – odpowiada najohydniejsza – ścinam wszystko, co mogę.

Mija dzień, czy dwa odkąd pogotowie zabrało naszego noworodka z kliniki porodowej do pobliskiego szpitala. Synek nadal żyje. Dostajemy wiadomość, że chcą go przenieść do szpitala dziecięcego. Niczego nie obiecują, bo nie mogą. Chociaż nie umiera, dziecko wciąż jest w ciężkim stanie. Jednak w nas na dźwięk tej wiadomości wstępuje nadzieja! Dowiadujemy się szczegółów i o wyznaczonym czasie pędzimy do dziecięcego. Rozmawiamy z lekarzami, którzy dają nam światełko nadziei. Zrobilibyśmy wszystko, żeby tylko nie umarł, ale ręce mamy gołe… jesteśmy bezbronni… Jedyne, co możemy to wyszorować te ręce i przez otwory inkubatora, przez dotyk dać mu znać, że jesteśmy obok niego. Chętnie tak robimy, na co on odpowiada łapaniem nas za palec.
Mijają kolejne dni. Nasz synek wciąż żyje, ale nadal jest w ciężkim stanie. Jest podłączony rurkami do wszystkiego, co niezbędne – tlen, kroplówki, pokarm przez sondę… lekarze przygotowują nas na ewentualne uszkodzenie wzroku przez tlen… Nadziei dodaje nam jego sąsiadka – półkilowa dziewczynka przedwcześnie urodzona, tak mała, że zmieści się swobodnie na dłoni pielęgniarki. Dziecko niemal nieustannie wymachuje rączkami i nóżkami jakby bezładnie pływało. Co kilka minut alarm zapiera nam dech w piersiach. Jakby nic się nie stało podchodzi wtedy ktoś z personelu i całkiem spokojnie palcem wskazującym wykonuje kilka szybkich ucisków klatki piersiowej. Aparatura zaczyna pikać na nowo i personel wraca do wcześniejszych swoich obowiązków. Skoro ratują tak małe dzieci, to może się uda uratować też naszego synka, który jest przecież prawie osiem razy większy?
Sepsa robi swoje. Mimo terapii – kombinacji trzech antybiotyków, bakterie tworzą kilka zatorów w jednej nóżce, co w ciągu kilku dni objawia się martwicą. Lekarze wyjaśniają, że są lekarstwa rozpuszczające takie zatory, ale w przypadku tak małego dziecka nie można ich podać, bo rozpuściłyby delikatne naczynka krwionośne w mózgu. Nie ma na to rady. Tylko czekać i patrzeć jak nóżka staje się coraz bardziej szara a z czasem w niektórych miejscach czarna. Amputacja będzie nieunikniona. Lekarze rozmawiają z nami o tym i pytają o zgodę na operację. Pytanie czysto formalne, bo jak możemy się nie zgodzić? W dziesiątym dniu życia chirurg usuwa to, co martwe. Śmierci kosa chybiła zabierając tylko nóżkę.
Mija czas… Po amputacji nasz synek coraz bardziej dochodzi do siebie. W dwudziestym pierwszym dniu jego życia nareszcie żona może wziąć go do piersi. Protestuje, bo przecież już nie ma pokarmu, ale doświadczona pielęgniarka nakłania ją do tego prawie siłą. Wcześniej zważyła dziecko i po długim, bezskutecznym – jak myślała moja żona – trzymaniu przy piersi zważyła jeszcze raz. Synek wyssał 20 gramów mleka.

Ironia.
Starsza kobieta, która jest częścią naszej rodziny a dla mnie wielką bohaterką, bo podczas II wojny światowej nie dała się zgwałcić niemieckiemu żołnierzowi, co przypłaciła stratą oka wykłutego szablą – o włos od śmierci – wypowiada się tak: „Oj… to lepiej by było dla niego, gdyby umarł niż tak bez nogi żyć…”. My też nie wiemy jak to będzie, ale to nasze ukochane dziecko… właśnie wyrwane z rąk śmierci. Chcemy, żeby żyło nie ważne czy na wózku, czy z protezą… po prostu chcemy żeby było z nami. Damy mu wszystko, co można dać… damy mu siebie i swój czas, żeby nasz syn wraz z nami cieszył się życiem. I tak się dzieje. Dziś nasz syn ma prawie siedemnaście lat i możecie wierzyć, że ktoś, kto nie wie, że porusza się na protezie jest zaskoczony, kiedy się o tym dowiaduje. Nasz syn nie tylko chodzi, ale i biega i jeździ na rowerze, i pływa ze specjalną protezą do pływania, gra w piłkę nożną i robi wiele innych rzeczy, których nie robi niejeden chłopak w jego wieku.

