Odwiedzić piekło

Tęsknota, którą przeżywam czasami jest tak wielka, że chciałbym tam się znaleźć, odwiedzić te miejsca, tamtą dzielnicę, szpital… tamto miejsce, gdzie wtedy była ta prywatna klinika. Nawet prosektorium. To dziwne, bo zwykle po takich traumatycznych przeżyciach rodziców odrzuca na samą myśl o tych miejscach, a w niejednym komentarzu przeczytałem, że tacy rodzice szerokim łukiem ommijają szpital, w którym stracili dziecko. Trudno się z tym nie zgodzić. Ja też mam podobne odczucie, ale z drugiej strony ta tęsknota. W takim przypadku mówi się o „mieszanych uczuciach”, ale moje odczucia są jak olej i woda w jednym naczyniu. Niby razem, niby stykają się ze sobą, ale nie mogą się dokładnie wymieszać, nigdy nie powstaje z tego jednolita ciecz. Dla innych to może być zupełnie nie do zrozumienia.
Jesienią, kiedy moja głowa i serce były bardzo intensywnie zaprzątnięte tamtymi myślami, tak bardzo chciałem odwiedzić tamte okolice, że zrobiłem to wirtualnie. Wszedłem na Google Maps i zobaczyłem… odwiedziłem to, co można było obejrzeć, czyli ulice otaczające szpital i miejsce, gdzie była klinika. Trochę się zmieniło. Na osiedlu, gdzie była klinika, otoczenie stało się jakieś takie wypełnione. Chyba przez zieleń. Wtedy tam było tak jakoś pusto, trochę księżycowy krajobraz, teraz jest pełno półdorosłych drzew, ładne krzewy, place zabaw dla dzieci. Budynek, tak jak i całe tamto osiedle, nabrał innych kolorów. Nie jest już cementowo szary, ma nową izolację termiczną i kolorową elewację, ale ja widząc te zdjęcia ciągle czuję zapach cementu. Chociaż po klinice nie ma ani śladu, ja ciągle widzę tam nieruchomy ambulans z jego niespiesznym, beztroskim kierowcą…
Kociołbista droga między kliniką a szpitalem została poszerzona i wyasfaltowana chyba niedługo po naszych przeżyciach, bo już połatana. Stara asfaltowa droga wokół szpitala ma te same łaty od tylu lat. Co widzę patrząc na szpital z góry? Jego gęsto połatany dach z papy. Widząc to wszystko mam w głowie dziwny kłębek myśli. Czy w tym miejscu coś się zmieniło na lepsze? Możliwe, bo przecież od tamtej pory minęło dziewiętnaście lat, czyli całe pokolenie. Być może niejedna młoda osoba była odbierana właśnie w tym szpitalu przez starszy personel, który teraz wprowadza młodszy w tajniki zawodu. Jedni odeszli na emerytury, inni, młodzi przyszli do pracy. Przyszli z nowym nastawieniem, że będą pomagać dzieciom przychodzić na świat. Chyba każda młoda położna przychodzi do pracy z radością i nową energią. Podobnie chyba każda młoda pielęgniarka, czy lekarz. Nigdy nie zapomnę jednego z komentarzy, jaki napisała pewna młoda położna po przeczytaniu mojego bloga. Z tego komentarza przebijała głęboka pokora. Któregoś dnia poświęcę trochę czasu, odnajdę ten komentarz i go tutaj wstawię, teraz nie mogę z braku czasu. Położna, która go napisała, przepraszała mnie za cały personel, który tak nas wtedy zawiódł, chociaż sama nie miała z tym wszystkim nic wspólnego. Z drugiej strony tak wiele się słyszy o lekceważeniu pacjentów i chamskich odzywkach, a nawet o krzykach. Podobno na medycynie wykładana jest też etyka. Skąd więc to chamstwo? Czyżby nauka poszła w las? Czy ignorowanie pacjentów przechodzi „z pokolenia na pokolenie”? Młody personel dziedziczy to podczas pracy ze starszym? Jak nowe łaty w starym dachu.
Dwa razy odbyłem taką „podróż” do tych miejsc przez Google Maps. Za każdym razem przypłaciłem to bólem brzucha. Z prawdziwym odwiedzeniem tych miejsc byłoby podobnie. Z jednej strony chciałbym tam się znaleźć, ale z drugiej wiem, że mogłoby to doprowadzić do skrajnych emocji. Rację mają ci, co omijają swoje piekło.

