Dokąd zmierzamy?

Było po czternastej. Kładłem córkę na popołudniową drzemkę. Sam jak zwykle usiadłem wygodnie obok i głaskałem po główce, żeby szybko zasnęła. Po kilku minutach doszły nas zza okna radosne, dziecięce okrzyki. Popatrzyłem na córkę, czy jest szansa, że je zlekceważy i zapadnie w sen myśląc, że hałas generują dzieciaki sąsiada, które przyszły się bawić akurat pod nasze okno i że może jest szansa, że zaraz same sobie pójdą bez mojej interwencji, która mogłaby rozbudzić moje dziecko. Okrzyki jednak nie ustawały, a ja coraz bardziej się niecierpliwiłem. W końcu widząc rozbudzoną córkę, postanowiłem otworzyć żaluzję i zobaczyć co tamte dzieciaki sprowadziło na nasze podwórko, mają przecież swoje. To, co zobaczyłem, wprawiło mnie w osłupienie. To nie były dzieci sąsiada, tylko jakieś obce. Czterech chłopców stało trochę dalej niż sądziłem po odgłosach, przy oddalonej od mojego okna o jakieś piętnaście metrów drodze, ze spuszczonymi do kostek spodniami, każdy z nich trzymał w ręku swój interes. Pierwsza moja myśl, to że się bezwstydnie załatwiają. Tylko dlaczego tak głośno?

FullSizeRender(1)

Po chwili już wiedziałem, że pierwsza myśl była błędna. Wyglądało na to, że mieli świetną zabawę, stojąc w kręgu przodem do siebie i energicznym ruchem ręki majstrując przy swoim organie. Tuż obok po drodze jeździły samochody, ale młodym to nie przeszkadzało. Kiedy oburzeni kierowcy na nich trąbili, tamci w odpowiedzi wypinali do nich swoje gołe tyłki.

Co robić w takiej sytuacji? Jak zareagować? Czy w ogóle jakoś zareagować? Wyjść do nich i powiedzieć im coś? Ale co? A co Wy byście zrobili?

Kto zawinił, że doszło do takiej sytuacji?  Kto niedopisał, że doszło do takiego incydentu? Rodzice? Szkoła? Oświata? A może my – wszyscy dorośli powinniśmy w jakimś stopniu poczuwać się do odpowiedzialności?

Dawno temu, kiedy mój syn jeszcze był mały, mieliśmy w zwyczaju zawsze przed snem czytać książki. Różne. Po przeczytaniu jakiejś bajki, czy opowieści, rozmawialiśmy o niej, o jej bohaterach, o tym co zrobili, czy to, co zrobili było dobre, czy złe, czy mądre i dlaczego. Syn bardzo to lubił. Słuchał uważnie, sam pytał, opowiadał swoje przeżycia, które spotkały go w przedszkolu, a później w szkołach. Tak, bo nasze tradycyjne czytanie i rozmowy trwały więcej niż dziesięć lat. Jakąś część z tego zajmował nam temat spraw cielesnych, seksualnych, małżeńskich, rodzinnych… Rozmawialiśmy nie tylko o tym co do czego, ale też co jest zdrowe, niezdrowe, właściwe, niewłaściwe, godne i niegodne. Pewnego dnia przyszedł ze szkoły z zeszytem i od razu pokazał, co w nim tego dnia pisali. Zamurowało mnie, kiedy zajrzałem do zeszytu mojego trzynastoletniego wówczas syna. Na dwóch zapisanych kartkach, na każdej ze stron  – po lewej stronie termin, po prawej jego definicja. Otóż na zajęciach tamtego dnia dyskutowano o tym, co to jest heteroseksualizm, homoseksualizm, lesbijstwo, sadyzm, masochizm, pedofilia, zoofilia…  nekrofilia i inne – wszelkie możliwe, których teraz już nie pamiętam.

Najpierw długo zadawałem sobie pytanie: po co to wszystko? Ja rozumiem, że niektóre z tych terminów należy wyjaśnić wszystkim dzieciom, żeby te mniej oświecone zdobyły wiedzę. Ale czy naprawdę konieczne było wprowadzanie tak młodych ludzi w brutalny, zdegenerowany świat ludzi nie mających żadnych zahamowań? Przecież w ciągu jednej, czy nawet dwóch godzin nie da się w przyswajalny dla tak młodych ludzi sposób omówić tego wszystkiego. O ile może ci zdolniejsi jakoś to przyjmą, to co z tymi mniej zdolnymi? Co by było, gdybym jako rodzic nie przygotował syna po swojemu do tego aspektu życia? Gdybym przez wiele godzin nie rozmawiał z nim o tym? Czy nie można przygotować materiału w taki sposób, żeby był łatwo przyswajalny i podawany w delikatny sposób? Żeby był dla wszystkich i z pożytkiem? Bo to, co zobaczyłem w tym zeszycie, to nędzny ochłap, a nie wiedza,  okrojony z godności i czyniący spustoszenie w młodych głowach. Do tego seks, którego pełno w internecie, filmach, gazetach i wszelkich możliwych źródłach przekonują ich o tym, że świat stoi na seksie, a życie polega przede wszystkim na zaspokajaniu własnych potrzeb seksualnych.

Ostatnio w rozmowie ze znajomą dowiedzieliśmy się z żoną o książce, którą ktoś oficjalnie chce wprowadzić do szkół w Polsce. Tytuł „Wielka księga cipek i siusiaków”. No to już się przestaję dziwić, że młodzi chłopcy nie mają żadnego poczucia wstydu i otwarcie wychodzą ze swoją ciekawością seksualną na ulicę. Zastanawiam się tylko dokąd zmierza świat i czy nie będziemy tego „postępu” żałować.

