Zaufajcie jej

Zanim nasza córeczka się urodziła, opowiadałem Wam o zakupach dla niej, robionych w dość nietypowy sposób. Nie chcieliśmy kupować dosłownie niczego przed jej urodzeniem. Nie jesteśmy przesądni. Po prostu chcieliśmy uniknąć kłopotu gdyby… Jednak po rozmowie z naszą panią psycholog uznaliśmy, że jak nie zrobimy tych zakupów, to będzie jeszcze większy kłopot, kiedy będę je musiał robić sam. A że prawa konsumenta są niemal święte tu, gdzie mieszkamy i nie byłoby żadnych problemów ze zwrotem, zakupiliśmy wszystko, co potrzebne i przydatne bez odbierania towaru tego samego dnia. Pierwszą rzeczą, jaką odebrałem zaraz po urodzeniu się córeczki był monitor oddechu. Małe, sprytnie zaprojektowane urządzenie przypinane do pieluchy, dniem i nocą pilnujące czy dziecko oddycha. Od dawna wiedzieliśmy, że takie gadżety są dostępne, ale za każdym razem, kiedy kolejny pracownik służby zdrowia widząc to urządzenie pytał „co to jest” trochę byliśmy zaskoczeni. Czyżby nie wiedzieli o SIDS? Teoria mówi, że śmierć łóżeczkowa najczęściej zdarza się do ukończenia pierwszego roku życia dzieciom z takiej grupy: wcześniaki, niemowlęta wystawione na dym tytoniowy, śpiące w jednym łóżku razem z rodzicami, sypiające w przegrzanym pokoju, śpiące w pozycji na brzuchu, niekarmione piersią, śpiące bez smoczka. Im więcej tych cech nakłada się na siebie, tym większe ryzyko. Dzieciom spoza tej grupy przytrafia się to niezwykle rzadko, ale jednak…
Nasza pani pielęgniarka, którą sami wybraliśmy, jest naszym pierwszym kontaktem z służbą zdrowia. Tak tu jest. Pielęgniarka ma duże kompetencje i często, kiedy ktoś jest chory, przyjmuje go w pierwszej kolejności pielęgniarka, a potem decyduje, czy potrzebny jest lekarz. Nasza pielęgniarka jest takim naszym chodzącym po ziemi aniołem stróżem naszej córeczki. Leciwa i doświadczona. Pracuje w zawodzie kilkadziesiąt lat, opiekuje się i dorosłymi i całkiem malutkimi dziećmi. Zna się na wszystkim. To ona jest od kontroli wzrostu i wagi dziecka, od regularnego sprawdzania czy i w jakim tempie dziecko robi postępy zgodne ze swoim wiekiem. Zna naszą historię i wie, że mieliśmy spore problemy. Raz była u nas w domu. Wizyta była fajna, a miła rozmowa na wszystkie możliwe tematy przeciągnęła się znacznie dłużej, niż planowała. Do jej gabinetu jeździmy z córką regularnie. Często jestem przy tym obecny, ale tu szefem jest moja żona. Ja nie zawsze mogę wyrwać się z pracy i co któryś raz żona spotyka się z nią beze mnie.
Pewnego razu, kiedy nie mogłem pojechać z żoną, nasza pielęgniarka w rozmowie przybrała inny ton. Nie wiemy, czy to było pod wpływem młodej asystentki, przed którą chciała się popisać, czy raczej chciała wykorzystać moment, że mnie przy żonie nie ma. Kiedy po wstępnym „bla bla…” przyszła pora rozebrać córeczkę do zważenia, asystentka zobaczyła przypięty do pieluszki monitor oddechu, zaskoczona zapytała „a co to jest?”, pielęgniarka, jakby chcąc być szybsza w odpowiedzi, rzuciła „monitor oddechu”, a po chwili zwróciła się do żony „już byście sobie dali z tym spokój”, a widząc zdziwioną minę żony dodała „zaufajcie jej”…
To znaczy, że SIDS jest kwestią zaufania do dziecka? Czy to znaczy, że dzieci, które na to umarły nie były godne zaufania? Czy to, że w taki sposób chcemy chronić nasze dziecko przed taką ewentualnością znaczy, że jesteśmy rodzicami godnymi politowania? A co z rodzicami, którym dzieci przez to zmarły? Czy oni niepotrzebnie nie śpią po nocach, chcąc uchronić kolejne dziecko?
Ja wiem, że przez życie trzeba iść odważnie i nie bać się na każdym kroku. Ale, żeby było bezpiecznie, to trzeba iść przez nie ostrożnie, a środki ostrożności niech każdy wybierze sam.

