Gęby na kłódkę.

Nie chwalimy się ciążą. Nie mówimy nikomu nic. Poprzednio powiedzieliśmy ludziom w małym gronie, ale później żałowaliśmy, bo jak mówisz dobrą nowinę to potem musisz też oznajmić tę złą, w razie niepowodzenia. Odpowiedzi niektórych na złą wiadomość po prostu nas powaliły. Jedna znajoma powiedziała „No… to teraz uważajcie…” Ale co to znaczy „uważajcie”? Na co mamy uważać? Na co nie uważaliśmy? Czy poroniliśmy przez nieuwagę? Czy mamy uważać, żeby nie zajść w ciążę? Przecież dziecko to wszystko, czego nabardziej chcemy na świecie, więc na co mielibyśmy uważać? Druga znajoma powiedziała „To może i lepiej, że tak się stało, bo może nie zdążyłabyś tego dziecka wychować?…” O tak! Właśnie tak pokrzepiającej odpowiedzi czekaliśmy! Mądra odpowiedź jest jak złote jabłko na srebrnej tacy

Cieszymy się z teraźniejszej ciąży, ale z drugiej strony jesteśmy pełni obaw na każdym kroku. Co będzie jeśli i tym razem nie wyjdzie? W pierwszym trymestrze nie wiedział dosłownie nikt prócz żony i mnie. Później powiedzieliśmy naszemu synkowi, ale zastrzegliśmy, żeby absolutnie nikomu nie mówił. W drugim trymestrze powiedzieliśmy naszym matkom, ale z takim samym zastrzeżeniem, nikt z rodziny, ani znajomych ma się o tym nie dowiedzieć. I tak zostało do tej pory. Gęba na kłódkę.
Niektórzy sąsiedzi z czasem zaczęli widzieć rosnący brzuszek mojej żony, ale tylko bardzo nieliczni ośmielili się spytać. Zrozumieli naszą postawę. Z czasem też powiedziałem mojemu przełożonemu w pracy i powiedziałem, że jak by nie poszło, biorę wolne. Albo na opiekę nad dzieckiem, albo żeby uciec przed światem tak jak w sierpniu 1994.

Do dnia dzisiejszego o naszej nadziei wie tylko bardzo wąski krąg znajomych, niektórzy w naszych miejscach pracy i sąsiedzi. Z rodziną nie utrzymujemy ścisłego kontaktu, więc oni nie wiedzą nawet o wcześniejszych ciążach i poronieniach.

Któregoś dnia podjeżdżając samochodem do bankomatu żona zauważyła koleżankę, której nie widziała więcej niż pół roku. Kiedy tamta zobaczyła żonę w samochodzie zaczęła do niej podchodzić ze srogą miną i zamiarem obsztorcowania żony za tak długi brak kontaktu, ale kiedy żona wysiadła z samochodu i tamta zobaczyła wielki brzuch żony, rozpłakała się nie mogąc wydobyć z siebie ani jednego słowa. Obie zaczęły się przytulać i płakać. Po dłuższej chwili zorientowały się, że skierowane są na nie wszystkie oczy ludzi stojących w kolejce…

Nadzieja.
Teraz zrozumieliśmy znaczenie słów „być przy nadziei”. Młoda kobieta jest w ciąży i urodzi (w większości przypadków). Kobieta w naszym wieku jest przy nadziei i czeka ją rozwiązanie…

GBS – bezszelestny zabójca

Jedziemy na umówioną wizytę u ginekologa, specjalisty od poronień. Naszą historię znał już z grubsza, bo czerwonousta kuratorka przekazała mu swoje sprawozdanie. Lekarz mówi o tym, że dwa poronienia pod rząd są typowe, że dopiero po trzecim kobieta kwalfikuje się na leczenie, ale rozumie i zgadza się z tym, że my jesteśmy wyjątkiem. Jego zdaniem nasi synowie padli ofiarą GBS – paciorkowców z grupy B. Wszystkie objawy mu na to pasują. Jeśli chcemy, możemy starać się o dziecko za kilka miesięcy, potem będziemy pod jego stałą kontrolą a przy porodzie poda się antybiotyk na cztery godziny przed samym momentem i będzie ok.

Czyli co? Antybiotyk i już? Tak po prostu? Wystarczyłoby wtedy podać antybiotyk na cztery godziny przed porodem, żeby uniknąć śmierci mojego jendego syna i amputacji podudzia drugiego??? Przez lata nie wiedzieliśmy co było przyczyną śmierci naszego dziecka, zadawaliśmy sobie pytania „dlaczego

To dlaczego nie można było wtedy tego zrobić?