Wczoraj a dziś – kolosalna różnica

Jestem z córeczką w pokoiku, gdzie zaczęła się „przygoda” z naszym ostatnim porodem. Młoda położna zostawiła nas tutaj, znikając do innych zajęć. Ja rozebrany do połowy przytulam swoją córeczkę mającą na sobie tylko pampersa i gumową pępelkę na kikucie pępka. Chodzimy tak po malutkim pokoju z ręcznikiem, jako przykryciem dla dziecka, które krzyczy i krzyczy, przerywając ten krzyk na moment ze zmęczenia, ale podnąsząc go za chwilę z powrotem.
Pojawia się Starsza Położna (ta, która przyjęła nas na oddział. To prawdopodobnie też ona miała kłopoty z otworzeniem nam drzwi wejściowych do budynku przed szóstą, kiedy w mroźnym wietrze czekaliśmy dzwoniąc trzy razy na domofon). Starsza Położna pyta jak się czujemy, obserwuje nas i zagląda, czy zjadłem kanapki z serem, które zrobiła mi jeszcze przed operacją (ten szczegół pominąłem w poprzednim opisie). Zjadłem tylko jedną, ucząc się ponownie działać jedną ręką trzymając dziecko. Druga czekała na talerzyku na lepszy moment. Chwilę jeszcze rozmawiamy, a potem znika.
Po jakimś kwadransie pojawia się Młoda położna i mówi, że mamy się przygotować do przejścia na oddział pooperacyjny, gdzie czeka moja pozszywana żona. Patrzy, że nie sprzątnąłem jeszcze z talerza i mówi, że mogę teraz zjeść, a ona w tym czasie weźmie dziecko i za parę minut przyjdzie. Nie zgadzam się. Chcę być cały czas przy córeczce i myślę, że córeczka też tego chce. Mówię do Młodej, żeby zaczekała, że za sekundę będę gotowy i pójdziemy wszyscy. Ona mówi, że za sekundę będą z powrotem…
Do Młodej Położnej wrócę na koniec wpisu.

W tym samym czasie na sali operacyjnej chirurg zszywa moją żonę. Nie wiemy ile czasu nad tym się trudzi. Ja z dzieckiem gdzie indziej, a żona odczuwa to jak wieczność. Nie wiemy dokładnie jak wygląda zszywanie, ale domyślamy się, że szwów jest kilkadziesiąt, a warstwa, czyli naskórek, złapana jest specjalnym plastrem, który mamy ściągnąć sami po siedmiu dniach.
Jeszcze przed pierwszym nacięciem, odpowiedzialna za całą operację doktor Sumienna zawołała mnie, żeby mi pokazać, że specjalna, przeźroczysta folia z kołnierzem przyklejona na brzuch, w jakiś sposób zdeformowała nakreśloną przez nią pisakiem na skórze żony linię cięcia i że teraz ta linia zrobiła się lekko falista. Z żalem w głosie mówi mi, że nie chciała. Zupełnie mnie tym zaskoczyła. Przecież nie w tym rzecz, żeby blizna była piękna, czy całkowicie niewidoczna. Rzecz w tym, żeby przez tę dziurę wyszło cało i zdrowo nasze dziecko. Nie będę miał żadnych pretensji, co do estetyki. To jakbym miał się gniewać, że ktoś obierając dla mnie pomarańczę krzywo naciął skórkę.
Poza tym to dla nas nie pierwsza cesarka. Pierwsza była do tego stopnia ukierunkowana na estetykę, że o dziecku się prawie nie mówiło. Ambicją Magika było rozreklamowanie się wśród kobiet wszelkimi możliwymi drogami, między innymi przez polecenie. Z własnego doświadczenia wiem, że to najlepsza forma reklamy. No bo jak pacjentka pochwali się przed koleżankami swoim pięknym, panieńskim wręcz brzuchem, to czy inne nie będą chciały skorzystać z rodzenia „łatwego, nieszkodliwego i przyjemnego”, a przy tym nie mającego wpływu na piękno brzucha? I rzeczywiście dr Anioł musiała szukać blizny po pierwszym cięciu, ale od razu powiedziała, że tutaj nie wykonuje się tak ryzykownych cięć, bo cięcie tak nisko może skończyć się przecięciem pęcherza moczowego i katastrofa gotowa.
My z tego wyrośliśmy. Dla nas piękno blizny nie ma znaczenia…

…Sala oddziału pooperacyjnego ma kształt litery T. Trzy skrzydła a w centralnej części duża oszklona dyżurka. Tutaj wszystko jest zorganizowane, to widać. Tutaj aż pachnie organizacją. Wchodzimy. Moja żona leży zaraz przy wejściu na salę. Kładę malutką krzykaczkę do piersi rozradowanej na nasz widok, chociaż zamroczonej jeszcze żony i malutka od razu zaczyna ssać. Zapada cisza. Żona jest nadal podłączona cewnikiem do worka i niemałą ilością kabli do sprzętu monitorującego jej stan i samopoczucie. Co jakiś czas monitor nad głową żony daje znać o czymś, o czym nie bardzo mam pojęcie, bo tętno i ciśnienie krwi było w porządku, ale zmieniały się nieznacznie inne parametry, co powodowało włączanie się sygnału o miłym dla ucha tonie. Przy innych łóżkach było tak samo, więc sygnały czasami nakładały się tworząc ciekawe, inspirujące efekty muzyczne. Co kilka minut podchodził ktoś z licznego tam personelu i sprawdzał, czy nie trzeba zmienić woreczka, czy wszystkie dane o stanie pacjenta są w porządku, czy wszystko jest ok.
Było ok. żona leżała na łóżku, które ciągle regulowała sobie pilotem, przy piersi trzymała córeczkę, którą regularnie przekładałem od jednej piersi do drugiej, podawałem żonie picie i poprawiałem zwinięty koc pod łokciem żony, żeby wygodnie trzymała dziecko. W taki sposób przeczekaliśmy trzy godziny, zanim zostaliśmy przeniesieni na oddział BB, czyli połogowy, chyba tak to się po polsku nazywa.