Odwiedzić piekło

Tęsknota, którą przeżywam czasami jest tak wielka, że chciałbym tam się znaleźć, odwiedzić te miejsca, tamtą dzielnicę, szpital… tamto miejsce, gdzie wtedy była ta prywatna klinika. Nawet prosektorium. To dziwne, bo zwykle po takich traumatycznych przeżyciach rodziców odrzuca na samą myśl o tych miejscach, a w niejednym komentarzu przeczytałem, że tacy rodzice szerokim łukiem ommijają szpital, w którym stracili dziecko. Trudno się z tym nie zgodzić. Ja też mam podobne odczucie, ale z drugiej strony ta tęsknota. W takim przypadku mówi się o „mieszanych uczuciach”, ale moje odczucia są jak olej i woda w jednym naczyniu. Niby razem, niby stykają się ze sobą, ale nie mogą się dokładnie wymieszać, nigdy nie powstaje z tego jednolita ciecz. Dla innych to może być zupełnie nie do zrozumienia.
Jesienią, kiedy moja głowa i serce były bardzo intensywnie zaprzątnięte tamtymi myślami, tak bardzo chciałem odwiedzić tamte okolice, że zrobiłem to wirtualnie. Wszedłem na Google Maps i zobaczyłem… odwiedziłem to, co można było obejrzeć, czyli ulice otaczające szpital i miejsce, gdzie była klinika. Trochę się zmieniło. Na osiedlu, gdzie była klinika, otoczenie stało się jakieś takie wypełnione. Chyba przez zieleń. Wtedy tam było tak jakoś pusto, trochę księżycowy krajobraz, teraz jest pełno półdorosłych drzew, ładne krzewy, place zabaw dla dzieci. Budynek, tak jak i całe tamto osiedle, nabrał innych kolorów. Nie jest już cementowo szary, ma nową izolację termiczną i kolorową elewację, ale ja widząc te zdjęcia ciągle czuję zapach cementu. Chociaż po klinice nie ma ani śladu, ja ciągle widzę tam nieruchomy ambulans z jego niespiesznym, beztroskim kierowcą…
Kociołbista droga między kliniką a szpitalem została poszerzona i wyasfaltowana chyba niedługo po naszych przeżyciach, bo już połatana. Stara asfaltowa droga wokół szpitala ma te same łaty od tylu lat. Co widzę patrząc na szpital z góry? Jego gęsto połatany dach z papy. Widząc to wszystko mam w głowie dziwny kłębek myśli. Czy w tym miejscu coś się zmieniło na lepsze? Możliwe, bo przecież od tamtej pory minęło dziewiętnaście lat, czyli całe pokolenie. Być może niejedna młoda osoba była odbierana właśnie w tym szpitalu przez starszy personel, który teraz wprowadza młodszy w tajniki zawodu. Jedni odeszli na emerytury, inni, młodzi przyszli do pracy. Przyszli z nowym nastawieniem, że będą pomagać dzieciom przychodzić na świat. Chyba każda młoda położna przychodzi do pracy z radością i nową energią. Podobnie chyba każda młoda pielęgniarka, czy lekarz. Nigdy nie zapomnę jednego z komentarzy, jaki napisała pewna młoda położna po przeczytaniu mojego bloga. Z tego komentarza przebijała głęboka pokora. Któregoś dnia poświęcę trochę czasu, odnajdę ten komentarz i go tutaj wstawię, teraz nie mogę z braku czasu. Położna, która go napisała, przepraszała mnie za cały personel, który tak nas wtedy zawiódł, chociaż sama nie miała z tym wszystkim nic wspólnego. Z drugiej strony tak wiele się słyszy o lekceważeniu pacjentów i chamskich odzywkach, a nawet o krzykach. Podobno na medycynie wykładana jest też etyka. Skąd więc to chamstwo? Czyżby nauka poszła w las? Czy ignorowanie pacjentów przechodzi „z pokolenia na pokolenie”? Młody personel dziedziczy to podczas pracy ze starszym? Jak nowe łaty w starym dachu.
Dwa razy odbyłem taką „podróż” do tych miejsc przez Google Maps. Za każdym razem przypłaciłem to bólem brzucha. Z prawdziwym odwiedzeniem tych miejsc byłoby podobnie. Z jednej strony chciałbym tam się znaleźć, ale z drugiej wiem, że mogłoby to doprowadzić do skrajnych emocji. Rację mają ci, co omijają swoje piekło.

