Déjà vu – podobny łańcuch zdarzeń

Ten sam dzień, zaraz po cesarce. Swoisty dzień świstaka. Ale nie w filmie. Na żywo. W rzeczywistości. I nie ja sam go przeżywam a wszyscy obecni. Lekarze wiedzą co się może stać i są tym razem przygotowani. Stąd decyzja szefa kliniki o cesarce – domyślał się, albo wiedział, że niektóre dzieci łapią jakieś (albo nawet już wiedział jakie) bakterie i przez cesarkę chciał uniknąć zakażenia. Nie udało się, ale… Wszystko, co można było naprawić, czy usprawnić zostaje teraz naprawione, zrobione inaczej, lepiej. Jak na tamte czasy… W ten sposób zrehabilitował się.
A wyglądało to tak:
Synek zaczyna marudzić i gorączkować. Pediatra od razu wzywa pomoc. Karetka przyjeżdża niezwłocznie. Tak jak poprzednio ekipa szybko zabiera dziecko i dokumenty, ja zabieram się z nimi, zjeżdżamy w napięciu windą, wchodzimy do ambulansu, tym razem to mercedes. Kierowca siedzi za kierownicą, nie ma wątpliwości czy mogę jechać – „oczywiście, niech pan wsiada i jedziemy”- mówi lekarka. Pędzimy na sygnale do szpitala obok. Piekielną drogę przeżywam inaczej – czuję tylko wibrację kół na kocich łbach. Po chwili wjeżdżamy do szpitala, zatrzymujemy się, otwierają się drzwi, szybko wyskakujemy z samochodu. Robię zdjęcie. Wiem teraz, że to głupie, ale wtedy myślałem, że to ostatnie zdjęcie mojego dziecka. Nie chciałem znowu nie mieć żadnej pamiątki, żadnego zdjęcia. Danielka pamiętam najbardziej po śmierci, takiego już zmienionego. Tym razem chcę mieć pamiątkę po żyjącym dziecku.
Na OIOM-ie jestem normalnie przyjęty jak rodzic, w pierwszej chwili lekarze nie chcą, żebym przeszkadzał – oczywiście, ja też nie chcę – jakaś pielęgniarka wskazuje mi pokoik, gdzie mogę zaczekać. Czekam tam. Teraz jest inaczej, czuję to. Chociaż żona pozszywana leży kilkaset metrów stąd w prywatnej klinice a mój synek tu – na OIOM-ie, oprócz napięcia czuję też nadzieję. Może tym razem się uda, przecież każdy szczegół tego koszmarnego dnia wygląda trochę inaczej niż dwa lata temu. Jednocześnie myślę, że to chyba jakieś przekleństwo na nas ciąży. Dlaczego to się powtarza? Wraz z żoną wierzyliśmy w jakąś sprawiedliwość losu. Żona przez cały okres ciąży była pewna, że skoro raz się nie udało, bo leniwy lekarz zlekceważył fakt przenoszonej ciąży, co skończyło się łańcuchem koszmarnych zdarzeń, to następnym razem wszystko będzie w porządku. Dlaczego, więc tak się dzieje kolejny raz? Dlaczego?…
Synek nie umiera. Lekarze cały czas walczą o jego życie. Teraz idzie im lepiej. Idzie znacznie lepiej, bo nie mają utrudnienia, jakim wtedy było zwlekanie z wezwaniem pomocy do ostatniej chwili przez wąsatego lenia. Po dłuższym czasie do pokoiku, gdzie siedzę przychodzi lekarka i mówi, że nie ma sensu, żebym tu siedział, żebym szedł do żony, że jest nadzieja, że uda się synkowi wyjść z tego cało, żebym dzwonił kiedy chcę, żeby się dowiedzieć o stan synka. Dziękuję lekarce, biorę numer telefonu, wychodzę.
Wychodzę z budynku szpitala. Czuję się oszołomiony przez to miejsce. Wszystko, co poprzednie przypomina mi się po kolei: śmierć, prosektorium, tamto dziecko, moje dziecko…
Wracam do żony, do kliniki. Żona już pozbierana czeka na mnie w pokoiku razem z jakąś inną mamą i dzieckiem, które akurat bada pediatra. Czuję się nieswojo. Nie możemy jeszcze wyjść, bo na coś czekamy – nie pamiętam na co. Co za widok – myślę – matka z dzieckiem. My też tak powinniśmy teraz wyglądać, my też powinniśmy cieszyć się obecnością dziecka a dziecko nami. Lekarz sprawdza wszystko, co da się zauważyć i mówi na głos, łaskocze stópki dziecka i mówi: „Oj, coś nie tak z mózgiem…” Zauważam, że kobieta siedząca na łóżku gwałtownie prostuje się podnosząc rękę do ust. Jej wystraszone oczy patrzą już tylko na dziecko. Lekarz łaskocze jeszcze raz, dziecko tym razem odruchowo zabiera nóżki „a nie, pomyliłem się, wszystko w porządku” – mówi lekarz sam do siebie w ogóle nie zauważając reakcji jego mamy. Lekarz wychodzi, kobieta przytula swoje dziecko. Potem odwiedza ją mąż. Widzi nasz niepokój i zamieszanie w klinice. Dzwoni po kogoś, żeby przyjechał po nich samochodem, bo „tu jest problem” – mówi do telefonu stojąc do nas bokiem, patrząc jednocześnie na nas, ale nie w oczy, gdzieś niżej… Tak, czuję to – ten problem to my.