Uwaga zakręt, uwaga zły pies, uwaga lekarz.

Wejść w zakręt uczy nas instruktor nauki jazdy, potem sami dopracowujemy technikę. Psa można ominąć po tym jak zobaczymy, że na nas warczy, poza tym do zwierząt nie musimy mieć zaufania. Ale jak rozpoznać nieudolnego lekarza? Jak rozpoznać śmiertelne zagrożenie, które kryje się pod postacią łagodnego, spokojnego człowieka w białym kitlu, do którego od przedszkola mamy zaufanie? Kim w ogóle jest lekarz?

 

Prestiż za wszelką cenę.
Lekarz to zawód. I jak w każdym zawodzie niejeden człowiek jest gotów łokciować, gryźć, kopać i robić wszystko inne, żeby skasować konkurenta. Jeśli lekarze tworzą zespół, żeby współpracować i coś „osiągnąć” to robią to po to, żeby okazać się lepszymi od innych zespołów. Lekarz na wysokim stanowisku często wykorzystuje młodszych kolegów, którzy dopiero się uczą – rozmawiałem niedawno z lekarzem, który niechętnie, ale zdradził parę szczegółów na ten temat. Otóż i on i jego koledzy pracowali na stażu przez pięć lat za darmo pod kierownictwem „feudalnego” ordynatora, który robił co chciał i pomiatał kim chciał w swoim szpitalu.

 

Lekarz to pijak.

Lekarz częściej niż pracownik innego zawodu zagląda do kieliszka i to w miejscu pracy. Przykład? Delikatna sugestia do nas, jako rodziców: „Tylko nie kupujcie nam kwiatów, bo my się narobiliśmy a zarobi ogrodnik… kupcie coś dobrego.”

 

Lekarz to kłamca.
Jak coś spieprzy, zaraz tak kłamie i kręci w dokumentach, że mimo sprzecznych zeznań innego lekarza – np. patologa robiącego sekcję zwłok, ktoś postronny uznaje „słowo przeciwko słowu”. I tu mi się nasuwa stara złodziejska zasada – „nigdy się nie przyznawaj, a jak cię złapią za rękę to mów, że to nie twoja ręka.” Niedawno przeczytałem na necie jak pewna lekarka urwała niemowlęciu ropiejący pępek, co spowodowało sepsę i śmierć dziecka. Słowa lekarki „przykro mi z powodu śmierci pani dziecka, ale nie przepraszam, bo nie poczuwam się do winy” uderzyły mnie boleśnie. Dokładnie tak samo powiedział, osiemnaście lat temu lekarz ginekolog-położnik, który odbierał poród mojego synka, widząc, że gorączkuje wezwał pomoc dopiero po kilku godzinach, kiedy było już za późno.
„PRZYKRO MI”; „TO NIE MOJA WINA”; „NIE MAM NIC WIĘCEJ DO POWIEDZENIA”.

 

O wiele łatwiej żyło by się gdyby na drodze życia stały takie znaki. Uwaga zakręt, uwaga zły pies, uwaga lekarz.
W następnym wpisie wracam do mojej historii, w której opiszę dobrych lekarzy.