Wczoraj a dziś – kolosalna różnica

Jestem z córeczką w pokoiku, gdzie zaczęła się „przygoda” z naszym ostatnim porodem. Młoda położna zostawiła nas tutaj, znikając do innych zajęć. Ja rozebrany do połowy przytulam swoją córeczkę mającą na sobie tylko pampersa i gumową pępelkę na kikucie pępka. Chodzimy tak po malutkim pokoju z ręcznikiem, jako przykryciem dla dziecka, które krzyczy i krzyczy, przerywając ten krzyk na moment ze zmęczenia, ale podnąsząc go za chwilę z powrotem.
Pojawia się Starsza Położna (ta, która przyjęła nas na oddział. To prawdopodobnie też ona miała kłopoty z otworzeniem nam drzwi wejściowych do budynku przed szóstą, kiedy w mroźnym wietrze czekaliśmy dzwoniąc trzy razy na domofon). Starsza Położna pyta jak się czujemy, obserwuje nas i zagląda, czy zjadłem kanapki z serem, które zrobiła mi jeszcze przed operacją (ten szczegół pominąłem w poprzednim opisie). Zjadłem tylko jedną, ucząc się ponownie działać jedną ręką trzymając dziecko. Druga czekała na talerzyku na lepszy moment. Chwilę jeszcze rozmawiamy, a potem znika.
Po jakimś kwadransie pojawia się Młoda położna i mówi, że mamy się przygotować do przejścia na oddział pooperacyjny, gdzie czeka moja pozszywana żona. Patrzy, że nie sprzątnąłem jeszcze z talerza i mówi, że mogę teraz zjeść, a ona w tym czasie weźmie dziecko i za parę minut przyjdzie. Nie zgadzam się. Chcę być cały czas przy córeczce i myślę, że córeczka też tego chce. Mówię do Młodej, żeby zaczekała, że za sekundę będę gotowy i pójdziemy wszyscy. Ona mówi, że za sekundę będą z powrotem…
Do Młodej Położnej wrócę na koniec wpisu.

W tym samym czasie na sali operacyjnej chirurg zszywa moją żonę. Nie wiemy ile czasu nad tym się trudzi. Ja z dzieckiem gdzie indziej, a żona odczuwa to jak wieczność. Nie wiemy dokładnie jak wygląda zszywanie, ale domyślamy się, że szwów jest kilkadziesiąt, a warstwa, czyli naskórek, złapana jest specjalnym plastrem, który mamy ściągnąć sami po siedmiu dniach.
Jeszcze przed pierwszym nacięciem, odpowiedzialna za całą operację doktor Sumienna zawołała mnie, żeby mi pokazać, że specjalna, przeźroczysta folia z kołnierzem przyklejona na brzuch, w jakiś sposób zdeformowała nakreśloną przez nią pisakiem na skórze żony linię cięcia i że teraz ta linia zrobiła się lekko falista. Z żalem w głosie mówi mi, że nie chciała. Zupełnie mnie tym zaskoczyła. Przecież nie w tym rzecz, żeby blizna była piękna, czy całkowicie niewidoczna. Rzecz w tym, żeby przez tę dziurę wyszło cało i zdrowo nasze dziecko. Nie będę miał żadnych pretensji, co do estetyki. To jakbym miał się gniewać, że ktoś obierając dla mnie pomarańczę krzywo naciął skórkę.
Poza tym to dla nas nie pierwsza cesarka. Pierwsza była do tego stopnia ukierunkowana na estetykę, że o dziecku się prawie nie mówiło. Ambicją Magika było rozreklamowanie się wśród kobiet wszelkimi możliwymi drogami, między innymi przez polecenie. Z własnego doświadczenia wiem, że to najlepsza forma reklamy. No bo jak pacjentka pochwali się przed koleżankami swoim pięknym, panieńskim wręcz brzuchem, to czy inne nie będą chciały skorzystać z rodzenia „łatwego, nieszkodliwego i przyjemnego”, a przy tym nie mającego wpływu na piękno brzucha? I rzeczywiście dr Anioł musiała szukać blizny po pierwszym cięciu, ale od razu powiedziała, że tutaj nie wykonuje się tak ryzykownych cięć, bo cięcie tak nisko może skończyć się przecięciem pęcherza moczowego i katastrofa gotowa.
My z tego wyrośliśmy. Dla nas piękno blizny nie ma znaczenia…