Nie pamiętam jak wracamy do domu. Myślimy cały czas o naszym synku. Boimy się o niego, ale mamy nadzieję…

Cesarka

Mija niecały rok, kiedy dowiadujemy się o drugiej ciąży. Początkowo jest zagrożona poronieniem i żona musi leżeć plackiem przez trzy miesiące. Dostaje hormony. Lekarz stwierdził, że dziewięć miesięcy przerwy między ciążami to widocznie za krótki okres dla jej organizmu i dlatego wystąpiły powikłania hormonalne. Dalszy okres ciąży przebiega spokojnie. Wszystkie badania mówią, że z dzieckiem jest ok. Rozwija się normalnie, jest żwawe, ssie palec w trakcie USG. Dość szybko się dowiadujemy, że to dziewczynka, więc nadajemy jej imię. Cieszymy się z tego, bo podobno dziewczynki są silniejsze. Jak poprzednio rozmawiamy z brzuchem, śpiewamy, bawimy się. Na badania kontrolne chodzimy do „magika”, ale nie tylko. Pod koniec ciąży zaglądamy do niego, żeby wszystko ustalić, zaplanować, dopiąć na ostatni guzik. Od dawna już przekonał nas, że najlepiej będzie na tydzień przed terminem zrobić cesarkę i uniknąć w ten sposób – jak myśleliśmy do tej pory – infekcji. Byliśmy przekonani, że przyczyną śmierci Danielka było przenoszenie ciąży. Byliśmy wtedy tacy młodzi, ja wyglądałem na jeszcze młodszego niż byłem w rzeczywistości. Byłem szczupły i miałem łagodny wyraz twarzy. To dlatego lekarze nie traktowali mnie poważnie. Może gdybym miał wygląd jakiegoś zbira, ogoliłbym głowę i wytatuował w widocznym miejscu czachę z napisem „śmierć nieudolnym lekarzom” to może by się trochę wystraszyli i lepiej potraktowali moją żonę? Zajęliby się nią tak jak człowiekiem a nie problemem, który można odsunąć, bo się jest zmęczonym, bo za dużo się ma roboty na porodówce, albo „żona się z terminem pomyliła” jak to zapytał jej lekarz prowadzący na oddziale patologii ciąży, który dziś jest tam ordynatorem? Może wtedy nie zaszufladkowaliby nas w taki sposób? Może trafilibyśmy do wyższej szuflady zamiast do śmietnika?
Powoli zbliża się termin ustalonej cesarki. Ma być wykonana pewnego dnia marca 1996, niecałe dwa lata po Danielku.

Robimy jeszcze ostatnie badanie USG.
- A ja wam mówiłem jaka płeć będzie? – pyta „magik”
- Wiemy, wiemy. Dziewczynka, już od dawna mamy dla niej imię i tak mówimy do brzucha
- Ja Wam mówiłem, że dziewczynka?
- No tak! Nawet na zdjęciu rysował pan „bułeczkę”.
- JA WAM MÓWIŁEM, ŻE DZIEWCZYNKA???
Śmiejemy się z „magika”, ale to nie szkodzi, chłopak też może być, wszystko jedno, żeby tylko był. Wad nie ma, co się okazało po cesarce. Ale żeby nie wyprzedzać…
Jest 11 marca 1996. O wyznaczonej godzinie zjawiamy się we wcześniej wspomnianej klinice. Przygotowujemy się psychicznie i fizycznie. Wtedy „magik” oznajmia nam, że cesarkę przeprowadzi „wąsaty”. Szlag mnie trafia, przecież on… przecież… Widząc moją reakcję „magik” przekonuje mnie i żonę, że to świetny fachowiec i nikt lepiej by tego nie zrobił. Na co ja, że może z niego i fachowiec, ale człowieka w nim brak. Na co „magik”, że człowieka nie potrzebujemy tylko jego umiejętności. Mówi też to, co poprzednio, kiedy u nas był, że nie wiadomo dlaczego tak się stało. Rzeczywiście wiemy tylko to, co powiedzieli nam lekarze, bo z wynikami sekcji na papierze daliśmy sobie spokój, zbyt dużo emocji. Teraz trzeba się przygotować na przyszłość a przeszłość zostawić. Zgadzamy się, bo nie widzimy innego wyjścia. Zgadzamy się, bo już nie chcemy mieszać bardziej. Poprzednio zmieniliśmy plan a potem tego żałowaliśmy.

