Wyszedłem na durnia :) :) ;)

Hurra, wycieczka rowerowa całą klasą! Kto jedzie? Jak to kto jedzie, a kto nie jedzie? Wszyscy jadą! A co z Szachistą? Szachista, jedziesz?

Pierwszy rower

Szachista miał pięć lat, kiedy dostał swój pierwszy rower. Wcześniej nawet nie próbowaliśmy z rowerem, bo od kiedy opanował chodzenie, musiał się tą sztuką nacieszyć dużo bardziej niż jego rówieśnicy. Nie patrząc na rany kikuta i ból, chętnie nadrabiał te wszystkie stracone kilometry pieszych wędrówek, które jego rówieśnicy na swój „licznik” nabili, kiedy on jeszcze nie mógł. A jak z rowerem? Pierwszy rowerek dostał od Dziadka. Był to produkt chiński, na dwóch kołach i z dwoma kółkami bocznymi. I był całkiem niezły, poza jednym drobnym szczegółem, o którym jak to zwykle bywa, nie ma się pojęcia do momentu pierwszego zdziwienia. Pierwszym takim momentem mojego zdziwienia połączonego z irytacją był czas pierwszej przejażdżki Syna, kiedy to wjechał bocznym kółkiem w chodnikową dziurę, których w naszym dawnym mieście nigdzie nie brakowało. Syn przewrócił się wraz z rowerem nieszczęśliwie na stronę tej mniej sprytnej nogi i wyłożył się całkowicie, a rowerek na niego. Z bólu i z poczucia właśnie doznanej krzywdy, która w jego przypadku była wzmocniona przez autyzm, zaczął krzyczeć, czym przyciągnął wzrok wszystkich ludzi. Głupio mi było strasznie, ale nikt o nic nie spytał, to i ja się nie tłumaczyłem. Spojrzałem na rowerek. Wspornik kółka bocznego był wywinięty do góry. Wyprostowałem go prawie bez użycia siły i wtedy odkryłem „chińską stal” (dla odróżnienia od damasceńskiej), którą wygiąłem i wyprostowałem jak plastelinę jeszcze ze trzy razy, po czym się złamała. Tego dnia już nie chciał jeździć, a na następne próby musiałem go długo przekonywać, że tym razem wybierzemy najlepszy chodnik w mieście. Udało się jakoś, ale Syn, mimo wielu wspólnie przemierzonych kilometrów  nie załapał sztuki jazdy rowerkiem nawet z nowymi kółkami bocznymi, które własnoręcznie zrobiłem i z solidnie zamontowanym za siodełkiem kijem do przytrzymywania. Z tego rowerka Syn wyrósł zanim nauczył się jeździć. Rowerek został, może córka skorzysta ;)

Drugi rower

Już tu – w Szwecji. Mój składak z aluminiową ramą, którym jeżdżę do pracy. Odpowiednio obniżone siodełko i kierownica, bez kija, bo gdyby ktoś zobaczył takiego dziesięciolatka na rowerze z kijem, to mógłby się przecież śmiać, według Syna. Szachista na nim, ja za nim. Biegałem za rowerem całymi godzinami, bo bardzo chciał się nauczyć jeździć. Biegałem tak dość regularnie przez dwa sezony. Zgrzany, pot lał się ze mnie. Dobrze, że trochę kondycji wtedy miałem. Zadowoleni byliśmy wszyscy, bo Syn ładnie utrzymywał równowagę, a i pedałami udało mu się ładnie kręcić. Żona filmowała, więc pamiątkę mamy. Niestety nie dość posłuszna proteza spadała mu z pedału, co każdorazowo zmuszało go do zatrzymywania się. Nie pomagały specjalnie uzębione pedały, nie pomagały buty z głębokim bieżnikiem. Nie pomogła też wymiana siodełka ze zwykłego, składakowego na wąskie, kolarskie, które miało według syna przyczyniać się do nie spadania protezy tak, jak poprzednie. Na jednym ze zlotów dla osób po amputacji, gdzie wszystkie możliwe firmy pokazywały swoje najnowsze osiągnięcia techniczne, gdzie każdy mógł wziąć do ręki i obejrzeć materiały, półprodukty i gotowe protezy, oglądaliśmy rower ze specjalnymi pedałami wyposażonymi w zaczep, który pasował do specjalnych butów, które trzymają się wzajemnie, dopóki rowerzysta nie skręci podudzia o kąt ok. 30 stopni, co pozwala na szybkie odpięcie nogi od pedału w przeciwieństwie do „nosków” kolarskich, które dla naszego syna byłyby katastrofą. Rozważaliśmy zakup tego patentu, ale odłożyliśmy go na jakiś czas ze względu na cenę i wciąż rosnące stopy syna.