Cesarka tym razem

Godzina piąta, pięćdziesiąt jesteśmy na parkingu pod szpitalem. W szpitalu mamy być na szóstą. Rano. Wyciągamy nasze bagaże (wszystkie rzeczy potrzebne nam na kilka dni pobytu i ubranka dla dziecka) i idziemy do wejścia. Zamknięte. Idziemy, więc do drugiego. Zamknięte. Ale jest domofon. Dzwonimy, czekamy… Wiatr i czekanie sprawia, że kilka stopni mrozu jest dla nas coraz bardziej odczuwalne. Po chwili w domofonie odzywa się damski głos „Na poród?”. Odpowiadamy, że tak. „Otwieram” – mówi głos z domofonu, ale nic się nie otwiera. Ciągnę, więc za klamkę – zamknięte. Dzwonimy ponownie, czekamy… „Na poród?” Tak, na poród – odpowiadam – dzwoniliśmy przed chwilą i drzwi się nie otworzyły – dodaję trochę niecierpliwie. „Już otwieram” – mówi głos ze słupka, ale znów przez dłuższy czas nic się nie dzieje. Tym razem przez parę sekund przytrzymuję palec na dzwonku. „Daj spokój” – mówi do mnie żona – „i nie zwracaj im uwagi” – uspokaja mnie widząc moją srogą już minę. Ja swojej miny nie widziałem, widziałem za to, że jej jest ciężko i marźnie. Za trzecim razem głos w domofonie znów pyta czy na poród. „Tak… i marźniemy tutaj… i dzwonimy trzeci raz…” Drzwi otworzyły się same, potem drugie… wchodzimy z tobołami do halu i kierujemy się na oddział porodowy. Byliśmy tu już wcześniej kilka razy, ale nie rano i wszystko wtedy było otwarte i pełne życia. A teraz jakby wszyscy spali, albo jakby dopiero zaczynali się budzić…

Na spotkanie nam wychodzi niemłoda położna, wita się podając rękę, przedstawia, prowadzi do pokoiku. W pokoiku z ulgą stawiam bagaże, powoli zaczynamy się przygotowywać, położna pyta jak nam minęła droga, pyta o pogodę… Pewnikiem nocna zmiana, inaczej nie pytałaby czy zimno. Odpowiadam, że zimno i nie mogąc się powstrzymać dodaję z nutą złośliwości, że żona prawie zamarzła przed drzwiami, kiedy ktoś z personelu nie mógł sobie poradzić z ich otwarciem. Udała, że nie rozumie. Typowe, jak tylko się mówi o uchybieniach, to nikt nie rozumie.