Przez pierwszą dobę córeczka przestawała krzyczeć tylko wtedy, gdy mleczko leciało z piersi. W przerwach – krzyk, jak źle złapała brodawkę – krzyk, kiedy poczuła łaknienie – krzyk…
Zupełnym zaskoczeniem była dla nas druga doba, kiedy wystarczyło jej krótkie „A…”, żeby dostać mleczka. Przestała już krzyczeć i zajęła się robotą. Co za ulga! Myśleliśmy, że będzie już zawsze tak krzyczała. Pewnie bym się przyzwyczaił, ale czy nie lepiej, kiedy dziecko nie krzyczy przez cały czas?
Cała ta sytuacja a przede wszystkim dochodzenie do siebie żony i moja pomoc przy poprawianiu zwiniętych kocy pod łokciami oraz poduszek sprawiła, że następnego dnia po nieprzespanej nocy byliśmy wykończeni. Śmieszna rzecz – zasuwałem jak robot przy pomaganiu, zrywałem się na równe nogi zaraz, jak tylko zawołała mnie żona, albo kiedy usłyszałem płacz córki, żeby nie czekały. Spałem tak czujnie, jak tylko można było. Druga doba już była dla mnie bardziej „ulgowa”. Pozwalałem sobie na więcej wypoczynku.
Niedawno, kiedy się o tym zgadaliśmy, usłyszałem z ust żony jak mało jej pomagałem pierwszej nocy :O że już w drugiej dobie było lepiej czyli dokładnie odwrotnie, niż było w rzeczywistości. Musiała być strasznie zmęczona, że takie wrażenie odniosła.

Oddział BB zrobił na nas bardzo miłe wrażenie. Standardem jest, że ojciec dziecka jest przy porodzie i mocno utrwalonym zwyczajem, że przez kilka dni przebywa razem z rodziną w pokoiku tego oddziału. Pokoik wyposażony jest we własną łazienkę dostosowaną dla osób niepełnosprawnych, małą, przemyślanie skonstruowaną lodówkę na kółkach z rozkładanym blatem stolika typu – „śniadanie do łóżka”, telewizor z odtwarzaczem DVD, szafę i rozkładane ze ściany łóżko dla ojca (w przypadku rodziny typowej). Oczywiście przycisk umożliwiający wezwanie położnej (piszę „oczywiście” zakładając, że to standard w każdej już placówce służby zdrowia w Unii Europejskiej – jeśli się mylę, to mnie poprawcie, a mogę się mylić, bo moja wiedza o polskich szpitalach jest dość archaiczna ;) ).
Dla rodzącej pobyt w tym miejscu jest nieodpłatny. Osoba towarzysząca musi zapłacić, ale koszt jest bardzo mały (za dobę 150 koron, czyli mniej, więcej godzinka standardowej pracy).
Personel bardzo miły i fachowy, zwłaszcza ten pracujący na dzienną zmianę. Z nocną zmianą było trochę słabiej, ale to chyba reguła wszędzie.
Zdarzyło się Wam patrzeć z rozdartym sercem na Wasze krzyczące dziecko podczas nieumiejętnego pobierania krwi do badań? Tu też się to zdarza. Wbicie igły w rączkę, albo główkę dziecka, a potem „szukanie” żyłki powoduje, że irytacja rodzica rośnie jak temperatura w czajniku. Po dwóch takich przypadkach nauczyliśmy się gwizdać jeszcze na długo przed osiągnięciem wrzątku. Na szczęście znaczna większość pobiera krew w miarę sprawnie, a bardzo miło jest wspomnieć niejedną „rękę” tak fachową, że jak na zawołanie przychodzą do niej najbardziej buntownicze żyły. Wielki szacun!

Efekt halo – piękne zjawisko rozszczepu promieni słonecznych w lodowych chmurach w drugiej dobie życia naszej Królowej śniegu pierwsza zauważyła żona. Tutaj to dość częste zjawisko, w Polsce widziałem to tylko raz podczas spaceru z Szachistą. Wyciągam aparat i robię krótkie ujęcie filmowe tego zjawiska. Po południu przychodzi przesympatyczna położna, jedna z dwóch, z którą mamy najlepszy kontakt, straszna gaduła. Żona pyta, czy widziała dzisiaj efekt halo. Położna pyta co to jest. Odtwarzam filmik na aparacie. Okazało się, że nigdy czegoś takiego nie widziała. Czasem trzeba się zatrzymać w biegu życia, spojrzeć w niebo na rzeczy ulotne ;), czasem pod stopy na rzeczy małe, a czasem na innego człowieka…

Na BB nie tylko dochodziliśmy do siebie po cesarce, ale też dowiadujemy się od położnych sporo ciekawych rzeczy np. o pielęgnacji rany, technikach karmienia i inne praktyczne rzeczy. Jesteśmy tam trzy dni, w ciągu których naszego noworodka odwiedzają babcie i brat. Rodzeństwo ma prawo wejść na oddział, ale do babć musimy wyjść na spotkanie w małej salce przed wejściem na oddział.

W trakcie pobytu na oddziale BB odwiedza nas dr Sumienna i ogląda zaklejony plastrem brzuch żony, pyta o samopoczucie, rozmawia z żoną. Powiedziała też, że decyzja o cesarce była najlepszą z możliwych, że siłami natury żona nie byłaby w stanie urodzić. Na koniec krótkiej rozmowy przeprasza jeszcze raz żonę za krzywiznę na brzuchu. Pani doktor! To nie szkodzi, że trochę krzywo. My tego nawet nie zauważymy. Najważniejsze jest nasze Szczęscie!

