Wczoraj a dziś – kolosalna różnica

Jestem z córeczką w pokoiku, gdzie zaczęła się „przygoda” z naszym ostatnim porodem. Młoda położna zostawiła nas tutaj, znikając do innych zajęć. Ja rozebrany do połowy przytulam swoją córeczkę mającą na sobie tylko pampersa i gumową pępelkę na kikucie pępka. Chodzimy tak po malutkim pokoju z ręcznikiem, jako przykryciem dla dziecka, które krzyczy i krzyczy, przerywając ten krzyk na moment ze zmęczenia, ale podnąsząc go za chwilę z powrotem.
Pojawia się Starsza Położna (ta, która przyjęła nas na oddział. To prawdopodobnie też ona miała kłopoty z otworzeniem nam drzwi wejściowych do budynku przed szóstą, kiedy w mroźnym wietrze czekaliśmy dzwoniąc trzy razy na domofon). Starsza Położna pyta jak się czujemy, obserwuje nas i zagląda, czy zjadłem kanapki z serem, które zrobiła mi jeszcze przed operacją (ten szczegół pominąłem w poprzednim opisie). Zjadłem tylko jedną, ucząc się ponownie działać jedną ręką trzymając dziecko. Druga czekała na talerzyku na lepszy moment. Chwilę jeszcze rozmawiamy, a potem znika.
Po jakimś kwadransie pojawia się Młoda położna i mówi, że mamy się przygotować do przejścia na oddział pooperacyjny, gdzie czeka moja pozszywana żona. Patrzy, że nie sprzątnąłem jeszcze z talerza i mówi, że mogę teraz zjeść, a ona w tym czasie weźmie dziecko i za parę minut przyjdzie. Nie zgadzam się. Chcę być cały czas przy córeczce i myślę, że córeczka też tego chce. Mówię do Młodej, żeby zaczekała, że za sekundę będę gotowy i pójdziemy wszyscy. Ona mówi, że za sekundę będą z powrotem…
Do Młodej Położnej wrócę na koniec wpisu.

W tym samym czasie na sali operacyjnej chirurg zszywa moją żonę. Nie wiemy ile czasu nad tym się trudzi. Ja z dzieckiem gdzie indziej, a żona odczuwa to jak wieczność. Nie wiemy dokładnie jak wygląda zszywanie, ale domyślamy się, że szwów jest kilkadziesiąt, a warstwa, czyli naskórek, złapana jest specjalnym plastrem, który mamy ściągnąć sami po siedmiu dniach.
Jeszcze przed pierwszym nacięciem, odpowiedzialna za całą operację doktor Sumienna zawołała mnie, żeby mi pokazać, że specjalna, przeźroczysta folia z kołnierzem przyklejona na brzuch, w jakiś sposób zdeformowała nakreśloną przez nią pisakiem na skórze żony linię cięcia i że teraz ta linia zrobiła się lekko falista. Z żalem w głosie mówi mi, że nie chciała. Zupełnie mnie tym zaskoczyła. Przecież nie w tym rzecz, żeby blizna była piękna, czy całkowicie niewidoczna. Rzecz w tym, żeby przez tę dziurę wyszło cało i zdrowo nasze dziecko. Nie będę miał żadnych pretensji, co do estetyki. To jakbym miał się gniewać, że ktoś obierając dla mnie pomarańczę krzywo naciął skórkę.
Poza tym to dla nas nie pierwsza cesarka. Pierwsza była do tego stopnia ukierunkowana na estetykę, że o dziecku się prawie nie mówiło. Ambicją Magika było rozreklamowanie się wśród kobiet wszelkimi możliwymi drogami, między innymi przez polecenie. Z własnego doświadczenia wiem, że to najlepsza forma reklamy. No bo jak pacjentka pochwali się przed koleżankami swoim pięknym, panieńskim wręcz brzuchem, to czy inne nie będą chciały skorzystać z rodzenia „łatwego, nieszkodliwego i przyjemnego”, a przy tym nie mającego wpływu na piękno brzucha? I rzeczywiście dr Anioł musiała szukać blizny po pierwszym cięciu, ale od razu powiedziała, że tutaj nie wykonuje się tak ryzykownych cięć, bo cięcie tak nisko może skończyć się przecięciem pęcherza moczowego i katastrofa gotowa.
My z tego wyrośliśmy. Dla nas piękno blizny nie ma znaczenia…