Żona bierze prysznic, przechodzi do Sali. Wspomnienia poprzednich okropności kryją się gdzieś między ścianami, ale my staramy się skupić na tym co będzie za chwilę – od tego a nie od okropnych wspomnień zależy nasza przyszłość, nasze szczęście.
Jestem twardzielem, żaden widok mnie nie ruszy. Jestem na sto procent przygotowany na wszystko, co można zobaczyć w czasie operacji. Przynajmniej tak myślę…
Pojawia się anestezjolog z pielęgniarką, na kozetce sadzają żonę pochyloną do przodu jak to tylko było możliwe i wielkość brzucha pozwalała i przygotowują ją do znieczulenia. „Zrobię pani teraz zastrzyk” powiedział anestezjolog i delikatnie i precyzyjnie wbił cienką igłę żonie w kręgosłup. Nie było tak źle – zdążyłem pomyśleć, kiedy zobaczyłem drugą, wielką „końską” strzykawkę z grubą igłą. Spojrzałem na minę żony, która siedziała tyłem do tego, co przed chwilą zobaczyłem. Była dzielna, jak zawsze. To dobrze, bo ja na ten widok byłem kompletnie nieprzygotowany. Poczułem tylko jak mi miękną kolana i szybko wykombinowałem, że przytulę się w kucki do jej brzucha, że niby ją pocieszam. Pomyślałem, że jak zemdleję to mnie wyproszą z sali i będzie po ptakach. Kucam, udaję, że się przytulam do jej kolan. Nie wiem, czy tamci to kupują, ale nic nie mówią, chyba są niesamowicie skupieni na swoim odpowiedzialnym zadaniu. Setka myśli przelatuje przez moją głowę – co będzie jeśli nie trafi tą wielką igłą tam, gdzie ma trafić? Chwila w kuckach pomogła. Lekarz w międzyczasie każe żonie położyć się na boku i robi zastrzyk. Precyzyjnie. Tak, jak należy. Potem kładą żonę na stole operacyjnym, niewielkim zielonym parawanikiem odgradzają brzuch od piersi, żeby żona nie widziała co się kroi. Ja mogłem patrzeć, mówić żonie co robią, robić zdjęcia. To dobrze, będzie pamiątkowy album.
Zespół lekarzy się przygotowuje, pytają jak żona się czuje, czy czuje kiedy jeden z lekarzy myje specjalnymi płynami brzuch. Żona czuje. Potem inny płyn, znajomy zapach rozległ się w powietrzu. „Magik” szybko i z zadowoleniem wyjaśnia, że to benzyna i że tak się robi. „Naprawdę, nie tylko u nas, wszędzie…”. Potem jeszcze czymś i jeszcze czymś… Kiedy wszystko już jest tak czyste, że już bardziej nie może, „wąsaty” chirurg bierze skalpel i tnie. Żona czuje cięcie, ale ją to nie boli. Z każdą chwilą, czy z każdym cięciem czuje się coraz bardziej paskudnie. Dreszcze. Lekarz tnie, inni w tym „magik” pomagają mu we wszystkim, co potrzebne, odsysają krew i inne płyny z organizmu. W końcu specjalnymi łyżkami rozchylają ciało, powstaje otwór, przez który opanowanym, wprawnym ruchem wyciągają moje dziecko, wtedy żona czuje się najgorzej i dostaje drgawek. Kładą dziecko na pleckach. Pępowina jeszcze łączy je z mamą. „Magik” miał rację, co prawda za drugim razem, ale miał – to syn. Tym razem nie chcę ciąć pępowiny, przeciąłem wtedy – wzdrygnąłem się na myśl. Nawet nie zauważyłem kiedy pępowina została przecięta. Na chwilę kładą dziecko żonie na piersi. Potem jednak zabierają, bada je pediatra (o dziwo można było zorganizować jego obecność przy porodzie, czego poprzednio nie zrobił nieudaczny – wąsaty zastępca szefa). Chirurg zszywa żonę.

Ręka rękę myje

Rozmowa z lekarzami.

