Déjà vu – podobny łańcuch zdarzeń

Ten sam dzień, zaraz po cesarce. Swoisty dzień świstaka. Ale nie w filmie. Na żywo. W rzeczywistości. I nie ja sam go przeżywam a wszyscy obecni. Lekarze wiedzą co się może stać i są tym razem przygotowani. Stąd decyzja szefa kliniki o cesarce – domyślał się, albo wiedział, że niektóre dzieci łapią jakieś (albo nawet już wiedział jakie) bakterie i przez cesarkę chciał uniknąć zakażenia. Nie udało się, ale… Wszystko, co można było naprawić, czy usprawnić zostaje teraz naprawione, zrobione inaczej, lepiej. Jak na tamte czasy… W ten sposób zrehabilitował się.
A wyglądało to tak:
Synek zaczyna marudzić i gorączkować. Pediatra od razu wzywa pomoc. Karetka przyjeżdża niezwłocznie. Tak jak poprzednio ekipa szybko zabiera dziecko i dokumenty, ja zabieram się z nimi, zjeżdżamy w napięciu windą, wchodzimy do ambulansu, tym razem to mercedes. Kierowca siedzi za kierownicą, nie ma wątpliwości czy mogę jechać – „oczywiście, niech pan wsiada i jedziemy”- mówi lekarka. Pędzimy na sygnale do szpitala obok. Piekielną drogę przeżywam inaczej – czuję tylko wibrację kół na kocich łbach. Po chwili wjeżdżamy do szpitala, zatrzymujemy się, otwierają się drzwi, szybko wyskakujemy z samochodu. Robię zdjęcie. Wiem teraz, że to głupie, ale wtedy myślałem, że to ostatnie zdjęcie mojego dziecka. Nie chciałem znowu nie mieć żadnej pamiątki, żadnego zdjęcia. Danielka pamiętam najbardziej po śmierci, takiego już zmienionego. Tym razem chcę mieć pamiątkę po żyjącym dziecku.
Na OIOM-ie jestem normalnie przyjęty jak rodzic, w pierwszej chwili lekarze nie chcą, żebym przeszkadzał – oczywiście, ja też nie chcę – jakaś pielęgniarka wskazuje mi pokoik, gdzie mogę zaczekać. Czekam tam. Teraz jest inaczej, czuję to. Chociaż żona pozszywana leży kilkaset metrów stąd w prywatnej klinice a mój synek tu – na OIOM-ie, oprócz napięcia czuję też nadzieję. Może tym razem się uda, przecież każdy szczegół tego koszmarnego dnia wygląda trochę inaczej niż dwa lata temu. Jednocześnie myślę, że to chyba jakieś przekleństwo na nas ciąży. Dlaczego to się powtarza? Wraz z żoną wierzyliśmy w jakąś sprawiedliwość losu. Żona przez cały okres ciąży była pewna, że skoro raz się nie udało, bo leniwy lekarz zlekceważył fakt przenoszonej ciąży, co skończyło się łańcuchem koszmarnych zdarzeń, to następnym razem wszystko będzie w porządku. Dlaczego, więc tak się dzieje kolejny raz? Dlaczego?…
Synek nie umiera. Lekarze cały czas walczą o jego życie. Teraz idzie im lepiej. Idzie znacznie lepiej, bo nie mają utrudnienia, jakim wtedy było zwlekanie z wezwaniem pomocy do ostatniej chwili przez wąsatego lenia. Po dłuższym czasie do pokoiku, gdzie siedzę przychodzi lekarka i mówi, że nie ma sensu, żebym tu siedział, żebym szedł do żony, że jest nadzieja, że uda się synkowi wyjść z tego cało, żebym dzwonił kiedy chcę, żeby się dowiedzieć o stan synka. Dziękuję lekarce, biorę numer telefonu, wychodzę.
Wychodzę z budynku szpitala. Czuję się oszołomiony przez to miejsce. Wszystko, co poprzednie przypomina mi się po kolei: śmierć, prosektorium, tamto dziecko, moje dziecko…
Wracam do żony, do kliniki. Żona już pozbierana czeka na mnie w pokoiku razem z jakąś inną mamą i dzieckiem, które akurat bada pediatra. Czuję się nieswojo. Nie możemy jeszcze wyjść, bo na coś czekamy – nie pamiętam na co. Co za widok – myślę – matka z dzieckiem. My też tak powinniśmy teraz wyglądać, my też powinniśmy cieszyć się obecnością dziecka a dziecko nami. Lekarz sprawdza wszystko, co da się zauważyć i mówi na głos, łaskocze stópki dziecka i mówi: „Oj, coś nie tak z mózgiem…” Zauważam, że kobieta siedząca na łóżku gwałtownie prostuje się podnosząc rękę do ust. Jej wystraszone oczy patrzą już tylko na dziecko. Lekarz łaskocze jeszcze raz, dziecko tym razem odruchowo zabiera nóżki „a nie, pomyliłem się, wszystko w porządku” – mówi lekarz sam do siebie w ogóle nie zauważając reakcji jego mamy. Lekarz wychodzi, kobieta przytula swoje dziecko. Potem odwiedza ją mąż. Widzi nasz niepokój i zamieszanie w klinice. Dzwoni po kogoś, żeby przyjechał po nich samochodem, bo „tu jest problem” – mówi do telefonu stojąc do nas bokiem, patrząc jednocześnie na nas, ale nie w oczy, gdzieś niżej… Tak, czuję to – ten problem to my.