Przebieramy się. Żona i ja dostajemy polecenie, żeby się przebrać w ubrania, które już na nas czekają w pokoiku. W zielonych, lekkich ubraniach i z siatkową czapką na głowie wyglądam jak anestezjolog… przynajmniej w oczach żony. Dla niej przygotowana jest długa koszula i białe, długie do ud pończochy, ale niezbyt „ładne”. Pomagam jej to na siebie założyć. Jednocześnie przychodzą dwie pielęgniarki, mierzą ciśnienie, pytają o uczulenia alergiczne i inne sprawy, jedna z nich zakłada żonie cewnik (rurkę do odprowadzania moczu), druga wbija w lewą dłoń wenflon, przez który pobiera krew do badania a potem wstrzykuje antybiotyk. Pytam, jaki. Odpowiada, że standardowy, który dostają wszystkie kobiety przed cesarką. Pytam więc, czy oprócz tego będzie podany jeszcze jakiś antybiotyk, bo podczas wcześniejszej rozmowy z lekarką (Aniołem) ustaliliśmy, że żona dostanie antybiotyk przeciwko GBS na dwie godziny przed cięciem. Już nie byłem zadowolony, że ze standartowych czterech godzin, o których mówił nasz lekarz od poronień, nagle Anioł zrobił tylko dwie. Dlaczego jedni lekarze mówią o obowiązkowych czterech, a innym wystarczą dwie? Jeszcze jestem spokojny, bo czytaliśmy o tym wcześniej w internecie i chociaż nie znaleźliśmy wyraźnej odpowiedzi na to pytanie, to sama statystyka, że to nie Anioł wymyślił, jak gdyby uspokaja nas. Na moje pytanie, pielęgniarka mówi, że musi to sprawdzić. Wychodzi… Po przyjściu mówi, że dzwoniła do Anioła i że wszystko się zgadza, tylko jedna, standardowa dawka antybiotyku, ponieważ wcześniejsze testy nie dały pozytywnego rezultatu na GBS. W tym momencie już dostaję niezłego nerwa. Staram się tego po sobie nie pokazać, ale wewnątrz cały chodzę. Dostaliśmy zwykły, standardowy antybiotyk, który ma zabić śmiertelnie niebezpieczne licho, które wcale nie musi być GBS-em. Czyli najpierw mówi się jedno, a potem robi się co innego. Czy wielka strzykawa z antybiotykiem ma sprawić na nas wrażenie, zadziałać jak placebo? Czy rzeczywiście zadziała na wszystkie nasze obawy? Żona mówi, żebym nie wszczynał, że to i tak już za późno. Ma rację, jak Anioł powiedział, że to wystarczy to znaczy, że już nie ma dyskusji.

Czuję się wystawiony… Czuję, że nie kontroluję sytuacji… Znów czuję to, co czułem poprzednio, zaraz po tamtej cesarce, kiedy z moim drugim synkiem zaczęły się dziać podobne rzeczy jak z pierwszym, tyle że teraz strach oblatuje mnie przed operacją. Przed tamtą cesarką tego nie czułem, bo wtedy się nie spodziewaliśmy, że licho siedzi jeszcze w naszym organizmie, wtedy wszystko spadło na zielone wody. Teraz czuję się paskudnie, bo pozostały czas do operacji to już nawet nie dwie godziny od zastrzyku (!!!), ale trochę ponad półtorej, specyfik podany nie jest taki, jak trzeba, Anioł nie mówi prawdy a my, jako pacjenci nie jesteśmy traktowani serio… Przecież można było z nami porozmawiać otwarcie. Po co obiecywać coś, czego nie ma się zamiaru spełnić? A gdybyśmy nie zachowali spokoju? Gdybyśmy powiedzieli, że nie idziemy na żadną operację, bo nie został spełniony wcześniej ustalony warunek?

Znów jestem spięty do granic możliwości, czuję, że niewiele mogę. Jest mniej, więcej za dziesięć ósma. O ósmej ma się rozpocząć operacja – godzinę i czterdzieści minut po wstrzyknięciu „cudownego środka”. Czy zdąży zadziałać? Po chwili jedna z pielęgniarek zwalnia hamulec pod łóżkiem żony i łóżko z żoną mknie przez niezliczone korytarze oddziału. Zaraz za drzwiami dzielącymi oddziały, na początku korytarza oddziału operacyjnego czekają ludzie z trochę innym „jeżdżącym łóżkiem”, wyższym i węższym. Jest ich dość dużo. Uśmiechnięci witają się najpierw z moją żoną, potem ze mną, każdy po kolei, przedstawiają się. Ktoś z personelu podnosi sterowane łóżko z żoną do wysokości tego drugiego i na „trzy, cztery” delikatnie, ale zdecydowanie przerzucają ją na to drugie. Teraz cała grupa ludzi, a ja z nimi zmierzamy do sali operacyjnej. Wjeżdżamy na dobrze oświetloną salę, która wydaje się być pusta. Na środku sufitu wielka lampa na składanym długim ramieniu. Na środku podłogi stojąca skośnie w stosunku do ścian metalowa, sześcienna kostka o wysokości mniej, więcej do kolan, na którą najeżdża właśnie owo wąskie łóżko z moją żoną, które od tej pory okazuje się być stołem operacyjnym. Później pewne osoby przypychają w pobliże stołu operacyjnego inne sprzęty na kółkach i sala staje się wypełniona.