Rozmowy z otoczeniem

Najbliższe otoczenie wie, co się stało. Takie wieści rozchodzą się natychmiast. Wszyscy starają się jakoś pocieszyć, powiedzieć coś pokrzepiającego. Większość mówi, że jest im przykro. Widać po nich samych, że to co mówią jest szczere. Tak jest dobrze, to często wystarczy. W takim przypadku nie trzeba wiele słów, trzeba tylko być przy tym kimś, kto stracił bliską osobę – dać odczuć swoją bliskość, wysłuchać jeśli ten ktoś chce się wyżalić.
Pamiętam jedną mądrą wypowiedź, znajomy powiedział, że ta strata jest niepowetowana. Rzeczywiście nic nie może zastąpić straconego dziecka. Nie może tego zrobić też następne dziecko, bo to nie jest ten sam człowiek –to jest następne dziecko, które jest sobą a nie tym poprzednim.
Pamiętam też niemądre próby pocieszenia. Jedno z nich to: „Dobrze, że to się stało teraz a nie za kilka miesięcy, kiedy zdążylibyście się do niego przyzwyczaić”. – Katastrofa! Po pierwsze, jak to nie zdążyliśmy się przyzwyczaić? Czas ciąży się nie liczy? Po drugie, przecież to była sepsa, atak hordy bakterii na bezbronny organizm noworodka. Im dłuższy czas udaje się dziecku przeżyć, tym większa jest szansa na przeżycie takiego ataku w ogóle. Poza tym można też myśleć dokładnie odwrotnie – im dłużej dziecko mamy ze sobą, tym więcej radości ono doświadcza i możemy się cieszyć, że miało z tego życia chociaż troszkę więcej (o ile nie cierpi). Niedawno zginął trzydziestoletni syn mojej znajomej. Trzy miesiące po pogrzebie zorganizowała spotkanie a na nim pokaz slajdów z jej synem. Ten człowiek umarł bardzo młodo, ale był tu… był tam… chyba wszędzie, zrobił to, zrobił tamto… zdobył wiele i wiele mu w życiu wyszło, żył tak intensywnie, że niejeden starzec nie przeżył tyle co on. Na każdym zdjęciu uśmiechnięty, na każdym wesoły, jakby nigdy się nie smucił… Wszyscy obecni na spotkaniu wyciągnęli właśnie taki wniosek z tego pokazu zdjęć, co było krzepiące dla jego matki. Co ja bym wybrał, gdybym mógł? Czy płakałbym, że przez trzydzieści lat się przyzwyczaiłem? Bynajmniej, wolałbym właśnie to niż stracić dziecko zaraz po porodzie.

Wszystko, co może się nie udać, na pewno się nie uda.

To przysłowie to doskonały wstęp do opowieści o tym co wydarzyło się później. Można by je trochę zmodyfikować mówiąc:
Wszystko, co można spartaczyć, zostanie spartaczone na pewno.
Widząc, że dziecko nie czuje się dobrze, odpowiedzialny za to co się dzieje w klinice lekarz, prawa ręka szefa mógł wcześniej podać antybiotyk i mógł wcześniej zadzwonić po pomoc do szpitala, nie mówiąc o tym, że w ogóle mógł też o trzy dni wcześniej wywołać poród…

Jest wtorek 2 sierpnia 1994r. ok godziny 5.00
Ze spokojnego, głębokiego snu budzi mnie głos tej samej pielęgniarki:
- Niech pan szybko idzie na salę, coś się dzieje!
- Coś się dzieje? Co się może dziać? Już idę. – Ubieram się i przechodzę do sali obok. Widzę żonę, leży wciąż na łóżku porodowym, lamentuje. Na stole operacyjnym widzę moje dziecko, nie bardzo rozumiem.
- Co się stało? – pytam trochę jeszcze nieprzytomnie.
Próbuję uspokoić żonę. Mówię, że przecież jesteśmy w dobrych rękach, pod opieką najlepszego lekarza. Żona jednak nie uspokaja się. Przeciwnie, wpada w panikę, której ja nie rozumiem. Nawet jestem na nią trochę zły, ale tłumaczę sobie, że to od gorączki, która z czasem wzrosła do 40 stopni.
- Nie wiemy co się dzieje, wiemy, że dziecko źle się czuje, ale nie wiemy dlaczego – odpowiada pielęgniarka. – Nie może samo oddychać.
Za chwilę przynosi ręczną pompkę z maseczką do reanimacji, przytyka do pyzowatej, sinej już twarzyczki i zaczyna pompować. Synek jest blady, usta sine. Przez chwilę widać lekarza, który niewiele mówi. Znika. Pielęgniarka też musi zniknąć, żeby coś przynieść.
- Niech pan weźmie pompkę i pompuje tak jak ja teraz.
Robię tak. Nie wiem, czy dobrze. Pompuję nie za mocno, nie za szybko, staram się robić to dokładnie jak ona. Na kilka sekund zostaliśmy sami, mój ledwie żywy syn, głośno lamentująca żona i ja ściskający pompkę. Ogarnia mnie dziwne uczucie. Niby nie jesteśmy sami, niby ja nie jestem sam, ale czuję jakby wszyscy na świecie nas opuścili, jakby opuścili mnie, jakby jakieś wielkie uosobienie samotności stanęło obok mnie i okryło mnie swoim zimnym płaszczem izolując od reszty świata. Wszystko, co się dzieje dookoła przestaje być rzeczywiste, czas dłuży się w nieskończoność, z nikąd pomocy. Po kilku sekundach nieobecności pojawia się pielęgniarka i przejmuje pompkę. Nie wiem gdzie lekarz, nie wiem co dalej robić, nie wiem, czy pompowałem dobrze, czy nie za słabo…
Po kilku minutach pojawia się zaginiony lekarz:
- Zadzwoniłem po pomoc – powiedział powolnie – zaraz przyjadą.