Nie pamiętam jak wracamy do domu. Myślimy cały czas o naszym synku. Boimy się o niego, ale mamy nadzieję…

Cesarka

Mija niecały rok, kiedy dowiadujemy się o drugiej ciąży. Początkowo jest zagrożona poronieniem i żona musi leżeć plackiem przez trzy miesiące. Dostaje hormony. Lekarz stwierdził, że dziewięć miesięcy przerwy między ciążami to widocznie za krótki okres dla jej organizmu i dlatego wystąpiły powikłania hormonalne. Dalszy okres ciąży przebiega spokojnie. Wszystkie badania mówią, że z dzieckiem jest ok. Rozwija się normalnie, jest żwawe, ssie palec w trakcie USG. Dość szybko się dowiadujemy, że to dziewczynka, więc nadajemy jej imię. Cieszymy się z tego, bo podobno dziewczynki są silniejsze. Jak poprzednio rozmawiamy z brzuchem, śpiewamy, bawimy się. Na badania kontrolne chodzimy do „magika”, ale nie tylko. Pod koniec ciąży zaglądamy do niego, żeby wszystko ustalić, zaplanować, dopiąć na ostatni guzik. Od dawna już przekonał nas, że najlepiej będzie na tydzień przed terminem zrobić cesarkę i uniknąć w ten sposób – jak myśleliśmy do tej pory – infekcji. Byliśmy przekonani, że przyczyną śmierci Danielka było przenoszenie ciąży. Byliśmy wtedy tacy młodzi, ja wyglądałem na jeszcze młodszego niż byłem w rzeczywistości. Byłem szczupły i miałem łagodny wyraz twarzy. To dlatego lekarze nie traktowali mnie poważnie. Może gdybym miał wygląd jakiegoś zbira, ogoliłbym głowę i wytatuował w widocznym miejscu czachę z napisem „śmierć nieudolnym lekarzom” to może by się trochę wystraszyli i lepiej potraktowali moją żonę? Zajęliby się nią tak jak człowiekiem a nie problemem, który można odsunąć, bo się jest zmęczonym, bo za dużo się ma roboty na porodówce, albo „żona się z terminem pomyliła” jak to zapytał jej lekarz prowadzący na oddziale patologii ciąży, który dziś jest tam ordynatorem? Może wtedy nie zaszufladkowaliby nas w taki sposób? Może trafilibyśmy do wyższej szuflady zamiast do śmietnika?
Powoli zbliża się termin ustalonej cesarki. Ma być wykonana pewnego dnia marca 1996, niecałe dwa lata po Danielku.

