Latarkowe spacery

Spacer po ciemku – czy może być dla dziecka przyjemnością? Wcześniej z Synem tego nie próbowaliśmy. Nie wiem dlaczego. Nigdy na to nie wpadłem. Tym razem jest inaczej. Tym razem mam jakąś nieodpartą ochotę pokazywać dziecku wszystko i bardzo intensywnie, jakby szkoda mi było czasu, przecież czas, w którym czegoś razem nie przeżywamy, rzeczywiście jest stracony. Bywa na co dzień, że jestem zmęczony po pracy i nic mi się nie chce, ale jak się nie ruszę, żeby jakoś spędzić z córką czas, to potem mnie to gryzie. No i jeszcze myśl, że przecież życie jest tak kruche… Co jak nie zdążę?

Jeszcze na jesieni, kiedy dzień robił się już tak krótki, że po mojej pracy czekał nas tylko zmierzch i prędko zapadająca ciemność, postanowiłem, że się temu nie poddam, nie będę siedział z dzieckiem w domu tylko dlatego, że na dworze jest już ciemno. To jakby nie wychodzić na spacer, bo pada deszcz… Kwestia nastawienia. Jest takie szwedzkie przysłowie, które w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Nie ma złej pogody, jest tylko zły sposób ubierania się” i podobnie jest z małą ilością światła w porze jesienno – zimowej. Eyja od samego urodzenia była wywożona na drzemkowe spacery, dlaczego tego nie kontynuować? Nie siedzimy w domu narzekając, że ciemno, buro i ponuro. Po prostu bierzemy latarki i kamizelki odblaskowe i robimy piesze wycieczki.

Podczas pierwszej takiej wycieczki myślałem, że Eyję obleci strach, albo szybko się zniechęci. Ale wcale tak nie było. Wręcz przeciwnie, gotowa była wejść w każdy zakątek parku, na każdą leśną ścieżkę. To była świetna przygoda, kiedy widać było tylko to, co oświetlało światło latarki tam, gdzie oświetlenie uliczne nie docierało. Tutejsze place zabaw są trochę oświetlone, ale i tak większość uznałaby, że tego światła jest za mało, że jest na tyle ponuro, że lepiej w tym czasie posiedzieć w domu. My jednak wybieramy zjeżdżalnie gdy jest wystarczająco sucho, karuzele, koniki na sprężynach i tory przeszkód. Bardzo miło jest też po prostu na huśtawkach, Eyja siedzi na jednej, ja na drugiej, bujamy się i rozmawiamy. Najczęściej to ja opowiadam o otaczającej nas przyrodzie, zjawiskach na niebie, albo o wydarzeniach z mojego dzieciństwa. Czasami też opowiadam jej o Szachiście, jaki był, co robił, gdy był mały. I wszystko to w przyjemnej atmosferze przy świetle latarek.

Już za cztery dni równonoc, więc będzie widno. Ale jak tylko przyjdzie jesień… latarka do ręki! Tymczasem pora na wycieczkę do lasu przed świtem w celu posłuchania leśnych zwierząt. Mamy duże szanse spotkać sarny, łosie, lisy, zające, ale to, co kusi mnie najbardziej, to pohukiwanie sowy. W pobliskim lesie mieszka sowa, która prawie co rano tak głośno nawołuje, że przez otwarte okno słychać u nas w domu :) Więc jeszcze latarek nie odkładamy ;)

Masaż

Jakim dobrodziejstwem jest masaż relaksacyjny doświadczyłem, kiedy Żoneczka po ukończonym kursie postanowiła trochę popraktykować na mnie. Fakt, dla masażysty jest to godzina nielekkiej pracy, ale dla osoby masowanej taki masaż jest jak naładowanie baterii do pełna. Nawet po ciężkiej, długotrwałej pracy człowiek czuje, że zaczyna tryskać energią zaraz po wykonanym masażu. Żadna kawa, czy inny napój pobudzający nie daje takich efektów jak masaż. Polecam ;)

Ale nie o takim masażu chciałem dziś pisać, a o masażu Shantala. Już ponad rok, prawie codziennie robimy naszej córeczce taki masaż i myślę, że jest to jedna z przyczyn jej dobrego samopoczucia, dlatego bardzo polecam wszystkim spróbować.