Lekarz od poronień. Spotykam go na kilka minut przed wypisaniem ze szpitala. Szedłem właśnie długim korytarzem z fotelikiem, kiedy go zobaczyłem idącego z jakimś innym lekarzem. Rozmawiali. Nie poznał mnie z daleka, ale zaintygował go mój szeroki uśmiech. Pokazałem mu fotelik. Niewiele mu powiedziałem, bo mi się głos łamał. Obaj wiedzieliśmy, że w niedalekiej przyszłości czeka nas wizyta u niego, wtedy porozmawiamy na spokojnie, pokażemy naszego brzdąca.

Wszystko byłoby jak z bajki, gdyby nie dwa szczegóły.
Młoda położna, kiedy powiedziała mi, że wróci z moim dzieckiem dosłownie za chwilę, postępuje wbrew mojemu sprzeciwowi. Wychodzi z moją córeczką z pokoju, gdzie właśnie się ubierałem, żeby z nią pójść. Wyskoczyłem za nią chwilę później i zobaczyłem, że po prostu chciała się pochwalić swoim koleżankom kolejnym „swoim” osiągnięciem. Zaniosła moje dziecko do dyżurki. Po co? Czy nie mogła pokazać przez wielkie, szerokie przeszklenie? Czy nie złamała procedur i reguł wchodząc z noworodkiem między dorosłe osoby? Nie naraziła jej na ryzyko złapania wirusa przeziębienia?
Drugi szczegół to brak informacji co do pokoiku, gdzie nas przyjęto przed operacją. Zostawiliśmy tam bagaże i inne rzeczy wiedząc od Anioła, że będziemy mieli swój pokoik. Nikt nie powiedział, że ten pokoik trzeba będzie opuścić w czasie, kiedy żona leżała na oddziale pooperacyjnym, a w zamian dostaniemy inny na zupełnie innym oddziale. Efekt był taki, że kiedy po dwóch godzinach siedzenia z żoną na pooperacyjnym, spragniony wróciłem na oddział, idąc do swojego pokoiku dowiedziałem się od Starszej Położnej, że moje rzeczy są „spakowane” i czekają na mnie pod stołem na dyżurce. Myślałem, że żartowała. Spytałem czy ma moją kanapkę. Powiedziała, że nie wiedziała, że wrócę i pozbyła się jej, ale może mi przygotować nową, jeśli chcę. Nie chodziło mi o kanapkę. Spytałem gdzie mam te rzeczy zostawić, bo nie mogę przecież wrócić do żony z tobołami. Tam nie ma na nie miejsca. Nic nie odpowiedziała. Poczułem się jak bezdomny. Objuczony torbami poszedłem na parking i schowałem w bagażniku. Ale co by było, gdybym nie miał samochodu?

To tylko dwa szczegóły, które nie zmieniają za bardzo mojej dobrej opinii o działalności szpitala, a w szczególności zespołu operacyjnego, który zrobił najpiękniejszą robotę w całej mojej historii.

Pępek

Dosłownie przed chwilą moja córeczka została wyjęta przez lekarkę z brzucha żony i położona na jej nogach. Do uszu wszystkich dobiegł piękny, czysty i na wskroś przejmujący krzyk. Krzyk, którego nigdy nie zapomnę. Krzyczała przy zaciskaniu i odcinaniu pępowiny, krzyczała kiedy młoda położna przenosiła ją na osobne stanowisko, krzyczała kiedy był zawiązywany jej pępek. I tu śmieszna rzecz – pada pytanie czy chcę przeciąć pępowinę a raczej skrócić „kikut pępka”, bo tylko to pozostało po rzeczywistym odcięciu pępowiny. Z początku nie odpowiadam, bo nie wiem co. Pytanie mnie zaskakuje, bo z jednej strony wyraźnie mam w pamięci noc drugiego sierpnia 1994, kiedy wiedziałem i byłem przygotowany na rzeczywiste przecięcie pępowiny łączącej jeszcze mojego synka Daniela z łożyskiem będącym jeszcze wewnątrz mojej żony. Pamiętam dokładnie, kiedy ją przecinałem, pamiętam, kiedy piliśmy „szampana” a raczej bezalkoholową wersję jego podróby, pamiętam co stało się później. Gdzieś pozostała we mnie trauma – swoiste skojarzenie przecięcia pępowiny i późniejszych wydarzeń. Za drugim razem, kiedy rodził się Szachista, nie przecinałem pępowiny, nie zostało mi to zaproponowane, nie zgodziłbym się, gdyby nawet taka propozycja padła. Teraz mam chwilę na refleksję, teraz zastanawiam się czy to nie będzie jednak lepiej, kiedy tę pępowinę przetnę, nie dla jakiegoś symbolu, że niby w ten sposób „nadaję komuś życie” – jak to mi przedstawił za pierwszym razem Magik, ale tak dla siebie, tak w ramach terapii, żeby do końca wyrzucić z siebie zmory z przeszłości. Teraz ta młoda położna skupia się na swojej robocie i po chwili ponawia pytanie czy chcę przeciąć pępek. Tak. Biorę nożyczki i przecinam, a raczej skracam to co pozostało. Wiem, że to nie jest to, wiem że tym razem to tylko substytut prawdziwego przecięcia, bo pępowina jest już odcięta. Czuję się trochę jak fryzjer, który po prostu skraca to, co jest za długie. Taki manewr dla naiwniaka. Ale jest mi z tym dobrze w pewien sposób. Mogę być naiwniakiem, byleby tylko wszystko dobrze poszło. Nie udało się Młodej założyć gumowej pętelki, chociaż próbowała kilka razy. Zwalnia szczypce i chwyta nimi około centymetra bliżej, bierze nożyczki i sama skraca jeszcze raz, po czym jeszcze raz męczy się z pętelką, którą tym razem udaje jej się założyć.
Po założeniu pętelki przez Młodą, zza moich pleców wyłania się starszy, wesoły lekarz-pediatra, coś do mnie zagaduje i przystępuje do rutynowego badania ciągle krzyczącego, mojego dziecka. Poleca pobrać wymaz z noska i uszka w celu wyszukania ewentualnego niebezpieczeństwa, którego przez tyle czasu się baliśmy.
Potem Młoda bierze dziecko i kładzie je na piersi żony. Córeczka zaciąga pierwszy łyk i uspokaja się na trochę. Po krótkim czasie Młoda bierze córeczkę i kładąc ją do czegoś, co przypominało bardziej przeźroczystą, wyścieloną pieluchami kuwetę na kółkach niż wózek, czy jeżdżące łóżeczko mówi, że czas przejść na inny oddział, gdzie ją zważy, zmierzy „wzrost” i obwód głowy. Wszystko idzie zgodnie z „przepowiednią Anioła”, czyli opowiadaniem lekarki, jak to się zwykle odbywa – opowiadała nam o tym podczas jednej z rozmów. Przez całą drogę i w pokoju, gdzie moja córeczka jest ważona i mierzona, nie przestaje krzyczeć, ale kiedy biorę ją na ręce i mówię do niej po polsku słowa, które wcześniej mówiłem do brzucha, i kiedy tak mówię i śpiewam, córeczka uspokaja się.
Później przechodzimy do pokoiku, gdzie zaczynaliśmy dzisiejszą przygodę. Tam Młoda zostawia nas mówiąc, że przyjdzie później i mówi, żebym podniósł koszulę i przytulił córeczkę. Ściągam całkiem i przytulam, ale ona krzyczy nadal. Nadal uspokajam moją krzyczącą córeczkę mówiąc do niej spokojnym niskim głosem tak samo, jak rozmawiałem z brzuchem. To naprawdę działa.