Trzeci rower

Syn był już nastolatkiem, kiedy kupiliśmy mu młodzieżową  wersję „górala”, łatwiejszą dla niego do opanowania ze względu na przerzutki, dzięki którym można ustawić optymalne przełożenie na wystartowanie z miejsca i jazdę pod wzniesienia, w odróżnieniu od skromnych możliwości składaka. I tu już z jazdą było prawie, bo na pewnych biegach dobrze się synowi kręciło, chociaż jeszcze nie był przygotowany do zmiany przerzutek w trakcie jazdy. Teraz jazda z ojcem biegającym jako ogon szybko się skończyła, opanowanie równowagi na rowerze było już wystarczające, sztuka hamowania też, problemem było jedynie ruszanie z miejsca i jazda pod górkę…

I wtedy z pomocą przyszła Ona – olśniewająca koleżanka z klasy, która wraz ze wszystkimi słysząc skargę Syna, że rodzice mówią, że on nie umie jeszcze jeździć… patrząc mu w oczy powiedziała „ależ oczywiście, że umiesz jeździć!”…  I nie ważne było, że ani razu nie widziała go na rowerze… Nie ważne było, że nie widziała z jakim mozołem za każdym razem przygotowywał się przez kilka minut do startu, nastawiał pedał, przymierzał się do murka, z którego wsiadał na rower, ruszał i… hamował, bo start okazał się nieudany, po czym wracał do punktu wyjścia. Nie ważne było, że nie wiedziała o tym, że nie dałby rady podjechać pod górkę, bo nie zmieniłby przełożenia na lżejsze i z powrotem. Najważniejsze było dla niej, żeby pocieszyć kolegę. A na niego zadziałała magia słowa. Pojechał i wrócił. Z radością, z satysfakcją, z dumą. Dwadzieścia sześć kilometrów i z powrotem bez problemu, bez patentów but-pedał, bez korzystania z obiecanej przez nauczycieli pomocy, bez podwożenia samochodem…

No i wyszedłem na durnia :)

 

Czwarty rower kupiliśmy za jego oszczędności. Rower ze wspomaganiem elektrycznym. Pojazd idealny, który ceni dużo bardziej od spalinowych, smrodzących i hałasujących motorowerów, których dosiadający nie dają na spacerach spokojnie pospać jego siostrze. Ekologiczny.

Teraz jeździmy razem na wycieczki. Chociaż tak naprawdę to „razem” nie jest tak często, bo pod górkę bez silnika nie mam z nim szans. Czuję się wtedy jak stary pies wyprowadzony na spacer przez młodego, pełnego wigoru chłopca.