Jak masować dziecko? W Internecie można znaleźć sporo na ten temat, ale jedną z najlepszych stron jest ta:
http://www.shantala.pl/baby/

Czy nauczenie się wykonywania takiego masażu jest trudne? Nie. Tego może się nauczyć każdy rodzic, tak jak noszenia noworodka. Niektórzy może na początku boją się wziąć noworodka na ręce, żeby nie zrobić mu krzywdy, ale wystarczy odpowiednia wiedza i koncentracja, a na pewno nic się nie stanie. Podobnie jest z masażem – nie można dziecku zrobić krzywdy delikatnym masażem. Z czasem nabiera się wprawy i zaczyna wychodzić dużo lepiej.

Po co masować dziecko? Przecież większość z nas nigdy nie była masowana i całkiem dobrze funkcjonujemy. Okazuje się, że taki masaż ma wiele zalet. pomaga w uregulowaniu snu, poprawia trawienie, wycisza, uspokaja, podnosi świadomość własnego ciała i w ten sposób wzmaga poczucie bezpieczeństwa, poprawia, wzmaga więzi z rodzicem i rodzica z dzieckiem, podnosi odporność organizmu, stymuluje układ hormonalny, żeby wymienić tylko niektóre.

Jak często masować? My masujemy codziennie rano na pobudkę. Ponieważ pracuję bardzo blisko swojego domu, na każdą przerwę śniadaniową i obiadową jestem w domu i wtedy budzę Eyję masażem. Jak reaguje? Różnie, ale zawsze pozytywnie. Czasem budzi się od razu, a niekiedy jeszcze jakiś czas się przeciąga, ale najwyżej po pięciu minutach jest już radosna na nogach, wchodzi mi na ręce i idziemy do kuchni wspólnie robić kawę i herbatę. Również po poobiednich spacerach, kiedy Eyja ucina sobie godzinną drzemkę, budzę ją w ten sposób. To taki nasz sposób, ale każdy kto chce spróbować, może do tego podejść indywidualnie.

Ludzie nauki, którzy badają wpływ takiego masażu na rozwój dziecka stawiają ten zabieg na równi z noszeniem dziecka na rękach, rozmową z nim, czy zabawą. My chętnie z tego korzystamy i wierzymy, że to jedna z wielu rzeczy, które będą miały pozytywny wpływ na jej przyszłość.

Pytanie :)

Nasza sąsiadka – poczciwa ponad siedemdziesięciolatka wiedziała o naszych problemach najwięcej. Wiedziała o Danielku, wiedziała o Szachiście, wiedziała o tym, że po długich staraniach o dziecko straciliśmy nadzieję na własne i zaczęliśmy się starać o adopcję. Bardzo rzadko bywała w swoim mieszkaniu a co za tym idzie u nas, bo lubi pomieszkiwać w różnych miejscach, ale kiedy już przyjeżdża tu, gdzie mieszkamy, zawsze nas odwiedza i rozmawia. Ma w zwyczaju mówić głośno i zawsze jest bardzo spontaniczna. Rozmowom nie ma końca. Zawsze podejmuje życiowe tematy, a najczęstszym tematem są dzieci. Dużo wtedy rozmawialiśmy o adopcji i wszystkich troskach i problemach z tym związanych. Wtedy wręcz tylko tym żyliśmy. Sama też dużo opowiadała o swoich problemach. Jej przyszywana wnuczka odeszła nagle. SIDS. Mimo, że nie jest to jej prawdziwa rodzina, ona bardzo to przeżywała i nadal przeżywa. Była bardzo związana z tą maleńką dziewczynką.