Robimy jeszcze ostatnie badanie USG.
- A ja wam mówiłem jaka płeć będzie? – pyta „magik”
- Wiemy, wiemy. Dziewczynka, już od dawna mamy dla niej imię i tak mówimy do brzucha
- Ja Wam mówiłem, że dziewczynka?
- No tak! Nawet na zdjęciu rysował pan „bułeczkę”.
- JA WAM MÓWIŁEM, ŻE DZIEWCZYNKA???
Śmiejemy się z „magika”, ale to nie szkodzi, chłopak też może być, wszystko jedno, żeby tylko był. Wad nie ma, co się okazało po cesarce. Ale żeby nie wyprzedzać…
Jest 11 marca 1996. O wyznaczonej godzinie zjawiamy się we wcześniej wspomnianej klinice. Przygotowujemy się psychicznie i fizycznie. Wtedy „magik” oznajmia nam, że cesarkę przeprowadzi „wąsaty”. Szlag mnie trafia, przecież on… przecież… Widząc moją reakcję „magik” przekonuje mnie i żonę, że to świetny fachowiec i nikt lepiej by tego nie zrobił. Na co ja, że może z niego i fachowiec, ale człowieka w nim brak. Na co „magik”, że człowieka nie potrzebujemy tylko jego umiejętności. Mówi też to, co poprzednio, kiedy u nas był, że nie wiadomo dlaczego tak się stało. Rzeczywiście wiemy tylko to, co powiedzieli nam lekarze, bo z wynikami sekcji na papierze daliśmy sobie spokój, zbyt dużo emocji. Teraz trzeba się przygotować na przyszłość a przeszłość zostawić. Zgadzamy się, bo nie widzimy innego wyjścia. Zgadzamy się, bo już nie chcemy mieszać bardziej. Poprzednio zmieniliśmy plan a potem tego żałowaliśmy.

Żona bierze prysznic, przechodzi do Sali. Wspomnienia poprzednich okropności kryją się gdzieś między ścianami, ale my staramy się skupić na tym co będzie za chwilę – od tego a nie od okropnych wspomnień zależy nasza przyszłość, nasze szczęście.
Jestem twardzielem, żaden widok mnie nie ruszy. Jestem na sto procent przygotowany na wszystko, co można zobaczyć w czasie operacji. Przynajmniej tak myślę…
Pojawia się anestezjolog z pielęgniarką, na kozetce sadzają żonę pochyloną do przodu jak to tylko było możliwe i wielkość brzucha pozwalała i przygotowują ją do znieczulenia. „Zrobię pani teraz zastrzyk” powiedział anestezjolog i delikatnie i precyzyjnie wbił cienką igłę żonie w kręgosłup. Nie było tak źle – zdążyłem pomyśleć, kiedy zobaczyłem drugą, wielką „końską” strzykawkę z grubą igłą. Spojrzałem na minę żony, która siedziała tyłem do tego, co przed chwilą zobaczyłem. Była dzielna, jak zawsze. To dobrze, bo ja na ten widok byłem kompletnie nieprzygotowany. Poczułem tylko jak mi miękną kolana i szybko wykombinowałem, że przytulę się w kucki do jej brzucha, że niby ją pocieszam. Pomyślałem, że jak zemdleję to mnie wyproszą z sali i będzie po ptakach. Kucam, udaję, że się przytulam do jej kolan. Nie wiem, czy tamci to kupują, ale nic nie mówią, chyba są niesamowicie skupieni na swoim odpowiedzialnym zadaniu. Setka myśli przelatuje przez moją głowę – co będzie jeśli nie trafi tą wielką igłą tam, gdzie ma trafić? Chwila w kuckach pomogła. Lekarz w międzyczasie każe żonie położyć się na boku i robi zastrzyk. Precyzyjnie. Tak, jak należy. Potem kładą żonę na stole operacyjnym, niewielkim zielonym parawanikiem odgradzają brzuch od piersi, żeby żona nie widziała co się kroi. Ja mogłem patrzeć, mówić żonie co robią, robić zdjęcia. To dobrze, będzie pamiątkowy album.
Zespół lekarzy się przygotowuje, pytają jak żona się czuje, czy czuje kiedy jeden z lekarzy myje specjalnymi płynami brzuch. Żona czuje. Potem inny płyn, znajomy zapach rozległ się w powietrzu. „Magik” szybko i z zadowoleniem wyjaśnia, że to benzyna i że tak się robi. „Naprawdę, nie tylko u nas, wszędzie…”. Potem jeszcze czymś i jeszcze czymś… Kiedy wszystko już jest tak czyste, że już bardziej nie może, „wąsaty” chirurg bierze skalpel i tnie. Żona czuje cięcie, ale ją to nie boli. Z każdą chwilą, czy z każdym cięciem czuje się coraz bardziej paskudnie. Dreszcze. Lekarz tnie, inni w tym „magik” pomagają mu we wszystkim, co potrzebne, odsysają krew i inne płyny z organizmu. W końcu specjalnymi łyżkami rozchylają ciało, powstaje otwór, przez który opanowanym, wprawnym ruchem wyciągają moje dziecko, wtedy żona czuje się najgorzej i dostaje drgawek. Kładą dziecko na pleckach. Pępowina jeszcze łączy je z mamą. „Magik” miał rację, co prawda za drugim razem, ale miał – to syn. Tym razem nie chcę ciąć pępowiny, przeciąłem wtedy – wzdrygnąłem się na myśl. Nawet nie zauważyłem kiedy pępowina została przecięta. Na chwilę kładą dziecko żonie na piersi. Potem jednak zabierają, bada je pediatra (o dziwo można było zorganizować jego obecność przy porodzie, czego poprzednio nie zrobił nieudaczny – wąsaty zastępca szefa). Chirurg zszywa żonę.