Syndrom

Trzy lata temu, na wakacje przyjechała do nas żony kuzynka wraz z mężem i dwiema ich dziewczynkami, pięć i siedem lat. Rozkoszne księżniczki. Na spacerach męczyły im się nóżki, więc jako wujek brałem starszą na barana. Za każdym razem, kiedy ją sadzałem na ramiona, przechodziło mnie dziwne uczucie, z którym musiałem się świadomie oswoić. Mianowicie brak protezy. Zamiast tego żywe nogi. Obie nóżki jednakowo „miękkie”, ruchome obie stopy! Za każdym razem przez sekundę ogarniało mnie to spontaniczne uczucie… zaskoczenie.
Szachista nie robił od razu długich pieszych wycieczek, chociaż gorliwie się do tego garnął. Jego pierwsze protezy były tak toporne, że po dłuższych przechadzkach często miał obtarcia na skórze, a nierzadko też leciała z niej krew. Nigdy się jednak na to nie poskarżył, wręcz przeciwnie, to my go obserwowaliśmy i próbowaliśmy odgadnąć kiedy jego skrócona nóżka ma dość. Najczęściej wtedy mówił, że jest zmęczony. Z czasem sami nauczyliśmy się pytać, czy jest zmęczony zamiast czy boli go noga. Za wszelką cenę chciał być taki sam jak inni i nawet najgorsza proteza zapewniała mu to poczucie.
Ale czasem trzeba „robić kilometry” na nogach, a nie zawsze da się samochodem. Żeby mu ulżyć, brałem go „na barana”, albo „na konia”, w zależności od jego wieku. Na plecach nosiłem go ostatni raz, kiedy byliśmy na wycieczce w górach. Ważył już z pięćdziesiąt kilo i sam czuł, że jego ojciec powoli przestaje dawać radę, bo ile można? Z takim ciężarkiem przejdzie się kilkaset metrów i trzeba odpoczywać. A jak wycieczka jest grupowa, to nie wszyscy chcą czekać, nie wszyscy rozumieją. Czasami padały docinki od nieznających naszego problemu: „Taki duży chłopak i do taty na plecy?”
Dlatego „obecność” protezy u dziecka, które biorę „na barana” tak mocno wrosła w moją głowę.

Ale nie tylko ja. I nie tylko przez dotyk. Również widok wiszącej, czy zapadniętej nogawki przez lata wywoływał takie uczucie w mojej żonie, tak samo jak we mnie. Niedawno się o tym zgadaliśmy, kiedy oboje odczuliśmy takie samo wrażenie. Przed nami na brzuszku leżała nasza córeczka. Spojrzeliśmy na nią jednocześnie i zauważyliśmy „zapadniętą” jedną nogawkę. Byliśmy z tym widokiem tak oswojeni w przeszłości, że w pierwszej chwili wszystko nam się zgadzało. Dopiero po sekundzie żona wykonała gwałtowny ruch ręką, jakby chciała sprawdzić, ale się wstrzymała, bo przecież wiemy, że nasza córeczka ma obie nóżki. Jak głęboko to w nas siedzi? I czy kiedyś się od tego uwolnimy?

Nie tylko my.
Skafanderek dostaliśmy w prezencie od przyjaciół. Przyszedł w wielkiej paczce wraz z innymi ciuszkami jeszcze długo przed rozwiązaniem. Z każdym wyjętym z paczki ubrankiem rosło nasze wzruszenie. To dla naszej córeczki. Myśl, że się uda, że ona będzie cała i zdrowa, była coraz bardziej realna, tak jak te ciuszki, które mogliśmy wziąć w ręce, powąchać, pozachwycać się ich formą, kolorem. Chociaż dziecko jeszcze w brzuchu, my już widzieliśmy je oczami wyobraźni w tych ubrankach. Wzruszaliśmy się do łez.

Skafanderek nie jest na wymiar, jest trochę większy. Ale nam to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, cieszymy się, bo nie wyrośnie z niego tak szybko. Zaczęliśmy go używać od jej pierwszego „wyjścia” na dwór. Ruchliwe rączki zaraz po przełożeniu przez mankiety rękawów z powrotem się w nie chowają, a stópki muszą być przytrzymywane przez buciki, żeby nie wpadły w nogawki. Mamy też inne rzeczy takie jak śpiworki, ale one pasują do wózka, nie do fotelika samochodowego.