 
Mit z lat mojego dzieciństwa.
Dawna moja „wiedza” na temat noworodków opierała się na mitach, które mówiły jak mało do nowo narodzonego dziecka dociera. Że dziecko rozpoznaje tylko głos matki, że jeszcze jej nie widzi, że potrzebuje tylko cycka i głosu matki, że ojca w ogóle nie „zauważa” w otoczeniu, i to mu wystarcza przez pierwsze miesiące życia.
Totalna bzdura. Trzy razy w życiu miałem okazję się o tym przekonać. Za wszystkimi trzema razami potwierdza się, że dziecko pamięta jeszcze z brzucha, jeśli się do niego mówiło regularnie, tym bardziej pamięta, jeśli się śpiewało, jeśli się bawiło z dzieckiem wierzgającym nóżkami i rączkami, jeśli przy tym mama zawsze była w dobrym humorze, to na pewno zdrowe dziecko będzie to pamiętać!

Cesarka tym razem

Godzina piąta, pięćdziesiąt jesteśmy na parkingu pod szpitalem. W szpitalu mamy być na szóstą. Rano. Wyciągamy nasze bagaże (wszystkie rzeczy potrzebne nam na kilka dni pobytu i ubranka dla dziecka) i idziemy do wejścia. Zamknięte. Idziemy, więc do drugiego. Zamknięte. Ale jest domofon. Dzwonimy, czekamy… Wiatr i czekanie sprawia, że kilka stopni mrozu jest dla nas coraz bardziej odczuwalne. Po chwili w domofonie odzywa się damski głos „Na poród?”. Odpowiadamy, że tak. „Otwieram” – mówi głos z domofonu, ale nic się nie otwiera. Ciągnę, więc za klamkę – zamknięte. Dzwonimy ponownie, czekamy… „Na poród?” Tak, na poród – odpowiadam – dzwoniliśmy przed chwilą i drzwi się nie otworzyły – dodaję trochę niecierpliwie. „Już otwieram” – mówi głos ze słupka, ale znów przez dłuższy czas nic się nie dzieje. Tym razem przez parę sekund przytrzymuję palec na dzwonku. „Daj spokój” – mówi do mnie żona – „i nie zwracaj im uwagi” – uspokaja mnie widząc moją srogą już minę. Ja swojej miny nie widziałem, widziałem za to, że jej jest ciężko i marźnie. Za trzecim razem głos w domofonie znów pyta czy na poród. „Tak… i marźniemy tutaj… i dzwonimy trzeci raz…” Drzwi otworzyły się same, potem drugie… wchodzimy z tobołami do halu i kierujemy się na oddział porodowy. Byliśmy tu już wcześniej kilka razy, ale nie rano i wszystko wtedy było otwarte i pełne życia. A teraz jakby wszyscy spali, albo jakby dopiero zaczynali się budzić…

Na spotkanie nam wychodzi niemłoda położna, wita się podając rękę, przedstawia, prowadzi do pokoiku. W pokoiku z ulgą stawiam bagaże, powoli zaczynamy się przygotowywać, położna pyta jak nam minęła droga, pyta o pogodę… Pewnikiem nocna zmiana, inaczej nie pytałaby czy zimno. Odpowiadam, że zimno i nie mogąc się powstrzymać dodaję z nutą złośliwości, że żona prawie zamarzła przed drzwiami, kiedy ktoś z personelu nie mógł sobie poradzić z ich otwarciem. Udała, że nie rozumie. Typowe, jak tylko się mówi o uchybieniach, to nikt nie rozumie.