Wszystko, co może się nie udać, na pewno się nie uda.

To przysłowie to doskonały wstęp do opowieści o tym co wydarzyło się później. Można by je trochę zmodyfikować mówiąc:
Wszystko, co można spartaczyć, zostanie spartaczone na pewno.
Widząc, że dziecko nie czuje się dobrze, odpowiedzialny za to co się dzieje w klinice lekarz, prawa ręka szefa mógł wcześniej podać antybiotyk i mógł wcześniej zadzwonić po pomoc do szpitala, nie mówiąc o tym, że w ogóle mógł też o trzy dni wcześniej wywołać poród…

Jest wtorek 2 sierpnia 1994r. ok godziny 5.00
Ze spokojnego, głębokiego snu budzi mnie głos tej samej pielęgniarki:
- Niech pan szybko idzie na salę, coś się dzieje!
- Coś się dzieje? Co się może dziać? Już idę. – Ubieram się i przechodzę do sali obok. Widzę żonę, leży wciąż na łóżku porodowym, lamentuje. Na stole operacyjnym widzę moje dziecko, nie bardzo rozumiem.
- Co się stało? – pytam trochę jeszcze nieprzytomnie.
Próbuję uspokoić żonę. Mówię, że przecież jesteśmy w dobrych rękach, pod opieką najlepszego lekarza. Żona jednak nie uspokaja się. Przeciwnie, wpada w panikę, której ja nie rozumiem. Nawet jestem na nią trochę zły, ale tłumaczę sobie, że to od gorączki, która z czasem wzrosła do 40 stopni.
- Nie wiemy co się dzieje, wiemy, że dziecko źle się czuje, ale nie wiemy dlaczego – odpowiada pielęgniarka. – Nie może samo oddychać.
Za chwilę przynosi ręczną pompkę z maseczką do reanimacji, przytyka do pyzowatej, sinej już twarzyczki i zaczyna pompować. Synek jest blady, usta sine. Przez chwilę widać lekarza, który niewiele mówi. Znika. Pielęgniarka też musi zniknąć, żeby coś przynieść.
- Niech pan weźmie pompkę i pompuje tak jak ja teraz.
Robię tak. Nie wiem, czy dobrze. Pompuję nie za mocno, nie za szybko, staram się robić to dokładnie jak ona. Na kilka sekund zostaliśmy sami, mój ledwie żywy syn, głośno lamentująca żona i ja ściskający pompkę. Ogarnia mnie dziwne uczucie. Niby nie jesteśmy sami, niby ja nie jestem sam, ale czuję jakby wszyscy na świecie nas opuścili, jakby opuścili mnie, jakby jakieś wielkie uosobienie samotności stanęło obok mnie i okryło mnie swoim zimnym płaszczem izolując od reszty świata. Wszystko, co się dzieje dookoła przestaje być rzeczywiste, czas dłuży się w nieskończoność, z nikąd pomocy. Po kilku sekundach nieobecności pojawia się pielęgniarka i przejmuje pompkę. Nie wiem gdzie lekarz, nie wiem co dalej robić, nie wiem, czy pompowałem dobrze, czy nie za słabo…
Po kilku minutach pojawia się zaginiony lekarz:
- Zadzwoniłem po pomoc – powiedział powolnie – zaraz przyjadą.