Kataryniarze.
Są małżeństwem. On – wcielony misiek, ona – wysoka jak on, ale delikatnej budowy, dość ładna na twarzy… Kiedyś żona szepnęła do mnie: „przyjrzyj się dyskretnie jakie ona ma plecy! Nie widziałam jeszcze tak pięknych”. Przyjrzałem się. Rzeczywiście, ja też nie widziałem. Mogłaby być modelką prezentującą suknie z wielkim dekoltem na plecach. Są naszymi znajomymi i z powodzeniem moglibyśmy się zaprzyjaźnić, gdyby nie jeden szczegół. Gadają jak nakręceni, nie da się ich powstrzymać. Za każdym razem, kiedy rozmawiamy, oni mają najwięcej do powiedzenia. Szczególnie, kiedy temat jest wspólny i rozmowa wymaga wymiany myśli, podzielenia się swoimi doświadczeniami… oni mówią cały czas, przerywają, kiedy rozmówca próbuje cokolwiek powiedzieć, czy odpowiedzieć. Wraz z żoną zachodzimy w głowę, jak wygląda ich wzajemne porozumienie? Albo skąd wiedzą o niektórych sprawach?

Kataryniarze nie należą do szczęściarzy, którzy mieszkają w Szwecji od zawsze. Przyjechali tutaj, tak jak wiele innych osób, uciekając przed rzeźnią. Wielu nie miało takiego szczęścia i zostało na swojej ziemi na zawsze, a raczej ziemia ich pochłonęła za sprawą ich wrogów. Dla nas wojna skończyła się na pokoleniu naszych ojców, czy raczej dziadków. Oni okropności wojny znają z własnych przeżyć.
Niedawno w samochodzie przed sklepem czekaliśmy z córeczką na żonę robiącą zakupy. Wyszła właśnie ze sklepu i zmierzała do samochodu, kiedy oboje zobaczyliśmy jego. Wiedzieli o naszej ciąży, na swój sposób się tym interesowali, bo im samym niedawno na świat przyszło długo oczekiwane dziecko, wiedzieli też, że nam się urodziło. Widząc moją roześmianą gębę, z ciekawością podszedł do naszego samochodu, żeby pogadać, a raczej coś o sobie opowiedzieć. Skinieniem głowy i słowem pokazałem mu fotelik na tylnym siedzeniu samochodu. W międzyczasie żona zdążyła schować zakupy do bagażnika i usiąść obok córeczki tak, że widziała Miśka w drugich drzwiach. Misiek zapuścił żurawia, żeby zobaczyć naszą córeczkę i… trochę się wzdrygnął. Ja tego nie zauważyłem zza kierownicy. Potem doszliśmy dlaczego. Widząc „puste” rękawki, zwątpił. Po sekundzie zadał jakieś pytanie, zakończył rozmowę i się rozjechaliśmy. Dlaczego jego reakcja była aż taka?

Z takimi dziećmi to się na ulicę nie wychodzi!

Drogi czytelniku, masz w zwyczaju na przywitanie łapać znajomych dziecko za rączki i nóżki? Nie ma w tym nic złego. Ale… Spotykasz znajomych, którzy niedawno zostali rodzicami. W wózku, albo w nosidełku mają dziecko. Witasz się z nimi, podajesz rękę. A co z dzieckiem? Łapiesz za rączkę, potrząsasz nią delikatnie przyglądając się jak zareaguje na najmilszą z Twojej strony zaczepkę. Łapiesz za nóżkę, potrząsasz, dziecko się śmieje, chcesz złapać za drugą…

Wymyśliliśmy wraz z żoną, żeby zrobić ”wypełnienie” dolnej części garderoby dziecku, taką imitację protezy z kilku powodów. Dla estetyki, dla lepszego samopoczucia synka i żeby się przyzwyczajał, że tam coś powinno być, czyli w niedalekiej przyszłości proteza, skoro własnej nóżki nie ma. Poza tym a może przede wszystkim po to, żeby uniknąć trudnej do przewidzenia reakcji otoczenia. Zrobiliśmy wypełniacz z jednej dłuższej skarpetki, którą wypchaliśmy watą – najtańszy i najprostszy sposób.