Nasza sąsiadka zniknęła pewnego razu na okres dłuższy niż zwykle. Sami nie zdawaliśmy sobie sprawy jak długo jej już nie widzieliśmy, kiedy zeszłego lata zobaczyliśmy charakterystycznie idącą postać. Wychodziliśmy wtedy z pobliskiej kawiarni z lodami w rękach, pchając wózek z naszą siedmiomiesięczną córeczką. Ona szła w towarzystwie kilku dorosłych, to chyba była jej rodzina. My z żoną, dziećmi i ich babciami. W ogródku kawiarni wszystkie stoły zajęte przez chłodzących się lodami gości. Nie było zbyt gwarno, może przez ten rozleniwiający upał. Sąsiadka na nasz widok bardzo spontanicznie zaczęła na skróty zmierzać w naszym kierunku, żeby się z nami przywitać i jak zwykle pogadać. Głośno przywitała się z nami jeszcze z daleka, czym przykuła uwagę siedzących w ogródku. Kiedy zobaczyła wózek, a w nim naszą córeczkę, nie bacząc już na otoczenie zaczęła z radości wykrzykiwać, czym przykuła już uwagę wszystkich obecnych, ale w ogóle tego nie widząc spytała:
- A ta panienka skąd się wzięła?!
- Z brzucha! – odpowiedziała rezolutnie moja żoneczka.
My zaczęliśmy się śmiać, bo wiedzieliśmy o co chodzi, ale wszyscy inni zbaranieli.

Ach te kobiety!

Chyba każda rodzina ma jakiś własny, malutki żargon. Choćby parę słów, które są rozumiane przez ogół, ale dla danej grupy mają jakieś szczególne znaczenie. Od kiedy Szachista zaczął się z nami komunikować werbalnie, niektóre nasze wyrażenia były szczególnie nasze. Jakoś się utarło, że na żonę, teściową i moją rodzicielkę mówiliśmy „kobiety”. I tak zostało do tej pory. Teraz też grono kobiet w naszej rodzinie zasiliła jeszcze córka. Ale kiedy Szachista jeszcze był malutki (ok czterech lat), określenie „kobiety” tak bardzo przypadło mu do gustu, że zawsze tak do siebie mówiliśmy, bo po co mówić „gdzie jest mama i babcia”, albo „kiedy przyjdzie mama i babcie”, kiedy wystarczyło „gdzie kobiety?” I tak nam zostało… „kobiety to…”, „kobiety tamto…”. Może niektórzy się obruszą, że to poniżające, albo dyskryminujące, ale my posługując się tym wyrazem, nigdy nawet tak nie pomyśleliśmy. Przeciwnie. Dla nas to był skrót, który jednocześnie był ciepłym określeniem przedstawicielek płci żeńskiej w naszej rodzinie.
Pewnego razu Szachista towarzyszył mamie i babci w robieniu zakupów na rynku. Pogoda piękna, wokół straganów i sklepików pełno ludzi, do niektórych stoisk kolejki… Żeby skrócić sobie czas oczekiwania, żona i teściowa postanowiły się rozdzielić i stanąć w dwóch różnych kolejkach. Syn został na małym placyku między sklepikami i zajął się zabawą. Był tak mocno zajęty, że nie zauważył, że kolejka, w której stała mama posunęła się mocno do przodu i tam, gdzie widział ją ostatnio stali już inni ludzie. Żona stała już blisko sprzedawcy i miała kupować, zauważyła, że syn zaczął się za nią rozglądać, ale kontrolowała sytuację i pomyślała, że za chwilę go zawoła już z zakupami. Syn jednak zwątpił, bo ani mamy, ani babci nie widział i wystraszony rozpłakał się na głos. Ludzie z kolejek w tym samym momencie odwrócili się w jego kierunku i zaczęli patrzeć, co się dzieje. Ktoś zapytał:
- Chłopczyku, a dlaczego ty płaczesz?
- Kobiety mnie zostawiły! Wyjaśnił rzeczowo nasz syn.

Podobno każdy ma swój…


…kawałek cienia

Eyja próbuje już powtarzać wszystkie słowa, które jej się podobają, a jest tego dużo, tak dużo, że już nie potrafię zliczyć. We wtorek zaskoczyła nas wszystkich, tzn. najpierw mnie, bo zdążyłem zapomnieć, że przeważnie wchodząc do domu liczyliśmy schody… więc policzyła sama: „jeden… dwa… tsz…” ale wtedy byłem z nią sam na sam, więc wszyscy myśleli, że przesadzam. Ale w środę policzyła paluszki: „jeden… dwa… tsz… tery… mięć” :)
- Pięknie Eyja!
- Mięknie – potwierdziła Eyja :)