Trud zakupów

– Zrobiliście już zakupy dla dziecka? Łóżeczko, wózek, ubranka…? – Spytała „Człowiek w Psychologu” w czasie którejś wizyty u niej jakiś miesiąc przed naszym terminem. Wiedziała doskonale, że w pierwszej ciąży byliśmy zaopatrzeni we wszystko, co można było mieć dla maluszka. Od rodziny i przyjaciół dostaliśmy masę ubranek. Mieliśmy wózek, łóżeczko, zabawki. Przyszykowaliśmy dla niego pokoik. Z większością byliśmy gotowi do maja. W połowie lipca miały te rzeczy być używane. W sierpniu się ich pozbywaliśmy…
- Oczywiście, że nie! Co będzie, jeśli się nie uda? Będziemy wtedy jeździć do sklepów i robić zwroty?

Nie wiem jak działa prawo konsumenta we wszystkich krajach Unii, ale tu, gdzie mieszkamy nie ma żadnego problemu z oddaniem nieużywanej rzeczy. Nie trzeba nawet mieć paragonu, wystarczy wiedzieć mniej więcej kiedy się kupowało, ale z paragonem oczywiście lepiej. Wiedzą o tym wszyscy i ona i my. Po krótkiej rozmowie przekonuje nas, że lepiej by dla nas było, gdybyśmy już teraz – przed rozwiązaniem zaopatrzyli się w niezbędne artykuły dla dziecka, tymbardziej że wiemy na 99%, że to będzie dziewczynka. A przede wszystkim (!!!) nie należy się z góry nastawiać, że może się nie udać. Należy się z tym liczyć, ale nastawić się na to, że się uda.

Jeszcze w samochodzie podejmujemy temat zakupów będąc sam na sam. Dochodzimy do wniosku, że psycholożka ma rację, że nie ma co czekać. Później będzie ciężko z czasem, a przynajmniej podstawowe rzeczy musimy mieć na starcie.
Z grubszych rzeczy kupiliśmy wózek, łóżeczko, fotelik. Z drobniejszych ubranka, butelki, pieluszki, kosmetyki i inne.
Najpotrzebniejszą rzeczą, co do której zakupu byliśmy zgodni, był monitor oddechu. Co prawda śmierć łóżeczkowa nie dotknęła nikogo z naszych bliskich, ale spośród znajomych tak. I to w obu wypadkach były dziewczynki. Jednej dane było żyć miesiąc, drugiej trzy…
Mieliśmy tylko dylemat jaki wybrać model. Wybraliśmy przenośny, przypinany do pieluszki. Jest mały i lekki, mieści jedną trzyvoltową baterię i działa. Czuwa nad dzieckiem śpiącym w łóżeczku, w jadącym wózku i gdziekolwiek indziej. Dziecko dzięki temu może spać nie tylko na wznak, ale też na brzuszku, co dla dziecka (i nie tylko) jest najwygodniejszą pozycją do spania. Urządzenie kosztowało 1600 koron (ok 800 PLN), ale po ponad miesiącu użytkowania przyznaję, że jest niezawodne. Po piętnastu sekundach braku ruchu włącza się cichy alarm – wibracja pobudzająca dziecko i w razie skutecznego przywrócenia oddechu czujnik informuje czerwonym kolorem, że nastąpiło wstrzymanie. Jeśli urządzenie nie zdoła dziecka pobudzić, włącza się alarm głośny i wibracja. Urządzenie informuje też na czas o niskim poziomie prądu w baterii. Polecam. Można spać spokojnie aż do następnego karmienia ;)
Dlaczego piszę o monitorze oddechu? Zdawałoby się, że w dzisiejszych czasach jest to powszechne, ale podczas kilku razy, kiedy rozbieraliśmy córeczkę w niejednym ośrodku zdrowia, byliśmy pytani przez personel „co to jest?”. Znaczy, że nie jest to jeszcze takie popularne, więc opisuję, może się przyda.

Zrobione zakupy czekały w domu i piwnicy w oryginalnych opakowaniach aż do naszego powrotu z BB. Dobrze, że je zrobiliśmy zawczasu.