…Sala oddziału pooperacyjnego ma kształt litery T. Trzy skrzydła a w centralnej części duża oszklona dyżurka. Tutaj wszystko jest zorganizowane, to widać. Tutaj aż pachnie organizacją. Wchodzimy. Moja żona leży zaraz przy wejściu na salę. Kładę malutką krzykaczkę do piersi rozradowanej na nasz widok, chociaż zamroczonej jeszcze żony i malutka od razu zaczyna ssać. Zapada cisza. Żona jest nadal podłączona cewnikiem do worka i niemałą ilością kabli do sprzętu monitorującego jej stan i samopoczucie. Co jakiś czas monitor nad głową żony daje znać o czymś, o czym nie bardzo mam pojęcie, bo tętno i ciśnienie krwi było w porządku, ale zmieniały się nieznacznie inne parametry, co powodowało włączanie się sygnału o miłym dla ucha tonie. Przy innych łóżkach było tak samo, więc sygnały czasami nakładały się tworząc ciekawe, inspirujące efekty muzyczne. Co kilka minut podchodził ktoś z licznego tam personelu i sprawdzał, czy nie trzeba zmienić woreczka, czy wszystkie dane o stanie pacjenta są w porządku, czy wszystko jest ok.
Było ok. żona leżała na łóżku, które ciągle regulowała sobie pilotem, przy piersi trzymała córeczkę, którą regularnie przekładałem od jednej piersi do drugiej, podawałem żonie picie i poprawiałem zwinięty koc pod łokciem żony, żeby wygodnie trzymała dziecko. W taki sposób przeczekaliśmy trzy godziny, zanim zostaliśmy przeniesieni na oddział BB, czyli połogowy, chyba tak to się po polsku nazywa.

Przez pierwszą dobę córeczka przestawała krzyczeć tylko wtedy, gdy mleczko leciało z piersi. W przerwach – krzyk, jak źle złapała brodawkę – krzyk, kiedy poczuła łaknienie – krzyk…
Zupełnym zaskoczeniem była dla nas druga doba, kiedy wystarczyło jej krótkie „A…”, żeby dostać mleczka. Przestała już krzyczeć i zajęła się robotą. Co za ulga! Myśleliśmy, że będzie już zawsze tak krzyczała. Pewnie bym się przyzwyczaił, ale czy nie lepiej, kiedy dziecko nie krzyczy przez cały czas?
Cała ta sytuacja a przede wszystkim dochodzenie do siebie żony i moja pomoc przy poprawianiu zwiniętych kocy pod łokciami oraz poduszek sprawiła, że następnego dnia po nieprzespanej nocy byliśmy wykończeni. Śmieszna rzecz – zasuwałem jak robot przy pomaganiu, zrywałem się na równe nogi zaraz, jak tylko zawołała mnie żona, albo kiedy usłyszałem płacz córki, żeby nie czekały. Spałem tak czujnie, jak tylko można było. Druga doba już była dla mnie bardziej „ulgowa”. Pozwalałem sobie na więcej wypoczynku.
Niedawno, kiedy się o tym zgadaliśmy, usłyszałem z ust żony jak mało jej pomagałem pierwszej nocy :O że już w drugiej dobie było lepiej czyli dokładnie odwrotnie, niż było w rzeczywistości. Musiała być strasznie zmęczona, że takie wrażenie odniosła.

Oddział BB zrobił na nas bardzo miłe wrażenie. Standardem jest, że ojciec dziecka jest przy porodzie i mocno utrwalonym zwyczajem, że przez kilka dni przebywa razem z rodziną w pokoiku tego oddziału. Pokoik wyposażony jest we własną łazienkę dostosowaną dla osób niepełnosprawnych, małą, przemyślanie skonstruowaną lodówkę na kółkach z rozkładanym blatem stolika typu – „śniadanie do łóżka”, telewizor z odtwarzaczem DVD, szafę i rozkładane ze ściany łóżko dla ojca (w przypadku rodziny typowej). Oczywiście przycisk umożliwiający wezwanie położnej (piszę „oczywiście” zakładając, że to standard w każdej już placówce służby zdrowia w Unii Europejskiej – jeśli się mylę, to mnie poprawcie, a mogę się mylić, bo moja wiedza o polskich szpitalach jest dość archaiczna ;) ).
Dla rodzącej pobyt w tym miejscu jest nieodpłatny. Osoba towarzysząca musi zapłacić, ale koszt jest bardzo mały (za dobę 150 koron, czyli mniej, więcej godzinka standardowej pracy).
Personel bardzo miły i fachowy, zwłaszcza ten pracujący na dzienną zmianę. Z nocną zmianą było trochę słabiej, ale to chyba reguła wszędzie.
Zdarzyło się Wam patrzeć z rozdartym sercem na Wasze krzyczące dziecko podczas nieumiejętnego pobierania krwi do badań? Tu też się to zdarza. Wbicie igły w rączkę, albo główkę dziecka, a potem „szukanie” żyłki powoduje, że irytacja rodzica rośnie jak temperatura w czajniku. Po dwóch takich przypadkach nauczyliśmy się gwizdać jeszcze na długo przed osiągnięciem wrzątku. Na szczęście znaczna większość pobiera krew w miarę sprawnie, a bardzo miło jest wspomnieć niejedną „rękę” tak fachową, że jak na zawołanie przychodzą do niej najbardziej buntownicze żyły. Wielki szacun!