…Sala oddziału pooperacyjnego ma kształt litery T. Trzy skrzydła a w centralnej części duża oszklona dyżurka. Tutaj wszystko jest zorganizowane, to widać. Tutaj aż pachnie organizacją. Wchodzimy. Moja żona leży zaraz przy wejściu na salę. Kładę malutką krzykaczkę do piersi rozradowanej na nasz widok, chociaż zamroczonej jeszcze żony i malutka od razu zaczyna ssać. Zapada cisza. Żona jest nadal podłączona cewnikiem do worka i niemałą ilością kabli do sprzętu monitorującego jej stan i samopoczucie. Co jakiś czas monitor nad głową żony daje znać o czymś, o czym nie bardzo mam pojęcie, bo tętno i ciśnienie krwi było w porządku, ale zmieniały się nieznacznie inne parametry, co powodowało włączanie się sygnału o miłym dla ucha tonie. Przy innych łóżkach było tak samo, więc sygnały czasami nakładały się tworząc ciekawe, inspirujące efekty muzyczne. Co kilka minut podchodził ktoś z licznego tam personelu i sprawdzał, czy nie trzeba zmienić woreczka, czy wszystkie dane o stanie pacjenta są w porządku, czy wszystko jest ok.
Było ok. żona leżała na łóżku, które ciągle regulowała sobie pilotem, przy piersi trzymała córeczkę, którą regularnie przekładałem od jednej piersi do drugiej, podawałem żonie picie i poprawiałem zwinięty koc pod łokciem żony, żeby wygodnie trzymała dziecko. W taki sposób przeczekaliśmy trzy godziny, zanim zostaliśmy przeniesieni na oddział BB, czyli połogowy, chyba tak to się po polsku nazywa.

Przez pierwszą dobę córeczka przestawała krzyczeć tylko wtedy, gdy mleczko leciało z piersi. W przerwach – krzyk, jak źle złapała brodawkę – krzyk, kiedy poczuła łaknienie – krzyk…
Zupełnym zaskoczeniem była dla nas druga doba, kiedy wystarczyło jej krótkie „A…”, żeby dostać mleczka. Przestała już krzyczeć i zajęła się robotą. Co za ulga! Myśleliśmy, że będzie już zawsze tak krzyczała. Pewnie bym się przyzwyczaił, ale czy nie lepiej, kiedy dziecko nie krzyczy przez cały czas?
Cała ta sytuacja a przede wszystkim dochodzenie do siebie żony i moja pomoc przy poprawianiu zwiniętych kocy pod łokciami oraz poduszek sprawiła, że następnego dnia po nieprzespanej nocy byliśmy wykończeni. Śmieszna rzecz – zasuwałem jak robot przy pomaganiu, zrywałem się na równe nogi zaraz, jak tylko zawołała mnie żona, albo kiedy usłyszałem płacz córki, żeby nie czekały. Spałem tak czujnie, jak tylko można było. Druga doba już była dla mnie bardziej „ulgowa”. Pozwalałem sobie na więcej wypoczynku.
Niedawno, kiedy się o tym zgadaliśmy, usłyszałem z ust żony jak mało jej pomagałem pierwszej nocy :O że już w drugiej dobie było lepiej czyli dokładnie odwrotnie, niż było w rzeczywistości. Musiała być strasznie zmęczona, że takie wrażenie odniosła.

Oddział BB zrobił na nas bardzo miłe wrażenie. Standardem jest, że ojciec dziecka jest przy porodzie i mocno utrwalonym zwyczajem, że przez kilka dni przebywa razem z rodziną w pokoiku tego oddziału. Pokoik wyposażony jest we własną łazienkę dostosowaną dla osób niepełnosprawnych, małą, przemyślanie skonstruowaną lodówkę na kółkach z rozkładanym blatem stolika typu – „śniadanie do łóżka”, telewizor z odtwarzaczem DVD, szafę i rozkładane ze ściany łóżko dla ojca (w przypadku rodziny typowej). Oczywiście przycisk umożliwiający wezwanie położnej (piszę „oczywiście” zakładając, że to standard w każdej już placówce służby zdrowia w Unii Europejskiej – jeśli się mylę, to mnie poprawcie, a mogę się mylić, bo moja wiedza o polskich szpitalach jest dość archaiczna ;) ).
Dla rodzącej pobyt w tym miejscu jest nieodpłatny. Osoba towarzysząca musi zapłacić, ale koszt jest bardzo mały (za dobę 150 koron, czyli mniej, więcej godzinka standardowej pracy).
Personel bardzo miły i fachowy, zwłaszcza ten pracujący na dzienną zmianę. Z nocną zmianą było trochę słabiej, ale to chyba reguła wszędzie.
Zdarzyło się Wam patrzeć z rozdartym sercem na Wasze krzyczące dziecko podczas nieumiejętnego pobierania krwi do badań? Tu też się to zdarza. Wbicie igły w rączkę, albo główkę dziecka, a potem „szukanie” żyłki powoduje, że irytacja rodzica rośnie jak temperatura w czajniku. Po dwóch takich przypadkach nauczyliśmy się gwizdać jeszcze na długo przed osiągnięciem wrzątku. Na szczęście znaczna większość pobiera krew w miarę sprawnie, a bardzo miło jest wspomnieć niejedną „rękę” tak fachową, że jak na zawołanie przychodzą do niej najbardziej buntownicze żyły. Wielki szacun!