Znajoma.
Podczas któregoś z wieczornych spacerów na mieście spotkaliśmy znajomą. Pamiętam, że byliśmy wtedy jeszcze ciepło ubrani, bo to był kwiecień, albo początek maja, ale pogoda była wtedy nieciekawa i mieliśmy parasole. Znajoma od razu przystąpiła do wózka szukając pod kocykiem stópek. Niezłą chwilę grzebała nie mogąc się doliczyć i coraz bardziej tracąc szeroki na początku uśmiech. W końcu z marną próbą ukrycia na twarzy przerażania stwierdziła, że musi lecieć do domu, bo coś jej się przypomniało. Od tamtej pory jakimś cudem nigdy jej nie spotkaliśmy.

Listonoszka.
Była z tej samej miejscowości co mój teść. Znali się dobrze od wielu lat zarówno w miejscowości, gdzie się wychowali, jak i w mieście, gdzie mieszkali do tej pory. Znała też z widzenia moją żonę. Teraz, kiedy teściowie się wyprowadzili do nowego mieszkania a my zmieszkaliśmy po nich listonoszka natrafiwszy właśnie w drzwiach moją żonę chciała zagadać. Nie wyszło. Rozmowa była bardzo dziwna, bo listonoszka nie mogła oderwać wzroku od „dyndającej” wesołemu synkowi zawieszonemu w nosidełku nienajlepiej wykonanej przez nas imitacji nóżki.

Zdjęcia.
Robiliśmy na potęgę. Całymi „kilogramami” nosiliśmy klisze do fotografa, żeby potem cieszyć się następnymi kilogramami zdjęć, które chronologicznie powkładane do albumów oglądaliśmy tak często jak się dało. Któregoś razu do zakładu fotograficznego po odbiór zdjęć weszła żona jak zwykle z synkiem w nosidełku. Na spotkanie wyszła jej wyraźnie podekscytowana kobieta ok 30 lat. Zachowywała się dziwnie, jakby obłąkana, czy po jakichś lekarstwach. Podeszła do żony z nerwowym, lekkim uśmiechem oglądając ją i dziecko z każdej możliwej strony. Coś zagadywała, bujała nóżkami synka. Żona nic wtedy nie podejrzewając odebrała zdjęcia, zapłaciła i wyszła. W domu dopiero oglądając zdjęcia połapała się dlaczego. Zrobiliśmy synkowi kilka zdjęć w wannie, kiedy go kąpaliśmy. Staraliśmy się przy tym tak robić ujęcia, żeby nie było widać kikuta, więc na żadnym zdjęciu nie było widać obydwu nóg w całości. Pokusa zabawy w detektywa przerosła u kobiety potrzebę dyskrecji.

Starucha.
Pierwsza proteza, na której nasz synek uczył się chodzić była z drewna, ciężka. Na początku długo jeździliśmy w spacerówce, ale też na życzenie synka próbowaliśmy stawiać pierwsze kroki. Te pierwsze na ulicy.
Któregoś razu, kiedy synek chodził już dość dobrze, żona miała coś załatwić na mieście. Poszli, więc do tramwaju. Na przystanku stara kobieta widząc, że nasz chłopiec odhyla nóżkę od siebie przerzucając ją do przodu po kolejnych krokach, rozdarła się tak, że wszyscy ludzie na przystanku słyszeli: „Z takim dzieckiem to się z domu nie wychodzi!!!”. Żonę zamurowało, nie wiedziała co odpowiedzieć, gdzie się schować. Przyznam, że wtedy też bym nie wiedział. Wszystkim ludziom się głupio zrobiło. Baba jeszcze coś się darła, ale na szczęście zaraz przyjechał tramwaj.