Efekt halo – piękne zjawisko rozszczepu promieni słonecznych w lodowych chmurach w drugiej dobie życia naszej Królowej śniegu pierwsza zauważyła żona. Tutaj to dość częste zjawisko, w Polsce widziałem to tylko raz podczas spaceru z Szachistą. Wyciągam aparat i robię krótkie ujęcie filmowe tego zjawiska. Po południu przychodzi przesympatyczna położna, jedna z dwóch, z którą mamy najlepszy kontakt, straszna gaduła. Żona pyta, czy widziała dzisiaj efekt halo. Położna pyta co to jest. Odtwarzam filmik na aparacie. Okazało się, że nigdy czegoś takiego nie widziała. Czasem trzeba się zatrzymać w biegu życia, spojrzeć w niebo na rzeczy ulotne ;), czasem pod stopy na rzeczy małe, a czasem na innego człowieka…

Na BB nie tylko dochodziliśmy do siebie po cesarce, ale też dowiadujemy się od położnych sporo ciekawych rzeczy np. o pielęgnacji rany, technikach karmienia i inne praktyczne rzeczy. Jesteśmy tam trzy dni, w ciągu których naszego noworodka odwiedzają babcie i brat. Rodzeństwo ma prawo wejść na oddział, ale do babć musimy wyjść na spotkanie w małej salce przed wejściem na oddział.

W trakcie pobytu na oddziale BB odwiedza nas dr Sumienna i ogląda zaklejony plastrem brzuch żony, pyta o samopoczucie, rozmawia z żoną. Powiedziała też, że decyzja o cesarce była najlepszą z możliwych, że siłami natury żona nie byłaby w stanie urodzić. Na koniec krótkiej rozmowy przeprasza jeszcze raz żonę za krzywiznę na brzuchu. Pani doktor! To nie szkodzi, że trochę krzywo. My tego nawet nie zauważymy. Najważniejsze jest nasze Szczęscie!

Lekarz od poronień. Spotykam go na kilka minut przed wypisaniem ze szpitala. Szedłem właśnie długim korytarzem z fotelikiem, kiedy go zobaczyłem idącego z jakimś innym lekarzem. Rozmawiali. Nie poznał mnie z daleka, ale zaintygował go mój szeroki uśmiech. Pokazałem mu fotelik. Niewiele mu powiedziałem, bo mi się głos łamał. Obaj wiedzieliśmy, że w niedalekiej przyszłości czeka nas wizyta u niego, wtedy porozmawiamy na spokojnie, pokażemy naszego brzdąca.

Wszystko byłoby jak z bajki, gdyby nie dwa szczegóły.
Młoda położna, kiedy powiedziała mi, że wróci z moim dzieckiem dosłownie za chwilę, postępuje wbrew mojemu sprzeciwowi. Wychodzi z moją córeczką z pokoju, gdzie właśnie się ubierałem, żeby z nią pójść. Wyskoczyłem za nią chwilę później i zobaczyłem, że po prostu chciała się pochwalić swoim koleżankom kolejnym „swoim” osiągnięciem. Zaniosła moje dziecko do dyżurki. Po co? Czy nie mogła pokazać przez wielkie, szerokie przeszklenie? Czy nie złamała procedur i reguł wchodząc z noworodkiem między dorosłe osoby? Nie naraziła jej na ryzyko złapania wirusa przeziębienia?
Drugi szczegół to brak informacji co do pokoiku, gdzie nas przyjęto przed operacją. Zostawiliśmy tam bagaże i inne rzeczy wiedząc od Anioła, że będziemy mieli swój pokoik. Nikt nie powiedział, że ten pokoik trzeba będzie opuścić w czasie, kiedy żona leżała na oddziale pooperacyjnym, a w zamian dostaniemy inny na zupełnie innym oddziale. Efekt był taki, że kiedy po dwóch godzinach siedzenia z żoną na pooperacyjnym, spragniony wróciłem na oddział, idąc do swojego pokoiku dowiedziałem się od Starszej Położnej, że moje rzeczy są „spakowane” i czekają na mnie pod stołem na dyżurce. Myślałem, że żartowała. Spytałem czy ma moją kanapkę. Powiedziała, że nie wiedziała, że wrócę i pozbyła się jej, ale może mi przygotować nową, jeśli chcę. Nie chodziło mi o kanapkę. Spytałem gdzie mam te rzeczy zostawić, bo nie mogę przecież wrócić do żony z tobołami. Tam nie ma na nie miejsca. Nic nie odpowiedziała. Poczułem się jak bezdomny. Objuczony torbami poszedłem na parking i schowałem w bagażniku. Ale co by było, gdybym nie miał samochodu?