Przebieramy się. Żona i ja dostajemy polecenie, żeby się przebrać w ubrania, które już na nas czekają w pokoiku. W zielonych, lekkich ubraniach i z siatkową czapką na głowie wyglądam jak anestezjolog… przynajmniej w oczach żony. Dla niej przygotowana jest długa koszula i białe, długie do ud pończochy, ale niezbyt „ładne”. Pomagam jej to na siebie założyć. Jednocześnie przychodzą dwie pielęgniarki, mierzą ciśnienie, pytają o uczulenia alergiczne i inne sprawy, jedna z nich zakłada żonie cewnik (rurkę do odprowadzania moczu), druga wbija w lewą dłoń wenflon, przez który pobiera krew do badania a potem wstrzykuje antybiotyk. Pytam, jaki. Odpowiada, że standardowy, który dostają wszystkie kobiety przed cesarką. Pytam więc, czy oprócz tego będzie podany jeszcze jakiś antybiotyk, bo podczas wcześniejszej rozmowy z lekarką (Aniołem) ustaliliśmy, że żona dostanie antybiotyk przeciwko GBS na dwie godziny przed cięciem. Już nie byłem zadowolony, że ze standartowych czterech godzin, o których mówił nasz lekarz od poronień, nagle Anioł zrobił tylko dwie. Dlaczego jedni lekarze mówią o obowiązkowych czterech, a innym wystarczą dwie? Jeszcze jestem spokojny, bo czytaliśmy o tym wcześniej w internecie i chociaż nie znaleźliśmy wyraźnej odpowiedzi na to pytanie, to sama statystyka, że to nie Anioł wymyślił, jak gdyby uspokaja nas. Na moje pytanie, pielęgniarka mówi, że musi to sprawdzić. Wychodzi… Po przyjściu mówi, że dzwoniła do Anioła i że wszystko się zgadza, tylko jedna, standardowa dawka antybiotyku, ponieważ wcześniejsze testy nie dały pozytywnego rezultatu na GBS. W tym momencie już dostaję niezłego nerwa. Staram się tego po sobie nie pokazać, ale wewnątrz cały chodzę. Dostaliśmy zwykły, standardowy antybiotyk, który ma zabić śmiertelnie niebezpieczne licho, które wcale nie musi być GBS-em. Czyli najpierw mówi się jedno, a potem robi się co innego. Czy wielka strzykawa z antybiotykiem ma sprawić na nas wrażenie, zadziałać jak placebo? Czy rzeczywiście zadziała na wszystkie nasze obawy? Żona mówi, żebym nie wszczynał, że to i tak już za późno. Ma rację, jak Anioł powiedział, że to wystarczy to znaczy, że już nie ma dyskusji.

Czuję się wystawiony… Czuję, że nie kontroluję sytuacji… Znów czuję to, co czułem poprzednio, zaraz po tamtej cesarce, kiedy z moim drugim synkiem zaczęły się dziać podobne rzeczy jak z pierwszym, tyle że teraz strach oblatuje mnie przed operacją. Przed tamtą cesarką tego nie czułem, bo wtedy się nie spodziewaliśmy, że licho siedzi jeszcze w naszym organizmie, wtedy wszystko spadło na zielone wody. Teraz czuję się paskudnie, bo pozostały czas do operacji to już nawet nie dwie godziny od zastrzyku (!!!), ale trochę ponad półtorej, specyfik podany nie jest taki, jak trzeba, Anioł nie mówi prawdy a my, jako pacjenci nie jesteśmy traktowani serio… Przecież można było z nami porozmawiać otwarcie. Po co obiecywać coś, czego nie ma się zamiaru spełnić? A gdybyśmy nie zachowali spokoju? Gdybyśmy powiedzieli, że nie idziemy na żadną operację, bo nie został spełniony wcześniej ustalony warunek?

Znów jestem spięty do granic możliwości, czuję, że niewiele mogę. Jest mniej, więcej za dziesięć ósma. O ósmej ma się rozpocząć operacja – godzinę i czterdzieści minut po wstrzyknięciu „cudownego środka”. Czy zdąży zadziałać? Po chwili jedna z pielęgniarek zwalnia hamulec pod łóżkiem żony i łóżko z żoną mknie przez niezliczone korytarze oddziału. Zaraz za drzwiami dzielącymi oddziały, na początku korytarza oddziału operacyjnego czekają ludzie z trochę innym „jeżdżącym łóżkiem”, wyższym i węższym. Jest ich dość dużo. Uśmiechnięci witają się najpierw z moją żoną, potem ze mną, każdy po kolei, przedstawiają się. Ktoś z personelu podnosi sterowane łóżko z żoną do wysokości tego drugiego i na „trzy, cztery” delikatnie, ale zdecydowanie przerzucają ją na to drugie. Teraz cała grupa ludzi, a ja z nimi zmierzamy do sali operacyjnej. Wjeżdżamy na dobrze oświetloną salę, która wydaje się być pusta. Na środku sufitu wielka lampa na składanym długim ramieniu. Na środku podłogi stojąca skośnie w stosunku do ścian metalowa, sześcienna kostka o wysokości mniej, więcej do kolan, na którą najeżdża właśnie owo wąskie łóżko z moją żoną, które od tej pory okazuje się być stołem operacyjnym. Później pewne osoby przypychają w pobliże stołu operacyjnego inne sprzęty na kółkach i sala staje się wypełniona.