Plaża.
W Rewalu. Gorące lato sprawiało, że nad morze ściągały tłumy. My też. To nasze pierwsze wyjście na plażę z synkiem, chociaż ma już wtedy trzy, albo cztery lata. Rozłożyliśmy koce i po kilku chwilach leżeliśmy na nich w strojach kąpielowych… wszyscy. Mieliśmy ze sobą rekina – pomarańczową, dmuchaną zabawkę w kształcie ryby z otworem i siodełkiem w środku tułowia. Kilka ładnych minut zajęło mi napompowanie zabawki, podczas którego synek bawił się na mokrej, oblewanej falami morza piaszczystej części plaży. W pewnym momencie zauważyliśmy zbiegowisko. Takie zbiegowisko, jakie kiedyś można było obserwować zaraz po wypadku drogowym w miastach. Ludzie wtedy wystawali godzinami gapiąc się na rozbite samochody, rannych uczestników wypadku i inne okropności. Stali i gapili się do ostatniej chwili, kiedy po skończeniu akcji ratunkowej z miejsca wypadku oddalił się ostatni pojazd użyty do tej akcji. Tak i teraz wokół naszego synka zgromadziła się niezła grupka młodzieży, żeby się bez słowa gapić. Podnieśliśmy się z koca i zaczęliśmy zbliżać. Ktoś z grupki zauważył nas podchodzących i zbiorowisko momentalnie się rozeszło.

Ojciec z dwoma synami.
Chwilę później na plaży pojawili się dwaj chłopcy koło ośmiu lat, bracia. Potem pojawił się też ich ojciec. Z uśmiechem zaprosili naszego synka do zabawy w wodzie. Wszyscy nie mogliśmy wyjść z podziwu na widok ganiających między falami chłopców i ojca ciągających w „rekinie” naszego synka, który pierwszy raz w życiu zobaczył jak fajnie można się bawić z zupełnie obcymi ludźmi. Dziękuję – nigdy tego nie zapomnę.

Na pewno widok protezy, gołego kikuta, czy jakiejkolwiek odmienności może być zaskakujący, ale od każdego z nas zależy dalsza relacja. Powiedz wtedy o swoim zaskoczeniu, o swoim odczuciu, zapytaj, otwórz się. Ale nie uciekaj, nie śmiej się, nie wpatruj.
Synek znajomych.
W trakcie zabawy – skakania na tapczanie odkrywa „twardy but”. Po chwili wahania mówi o tym. Jest zaskoczony, bo „twardy but” siedzi aż do kolana. Jego mama tłumaczy mu bez jakiegoś tabu, co się stało naszemu synkowi i że teraz ten „but” zastępuje nóżkę. Chłopak przyjmuje to i bawią się dalej. Zrozumiał i jest ok.

Do innego typu reakcji na widok protezy nawiążę za jakiś czas.

Noga

- Nie wywijaj kosą między dziećmi!
- Nie słucham śmiertelników – odpowiada najohydniejsza – ścinam wszystko, co mogę.