To tylko dwa szczegóły, które nie zmieniają za bardzo mojej dobrej opinii o działalności szpitala, a w szczególności zespołu operacyjnego, który zrobił najpiękniejszą robotę w całej mojej historii.

Spadające bociany…

Jesteśmy całkowicie skoncentrowani na adopcji. To jest nasz cel, do którego teraz dążymy, tylko tym jesteśmy pochłonięci. Jeszcze przed kursem rozmawiamy o naszym pragnieniu dziecka i wiemy, wręcz po raz pierwszy to czujemy do głębi, że swojego własnego maleństwa już nie będziemy mieć, ale pokochamy dziecko, które gdzieś już na świecie jest i może ono pokocha nas.

Nawet nie zdążyliśmy odpowiedzieć na maile nowo poznanych przyjaciół – rodziców adopcyjnych ze wspólnego kursu, kiedy życie wywraca nam wszystko do góry nogami. Żona czuje się dziwnie, ostatkiem przytomności robi test ciążowy. Test potwierdza – jesteśmy w ciąży. Nie wierzymy w to jednak, test już kiedyś nas oszukał, pokazał ciążę, tyle, że to nie potwierdziło się przy badaniu ginekologicznym. Teraz umawiamy się telefonicznie do ginekologa, żona wręcz wymusza pierwszeństwo, ale lekarz nie ma nam tego za złe. To nasz lekarz. Ginekolog ze wzburzoną fryzurą, u którego wcześniej próbowaliśmy dosłownie wszystkiego, żeby w ciążę zajść mówi po badaniu, że to rzeczywiście ciąża, ale dzidziuś ma dopiero trzy milimetry i jeszcze niewiele można powiedzieć.
W szóstym tygodniu jedziemy jeszcze raz. Wizyta jest nieplanowana i nagła, ponieważ żona ma upławy podbarwione krwią. Przyjmuje nas niska kobieta z pięknymi, długimi czarnymi włosami spiętymi w koński ogon. Robi badanie, ale jej twarz pozostaje poważna. W końcu mówi, że nie widzi żeby serce dziecka biło. „No, ale przecież dziecko jest jeszcze za małe” – protestuję z nadzieją. „Mała Czarna” nie odbiera nam nadziei, mówi jednak, że badanie trzeba będzie powtórzyć, ale ona z doświadczenia wie, że takie przypadki kończą się poronieniem. Ma rację…
Dwa tygodnie później w środku mroźnej, zimy żonę chwytają bóle. To ósmy tydzień ciąży. Chwila i jest po wszystkim. Jeden krzyk i z brzucha wychodzi nasza nadzieja. Psychiczny ból pozostaje dłużej niż fizyczny… Zbieram czerwoną masę, która jeszcze niedawno była żywym ludzkim organizmem, naszą nadzieją, naszą radością, naszym dzieckiem… Zbieram i pakuję do małego pudełka. Jeszcze tego samego dnia wsiadamy w samochód, jedziemy do pobliskiego lasu. Starannie wybieramy młode drzewko. Wędkarskie wiertło do lodu okazuje się dobrym narzędziem do przebicia się przez półmetrową warstwę śniegu i wykopania wystarczająco głębokiego, ale za razem wąskiego dołka, w którym chowamy nasze zawiniątko. Pachnącą grzybami, wyrzuconą przez wiertło ziemią wypełniam otwór i ubijam wiertłem. Później przysypujemy wszystko śniegiem, żeby zatrzeć ślady przed zwierzętami.
Jeszcze tego samego roku udaje nam się zajść w kolejną ciążę. Tym razem na badaniu USG okazuje się, że serce bije. Widzimy to na własne oczy. Teraz na prawdę można powiedzieć, że jesteśmy przy nadziei. Teraz wiemy jak to powinno wyglądać i dlaczego „Mała Czarna” nie dawała nam wtedy nadziei. Niestety na następnym badaniu USG w dziesiątym tygodniu ciąży nie widzimy już na monitorze pulsującego, czarnego punktu jak poprzednio. Serce przestało bić…
Wracamy samochodem i płaczemy. Żona płacze zwykłym płaczem, ja… ja tak nie potrafię. Mi łzy napływają do pewnego stopnia a później ustają, ale nastrój się utrzymuje. Tym razem jest gorzej niż poprzednio. Tym razem to dziesiąty tydzień, czyli jedna czwarta całego okresu ciąży. Po kilku godzinach rozdzierającego bólu w środku nocy wypada nasze maleństwo. Tym razem jest bardzo dużo krwi. Nie widać dokładnie. Zakładam gumową rękawiczkę i szukam. Jest. Wyciągam. Oglądamy pod światło. Nie mamy wątpliwości, bo widzimy maleńką postać w pozycji embrionalnej – główkę, tułów, rączki i nóżki. Żona dziękuje mi, że wyłowiłem. Ale przecież to też moje dziecko. To nasze dziecko. Ono też zasługuje na pogrzeb… Słyszałem o dziewczynie, która kiedyś poroniła w polskim szpitalu. Dostała od położnej słoik, do którego miała pozbierać wszystko, co z niej wyszło. Położna wzięła słoik, obejrzała po czym bez pytania wszystko wylała do toalety i spuściła wodę… żadnych uczuć…
Brzózka. Jesteśmy tu znowu. Znowu z wiertłem. Ten sam rok, takie samo zdarzenie. Do naszego poprzedniego maleństwa dołącza nasza upragniona „Byczka”, która miała przyjść na świat w maju, kiedy świat jest taki piękny, ale dla nas już nie będzie, nie tego maja…