Jest ósma, kiedy anestezjolog ubrany na niebiesko zabiera się do wkłuwania się w żony kręgosłup. Tym razem jestem psychicznie przygotowany również na widok wielkich strzykaw z wielkimi igłami i inne sprawy. Teraz już wiem, że mogę być przy każdej operacji i najprawdopodobniej nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Widziałem przecież poprzednio i znieczulanie w kręgosłup i cięcie, i wyciąganie dziecka przez rozciągniętą łyżkami wielką dziurę w brzuchu i długotrwałe zszywanie tej dziury…

Pielęgniarka anestezjologa (też ubrana na niebiesko) podsuwa mi krzesło na kółeczkach, żebym sobie usiadł. Siadam chętnie. Ktoś zapala wielką lampę na suficie, której światło płynie z wielu różnokolorowych, silnych lampek poukładanych na tarczy jak plastry miodu. Wszystkie razem dają silne, białe światło, które teraz jest skierowane na plecy mojej żony. Anestezjolog siada na swoim krzesełku i rozpoczyna. On po drugiej stronie stołu, moja żona odwrócona do niego plecami a do mnie twarzą. Kładę rękę na podłokietnik stołu, łapiemy się z żoną za ręce. Tym razem nie idzie tak łatwo jak poprzednio. Poprzednio zaaplikowanie znieczulenia trwało nie dłużej niż trzy minuty. Tym razem dobre piętnaście. W międzyczasie w sali gromadzi się coraz więcej osób, co jest dla mnie niemałym zaskoczeniem, bo z doświadczenia z Polski wiem, że niektórzy robią to we czwórkę, a nikt mi nie zapowiadał, że tutaj będą jacyś studenci, stażyści, czy inni, którzy przyszli popatrzeć. Naliczyłem w sumie dziewięć osób, moja żona dziesiąta, córeczka w brzuchu jedenasta, no i dwunasty – ja.
Z każdym ukłuciem anestezjolog pyta, w której części ciała żona czuje ból. Przeważnie było to w plecach, kilka razy też się pojawiło w którymś udzie. Za każdym wbiciem igły żona mnie ściskała za rękę, wtedy i mnie bolało, czułem się winny, jakby to wszystko było przeze mnie. Później, kiedy już na oddziale połogowym wspominaliśmy ten moment, żona mówi, że kojarzy, że trzymała kogoś za rękę, ale w jej pamięci jawi się pielęgniarka anestezjologa – młoda, silna kobieta, która rzeczywiście złapała ją za drugą rękę, lecz przy pierwszym w jej „obecności”, a dla mnie kolejnym niefortunnym wkłuciu, pielęgniarka zabrała rękę. Musiało zaboleć…

Po piętnastu minutach strzelania jak kulą w płot, trafił. Moje uczucie zawodu natychmiast spadło. Ogromnie mi ulżyło widząc jednocześnie ulgę pozostałych zgromadzonych. Udało się. Najważniejsza część wstępu do operacji w jednym momencie długiej, mozolnej próby poszła skutecznie… Anestezjolog, swoją długą robotę przy mojej żonie tłumaczy tym, że już nie jest taka młoda. Nie przeczę, sam na to wpadłem jeszcze, kiedy się męczył ze strzykawką, że to może być przyczyna, że przecież kręgosłup z wiekiem się zużywa, ścierają się kręgi, dyski, dodatkowo żona ma krzywy kręgosłup. To raczej wtedy mieliśmy szczęście, że tak łatwo się udało.
Okazało się z czasem, że ci wszyscy ludzie, którzy tam byli to personel. Stanowili zgrany zespół. Jak w orkiestrze każdy wiedział gdzie jest jego miejsce, jaki instrument będzie obsługiwał i kiedy na nim „zagrać”.

Teraz obracają żonę na plecy, rozciągają parawan pod linią piersi. Parawan jest trzykrotnie szerszy, niż ten w Polsce, ale jego wysokość jest taka sama. Osoba siedząca przy głowie rodzącej nie widzi co się dzieje za parawanem, ale widzi zajęty swoją robotą personel. Nie mogę wysiedzieć z dwóch powodów. Boli mnie pewne ścięgno, które rok temu zerwałem przy uprawianiu swoich wygibasów i teraz, kiedy długo siedzę, czy w domu, czy w samochodzie podczas długiej jazdy, zaczyna mi tak dokuczać, że muszę zmienić pozycję. Wstaję też dlatego, że chcę widzieć, co robią z moją żoną, chcę mieć nad tym kontrolę.

Lekarka odpowiedzialna za „całą imprezę” pięknym pociągnięciem ręki naznaczyła pisakiem linię cięcia. Niestety po przyklejeniu na brzuch przeźroczystej folii z gumowym kołnierzem linia zrobiła się trochę krzywa, co było powodem ubolewania owej lekarki. Ale nie moim. Przecież nie będę się przejmował takimi drobnostkami jak krzywa blizna, kiedy za chwilę będą się ważyły losy mojego szczęścia. Mówię jej z roześmianą gębą, że to nie szkodzi, że to drobnostka…

Zaczynają ciąć. Ktoś podchodzi do mnie z tyłu i grzecznie podstawia mi krzesełko. Odmawiam. Dziwią się mojej reakcji. Pielęgniarka anestezjologa pyta czy pracowałem w służbie zdrowia. Mówię, że nie. I że chcę patrzeć, że mi patrzenie nie szkodzi. (Poprzednio nie tylko patrzyłem, ale też robiłem zdjęcia. Niewiele, żeby nie rozpraszać lampą błyskową, ale robiłem, żeby mieć jakąś pamiątkę, gdyby nie poszło dobrze. Tym razem nie robię zdjęć, bo wiem, że tu jest taka zasada, a ja się nie chcę z nimi targować. Chociaż bardzo chciałby takie zdjęcia mieć).