Efekt halo – piękne zjawisko rozszczepu promieni słonecznych w lodowych chmurach w drugiej dobie życia naszej Królowej śniegu pierwsza zauważyła żona. Tutaj to dość częste zjawisko, w Polsce widziałem to tylko raz podczas spaceru z Szachistą. Wyciągam aparat i robię krótkie ujęcie filmowe tego zjawiska. Po południu przychodzi przesympatyczna położna, jedna z dwóch, z którą mamy najlepszy kontakt, straszna gaduła. Żona pyta, czy widziała dzisiaj efekt halo. Położna pyta co to jest. Odtwarzam filmik na aparacie. Okazało się, że nigdy czegoś takiego nie widziała. Czasem trzeba się zatrzymać w biegu życia, spojrzeć w niebo na rzeczy ulotne ;), czasem pod stopy na rzeczy małe, a czasem na innego człowieka…

Na BB nie tylko dochodziliśmy do siebie po cesarce, ale też dowiadujemy się od położnych sporo ciekawych rzeczy np. o pielęgnacji rany, technikach karmienia i inne praktyczne rzeczy. Jesteśmy tam trzy dni, w ciągu których naszego noworodka odwiedzają babcie i brat. Rodzeństwo ma prawo wejść na oddział, ale do babć musimy wyjść na spotkanie w małej salce przed wejściem na oddział.

W trakcie pobytu na oddziale BB odwiedza nas dr Sumienna i ogląda zaklejony plastrem brzuch żony, pyta o samopoczucie, rozmawia z żoną. Powiedziała też, że decyzja o cesarce była najlepszą z możliwych, że siłami natury żona nie byłaby w stanie urodzić. Na koniec krótkiej rozmowy przeprasza jeszcze raz żonę za krzywiznę na brzuchu. Pani doktor! To nie szkodzi, że trochę krzywo. My tego nawet nie zauważymy. Najważniejsze jest nasze Szczęscie!

Lekarz od poronień. Spotykam go na kilka minut przed wypisaniem ze szpitala. Szedłem właśnie długim korytarzem z fotelikiem, kiedy go zobaczyłem idącego z jakimś innym lekarzem. Rozmawiali. Nie poznał mnie z daleka, ale zaintygował go mój szeroki uśmiech. Pokazałem mu fotelik. Niewiele mu powiedziałem, bo mi się głos łamał. Obaj wiedzieliśmy, że w niedalekiej przyszłości czeka nas wizyta u niego, wtedy porozmawiamy na spokojnie, pokażemy naszego brzdąca.

Wszystko byłoby jak z bajki, gdyby nie dwa szczegóły.
Młoda położna, kiedy powiedziała mi, że wróci z moim dzieckiem dosłownie za chwilę, postępuje wbrew mojemu sprzeciwowi. Wychodzi z moją córeczką z pokoju, gdzie właśnie się ubierałem, żeby z nią pójść. Wyskoczyłem za nią chwilę później i zobaczyłem, że po prostu chciała się pochwalić swoim koleżankom kolejnym „swoim” osiągnięciem. Zaniosła moje dziecko do dyżurki. Po co? Czy nie mogła pokazać przez wielkie, szerokie przeszklenie? Czy nie złamała procedur i reguł wchodząc z noworodkiem między dorosłe osoby? Nie naraziła jej na ryzyko złapania wirusa przeziębienia?
Drugi szczegół to brak informacji co do pokoiku, gdzie nas przyjęto przed operacją. Zostawiliśmy tam bagaże i inne rzeczy wiedząc od Anioła, że będziemy mieli swój pokoik. Nikt nie powiedział, że ten pokoik trzeba będzie opuścić w czasie, kiedy żona leżała na oddziale pooperacyjnym, a w zamian dostaniemy inny na zupełnie innym oddziale. Efekt był taki, że kiedy po dwóch godzinach siedzenia z żoną na pooperacyjnym, spragniony wróciłem na oddział, idąc do swojego pokoiku dowiedziałem się od Starszej Położnej, że moje rzeczy są „spakowane” i czekają na mnie pod stołem na dyżurce. Myślałem, że żartowała. Spytałem czy ma moją kanapkę. Powiedziała, że nie wiedziała, że wrócę i pozbyła się jej, ale może mi przygotować nową, jeśli chcę. Nie chodziło mi o kanapkę. Spytałem gdzie mam te rzeczy zostawić, bo nie mogę przecież wrócić do żony z tobołami. Tam nie ma na nie miejsca. Nic nie odpowiedziała. Poczułem się jak bezdomny. Objuczony torbami poszedłem na parking i schowałem w bagażniku. Ale co by było, gdybym nie miał samochodu?

To tylko dwa szczegóły, które nie zmieniają za bardzo mojej dobrej opinii o działalności szpitala, a w szczególności zespołu operacyjnego, który zrobił najpiękniejszą robotę w całej mojej historii.