Tęsknota

Wiedziałem, że to jest związane z ogromną tęsknotą i innymi emocjami, ale nie zdawałem sobie sprawy, że na tak wczesnym etapie może mnie to dopaść…

Kurs jest nie tylko przeprowadzony w sposób ciekawy, ale też naładowany emocjonalnie. Podczas pierwszych godzin zapoznajemy się wzajemnie ze sobą i swoimi problemami. Niektórzy nie mogą mieć dzieci, chociaż bardzo się starali, inni kilkakrotnie przeżywali poronienie, my… moją historię już znacie.
Już pod koniec pierwszego dnia wszyscy przyznajemy, że jesteśmy zmęczeni, ale też, że będzie nad czym myśleć w domu. Mimo zmęczenia chcielibyśmy, żeby już był następny dzień i dalsza część kursu. Osobiście z dnia na dzień czuję, że adopcja jest nie tylko możliwa, ale też coraz bardziej realna. Czuję, że coraz bardziej tęsknię za dzieckiem, którego jeszcze w ogóle nie widziałem. Atmosfera w grupie robi się tak naładowana emocjonalnie, że podczas prawie tygodnia przerwy między spotkaniami tęsknię nie tylko za dzieckiem, ale też za tymi kursantami – nowo poznanymi „współtowarzyszami niedoli”, przyszłymi rodzicami adopcyjnymi, wśród których przeżywam tę atmosferę. Na kolejnym spotkaniu pytam Belferkę czy to typowe, żeby zacząć tak bardzo tęsknić za dzieckiem, chociaż jeszcze się go nie widziało. Belferka nic na to nie odpowiada…
Jedno z domowych zadań, jakie dostaliśmy po pierwszym weekendzie, czyli po pierwszej turze kursu to przygotowanie w miarę pełnej informacji o swoim wybranym kraju, z którego chcemy dziecko, ogólnych wiadomości, przepisów prawa, zwyczajów, możliwości dotyczących wyboru dziecka, jego wieku, stanu zdrowia, instytucji zajmujących się dziećmi, czasu „ciąży”, czyli wymaganego przez dane państwo okresu przebywania rodziców adopcyjnych z dzieckiem przed procesem adopcyjnym. Ułożenie wszystkich informacji w całość i przygotowanie prezentacji na powerpoint, żeby potem przedstawić to innym kursantom. Prawie całość informacji czerpiemy z internetu, resztę z książki i innych materiałów, które dostaliśmy na kursie.
Jak już wspomniałem we wcześniejszych wpisach, my chcielibyśmy dziewczynkę z Polski. Pozostali decydują się na Boliwię, Chiny, Węgry, Indie, małżeństwo, które poznaliśmy na początku wybiera Niger a „Wysoka” Rosję. Wysoka, chociaż na kursie jest „samotna”, w rzeczywistości ma męża i siedmioletnią córeczkę, ale spotkanie z dwunastoletnim chłopcem, który z jakiegoś powodu okazyjnie przyjechał do nich, do Göteborga zapoczątkowały radykalne zmiany w życiu ich rodziny. Wcześniej nie czuła potrzeby adopcji.
Inne dwie kwestie to:
Jakie dzieci może adoptować z Polski obywatel Szwecji? Przede wszystkim starsze i chore. Takie, których nikt w Polsce nie chce… przepraszam za niepoprawność polityczną. „Takie, które w Szwecji miałyby szansę na lepsze życie” – powiedział obojętnym tonem męski głos w słuchawce. Jest dużo dzieci z FAS, czyli które będąc w brzuszku u mamy zamiast wód płodowych miały wino, wódkę, czy inne trunki, regularnie zalewanych alkoholem i często rodzących się pod jego wpływem. Ze zdeformowaną twarzą, bez zdolności kontaktowania się z otoczeniem. Dzieci dla ostatnich desperatów.
A jakie dziecko można adoptować z innego państwa? Z tym bywa różnie, ale na ogół jest lepiej.
Kto w Szwecji może się ubiegać o adopcję? Każdy. Czyli zarówno małżeństwa, jak i związki nieformalne, związki homoseksualne, geje, lesbijki, osoby samotne – wszyscy traktowani są równo. Mówi o tym Belferka już na pierwszej części kursu, ale jednocześnie mówi, że niektóre państwa, czy raczej instytucje w nich, które zajmują się adopcją oczekują, żeby kandydaci byli małżeństwem.
Wszyscy kursanci oprócz jednej pary są w związkach małżeńskich. Para, która zdecydowała się na dziecko z Chin żyje w konkubinacie. Wiemy o tym od tygodnia, ale to, co zrobili teraz jest dla wszystkich zupełnym zaskoczeniem. Otóż jak z zegarkiem w ręku, o wyznaczonej mu porze w przerwie popołudniowej nagle pojawia się urzędnik stanu cywilnego, „para młoda” zatrzymuje nas z szerokim uśmiechem i mówią, że potrzebują dwoje świadków. Oczywiście wszyscy zostają i oglądają najszybsze jakie do tej pory widziałem zawarcie związku małżeńskiego. Potem szybko wyskakujemy do pobliskiej kwiaciarni i zostawiamy w kilka minut kilkudniowy utarg zabierając całe naręcza bukietów dla nowożeńców.
Z każdym dniem zacieśniają się więzy między nami – przyszłymi rodzicami adopcyjnymi. Wymiana adresów mailowych i numerów telefonów ma nam zapewnić kontakt. Podczas wspólnego wypadu do restauracji „Profesor” – mąż „Filigranowej” rzuca pomysł, że jak już wszystkim się uda, można by wtedy robić coroczne spotkania na wynajętej jednodniowo pływalni – my wszyscy rodzice z dzieciakami. Świetny pomysł, chociaż w praktyce nie byłby łatwy do realizacji, bo mieszkamy w różnych częściach Południowej Szwecji, inni podłapują go entuzjastycznie.
Po długiej przerwie wracamy do budynku uniwersytetu, gdzie wszyscy dostajemy świadectwo ukończenia kursu.
Kilka dni później przychodzą pierwsze maile.