Przyjechali. Trzy postacie weszły do sali, zamienili w pośpiechu kilka zdań, wzięli od lekarza jakieś papiery, wyjęli z walizki własną pompkę, przyłożyli do twarzy i pompując wyszli. Co robić? Żona leży w gorączce, dziecko zabierają… Nie chcę zostawiać żony, ale też nie chcę zostawiać dziecka. Doganiam ich przed windą, wchodzę razem z nimi. Jedziemy. Staram się być spokojny, chociaż wewnątrz jestem napięty do zenitu. Wychodzimy z budynku…

Kierowca ambulansu – zawód ideał… odkąd pamiętam, chyba każdy w przedszkolu marzył o wykonywaniu takiego idealnego zawodu: lekarz, strażak, albo policjant (za moich czasów milicjant).

…na zewnątrz czeka ambulans, jakiś stary grat, rumuński, czy jugosłowiański, chyba z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Widziałem wcześniej ten model samochodu, ale nie w tak ważnej roli, nie w roli karetki. Trzy postacie z moim synkiem wchodzą do niego i podłączają synka do aparatury.
- Panie kierowco, odpalamy samochód! – Woła donośnym głosem lekarka i wydaje dyspozycje do pozostałych dwóch postaci. Robią coś jeszcze przy dziecku, co zajmuje im czas.
- Panie kierowco! – Ponaglają kogoś, kogo w ogóle nie widać przez okienko dzielące szoferkę z tylną częścią samochodu. Mijają dalsze sekundy.
- Panie kierowco, odpalamy samochód!!! – Krzyczy lekarka a reszta już krzyczy razem z nią.
W tym momencie idę sam szukać kierowcy. Zachodzę do szoferki. Nie ma go. Co robić? Pierwsza myśl to wskoczyć samemu i ten pieprzony samochód odpalić, bo domyślam się, że nie chodzi o hałas silnika, ale o prąd do aparatury. Nie wskakuję do szoferki i nie odpalam samochodu. Powstrzymuję się, bo nie chcę czegoś namieszać. Trzeba znaleźć „kierowcę”. Biegnę wzburzony dookoła karetki. Jest… stoi przy prawym przednim kole z nogą na oponie. Patrzę na oponę, czy coś się nie stało z kołem. Nie, wszystko w porządku, kierowca po prostu sobie tam stoi.
- Panie kierowco, odpalamy samochód i jedziemy!!! – Woła tym razem pielęgniarka, czy sanitariuszka, która wyszła z karetki i pobiegła zaraz za mną.
Obudził się. Długimi krokami zaczłapał się za kierownicę i odpalił samochód.
- Mogę jechać z Wami? – Pytam grzecznie lekarkę.
- Nie.
- A dokąd jedziecie?
- Do szpitala (…) na oddział intensywnej terapii. – Drzwi się zamknęły i ambulans odjechał.
Przez lata mam mieszane uczucia. Czy dobrze zrobiłem, że się wstrzymałem, że nie wskoczyłem do samochodu, żeby go odpalić? Może coś by sobie facet uświadomił? Wiem, że i tak w tym wypadku na niewiele by się to zdało, ale jego następne kursy byłyby sprawniej wykonane? Z drugiej strony cieszę się, że powstrzymałem się od wymierzenia mu policzka. On by się dobudził, ale ja mógłbym mieć potem niemałe kłopoty.