Pępek

Dosłownie przed chwilą moja córeczka została wyjęta przez lekarkę z brzucha żony i położona na jej nogach. Do uszu wszystkich dobiegł piękny, czysty i na wskroś przejmujący krzyk. Krzyk, którego nigdy nie zapomnę. Krzyczała przy zaciskaniu i odcinaniu pępowiny, krzyczała kiedy młoda położna przenosiła ją na osobne stanowisko, krzyczała kiedy był zawiązywany jej pępek. I tu śmieszna rzecz – pada pytanie czy chcę przeciąć pępowinę a raczej skrócić „kikut pępka”, bo tylko to pozostało po rzeczywistym odcięciu pępowiny. Z początku nie odpowiadam, bo nie wiem co. Pytanie mnie zaskakuje, bo z jednej strony wyraźnie mam w pamięci noc drugiego sierpnia 1994, kiedy wiedziałem i byłem przygotowany na rzeczywiste przecięcie pępowiny łączącej jeszcze mojego synka Daniela z łożyskiem będącym jeszcze wewnątrz mojej żony. Pamiętam dokładnie, kiedy ją przecinałem, pamiętam, kiedy piliśmy „szampana” a raczej bezalkoholową wersję jego podróby, pamiętam co stało się później. Gdzieś pozostała we mnie trauma – swoiste skojarzenie przecięcia pępowiny i późniejszych wydarzeń. Za drugim razem, kiedy rodził się Szachista, nie przecinałem pępowiny, nie zostało mi to zaproponowane, nie zgodziłbym się, gdyby nawet taka propozycja padła. Teraz mam chwilę na refleksję, teraz zastanawiam się czy to nie będzie jednak lepiej, kiedy tę pępowinę przetnę, nie dla jakiegoś symbolu, że niby w ten sposób „nadaję komuś życie” – jak to mi przedstawił za pierwszym razem Magik, ale tak dla siebie, tak w ramach terapii, żeby do końca wyrzucić z siebie zmory z przeszłości. Teraz ta młoda położna skupia się na swojej robocie i po chwili ponawia pytanie czy chcę przeciąć pępek. Tak. Biorę nożyczki i przecinam, a raczej skracam to co pozostało. Wiem, że to nie jest to, wiem że tym razem to tylko substytut prawdziwego przecięcia, bo pępowina jest już odcięta. Czuję się trochę jak fryzjer, który po prostu skraca to, co jest za długie. Taki manewr dla naiwniaka. Ale jest mi z tym dobrze w pewien sposób. Mogę być naiwniakiem, byleby tylko wszystko dobrze poszło. Nie udało się Młodej założyć gumowej pętelki, chociaż próbowała kilka razy. Zwalnia szczypce i chwyta nimi około centymetra bliżej, bierze nożyczki i sama skraca jeszcze raz, po czym jeszcze raz męczy się z pętelką, którą tym razem udaje jej się założyć.
Po założeniu pętelki przez Młodą, zza moich pleców wyłania się starszy, wesoły lekarz-pediatra, coś do mnie zagaduje i przystępuje do rutynowego badania ciągle krzyczącego, mojego dziecka. Poleca pobrać wymaz z noska i uszka w celu wyszukania ewentualnego niebezpieczeństwa, którego przez tyle czasu się baliśmy.
Potem Młoda bierze dziecko i kładzie je na piersi żony. Córeczka zaciąga pierwszy łyk i uspokaja się na trochę. Po krótkim czasie Młoda bierze córeczkę i kładąc ją do czegoś, co przypominało bardziej przeźroczystą, wyścieloną pieluchami kuwetę na kółkach niż wózek, czy jeżdżące łóżeczko mówi, że czas przejść na inny oddział, gdzie ją zważy, zmierzy „wzrost” i obwód głowy. Wszystko idzie zgodnie z „przepowiednią Anioła”, czyli opowiadaniem lekarki, jak to się zwykle odbywa – opowiadała nam o tym podczas jednej z rozmów. Przez całą drogę i w pokoju, gdzie moja córeczka jest ważona i mierzona, nie przestaje krzyczeć, ale kiedy biorę ją na ręce i mówię do niej po polsku słowa, które wcześniej mówiłem do brzucha, i kiedy tak mówię i śpiewam, córeczka uspokaja się.
Później przechodzimy do pokoiku, gdzie zaczynaliśmy dzisiejszą przygodę. Tam Młoda zostawia nas mówiąc, że przyjdzie później i mówi, żebym podniósł koszulę i przytulił córeczkę. Ściągam całkiem i przytulam, ale ona krzyczy nadal. Nadal uspokajam moją krzyczącą córeczkę mówiąc do niej spokojnym niskim głosem tak samo, jak rozmawiałem z brzuchem. To naprawdę działa.