Przyjechali. Trzy postacie weszły do sali, zamienili w pośpiechu kilka zdań, wzięli od lekarza jakieś papiery, wyjęli z walizki własną pompkę, przyłożyli do twarzy i pompując wyszli. Co robić? Żona leży w gorączce, dziecko zabierają… Nie chcę zostawiać żony, ale też nie chcę zostawiać dziecka. Doganiam ich przed windą, wchodzę razem z nimi. Jedziemy. Staram się być spokojny, chociaż wewnątrz jestem napięty do zenitu. Wychodzimy z budynku…

Kierowca ambulansu – zawód ideał… odkąd pamiętam, chyba każdy w przedszkolu marzył o wykonywaniu takiego idealnego zawodu: lekarz, strażak, albo policjant (za moich czasów milicjant).

…na zewnątrz czeka ambulans, jakiś stary grat, rumuński, czy jugosłowiański, chyba z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Widziałem wcześniej ten model samochodu, ale nie w tak ważnej roli, nie w roli karetki. Trzy postacie z moim synkiem wchodzą do niego i podłączają synka do aparatury.
- Panie kierowco, odpalamy samochód! – Woła donośnym głosem lekarka i wydaje dyspozycje do pozostałych dwóch postaci. Robią coś jeszcze przy dziecku, co zajmuje im czas.
- Panie kierowco! – Ponaglają kogoś, kogo w ogóle nie widać przez okienko dzielące szoferkę z tylną częścią samochodu. Mijają dalsze sekundy.
- Panie kierowco, odpalamy samochód!!! – Krzyczy lekarka a reszta już krzyczy razem z nią.
W tym momencie idę sam szukać kierowcy. Zachodzę do szoferki. Nie ma go. Co robić? Pierwsza myśl to wskoczyć samemu i ten pieprzony samochód odpalić, bo domyślam się, że nie chodzi o hałas silnika, ale o prąd do aparatury. Nie wskakuję do szoferki i nie odpalam samochodu. Powstrzymuję się, bo nie chcę czegoś namieszać. Trzeba znaleźć „kierowcę”. Biegnę wzburzony dookoła karetki. Jest… stoi przy prawym przednim kole z nogą na oponie. Patrzę na oponę, czy coś się nie stało z kołem. Nie, wszystko w porządku, kierowca po prostu sobie tam stoi.
- Panie kierowco, odpalamy samochód i jedziemy!!! – Woła tym razem pielęgniarka, czy sanitariuszka, która wyszła z karetki i pobiegła zaraz za mną.
Obudził się. Długimi krokami zaczłapał się za kierownicę i odpalił samochód.
- Mogę jechać z Wami? – Pytam grzecznie lekarkę.
- Nie.
- A dokąd jedziecie?
- Do szpitala (…) na oddział intensywnej terapii. – Drzwi się zamknęły i ambulans odjechał.
Przez lata mam mieszane uczucia. Czy dobrze zrobiłem, że się wstrzymałem, że nie wskoczyłem do samochodu, żeby go odpalić? Może coś by sobie facet uświadomił? Wiem, że i tak w tym wypadku na niewiele by się to zdało, ale jego następne kursy byłyby sprawniej wykonane? Z drugiej strony cieszę się, że powstrzymałem się od wymierzenia mu policzka. On by się dobudził, ale ja mógłbym mieć potem niemałe kłopoty.