Na rodziców szkoleni

Kobieta jak z obrazu. Szlachetna, drobna twarz, oczy tak okrągłe jak w japońskich kreskówkach, długie bląd włosy splecione z tyłu w kok. Filigranowa. Mężczyzna jak z elity profesorów jakiegoś uniwersytetu. Wysoki, szczupły, włosy ciemne, lekko poskręcane, na twarzy „trzydniowy zarost” pasujący do całości, dobrane okulary. Są małżeństwem. Pasują do siebie wzajemnie. Czy czegoś brakuje im do szczęścia? Tak. Dziecka…

To ich spotykamy pierwszych w korytarzu budynku, gdzie ma się odbyć szkolenie. Pytamy ich o parking a po odpowiedzi znikamy, żeby dopiąć sprawę zaparkowania samochodu na ostatni guzik. Po powrocie widzimy, że są już wszyscy a za chwilę pojawia się też „Belferka” wykładowczyni prowadząca kurs. W sali ławki na przeciw biurka ustawione są równolegle do ścian tworząc duże „U” tak, że wszyscy siedzą do siebie twarzą. Siadamy w pierwszej, zaraz obok biurka. Obok nas dość młoda para a za nimi małżeństwo, które przed chwilą poznaliśmy, za rogiem dwie kolejne pary, za następnym jeszcze jedna i na końcu wysoka kobieta. Siedmioro dzieci może dzięki temu szkoleniu trafić do przyszłego domu.