 
Mit z lat mojego dzieciństwa.
Dawna moja „wiedza” na temat noworodków opierała się na mitach, które mówiły jak mało do nowo narodzonego dziecka dociera. Że dziecko rozpoznaje tylko głos matki, że jeszcze jej nie widzi, że potrzebuje tylko cycka i głosu matki, że ojca w ogóle nie „zauważa” w otoczeniu, i to mu wystarcza przez pierwsze miesiące życia.
Totalna bzdura. Trzy razy w życiu miałem okazję się o tym przekonać. Za wszystkimi trzema razami potwierdza się, że dziecko pamięta jeszcze z brzucha, jeśli się do niego mówiło regularnie, tym bardziej pamięta, jeśli się śpiewało, jeśli się bawiło z dzieckiem wierzgającym nóżkami i rączkami, jeśli przy tym mama zawsze była w dobrym humorze, to na pewno zdrowe dziecko będzie to pamiętać!

Déjà vu – podobny łańcuch zdarzeń

Ten sam dzień, zaraz po cesarce. Swoisty dzień świstaka. Ale nie w filmie. Na żywo. W rzeczywistości. I nie ja sam go przeżywam a wszyscy obecni. Lekarze wiedzą co się może stać i są tym razem przygotowani. Stąd decyzja szefa kliniki o cesarce – domyślał się, albo wiedział, że niektóre dzieci łapią jakieś (albo nawet już wiedział jakie) bakterie i przez cesarkę chciał uniknąć zakażenia. Nie udało się, ale… Wszystko, co można było naprawić, czy usprawnić zostaje teraz naprawione, zrobione inaczej, lepiej. Jak na tamte czasy… W ten sposób zrehabilitował się.
A wyglądało to tak:
Synek zaczyna marudzić i gorączkować. Pediatra od razu wzywa pomoc. Karetka przyjeżdża niezwłocznie. Tak jak poprzednio ekipa szybko zabiera dziecko i dokumenty, ja zabieram się z nimi, zjeżdżamy w napięciu windą, wchodzimy do ambulansu, tym razem to mercedes. Kierowca siedzi za kierownicą, nie ma wątpliwości czy mogę jechać – „oczywiście, niech pan wsiada i jedziemy”- mówi lekarka. Pędzimy na sygnale do szpitala obok. Piekielną drogę przeżywam inaczej – czuję tylko wibrację kół na kocich łbach. Po chwili wjeżdżamy do szpitala, zatrzymujemy się, otwierają się drzwi, szybko wyskakujemy z samochodu. Robię zdjęcie. Wiem teraz, że to głupie, ale wtedy myślałem, że to ostatnie zdjęcie mojego dziecka. Nie chciałem znowu nie mieć żadnej pamiątki, żadnego zdjęcia. Danielka pamiętam najbardziej po śmierci, takiego już zmienionego. Tym razem chcę mieć pamiątkę po żyjącym dziecku.
Na OIOM-ie jestem normalnie przyjęty jak rodzic, w pierwszej chwili lekarze nie chcą, żebym przeszkadzał – oczywiście, ja też nie chcę – jakaś pielęgniarka wskazuje mi pokoik, gdzie mogę zaczekać. Czekam tam. Teraz jest inaczej, czuję to. Chociaż żona pozszywana leży kilkaset metrów stąd w prywatnej klinice a mój synek tu – na OIOM-ie, oprócz napięcia czuję też nadzieję. Może tym razem się uda, przecież każdy szczegół tego koszmarnego dnia wygląda trochę inaczej niż dwa lata temu. Jednocześnie myślę, że to chyba jakieś przekleństwo na nas ciąży. Dlaczego to się powtarza? Wraz z żoną wierzyliśmy w jakąś sprawiedliwość losu. Żona przez cały okres ciąży była pewna, że skoro raz się nie udało, bo leniwy lekarz zlekceważył fakt przenoszonej ciąży, co skończyło się łańcuchem koszmarnych zdarzeń, to następnym razem wszystko będzie w porządku. Dlaczego, więc tak się dzieje kolejny raz? Dlaczego?…
Synek nie umiera. Lekarze cały czas walczą o jego życie. Teraz idzie im lepiej. Idzie znacznie lepiej, bo nie mają utrudnienia, jakim wtedy było zwlekanie z wezwaniem pomocy do ostatniej chwili przez wąsatego lenia. Po dłuższym czasie do pokoiku, gdzie siedzę przychodzi lekarka i mówi, że nie ma sensu, żebym tu siedział, żebym szedł do żony, że jest nadzieja, że uda się synkowi wyjść z tego cało, żebym dzwonił kiedy chcę, żeby się dowiedzieć o stan synka. Dziękuję lekarce, biorę numer telefonu, wychodzę.
Wychodzę z budynku szpitala. Czuję się oszołomiony przez to miejsce. Wszystko, co poprzednie przypomina mi się po kolei: śmierć, prosektorium, tamto dziecko, moje dziecko…
Wracam do żony, do kliniki. Żona już pozbierana czeka na mnie w pokoiku razem z jakąś inną mamą i dzieckiem, które akurat bada pediatra. Czuję się nieswojo. Nie możemy jeszcze wyjść, bo na coś czekamy – nie pamiętam na co. Co za widok – myślę – matka z dzieckiem. My też tak powinniśmy teraz wyglądać, my też powinniśmy cieszyć się obecnością dziecka a dziecko nami. Lekarz sprawdza wszystko, co da się zauważyć i mówi na głos, łaskocze stópki dziecka i mówi: „Oj, coś nie tak z mózgiem…” Zauważam, że kobieta siedząca na łóżku gwałtownie prostuje się podnosząc rękę do ust. Jej wystraszone oczy patrzą już tylko na dziecko. Lekarz łaskocze jeszcze raz, dziecko tym razem odruchowo zabiera nóżki „a nie, pomyliłem się, wszystko w porządku” – mówi lekarz sam do siebie w ogóle nie zauważając reakcji jego mamy. Lekarz wychodzi, kobieta przytula swoje dziecko. Potem odwiedza ją mąż. Widzi nasz niepokój i zamieszanie w klinice. Dzwoni po kogoś, żeby przyjechał po nich samochodem, bo „tu jest problem” – mówi do telefonu stojąc do nas bokiem, patrząc jednocześnie na nas, ale nie w oczy, gdzieś niżej… Tak, czuję to – ten problem to my.