„Bo wtedy jeszcze lekarze o tym nie wiedzieli. Standardy badania każdej kobiety i przeciwdziałania ewentualnym skutkom obecności tej bakterii weszły w Szwecji w 2005 roku”.

Dziś wiem, że jednak już wtedy lekarze coś na ten temat wiedzieli, skoro przy drugim porodzie zaproponowano nam cesarkę. „Wiedzieli, że dzwoni, ale nie wiedzieli w którym kościele.” Cesarka nie uchroniła go przed zakażeniem, ale późniejsze szybkie i zdecydowane działanie lekarzy pomogło uratować syna. Za drugim razem przygotowany był każdy krok.

Wracamy do domu, siadamy do komputera i grzebiemy w internecie… szukamy informacji o GBS. Najwięcej jest takich bardzo „delikatnie” podanych. Dowiadujemy się, że od 10 do 35% kobiet jest nosicielkami tej bakterii, że obecność jej w organizmie jest bezobjawowa, czyli praktycznie niezauważalna, że bakteria żyje głównie na skórze i w jelitach, ale bywa, że zasiedla też drogi rodne, co przy porodzie może spowodować zakażenie noworodka przechodzącego przez kanał rodny. To wszystko potwierdza naszą znajomość tematu z wcześniejszej rozmowy z lekarzem od poronień. Mówi się o tym, że dziecko może zachorować, ale niewiele jest informacji naprawdę rzetelnych, więc mówię ja:

Ta bakteria może wywołać sepsę i dziecko może umrzeć!!! Każda ciężarna powinna i ma prawo to wiedzieć. Nie po to, żeby się bać, ale żeby mieć świadomość zagrożenia. Jeśli Twój lekarz Ci o tym nie mówi, albo bagatelizuje temat, może się okazać, że jest takim samym lekarzem jak ten, który odbierał poród mojego pierworodnego a potem lekceważył wszystkie oznaki pogarszania jego stanu aż było już za późno.

Czerwone usta

Ginekolog mówi nam, że może skontaktować nas z kuratorem, który się nami zajmie, pokieruje odpowiednio, może skontaktować z lekarzem, specjalistą od poronień. W zasadzie lekarz ten dopiero po trzecim poronieniu zaczyna zajmować się pacjentem, bo dwa poronienia to standard. Kurator pracuje trochę jak psycholog zajmując się kobietami po wielokrotnym poronieniu. Chcemy, mówimy o tym i dostajemy namiar. Jakiś czas później spotykamy się z kuratorem. Przyjmuje nas kobieta po pięćdziesiątce, włosy bląd do ramion, szczupła, w białym fartuchu, na lewej ręce luźno zapięty zegarek. Jej praca głównie polega na wysłuchiwaniu żali kobiet.  Z jej wyglądem wszystko byłoby ok. ale jest jeden szczegół – usta. Czerwone. Nie, żebym miał coś przeciwko, ale tak bardzo czerwone i tak nie pasujące do rozmów o poronieniach…

Opowiadamy jej naszą historię stopniowo. Nie jest nam lekko to wszystko opowiedzieć. Za każdym razem, kiedy w opowieści dochodzi do momentu zamiany ciał, wszyscy się dziwią, dziwnie patrzą na nas, jakby to była nasza wina… Mówimy jej o potraktowaniu w szpitalu, mówimy o śmierci synka… Kobieta przyjmuje wszystko z właściwą dla siebie obojętnością, jakby z rutyną spoglądając co jakiś czas na swój luźno zapięty zegarek… czujemy się potraktowani rutynowo, ale nie dla niej tu jesteśmy. To ona jest tu dla nas, więc mówimy jej wszystko z odrobiną ciekawości jak zareaguje, czy będzie taka zimna do końca. Mówimy jej potem o zamianie zwłok. W pierwszej chwili wygląda jakby to też było dla niej normalne, ale po sekundzie kobieta wyraźnie się ożywia i mówi „nie rozumiem…”Powtarzamy jej tak wyraźnie jak tylko można, ale widzimy jednocześnie, że zdębiała. „Ja rozumiem, ale jak to zamienili ciała?”… Typowymi jej pacjentami są kobiety po poronieniach. Kobiety którym dzieci zmarły zaraz po porodzie nie są jej częstymi gośćmi, ale ktoś po dwóch poronieniach, jednym śmiertelnym przypadku sepsy i zamianie ciał potem i z jednym dzieckiem, które sepsę przeżyło, ale z amputacją i później wykrytym autyzmem to dla niej coś niezwykłego, coś czego w ogóle się nie spodziewała… Rozmawiamy z nią o tym, że bardzo chcemy mieć jeszcze jedno dziecko, że wcześniej staraliśmy się o adopcję i że teraz, po tych poronieniach sami nie wiemy jaką drogę wybrać. Kobieta z czerwonymi ustami przyznaje, że przydałoby się skontaktować nas z lekarzem, specjalistą już teraz i nie czekać na trzecie poronienie.