Mija dzień, czy dwa odkąd pogotowie zabrało naszego noworodka z kliniki porodowej do pobliskiego szpitala. Synek nadal żyje. Dostajemy wiadomość, że chcą go przenieść do szpitala dziecięcego. Niczego nie obiecują, bo nie mogą. Chociaż nie umiera, dziecko wciąż jest w ciężkim stanie. Jednak w nas na dźwięk tej wiadomości wstępuje nadzieja! Dowiadujemy się szczegółów i o wyznaczonym czasie pędzimy do dziecięcego. Rozmawiamy z lekarzami, którzy dają nam światełko nadziei. Zrobilibyśmy wszystko, żeby tylko nie umarł, ale ręce mamy gołe… jesteśmy bezbronni… Jedyne, co możemy to wyszorować te ręce i przez otwory inkubatora, przez dotyk dać mu znać, że jesteśmy obok niego. Chętnie tak robimy, na co on odpowiada łapaniem nas za palec.
Mijają kolejne dni. Nasz synek wciąż żyje, ale nadal jest w ciężkim stanie. Jest podłączony rurkami do wszystkiego, co niezbędne – tlen, kroplówki, pokarm przez sondę… lekarze przygotowują nas na ewentualne uszkodzenie wzroku przez tlen… Nadziei dodaje nam jego sąsiadka – półkilowa dziewczynka przedwcześnie urodzona, tak mała, że zmieści się swobodnie na dłoni pielęgniarki. Dziecko niemal nieustannie wymachuje rączkami i nóżkami jakby bezładnie pływało. Co kilka minut alarm zapiera nam dech w piersiach. Jakby nic się nie stało podchodzi wtedy ktoś z personelu i całkiem spokojnie palcem wskazującym wykonuje kilka szybkich ucisków klatki piersiowej. Aparatura zaczyna pikać na nowo i personel wraca do wcześniejszych swoich obowiązków. Skoro ratują tak małe dzieci, to może się uda uratować też naszego synka, który jest przecież prawie osiem razy większy?
Sepsa robi swoje. Mimo terapii – kombinacji trzech antybiotyków, bakterie tworzą kilka zatorów w jednej nóżce, co w ciągu kilku dni objawia się martwicą. Lekarze wyjaśniają, że są lekarstwa rozpuszczające takie zatory, ale w przypadku tak małego dziecka nie można ich podać, bo rozpuściłyby delikatne naczynka krwionośne w mózgu. Nie ma na to rady. Tylko czekać i patrzeć jak nóżka staje się coraz bardziej szara a z czasem w niektórych miejscach czarna. Amputacja będzie nieunikniona. Lekarze rozmawiają z nami o tym i pytają o zgodę na operację. Pytanie czysto formalne, bo jak możemy się nie zgodzić? W dziesiątym dniu życia chirurg usuwa to, co martwe. Śmierci kosa chybiła zabierając tylko nóżkę.
Mija czas… Po amputacji nasz synek coraz bardziej dochodzi do siebie. W dwudziestym pierwszym dniu jego życia nareszcie żona może wziąć go do piersi. Protestuje, bo przecież już nie ma pokarmu, ale doświadczona pielęgniarka nakłania ją do tego prawie siłą. Wcześniej zważyła dziecko i po długim, bezskutecznym – jak myślała moja żona – trzymaniu przy piersi zważyła jeszcze raz. Synek wyssał 20 gramów mleka.

Ironia.
Starsza kobieta, która jest częścią naszej rodziny a dla mnie wielką bohaterką, bo podczas II wojny światowej nie dała się zgwałcić niemieckiemu żołnierzowi, co przypłaciła stratą oka wykłutego szablą – o włos od śmierci – wypowiada się tak: „Oj… to lepiej by było dla niego, gdyby umarł niż tak bez nogi żyć…”. My też nie wiemy jak to będzie, ale to nasze ukochane dziecko… właśnie wyrwane z rąk śmierci. Chcemy, żeby żyło nie ważne czy na wózku, czy z protezą… po prostu chcemy żeby było z nami. Damy mu wszystko, co można dać… damy mu siebie i swój czas, żeby nasz syn wraz z nami cieszył się życiem. I tak się dzieje. Dziś nasz syn ma prawie siedemnaście lat i możecie wierzyć, że ktoś, kto nie wie, że porusza się na protezie jest zaskoczony, kiedy się o tym dowiaduje. Nasz syn nie tylko chodzi, ale i biega i jeździ na rowerze, i pływa ze specjalną protezą do pływania, gra w piłkę nożną i robi wiele innych rzeczy, których nie robi niejeden chłopak w jego wieku.