Nie pamiętam jak wracamy do domu. Myślimy cały czas o naszym synku. Boimy się o niego, ale mamy nadzieję…

Cesarka

Mija niecały rok, kiedy dowiadujemy się o drugiej ciąży. Początkowo jest zagrożona poronieniem i żona musi leżeć plackiem przez trzy miesiące. Dostaje hormony. Lekarz stwierdził, że dziewięć miesięcy przerwy między ciążami to widocznie za krótki okres dla jej organizmu i dlatego wystąpiły powikłania hormonalne. Dalszy okres ciąży przebiega spokojnie. Wszystkie badania mówią, że z dzieckiem jest ok. Rozwija się normalnie, jest żwawe, ssie palec w trakcie USG. Dość szybko się dowiadujemy, że to dziewczynka, więc nadajemy jej imię. Cieszymy się z tego, bo podobno dziewczynki są silniejsze. Jak poprzednio rozmawiamy z brzuchem, śpiewamy, bawimy się. Na badania kontrolne chodzimy do „magika”, ale nie tylko. Pod koniec ciąży zaglądamy do niego, żeby wszystko ustalić, zaplanować, dopiąć na ostatni guzik. Od dawna już przekonał nas, że najlepiej będzie na tydzień przed terminem zrobić cesarkę i uniknąć w ten sposób – jak myśleliśmy do tej pory – infekcji. Byliśmy przekonani, że przyczyną śmierci Danielka było przenoszenie ciąży. Byliśmy wtedy tacy młodzi, ja wyglądałem na jeszcze młodszego niż byłem w rzeczywistości. Byłem szczupły i miałem łagodny wyraz twarzy. To dlatego lekarze nie traktowali mnie poważnie. Może gdybym miał wygląd jakiegoś zbira, ogoliłbym głowę i wytatuował w widocznym miejscu czachę z napisem „śmierć nieudolnym lekarzom” to może by się trochę wystraszyli i lepiej potraktowali moją żonę? Zajęliby się nią tak jak człowiekiem a nie problemem, który można odsunąć, bo się jest zmęczonym, bo za dużo się ma roboty na porodówce, albo „żona się z terminem pomyliła” jak to zapytał jej lekarz prowadzący na oddziale patologii ciąży, który dziś jest tam ordynatorem? Może wtedy nie zaszufladkowaliby nas w taki sposób? Może trafilibyśmy do wyższej szuflady zamiast do śmietnika?
Powoli zbliża się termin ustalonej cesarki. Ma być wykonana pewnego dnia marca 1996, niecałe dwa lata po Danielku.

Robimy jeszcze ostatnie badanie USG.
- A ja wam mówiłem jaka płeć będzie? – pyta „magik”
- Wiemy, wiemy. Dziewczynka, już od dawna mamy dla niej imię i tak mówimy do brzucha
- Ja Wam mówiłem, że dziewczynka?
- No tak! Nawet na zdjęciu rysował pan „bułeczkę”.
- JA WAM MÓWIŁEM, ŻE DZIEWCZYNKA???
Śmiejemy się z „magika”, ale to nie szkodzi, chłopak też może być, wszystko jedno, żeby tylko był. Wad nie ma, co się okazało po cesarce. Ale żeby nie wyprzedzać…
Jest 11 marca 1996. O wyznaczonej godzinie zjawiamy się we wcześniej wspomnianej klinice. Przygotowujemy się psychicznie i fizycznie. Wtedy „magik” oznajmia nam, że cesarkę przeprowadzi „wąsaty”. Szlag mnie trafia, przecież on… przecież… Widząc moją reakcję „magik” przekonuje mnie i żonę, że to świetny fachowiec i nikt lepiej by tego nie zrobił. Na co ja, że może z niego i fachowiec, ale człowieka w nim brak. Na co „magik”, że człowieka nie potrzebujemy tylko jego umiejętności. Mówi też to, co poprzednio, kiedy u nas był, że nie wiadomo dlaczego tak się stało. Rzeczywiście wiemy tylko to, co powiedzieli nam lekarze, bo z wynikami sekcji na papierze daliśmy sobie spokój, zbyt dużo emocji. Teraz trzeba się przygotować na przyszłość a przeszłość zostawić. Zgadzamy się, bo nie widzimy innego wyjścia. Zgadzamy się, bo już nie chcemy mieszać bardziej. Poprzednio zmieniliśmy plan a potem tego żałowaliśmy.