Spadające bociany…

Jesteśmy całkowicie skoncentrowani na adopcji. To jest nasz cel, do którego teraz dążymy, tylko tym jesteśmy pochłonięci. Jeszcze przed kursem rozmawiamy o naszym pragnieniu dziecka i wiemy, wręcz po raz pierwszy to czujemy do głębi, że swojego własnego maleństwa już nie będziemy mieć, ale pokochamy dziecko, które gdzieś już na świecie jest i może ono pokocha nas.

Nawet nie zdążyliśmy odpowiedzieć na maile nowo poznanych przyjaciół – rodziców adopcyjnych ze wspólnego kursu, kiedy życie wywraca nam wszystko do góry nogami. Żona czuje się dziwnie, ostatkiem przytomności robi test ciążowy. Test potwierdza – jesteśmy w ciąży. Nie wierzymy w to jednak, test już kiedyś nas oszukał, pokazał ciążę, tyle, że to nie potwierdziło się przy badaniu ginekologicznym. Teraz umawiamy się telefonicznie do ginekologa, żona wręcz wymusza pierwszeństwo, ale lekarz nie ma nam tego za złe. To nasz lekarz. Ginekolog ze wzburzoną fryzurą, u którego wcześniej próbowaliśmy dosłownie wszystkiego, żeby w ciążę zajść mówi po badaniu, że to rzeczywiście ciąża, ale dzidziuś ma dopiero trzy milimetry i jeszcze niewiele można powiedzieć.
W szóstym tygodniu jedziemy jeszcze raz. Wizyta jest nieplanowana i nagła, ponieważ żona ma upławy podbarwione krwią. Przyjmuje nas niska kobieta z pięknymi, długimi czarnymi włosami spiętymi w koński ogon. Robi badanie, ale jej twarz pozostaje poważna. W końcu mówi, że nie widzi żeby serce dziecka biło. „No, ale przecież dziecko jest jeszcze za małe” – protestuję z nadzieją. „Mała Czarna” nie odbiera nam nadziei, mówi jednak, że badanie trzeba będzie powtórzyć, ale ona z doświadczenia wie, że takie przypadki kończą się poronieniem. Ma rację…
Dwa tygodnie później w środku mroźnej, zimy żonę chwytają bóle. To ósmy tydzień ciąży. Chwila i jest po wszystkim. Jeden krzyk i z brzucha wychodzi nasza nadzieja. Psychiczny ból pozostaje dłużej niż fizyczny… Zbieram czerwoną masę, która jeszcze niedawno była żywym ludzkim organizmem, naszą nadzieją, naszą radością, naszym dzieckiem… Zbieram i pakuję do małego pudełka. Jeszcze tego samego dnia wsiadamy w samochód, jedziemy do pobliskiego lasu. Starannie wybieramy młode drzewko. Wędkarskie wiertło do lodu okazuje się dobrym narzędziem do przebicia się przez półmetrową warstwę śniegu i wykopania wystarczająco głębokiego, ale za razem wąskiego dołka, w którym chowamy nasze zawiniątko. Pachnącą grzybami, wyrzuconą przez wiertło ziemią wypełniam otwór i ubijam wiertłem. Później przysypujemy wszystko śniegiem, żeby zatrzeć ślady przed zwierzętami.
Jeszcze tego samego roku udaje nam się zajść w kolejną ciążę. Tym razem na badaniu USG okazuje się, że serce bije. Widzimy to na własne oczy. Teraz na prawdę można powiedzieć, że jesteśmy przy nadziei. Teraz wiemy jak to powinno wyglądać i dlaczego „Mała Czarna” nie dawała nam wtedy nadziei. Niestety na następnym badaniu USG w dziesiątym tygodniu ciąży nie widzimy już na monitorze pulsującego, czarnego punktu jak poprzednio. Serce przestało bić…
Wracamy samochodem i płaczemy. Żona płacze zwykłym płaczem, ja… ja tak nie potrafię. Mi łzy napływają do pewnego stopnia a później ustają, ale nastrój się utrzymuje. Tym razem jest gorzej niż poprzednio. Tym razem to dziesiąty tydzień, czyli jedna czwarta całego okresu ciąży. Po kilku godzinach rozdzierającego bólu w środku nocy wypada nasze maleństwo. Tym razem jest bardzo dużo krwi. Nie widać dokładnie. Zakładam gumową rękawiczkę i szukam. Jest. Wyciągam. Oglądamy pod światło. Nie mamy wątpliwości, bo widzimy maleńką postać w pozycji embrionalnej – główkę, tułów, rączki i nóżki. Żona dziękuje mi, że wyłowiłem. Ale przecież to też moje dziecko. To nasze dziecko. Ono też zasługuje na pogrzeb… Słyszałem o dziewczynie, która kiedyś poroniła w polskim szpitalu. Dostała od położnej słoik, do którego miała pozbierać wszystko, co z niej wyszło. Położna wzięła słoik, obejrzała po czym bez pytania wszystko wylała do toalety i spuściła wodę… żadnych uczuć…
Brzózka. Jesteśmy tu znowu. Znowu z wiertłem. Ten sam rok, takie samo zdarzenie. Do naszego poprzedniego maleństwa dołącza nasza upragniona „Byczka”, która miała przyjść na świat w maju, kiedy świat jest taki piękny, ale dla nas już nie będzie, nie tego maja…