Człowiek w psychologu

Prawie w każdym tygodniu mamy wizyty u psychologa, podczas których opowiadamy naszą historię, mówimy o naszym strachu przed niepewną przyszłością. Młoda, szczupła kobieta, która próbuje pomóc żonie odzyskać równowagę przez rozmowę, zachowuje się bardzo profesjonalnie… czasami nawet za bardzo. Po kilku wizytach, podczas zakończenia mówi, że od następnego tygodnia będzie nas prowadziła inna psycholog, bo ta będzie robić coś innego. Z ciekawości pytam więc co, bo myślę, że może jakąś pracę, albo będzie się doktoryzować… Nie zdążyłem rozwinąć pytania, kiedy zauważyłem po jej sugerującej minie, że zadałem bardzo nietaktowne pytanie. Po chwili przerwy kobieta zmienia temat. Oj… to z racji zawodu ona może zadawać najbardziej delikatne pytania nam a my nie możemy z życzliwości spytać o to, co zawodowo będzie robić taraz? Przecież nie oczekiwałem bardzo skomplikowanej odpowiedzi. Ani też nie zadałem tak bardzo prywatnego pytania. W tym samym momencie przypomina mi się inna młoda, zdolna i akurat wtedy wysoko ciężarna psycholog, która zajmowała się moim synem. Zareagowała dokładnie tak samo, gdy spytałem o to, kiedy rozwiązanie… Profesjonalizm nie pozwala na bycie człowiekiem dla drugiego.
Zupełnie inna jest nowa psycholog. Ma trochę cygański styl ubierania się, dość nietypowy jak na tutejsze zwyczaje. Luźna, wzorzysta chusta na szyi, niemałe koliste kolczyki z rzędami wisiorków z taniego złota. Rozmawia z nami jakoś tak inaczej… bardziej po ludzku. W którejś części naszej rozmowy, naszych opowiadań o wydarzeniach z sierpnia 1994r. dochodzi do ciekawej wymiany zdań między mną a żoną. Mówię żonie, że ją zawiodłem… że zawiodłem jako mąż i ojciec… że wiem, że to jest nieracjonalne, ale ja tak to czuję… Żona zaprzecza ze łzami w oczach, że przecież ja nic wtedy nie mogłem zrobić, że cała wina, jeśli już ma stać po stronie jakiegoś człowieka, to najbardziej winny jest lekarz… Wiem, ale i tak czuję, że zawiodłem… Spojrzałem wtedy na siedzącą obok psycholog. Jej okrągłe oczy nabrały bardziej trójkątnej formy i lekko wypełniły się łzami… Tak, w tym psychologu jest człowiek…

Spalić wspomnienia

Popieprzony lekarz, fanatyczna pielęgniarka i fatalne niedopatrzenie przy wydawaniu zwłok. Trzy rzeczy, które dręczą mnie przez cały czas, dniem i nocą. Pracownik prosektorium po prostu nawalił, ale się zrehabilitował. Pielęgniarka świadomie przegięła, ale jej też wybaczam, bo wiem, że to fanatyzm nią kierował. Lekarzowi nie wybaczę… nie mogę… i nie chcę. Wiem z pewnego źródła, że będąc ordynatorem oddziału położniczego pił na dyżurach. Tak było pewnej nocy, kiedy rodziła znajoma mojej żony. Miała pecha, bo ktoś z nich miał akurat imieniny. Najpierw nie mogła się ze swojego łóżka dowołać personelu, chociaż sama słyszała ich huczną popijawę, potem przyszedł zrobić cesarkę i ręka mu się „niechcący omsknęła” nacinając główkę jej córeczki. Oczywiście wtedy też nie przeprosił, bo to nie jego wina.
Gdybym wiedział o tym zdarzeniu wcześniej… Gdyby ta znajoma nam o tym opowiedziała zanim wybieraliśmy miejsce porodu…

Jestem tym wszystkim dobity, nie wiem co ze sobą zrobić. Jak się od tego uwolnić? Co zrobić, żeby nie zwariować? Czym się zająć, czemu oddać, żeby przestać myśleć o tych okropnościach?
Ucieczka w alkohol nie wchodzi w grę. Nie piję ani kropli, od kiedy jesteśmy w ciąży, tak dla lojalności wobec żony. Przez ostatnie lata lubiłem raz w miesiącu wypić kieliszek, czy dwa, co dawało wynik – mniej, więcej jedna butelka rocznie. Wcześniej nie piłem nawet tego. Teraz zupełnie nic, bo mógłbym się stopniowo rozpędzić i skończyć jak niejeden wcześniej.