Żona bierze prysznic, przechodzi do Sali. Wspomnienia poprzednich okropności kryją się gdzieś między ścianami, ale my staramy się skupić na tym co będzie za chwilę – od tego a nie od okropnych wspomnień zależy nasza przyszłość, nasze szczęście.
Jestem twardzielem, żaden widok mnie nie ruszy. Jestem na sto procent przygotowany na wszystko, co można zobaczyć w czasie operacji. Przynajmniej tak myślę…
Pojawia się anestezjolog z pielęgniarką, na kozetce sadzają żonę pochyloną do przodu jak to tylko było możliwe i wielkość brzucha pozwalała i przygotowują ją do znieczulenia. „Zrobię pani teraz zastrzyk” powiedział anestezjolog i delikatnie i precyzyjnie wbił cienką igłę żonie w kręgosłup. Nie było tak źle – zdążyłem pomyśleć, kiedy zobaczyłem drugą, wielką „końską” strzykawkę z grubą igłą. Spojrzałem na minę żony, która siedziała tyłem do tego, co przed chwilą zobaczyłem. Była dzielna, jak zawsze. To dobrze, bo ja na ten widok byłem kompletnie nieprzygotowany. Poczułem tylko jak mi miękną kolana i szybko wykombinowałem, że przytulę się w kucki do jej brzucha, że niby ją pocieszam. Pomyślałem, że jak zemdleję to mnie wyproszą z sali i będzie po ptakach. Kucam, udaję, że się przytulam do jej kolan. Nie wiem, czy tamci to kupują, ale nic nie mówią, chyba są niesamowicie skupieni na swoim odpowiedzialnym zadaniu. Setka myśli przelatuje przez moją głowę – co będzie jeśli nie trafi tą wielką igłą tam, gdzie ma trafić? Chwila w kuckach pomogła. Lekarz w międzyczasie każe żonie położyć się na boku i robi zastrzyk. Precyzyjnie. Tak, jak należy. Potem kładą żonę na stole operacyjnym, niewielkim zielonym parawanikiem odgradzają brzuch od piersi, żeby żona nie widziała co się kroi. Ja mogłem patrzeć, mówić żonie co robią, robić zdjęcia. To dobrze, będzie pamiątkowy album.
Zespół lekarzy się przygotowuje, pytają jak żona się czuje, czy czuje kiedy jeden z lekarzy myje specjalnymi płynami brzuch. Żona czuje. Potem inny płyn, znajomy zapach rozległ się w powietrzu. „Magik” szybko i z zadowoleniem wyjaśnia, że to benzyna i że tak się robi. „Naprawdę, nie tylko u nas, wszędzie…”. Potem jeszcze czymś i jeszcze czymś… Kiedy wszystko już jest tak czyste, że już bardziej nie może, „wąsaty” chirurg bierze skalpel i tnie. Żona czuje cięcie, ale ją to nie boli. Z każdą chwilą, czy z każdym cięciem czuje się coraz bardziej paskudnie. Dreszcze. Lekarz tnie, inni w tym „magik” pomagają mu we wszystkim, co potrzebne, odsysają krew i inne płyny z organizmu. W końcu specjalnymi łyżkami rozchylają ciało, powstaje otwór, przez który opanowanym, wprawnym ruchem wyciągają moje dziecko, wtedy żona czuje się najgorzej i dostaje drgawek. Kładą dziecko na pleckach. Pępowina jeszcze łączy je z mamą. „Magik” miał rację, co prawda za drugim razem, ale miał – to syn. Tym razem nie chcę ciąć pępowiny, przeciąłem wtedy – wzdrygnąłem się na myśl. Nawet nie zauważyłem kiedy pępowina została przecięta. Na chwilę kładą dziecko żonie na piersi. Potem jednak zabierają, bada je pediatra (o dziwo można było zorganizować jego obecność przy porodzie, czego poprzednio nie zrobił nieudaczny – wąsaty zastępca szefa). Chirurg zszywa żonę.