Pędzę do szpitala. Pieszo. Nasz samochód popsuł się w piątek, kiedy wracaliśmy do domu na umówiony z lekarzem odpoczynek, na poród przyjechaliśmy autobusem. Biegnę więc do tego piekielnego szpitala, z którego kilka dni temu zabrałem żonę. Kilka osiedlowych uliczek a potem stara kamienna droga, po której przed chwilą wieźli mojego synka. Biegnę tą drogą kilkaset metrów, chociaż wydaje mi się, że to najdłuższa droga do przebycia w moim życiu. Kilka minut później skręcam w kierunku szpitala. Jeszcze sto metrów. Na stróżówce pytam gdzie jest oddział intensywnej terapii dla noworodków. Szukam, znajduję, wchodzę do budynku. Podchodzę do oszklonych drzwi, za którymi jest ten oddział. Dzwonię. Widzę przez szybę kręcący się po korytarzu personel. Nikt nie reaguje na dzwonek. Dzwonię jeszcze raz. Wychodzi jakaś pielęgniarka.
- My tu nie mamy teraz czasu. – mówi
- Ale właśnie przywieziono tu moje dziecko, ja jestem ojcem.
- To niech pan poczeka. – powiedziała i zamknęła drzwi. Nie chcę przeszkadzać, ale gdyby mnie wpuszczono to chyba też bym nie przeszkadzał? Przy porodzie nie przeszkadzałem, to dlaczego miałbym teraz? Nie pozostało mi nic innego jak czekać. Czekam więc na tym korytarzu, myśli tłoczą się po głowie. Co mogę zrobić? Niewiele. Modlę się w myślach. Stoję i czekam. Patrzę przez okno. Nerwowo patrzę na zegarek. Mój syn jest tam, na oddziale, próbują go ratować, moja żona jest gdzie indziej, leży w gorączce a ja gdzieś pomiędzy. Od syna dzieli mnie kilka metrów, drzwi i ściana. Kolejny raz patrzę przez okno i uświadamiam sobie, że ten widok w ciągu kilku minut poznałem na pamięć. Nerwy, modlitwa, gonitwa myśli…
Pół godziny później drzwi otwiera ta sama pielęgniarka.
- Niech pan wejdzie.
Wchodzę. Pokazuje mi przez drzwi co lekarze robią z moim dzieckiem. Widzę, że jest podłączony do aparatury, która daje nierównomierny sygnał dźwiękowy, krzywa na ekranie nie jest obiecująca, widzę synka i lekarkę, która go reanimuje uciskając klatkę piersiową. Pielęgniarka prowadzi mnie do pokoju, w którym mogę poczekać. Przez chwilę rozmawiamy. Pyta mnie o imię syna. Mówię, że Daniel. Potem z wyrzutem pyta dlaczego w tamtej klinice a nie u nich w szpitalu. Nie mam już siły opowiadać dlaczego nie w ich „kochanym” szpitalu. Pielęgniarka znika. Krótko potem prowadzi mnie do sali intensywnej terapii i znowu znika. Lekarka mówi, że mogę się pożegnać z dzieckiem i odwraca się plecami. Widzę mojego synka leżącego na pleckach, sprzęt do oddychania jest już rozłączony, oczy ma zamknięte, usta lekko rozchylone, wygląda jakby spał, tylko, że jest siny, nie oddycha… Jak się pożegnać? Co się robi w takim wypadku? Łzy napływają mi do oczu. Dotykam jego rączki. Jaki to ma sens? Przecież on już tego nie czuje. Już nic nie czuje. Lekarka odwraca głowę, patrzy co robię, jakby chciała zapytać „czy już?”. Co mam robić? Co mi pozostało?
Wychodzę.
Dokąd mam pójść? Wracam do kliniki, do żony. Wracam tą cholerną, długą, kamienną drogą i szlocham, nie mogę się uspokoić. Mijają mnie samochody, zasłaniam wtedy twarz. Dobrze, że nie ma pieszych.
Cały roztrzęsiony wchodzę do budynku, jadę windą. Czuję się zdrętwiały, skopany przez życie, uderzony silnym ciosem w całe ciało jednocześnie, jakby było jednym, małym punktem. Wychodzę z windy na jedenastym, idę na górę, zatrzymuję się na półpiętrze, patrzę przez okno. Co robić? Jak jej o tym powiedzieć? Co mam na swoje usprawiedliwienie? Co z nami teraz będzie? Co będzie w przyszłości? Jaki jest sens życia teraz, po dziewięciu miesiącach pełnych nadziei zakończonych pustką?… Za oknem drzewa, kilka budynków, w oddali inna dzielnica miasta, jakieś dwa wysokie kominy, horyzont. Patrzę na dół. Ile do chodnika? Dwie, trzy, może cztery sekundy?… Wchodzę do kliniki. Nie wiem, czy spotykam kogoś z personelu. (Nie do wiary – zupełnie wymazałem to z pamięci.) Stoję przed łóżkiem, na którym leży moja żoną. W mojej pamięci nie ma nic dookoła, nie ma nikogo, tylko ona i ja…
- Umarł. Daniel nie żyje. – mówię.
- Nie. – odpowiada żona z ciepłym uśmiechem.
- Nie? – pytam z lekkim zdziwieniem. Moja pierwsza myśl to, że zadzwonili ze szpitala, że to była pomyłka, że on jednak żyje. Moja druga myśl to, że to tylko sen. Ja w dalszym ciągu śpię w pokoju obok, pielęgniarka mnie nie obudziła, była w moim śnie, cała ta głupia historia to tylko sen… sekundę później widzę po minie żony, że do niej dociera prawda. Do mnie też. To nie sen. Złuda się rozwiewa. Brutalna rzeczywistość ogarnia nas coraz mocniej. Zaczynamy oboje płakać.