Jest ósma, kiedy anestezjolog ubrany na niebiesko zabiera się do wkłuwania się w żony kręgosłup. Tym razem jestem psychicznie przygotowany również na widok wielkich strzykaw z wielkimi igłami i inne sprawy. Teraz już wiem, że mogę być przy każdej operacji i najprawdopodobniej nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Widziałem przecież poprzednio i znieczulanie w kręgosłup i cięcie, i wyciąganie dziecka przez rozciągniętą łyżkami wielką dziurę w brzuchu i długotrwałe zszywanie tej dziury…

Pielęgniarka anestezjologa (też ubrana na niebiesko) podsuwa mi krzesło na kółeczkach, żebym sobie usiadł. Siadam chętnie. Ktoś zapala wielką lampę na suficie, której światło płynie z wielu różnokolorowych, silnych lampek poukładanych na tarczy jak plastry miodu. Wszystkie razem dają silne, białe światło, które teraz jest skierowane na plecy mojej żony. Anestezjolog siada na swoim krzesełku i rozpoczyna. On po drugiej stronie stołu, moja żona odwrócona do niego plecami a do mnie twarzą. Kładę rękę na podłokietnik stołu, łapiemy się z żoną za ręce. Tym razem nie idzie tak łatwo jak poprzednio. Poprzednio zaaplikowanie znieczulenia trwało nie dłużej niż trzy minuty. Tym razem dobre piętnaście. W międzyczasie w sali gromadzi się coraz więcej osób, co jest dla mnie niemałym zaskoczeniem, bo z doświadczenia z Polski wiem, że niektórzy robią to we czwórkę, a nikt mi nie zapowiadał, że tutaj będą jacyś studenci, stażyści, czy inni, którzy przyszli popatrzeć. Naliczyłem w sumie dziewięć osób, moja żona dziesiąta, córeczka w brzuchu jedenasta, no i dwunasty – ja.
Z każdym ukłuciem anestezjolog pyta, w której części ciała żona czuje ból. Przeważnie było to w plecach, kilka razy też się pojawiło w którymś udzie. Za każdym wbiciem igły żona mnie ściskała za rękę, wtedy i mnie bolało, czułem się winny, jakby to wszystko było przeze mnie. Później, kiedy już na oddziale połogowym wspominaliśmy ten moment, żona mówi, że kojarzy, że trzymała kogoś za rękę, ale w jej pamięci jawi się pielęgniarka anestezjologa – młoda, silna kobieta, która rzeczywiście złapała ją za drugą rękę, lecz przy pierwszym w jej „obecności”, a dla mnie kolejnym niefortunnym wkłuciu, pielęgniarka zabrała rękę. Musiało zaboleć…

Po piętnastu minutach strzelania jak kulą w płot, trafił. Moje uczucie zawodu natychmiast spadło. Ogromnie mi ulżyło widząc jednocześnie ulgę pozostałych zgromadzonych. Udało się. Najważniejsza część wstępu do operacji w jednym momencie długiej, mozolnej próby poszła skutecznie… Anestezjolog, swoją długą robotę przy mojej żonie tłumaczy tym, że już nie jest taka młoda. Nie przeczę, sam na to wpadłem jeszcze, kiedy się męczył ze strzykawką, że to może być przyczyna, że przecież kręgosłup z wiekiem się zużywa, ścierają się kręgi, dyski, dodatkowo żona ma krzywy kręgosłup. To raczej wtedy mieliśmy szczęście, że tak łatwo się udało.
Okazało się z czasem, że ci wszyscy ludzie, którzy tam byli to personel. Stanowili zgrany zespół. Jak w orkiestrze każdy wiedział gdzie jest jego miejsce, jaki instrument będzie obsługiwał i kiedy na nim „zagrać”.