Pędzę do szpitala. Pieszo. Nasz samochód popsuł się w piątek, kiedy wracaliśmy do domu na umówiony z lekarzem odpoczynek, na poród przyjechaliśmy autobusem. Biegnę więc do tego piekielnego szpitala, z którego kilka dni temu zabrałem żonę. Kilka osiedlowych uliczek a potem stara kamienna droga, po której przed chwilą wieźli mojego synka. Biegnę tą drogą kilkaset metrów, chociaż wydaje mi się, że to najdłuższa droga do przebycia w moim życiu. Kilka minut później skręcam w kierunku szpitala. Jeszcze sto metrów. Na stróżówce pytam gdzie jest oddział intensywnej terapii dla noworodków. Szukam, znajduję, wchodzę do budynku. Podchodzę do oszklonych drzwi, za którymi jest ten oddział. Dzwonię. Widzę przez szybę kręcący się po korytarzu personel. Nikt nie reaguje na dzwonek. Dzwonię jeszcze raz. Wychodzi jakaś pielęgniarka.
- My tu nie mamy teraz czasu. – mówi
- Ale właśnie przywieziono tu moje dziecko, ja jestem ojcem.
- To niech pan poczeka. – powiedziała i zamknęła drzwi. Nie chcę przeszkadzać, ale gdyby mnie wpuszczono to chyba też bym nie przeszkadzał? Przy porodzie nie przeszkadzałem, to dlaczego miałbym teraz? Nie pozostało mi nic innego jak czekać. Czekam więc na tym korytarzu, myśli tłoczą się po głowie. Co mogę zrobić? Niewiele. Modlę się w myślach. Stoję i czekam. Patrzę przez okno. Nerwowo patrzę na zegarek. Mój syn jest tam, na oddziale, próbują go ratować, moja żona jest gdzie indziej, leży w gorączce a ja gdzieś pomiędzy. Od syna dzieli mnie kilka metrów, drzwi i ściana. Kolejny raz patrzę przez okno i uświadamiam sobie, że ten widok w ciągu kilku minut poznałem na pamięć. Nerwy, modlitwa, gonitwa myśli…
Pół godziny później drzwi otwiera ta sama pielęgniarka.
- Niech pan wejdzie.
Wchodzę. Pokazuje mi przez drzwi co lekarze robią z moim dzieckiem. Widzę, że jest podłączony do aparatury, która daje nierównomierny sygnał dźwiękowy, krzywa na ekranie nie jest obiecująca, widzę synka i lekarkę, która go reanimuje uciskając klatkę piersiową. Pielęgniarka prowadzi mnie do pokoju, w którym mogę poczekać. Przez chwilę rozmawiamy. Pyta mnie o imię syna. Mówię, że Daniel. Potem z wyrzutem pyta dlaczego w tamtej klinice a nie u nich w szpitalu. Nie mam już siły opowiadać dlaczego nie w ich „kochanym” szpitalu. Pielęgniarka znika. Krótko potem prowadzi mnie do sali intensywnej terapii i znowu znika. Lekarka mówi, że mogę się pożegnać z dzieckiem i odwraca się plecami. Widzę mojego synka leżącego na pleckach, sprzęt do oddychania jest już rozłączony, oczy ma zamknięte, usta lekko rozchylone, wygląda jakby spał, tylko, że jest siny, nie oddycha… Jak się pożegnać? Co się robi w takim wypadku? Łzy napływają mi do oczu. Dotykam jego rączki. Jaki to ma sens? Przecież on już tego nie czuje. Już nic nie czuje. Lekarka odwraca głowę, patrzy co robię, jakby chciała zapytać „czy już?”. Co mam robić? Co mi pozostało?
Wychodzę.
Dokąd mam pójść? Wracam do kliniki, do żony. Wracam tą cholerną, długą, kamienną drogą i szlocham, nie mogę się uspokoić. Mijają mnie samochody, zasłaniam wtedy twarz. Dobrze, że nie ma pieszych.
Cały roztrzęsiony wchodzę do budynku, jadę windą. Czuję się zdrętwiały, skopany przez życie, uderzony silnym ciosem w całe ciało jednocześnie, jakby było jednym, małym punktem. Wychodzę z windy na jedenastym, idę na górę, zatrzymuję się na półpiętrze, patrzę przez okno. Co robić? Jak jej o tym powiedzieć? Co mam na swoje usprawiedliwienie? Co z nami teraz będzie? Co będzie w przyszłości? Jaki jest sens życia teraz, po dziewięciu miesiącach pełnych nadziei zakończonych pustką?… Za oknem drzewa, kilka budynków, w oddali inna dzielnica miasta, jakieś dwa wysokie kominy, horyzont. Patrzę na dół. Ile do chodnika? Dwie, trzy, może cztery sekundy?… Wchodzę do kliniki. Nie wiem, czy spotykam kogoś z personelu. (Nie do wiary – zupełnie wymazałem to z pamięci.) Stoję przed łóżkiem, na którym leży moja żoną. W mojej pamięci nie ma nic dookoła, nie ma nikogo, tylko ona i ja…
- Umarł. Daniel nie żyje. – mówię.
- Nie. – odpowiada żona z ciepłym uśmiechem.
- Nie? – pytam z lekkim zdziwieniem. Moja pierwsza myśl to, że zadzwonili ze szpitala, że to była pomyłka, że on jednak żyje. Moja druga myśl to, że to tylko sen. Ja w dalszym ciągu śpię w pokoju obok, pielęgniarka mnie nie obudziła, była w moim śnie, cała ta głupia historia to tylko sen… sekundę później widzę po minie żony, że do niej dociera prawda. Do mnie też. To nie sen. Złuda się rozwiewa. Brutalna rzeczywistość ogarnia nas coraz mocniej. Zaczynamy oboje płakać.