Szprycha

Zdarzenie równoległe.
W tej samej kamienicy, gdzie mamy mieszkanie, w tym samym pionie mieszka nasza sąsiadka. Kobieta głośna. Ma już dzieci, o które nie dba. One też są głośne. Hałas generowany przez dzieci przeszkadza i nam i sąsiadom, którzy mieszkają obok niej samej, bo ich mieszkania to tylko różne pokoje tego samego mieszkania, kuchnie mają też osobne, ale korytarz i łazienkę wszyscy mają wspólną. Zaraz po wojnie ludzie tak się osiedlali i ci, co nie mieli dobrych warunków – dobrze płatnej pracy, znajomości i kto wie czego jeszcze, nie mieli praktycznie szans na lepsze mieszkanie. Mieszkali więc wspólnie całymi gromadami. Niektórzy z nich popadali w taki marazm, że już nic w życiu innego im się nie chciało. Inni szukali pocieszenia w kieliszku. Tak też mieszkała nasza sąsiadka.
Pewnego razu, kiedy my jeszcze czekaliśmy na dziecko spotkała nas inna sąsiadka, która mieszkała obok tamtej. Nigdy wcześniej nie słyszałem z jej ust żadnej plotki, ale tym razem nie wytrzymała. Sama była w szoku, w tak wielkim szoku, że po prostu wystrzelił jej wentyl bezpieczeństwa: „Wiedzą państwo co? Idę na dniach do łazienki a tam zamknięte, ale nikt się nie odzywa nawet na moje pukanie. Pukam drugi raz i słyszę jakieś jęki. Ale jakieś dziwne te jęki. Pytam, co tam się dzieje, ale nikt nie odpowiada, tylko jęczy, no to poszłam do kuchni po nóż, żeby podnieść haczyk przez szczelinę między drzwiami a futryną. Udało się jakoś i otworzyłam… Patrzę a tam nasza sąsiadka siedzi na podłodze oparta plecami o ścianę, nogi rozkraczone i ze szprychą między nimi a na podłodze kałuża krwi. Chciała usunąć dziecko… szprychą! Wezwałam pogotowie. Przyjechali i ją zabrali. Co za ludzie!.”
Kobieta nakłuwała swoje wnętrze w nadziei, że zrani dziecko i ono umrze. Ani razu nie trafiła jednak w dziecko, nie odeszły też wody, ani razu nie trafiła też w szyjkę macicy. Na szczęście… Fachowcy z pogotowia zrobili dobrą robotę. Z drugiej strony kobieta ma silny organizm. Z trzeciej czujna sąsiadka pomogła hałaśliwej babie na czas wzywając pomoc, być może w ten sposób uratowała i sąsiadkę i dziecko.
Dziecko się urodziło. Chłopiec. Z biegiem lat wyrasta na chuligana, jak wszystkie inne jej dzieci. Czysta patologia.
Zaraz po jej i naszym porodzie spotykamy hałaśliwą sąsiadkę, która się do nas skarży: „Patrz pani, co to za niesprawiedliwość na tym świecie. Ja nie chciałam a urodziłam i żyje a Wy chcieliście a Wasze umarło”.