Nie wiem kto, kiedy i jak powiadomił moich teściów. Pamiętam tylko jego straszną złość, pamiętam jedno zdanie wyrzucone przez teścia do wąsatego, powolnego lekarza: „JAK TO UMARŁ?!!!”.
Pamiętam też, że to oni – teściowie zabrali nas samochodem do domu.

Świadomość śmierci dziecka, przeżycie momentu tej świadomości jest dla rodziców najgorszą rzeczą, jaka może ich spotkać. Wiemy, że jesteśmy śmiertelni, wiemy, że kiedyś umrzemy, taka jest naturalna kolej rzeczy, ale nikt z nas nie nastawia się na śmierć dziecka, to nie jest naturalne. Nie rodzimy dzieci, żeby umierały. Rodzimy je po to, żeby pochowały nas po wspólnej, czasem niełatwej, ale radosnej wędrówce przez życie. Jak to przeżywaliśmy? Nie pamiętam w tych dniach nic innego jak wspólny i osobny płacz, wspólne i osobne wycie z bólu rozdzierającego nasze serca. Płakaliśmy razem, płakaliśmy osobno. Wyliśmy schowani w grubych murach naszego mieszkania, naszego szarego mieszkania. Bardzo szarego. Pamiętam jej twarz. Spuchnięta od płaczu dniem i nocą. Pamiętam siebie nie wiedzącego co robić, gdzie się schować. Płakaliśmy we wszystkich zakątkach mieszkania po kolei.
Pamiętam, że dzwoniłem do swojej matki. Nie było jej wtedy w domu, nagrałem się na sekretarkę, ale ona nic nie mogła zrozumieć, wiedziała tylko, że coś złego się stało, bo wyłem do słuchawki. Zadzwoniła jak tylko odsłuchała wiadomość, ale rozmowy nie pamiętam. Nie pamiętam też kiedy kupiliśmy w aptece neospasminę (ziołowy środek uspokajający), dużą ilość. Działała bardzo dobrze, wyciszała wszelkie uczucia, dosłownie zobojętniała człowieka. Chlaliśmy to całymi butelkami. Ja wypijałem dwie butelki dziennie, żona trochę mniej. Otumanieni powoli dochodziliśmy do siebie. Rozsądek nakazywał powrót do normalnego zachowania, zmuszaliśmy się do jedzenia.