Na początku Belferka sprawdza dane wszystkich – nasze się nie zgadzają, wyjaśniamy, że jesteśmy tu przez przypadek trochę wcześniej, nasza kolej na kurs wypadałaby dopiero za dwa miesiące, ale jedna z par „wyskoczyła”, więc my mogliśmy „wskoczyć” za nich. Później zgodnie z poleceniem każdy pisze swoje imię na kartce i stawia ją na ławce.
Szkolenie jest prowadzone ciekawie. Najpierw Belferka rzuca światło na jakiś temat, potem wciąga nas zadając pytania do ogółu, albo imiennie. Mniej więcej co godzinę intensywnej wymiany zdań dzieli nas na trzy grupy i rozsyła po pokojach, gdzie dyskutujemy na zadany przez nią temat. Po jakimś kwadransie przychodzi i zaprasza nas do sali, tam rozmawiamy dalej, przedstawiamy wnioski. Czasami dyskusja w małych grupach się przedłuża, czasami jest tak gorąca, że Belferka musi wejść między nas, żeby nam przerwać.

Czasami jest prześmiesznie, czasami bardzo poważnie. Dużo się mówi o potrzebach. Potrzeby są po obu stronach. Potrzebę dawania i brania miłości czują rodzice, potrzebę bycia otaczanym miłością czuje dziecko.
Rodzice mają potrzebę troszczyć się o dziecko. Dlaczego? Dlaczego chcesz mieć dziecko? To jedno z pytań, na które odpowiedź wcale nie jest taka prosta, jakby się zdawało. Pojedynczo każdy coś odpowiedział po dłuższym zastanowieniu, ale to nie była pełna odpowiedź na to pytanie. Dopiero po zestawieniu tych odpowiedzi udało by się komuś trzeciemu wyjaśnić dlaczego chcemy mieć dziecko. Może byliśmy słabo przygotowani? Nie. To się bardziej czuje niż wie. To siedzi w sercu a nie w mózgu. Wiemy, że pragniemy mieć dziecko, chociaż nie potrafimy tego wyjaśnić komuś, kto tego tematu nie czuje.

Pytania, zabawy w argumenty, zamiana ról… wnioski. Przerwy na posiłek, na kawę, podczas których coraz bardziej poznajemy się prywatnie. Tak mniej, więcej wyglądają dni spędzone wspólnie na kursie dla rodziców adopcyjnych.

Podczas pewnej dyskusji pada pytanie, które samo w sobie jest tak ciężkie, że nikt nie chce nawet spróbować na nie odpowiedzieć. Plan B, czyli co będzie z Waszym życiem, jeśli nie uda się z adopcją? Po tym pytaniu następuje cisza. Dopiero po dłuższej przerwie Belferka kontynuuje, mówi że taka jest reakcja na każdym kursie, w każdej grupie. Ale takie pytanie powinniśmy sobie zadać sami i odpowiedzieć na nie, jeśli nie teraz to później w domu, między sobą.

Stawiamy na adopcję

Leczenie niepłodności nie przynosi skutku. Nie ma nadziei. Wracamy więc do rozmów o adopcji. Wcześniej mieliśmy już kilka dłuższych okazji do wspólnych rozważań tej kwestii, ale do tej pory nie wzięliśmy się poważnie za projekt. Teraz nadszedł czas. Czas dowiedzieć się wszystkiego dokładnie, jak najwięcej.
Jest tyle zalet adopcji. Nie trzeba rodzić, bo już ktoś za nas urodził – ta myśl może wydawać się śmieszna, ale przy naszej rozrodczej przeszłości, kiedy wszystko się sprzysięgło przeciwko nam to jednak jest spora zaleta… Po drugie, albo przede wszystkim możemy dać dziecku dom, którego tak wielu dzieciom w polskich domach dziecka brakuje, otoczyć ciepłem i miłością licząc, że mu się udzieli i w przyszłości odwzajemni. Po trzecie można wybrać płeć, co w „domowym warsztacie” nie zawsze wychodzi jak by się marzyło.
Zaglądamy na różne strony internetowe – od tego zaczynamy. Dowiadujemy się krok po kroku jak to się załatwia, czyli od momentu zgłoszenia władzom swojej chęci, poprzez wszystkie etapy aż do zamieszkania razem z dzieckiem.