Rozmowa z lekarzem odpowiedzialnym.
Jeszcze raz 2 sierpnia 1994 przed południem, czyli po moim powrocie do prywatnej kliniki porodowej. Wraz z pozbieraną na prędce, gorączkującą i pozszywaną, ledwie chodzącą żoną spotykam lekarza odpowiedzialnego za prowadzenie kliniki – zastępcę samego właściciela. Pytamy go. Odpowiada bardzo skąpo i ostrożnie, gładząc się po wąsach i unikając naszego wzroku : „Jeszcze nie wiemy co się stało, musimy poczekać na wyniki sekcji. Przykro mi”. Wtedy na salę wchodzą też moi teściowie. Pierwszy wchodzi teść, jest nieswój, nigdy przedtem go takiego nie widziałem. Za nim teściowa. Po niej bardziej można odczytać uczucia. Jest zdenerwowana i zgaszona, prawie płacze. Teść omija mnie w ogóle na mnie nie patrząc, omija też swoją córkę, idzie bezpośrednio do lekarza, jak twardą kulę rzuca mu prosto w twarz pytanie „JAK TO UMARŁ???!!!”. Cisza… pytanie odbija się echem od ścian. Lekarz gładzi się znowu po wąsach i zaczyna cicho mówić to samo, co przed chwilą do nas. Nie mówi nic więcej. Ta rozmowa nie ma sensu. Uświadamiam sobie, że coraz mocniej czuję obrzydzenie do tego człowieka. Teściowie wychodzą a my za nimi. Teść mnie o nic nie pyta, ja też nic nie mówię przez całą drogę przez miasto do domu – czuję się winny… czuję, że to nie kto inny tylko ja zawiodłem.

Rozmowa z właścicielem kliniki.
To było któregoś dnia, krótko po pogrzebie. Dzwonek do drzwi. Otwieram. Patrzę, że to on – „magik”. Wpuszczam go mimo niechęci. Może coś ciekawego powie… Przechodzimy przez długi korytarz, ściąga buty, wpuszczam go do pokoju, gdzie leży żona z powoli gojącą się raną. Z poważną miną mówi, że mu przykro, że dowiedział się jeszcze na urlopie… i zdanie, które mi w ogóle nie pasuje do szczerze wyglądającego wstępu: „Tak mi przykro, że to akurat na Was trafiło”. A gdyby trafiło na kogo innego to było by ci mniej przykro? Albo inaczej przykro? – myślę, ale nic na to nie odpowiadam. To zdanie do dziś budzi we mnie niesmak. Od tego momentu niewiele mówię sam, przysłuchuję się i przyglądam „magikowi”. Mówi elokwentnie, mając się na baczności. Mówię o jego zastępcy, o jego braku zdecydowania w potrzebie i że moim zdaniem to jego wina, że tak się stało, bo nie zadziałał na czas. On odpowiada, że tak na prawdę to nie wiadomo czy to jego wina, nie wiadomo co się przyczyniło do śmierci dziecka, bo z sekcji, z którą zapoznał się pobieżnie rozmawiając z lekarzem patologiem przez telefon niewiele wynika. Mówi, że przyczyną były jakieś bakterie, ale nie wiadomo skąd się wzięły, że mało prawdopodobne, żeby żona złapała je w klinice, bo to pierwszy i jedyny jak do tej pory taki przypadek. Gdyby to były bakterie z kliniki to tych przypadków było by więcej. Trzeba zaczekać na oficjalny wynik sekcji na piśmie. Przyjmuję to, nie mam wyjścia. Chociaż mi się jego gadka nie podoba, muszę się zgodzić z logiczną argumentacją. Mówi o tym, co dla nas teraz jest najlepsze, na czym było by dobrze się skupić. Że ciąganie tamtego po sądach niewiele nam da, bo bez konkretnych dowodów nie wygramy, zszargamy sobie tylko nerwy (w tym miejscu przypomina mi się powiedzenie mojego dziadka o takich lekarzach „ręka rękę myje” w komisji też lekarze, czyli jego kolesie od kieliszka). A czy wygramy, czy przegramy to i tak nie przywróci życia dziecku. Poza tym tamten lekarz „też to przeżył, dla niego to też strata” a poza tym dajmy spokój, bo tamten i tak niedługo na emeryturę przejdzie. Teraz będzie dobrze jak odpoczniemy fizycznie i psychicznie, żony piersi przestaną produkować mleko a macica dojdzie do siebie. Potem, żebyśmy przyszli na kontrolę. Najlepszym lekarstwem jest następne dziecko jak najszybciej, jak już organizm odpocznie…
Nie podoba mi się ten człowiek, ale po długich rozmowach dochodzimy z żoną do wniosku, że może mieć rację, przynajmniej częściowo. Z czasem mleko przestaje płynąć, ale tęsknota za dzieckiem zostaje.
Niedługo potem załatwiam urlop i wyjeżdżam z żoną, uciekamy z przekleństwa czterech ścian.
Na urlopie jest ładna pogoda. Chcę pokazać żonie jak najwięcej, chcę pokazać spadające gwiazdy. Każdego sierpnia w atmosferę ziemską wchodzi tysiące małych i większych kamyków z kosmosu tworząc piękny spektakl. Kładziemy się na łące i czekamy. Żadna wtedy nie spadła.