Nie wiem kto, kiedy i jak powiadomił moich teściów. Pamiętam tylko jego straszną złość, pamiętam jedno zdanie wyrzucone przez teścia do wąsatego, powolnego lekarza: „JAK TO UMARŁ?!!!”.
Pamiętam też, że to oni – teściowie zabrali nas samochodem do domu.

Świadomość śmierci dziecka, przeżycie momentu tej świadomości jest dla rodziców najgorszą rzeczą, jaka może ich spotkać. Wiemy, że jesteśmy śmiertelni, wiemy, że kiedyś umrzemy, taka jest naturalna kolej rzeczy, ale nikt z nas nie nastawia się na śmierć dziecka, to nie jest naturalne. Nie rodzimy dzieci, żeby umierały. Rodzimy je po to, żeby pochowały nas po wspólnej, czasem niełatwej, ale radosnej wędrówce przez życie. Jak to przeżywaliśmy? Nie pamiętam w tych dniach nic innego jak wspólny i osobny płacz, wspólne i osobne wycie z bólu rozdzierającego nasze serca. Płakaliśmy razem, płakaliśmy osobno. Wyliśmy schowani w grubych murach naszego mieszkania, naszego szarego mieszkania. Bardzo szarego. Pamiętam jej twarz. Spuchnięta od płaczu dniem i nocą. Pamiętam siebie nie wiedzącego co robić, gdzie się schować. Płakaliśmy we wszystkich zakątkach mieszkania po kolei.
Pamiętam, że dzwoniłem do swojej matki. Nie było jej wtedy w domu, nagrałem się na sekretarkę, ale ona nic nie mogła zrozumieć, wiedziała tylko, że coś złego się stało, bo wyłem do słuchawki. Zadzwoniła jak tylko odsłuchała wiadomość, ale rozmowy nie pamiętam. Nie pamiętam też kiedy kupiliśmy w aptece neospasminę (ziołowy środek uspokajający), dużą ilość. Działała bardzo dobrze, wyciszała wszelkie uczucia, dosłownie zobojętniała człowieka. Chlaliśmy to całymi butelkami. Ja wypijałem dwie butelki dziennie, żona trochę mniej. Otumanieni powoli dochodziliśmy do siebie. Rozsądek nakazywał powrót do normalnego zachowania, zmuszaliśmy się do jedzenia.