Zaczynamy.
Najpierw rozmowa przez telefon z przedstawicielem Urzędu Gminy. Potem spotkanie z dwiema urzędniczkami i wywiad. Złożenie zaświadczenia o niekaralności. Resztę danych w tym między innymi o braku długów w Urzędzie Skarbowym, czy gdziekolwiek indziej gmina pobiera przez internet.
W następnej kolejności należy wybrać kraj, z którego chce się dziecko, bo w Szwecji dzieci do adopcji jest tak mało, że są natychmiast rozchwytywane przeważnie przez członków rodziny a reszta dzieci idzie do rodzin zastępczych. My nie mamy wątpliwości, decydujemy się na dziecko z Polski, bo widzimy w tym wiele zalet. Wspólny język, wspólne korzenie, wspólna kultura, bliskość – nie zamierzamy kryć przed dzieckiem, że nie jesteśmy jego biologicznymi rodzicami i gdyby kiedyś chciało ich poznać, czy utrzymywać z nimi kontakt, nie ma problemu – wsiadamy w samochód i jedziemy. Jest jeszcze jedna zaleta – koszt. Przeciętna rodzina adopcyjna musi się liczyć ze wszystkimi kosztami, łącznie z kosztem pobytu za granicą tak długo, jak tego wymaga dane państwo – niektóre kraje wymagają dziewięciu miesięcy bycia z dzieckiem przed procesem adopcyjnym (żeby się rodzicom nie odwidziało). W Polsce ten okres jest krótszy. Następny koszt, który by nam odszedł to koszt tłumacza, przecież znamy polski język, wprawdzie trzeba przetłumaczyć dokumenty i do tego będzie potrzebny tłumacz przysięgły, ale z dzieckiem, jego otoczeniem, czy urzędnikami możemy się porozumieć lepiej niż szwedzi z pomocą tłumacza. Kolejna sprawa – bliskość – Polska i Szwecja to sąsiedzi, czyli wydatki na podróże są dużo mniejsze niż w przypadku któregoś z krajów Afryki, Ameryki Południowej, czy Azji… Jest jeszcze jedna, ważna zaleta – podobny wygląd, co ułatwia dziecku zaaklimatyzowanie się – tak myślę.

Wywiad. Dwie urzędniczki pytają o naszą przeszłość, wykształcenie, pracę, ekonomię – stan konta w banku, opinię w zakładach pracy, w szkole syna… Odpowiadamy na te pytania, opowiadamy o naszym synu.
Po przeprowadzonym wywiadzie na wydanie decyzji musimy poczekać. Zgodzą się, czy nie? Czekamy niecierpliwie, przecież chodzi o dziecko…

Wymagania.
Kandydat na rodzica biologicznego – brak wymagań co do wykształcenia, wieku, zdrowia, wagi zatrudnienia, zarobków, zadłużenia, zdolności kredytowej. Luzik, wystarczy mieć zdrowe to coś. Jak się to ma to trzeba się nieźle starać, żeby rodzicem nie zostać.

W przypadku kandydatów na rodziców adopcyjnych sprawa się komplikuje. Nie dość, że trzeba mieć stałą pracę i stosowne zarobki, to na dodatek wiele państw oczekuje minimum średniego wykształcenia od obojga rodziców, niektóre państwa mają swoje wytyczne co do BMI, czyli stosunku wagi ciała do wzrostu – przy czym żadnego wyjaśnienia co w przypadku ludzi uprawiających sporty siłowe i posiadających większą niż zwykle masę mięśniową, która zawyża wynik BMI. Wiele państwowych organizacji adopcyjnych jest powiązanych z tamtejszym Kościołem, więc wymaga przynależności i czynnego udziału w Kościele o podobnym charakterze.

Następnie trzeba zrobić specjalne szkolenie dla rodziców adopcyjnych – tego wymaga kraj, w którym obecnie mieszkam i pewnie cała reszta unijnych krajów. Jednocześnie można zapisać się do organizacji ułatwiającej adopcję i już „stanąć” tam w dwuletniej (może się przedłużyć) kolejce płacąc stosowną składkę. Składka nie jest mała. Wysokość składki tłumaczy się szerszą działalnością organizacji, między innymi dobroczynną.
Rodzic adopcyjny musi być bardzo cierpliwy. Cierpliwość tę wypróbowuje się stawiając rodziców we wspomnianej już kolejce, potem „ciąża” czyli wymagany przez dane państwo czas przebywania i oswajania się z dzieckiem, oczywiście w tamtym państwie. To jest dobre dla dziecka, bo łagodnie przechodzi zmianę we własnym środowisku, ale z drugiej strony to wymaga od obojga rodziców dużych poświęceń – pozostawienia na długi czas domostwa, rodziny, pracy, co wymaga dobrych układów w firmie zatrudniającej, bo nie każdy pracownik może zniknąć z pracy na przykład na 9 miesięcy. Trzeba też mieć następny zapasik pieniędzy przeznaczony na ów pobyt. Załatwienie wszystkich formalności łącznie z procesem sądowym też zabierze pewną sumę.
Jest jeszcze jedno wymaganie. Magiczna granica wieku 40 lat. O tyle tylko może być starszy rodzic od adoptowanego dziecka. My właśnie jesteśmy na tej granicy.
To skromny początek.