Chodzę nad jezioro i palę tam ogniska. Tak w ramach terapii. Fajnie się patrzy na ogień. Mogę tak godzinami. Ogień i żar. Im większy, tym lepiej. Ciepło. Zniszczenie…
To przynosi mi ulgę, ale nie w pełni. Zmora wraca po krótkim czasie, kiedy jestem w domu.
Żona chodzi do psychologa. Też przeżywa, ale trochę inaczej. Boi się o przyszłość. Jak przebiegnie ciąża? Jak będzie z porodem? Czy dziecko urodzi się zdrowe i bez bakterii, co się gdzieś schowały i tylko czekają, żeby zaatakować? To jest jej głównym zmartwieniem..
Ja też się tego obawiam, ale głównym powodem mojego złego stanu jest to, co się zdarzyło kilkanaście lat temu i co przeczytałem z archiwum piekielnego szpitala.
Z ciekawości idę do psychologa razem z nią. Ciekaw jestem jakimi metodami owa psycholożka chce pomóc mojej żonie. Jeśli to będzie skuteczne, to może i mnie pomoże?

Arachnofobia.
Paniczny strach przed pająkami. Ludzie nie mogą dosłownie nic zrobić na codzień, bo boją się ukrytego, czekającego na nich strasznego potwora na ośmiu potężnych nogach z kilkoma parami oczu wpatrzonych właśnie na nich i wielkimi, ostrymi zębami, które za chwilę wbije w ciało swojej ofiary.
Jak im pomóc? Jest metoda! Specjalny program komputerowy i trójwymiarowe okulary to początek terapii. Pacjent na początku ogląda malutkiego, wirtualnego pajączka, który gdzieś tam w oddali sobie niegroźnie chodzi. Potem wirtualny pajączek powoli zbliża się do pacjenta, ale ten go bagatelizuje, bo przecież wie, że pająk jest wirtualny i że to żadne zagrożenie. Kiedy pacjent już jest przyzwyczajony do takich pająków, przychodzi pora na następne, bardziej wyraźne, ale na filmie. To wzbudza strach w pacjencie, ale niewielki, bo przecież pająk nie wyskoczy z filmu. Metoda stopniowego przyzwyczajania pacjenta z czasem owocuje tak silną odwagą, że ten jest gotów bez żadnej obawy wziąć na dłoń tarantulę…

Pytam panią psycholog, która rozmawia z nami jakiś czas robiąc notatki, jak zamierza nam pomóc. Czy ta pomoc ma polegać tylko na rozmowach, czy może też coś ma w zanadrzu?
Opowiadam jej o metodzie walki z arachnofobią. Opowiadam, żeby zadać pytanie, czy w przypadku takim jak nasz też są tak sprytne metody. Na przykład, czy dobrą metodą byłoby dla nas oglądanie filmów z rodzącymi kobietami i małymi dziećmi. Może jak się napatrzymy na żywe, zdrowe dzieci to zrównoważymy naszą wizję dziecka pochowanego. Albo czy są jakieś grupy wsparcia, gdzie moglibyśmy spotkać rodziców chociaż w połowie tak dotkniętych jak my, posłuchać ich historii, pokrzepić się ich siłą do życia mimo przeżytej traumy?
Metody takiej jak w przypadku fobii nie ma. Jest za to rozmowa z nią. Chociaż to. Lepsze to niż nic. I ma dużo racji. W Polsce mieliśmy wielkie nic. Nikt nam niczego nie zaproponował, nie mieliśmy się do kogo zwrócić. Pozostaliśmy sobie sami. No może z garstką przyjaciół, którzy czasem powiedzieli coś trafnego, podczas kiedy słowa innych były jeszcze bardziej dobijające.

Grupy wsparcia tu, gdzie teraz żyjemy są, ale nie korzystamy ze spotkań, bo na pewno nie przeżyli tyle co my, więc gdybyśmy opowiedzieli im wszystko, patrzyliby na nas jak na jakieś dziwadła, co już nam się wcześniej zdarzało w Polsce.

Postanawiamy nadal rozmawiać z psychologiem. To trochę pomaga. Mojej żonie pomaga to bardziej. Mi mniej, ale też chodzę.

Mi pomaga jeszcze jedno. Ten blog. I Wy, Drodzy Czytelnicy. Dziękuję.