Kilka następnych pociągnięć skalpelem, kilka szczypiec w brzuchu żony… i czuję jak ktoś z tyłu trzeci raz podstawia mi krzesełko. Tym razem chyba nie kontrolowałem swojej miny, bo już nic nie musiałem mówić. Więcej razy krzesełko nie podjechało mi pod kolana.

Patrzę na brzuch żony, patrzę na jej twarz. Po chwili pielęgniarka anestezjologa mówi żonie, że może usłyszeć dźwięk łańcuchów, żeby się wtedy nie przejmowała, że to są łyżki do kontrolowanego rozciągania otworu w brzuchu. Żona się zdziwiła słysząc to zdanie. Pomyślała, że jeszcze musimy dużo pracować nad naszym szwedzkim, skoro takie śmieszne nieporozumienia w dalszym ciągu powstają. Ale rzeczywiście krótki czas po tym jak to powiedziała, usłyszeliśmy dźwięk łańcuchów. Dwie osoby z personelu stały w sporej odległości od stołu z napiętymi łańcuchami zaczepionymi na końcach dwóch łyżek. Trzecia łyżka, ta „od dołu” była bez łańcucha. Na skinięcie głową głównej lekarki, kobiety z kontrolowaną siłą rozciągnęły otwór w brzuchu i za chwilę widziałem jak dłonie w rękawiczkach jednej z lekarek zagłębiają się w wielkim jeszcze brzuchu mojej żony, żeby za główkę wyjąć moje szarawe w tym świetle, malutkie dziecko, które natychmiast po położeniu na nogach żony zaczęło cudownie krzyczeć. To pierwszy raz na pięć ciąż, kiedy usłyszałem krzyk swojego dziecka. Tak zdrowy i cudowny krzyk. Wcześniej, kiedy widziałem ten moment oczami wyobraźni, nie wiedziałem jak zareaguję. Myślałem, że po prostu będę szczęśliwy, ale trudno będzie mi to okazać. Albo jeśli pójdzie źle, będę nieszczęśliwy i nie będę chciał w ogóle pokazać swoich uczuć. Jednak teraz poczułem się szczęśliwy. Łzy nie przepełniły moich oczu, nie wylały się na zewnątrz, ale napełniły je w pewnym stopniu. Nie wiem dlaczego nie mogę płakać tak, jak kiedyś. Teraz nie mogę… nie mogłem niedawno, gdy rozpaczałem i nie mogę teraz, kiedy jestem tak szczęśliwy.
Urodziła się moja upragniona dziewczynka.
Cdn…

Trzy kumy

Poznały się w szkole, do której wspólnie chodziły. Pewnego dnia, kiedy się spotkały, powiedziała jedna drugiej że jest w ciąży. Druga też była w ciąży i też się tym pochwaliła. Ucieszyły się wszyskie trzy, chociaż ta trzecia się swoją ciążą nie pochwaliła, bo krępowała się tego stanu w swoim wieku.
Jedna z nich to moja żona. Dzięki temu, że się nie chwalliła, ból po poronieniu przeżyła bez większego rozgłosu. Druga w swoim czasie urodziła zdrowe dziecko. Trzecia… Jej córeczka owinęła się pępowiną i zmarła w brzuchu około tygodnia przed porodem. Minęły dwa lata, ale ona nie może się z tego otrząsnąć. Niełatwo się otrząsnąć z czegoś takiego, o ile w ogóle jest to możliwe.
Statystyki mówią, że śmierć w brzuchu jest bardzo rzadkim zjawiskiem. Troje, albo czworo dzieci na tysiąc urodzeń w Szwecji. Ale jakoś dziwnie dużo się tego pojawiło ostatnio wokół nas. Przynajmniej kilka przypadków w dość bliskim otoczeniu.
Przez ostatnie miesiące tej ciąży strasznie się boimy o nasze dziecko. Dowiadujemy się ze wszelkich dostępnych źródeł co można zrobić, żeby uniknąć podobego zdarzenia. Czytamy, że trzeba kontrolować ruchy, że tych ruchów (i tu różne źródła podają różne informacje) musi być przynajmniej dziesięć w ciągu doby. Inne źródła mówią, że tych ruchów powinno być dziesięć w ciągu dwóch godzin. Robimy tak – liczymy. Nasze dziecko miewa pod tym względem humory. Raz kręci „rowerki”, innym razem śpi jak kamień. Czasami, zwłaszcza w nocy potrafi przez parę sekund kręcić rowerek, żeby potem nagle się uspokoić na długi czas. Budzimy się wtedy oboje i nie wiemy co robić, czy już dzwonić, że przyjeżdżamy.
Czasami to się zdarza mimo wszekich starań, mimo kontroli ruchów, częstych wizyt u lekarza… Po prostu nie da się temu zapobiec – tak mówi nasz lekarz z bujną czupryną.
Chodzimy często na wizyty kontrolne do lekarza, na USG sprawdzamy czy dziecko prawidłowo rośnie, nasza położna mierzy brzuch czy rośnie, wykonuje badanie KTG, rozmawia z nami, pociesza… jest świetna, nie ogranicza się do wykonania jak najlepiej swoich obowiązków, ale też rozmawia z nami jak przyjaciel.
Lekarz z bujną fryzurą, do którego teraz też chodzimy tak często jak się da, na pytanie czy znajdzie dla nas czas w następnym tygodniu pokazał nam z nieopuszczającym go humorem jak dużo kobiet musi przyjąć w ciągu dnia. Wiemy, że suszymy mu głowę, ale on sam też chciałby, żeby tym razem nam dobrze poszło. „Przyjdźcie potem i pokażcie dziecko”. Pewnie, że przyjdziemy. Do lekarza od poronień też pójdziemy zgodnie z obietnicą. Najchętniej pokazałbym całemu światu… jeśli tylko dobrze pójdzie…