Teraz obracają żonę na plecy, rozciągają parawan pod linią piersi. Parawan jest trzykrotnie szerszy, niż ten w Polsce, ale jego wysokość jest taka sama. Osoba siedząca przy głowie rodzącej nie widzi co się dzieje za parawanem, ale widzi zajęty swoją robotą personel. Nie mogę wysiedzieć z dwóch powodów. Boli mnie pewne ścięgno, które rok temu zerwałem przy uprawianiu swoich wygibasów i teraz, kiedy długo siedzę, czy w domu, czy w samochodzie podczas długiej jazdy, zaczyna mi tak dokuczać, że muszę zmienić pozycję. Wstaję też dlatego, że chcę widzieć, co robią z moją żoną, chcę mieć nad tym kontrolę.

Lekarka odpowiedzialna za „całą imprezę” pięknym pociągnięciem ręki naznaczyła pisakiem linię cięcia. Niestety po przyklejeniu na brzuch przeźroczystej folii z gumowym kołnierzem linia zrobiła się trochę krzywa, co było powodem ubolewania owej lekarki. Ale nie moim. Przecież nie będę się przejmował takimi drobnostkami jak krzywa blizna, kiedy za chwilę będą się ważyły losy mojego szczęścia. Mówię jej z roześmianą gębą, że to nie szkodzi, że to drobnostka…

Zaczynają ciąć. Ktoś podchodzi do mnie z tyłu i grzecznie podstawia mi krzesełko. Odmawiam. Dziwią się mojej reakcji. Pielęgniarka anestezjologa pyta czy pracowałem w służbie zdrowia. Mówię, że nie. I że chcę patrzeć, że mi patrzenie nie szkodzi. (Poprzednio nie tylko patrzyłem, ale też robiłem zdjęcia. Niewiele, żeby nie rozpraszać lampą błyskową, ale robiłem, żeby mieć jakąś pamiątkę, gdyby nie poszło dobrze. Tym razem nie robię zdjęć, bo wiem, że tu jest taka zasada, a ja się nie chcę z nimi targować. Chociaż bardzo chciałby takie zdjęcia mieć).

Kilka następnych pociągnięć skalpelem, kilka szczypiec w brzuchu żony… i czuję jak ktoś z tyłu trzeci raz podstawia mi krzesełko. Tym razem chyba nie kontrolowałem swojej miny, bo już nic nie musiałem mówić. Więcej razy krzesełko nie podjechało mi pod kolana.

Patrzę na brzuch żony, patrzę na jej twarz. Po chwili pielęgniarka anestezjologa mówi żonie, że może usłyszeć dźwięk łańcuchów, żeby się wtedy nie przejmowała, że to są łyżki do kontrolowanego rozciągania otworu w brzuchu. Żona się zdziwiła słysząc to zdanie. Pomyślała, że jeszcze musimy dużo pracować nad naszym szwedzkim, skoro takie śmieszne nieporozumienia w dalszym ciągu powstają. Ale rzeczywiście krótki czas po tym jak to powiedziała, usłyszeliśmy dźwięk łańcuchów. Dwie osoby z personelu stały w sporej odległości od stołu z napiętymi łańcuchami zaczepionymi na końcach dwóch łyżek. Trzecia łyżka, ta „od dołu” była bez łańcucha. Na skinięcie głową głównej lekarki, kobiety z kontrolowaną siłą rozciągnęły otwór w brzuchu i za chwilę widziałem jak dłonie w rękawiczkach jednej z lekarek zagłębiają się w wielkim jeszcze brzuchu mojej żony, żeby za główkę wyjąć moje szarawe w tym świetle, malutkie dziecko, które natychmiast po położeniu na nogach żony zaczęło cudownie krzyczeć. To pierwszy raz na pięć ciąż, kiedy usłyszałem krzyk swojego dziecka. Tak zdrowy i cudowny krzyk. Wcześniej, kiedy widziałem ten moment oczami wyobraźni, nie wiedziałem jak zareaguję. Myślałem, że po prostu będę szczęśliwy, ale trudno będzie mi to okazać. Albo jeśli pójdzie źle, będę nieszczęśliwy i nie będę chciał w ogóle pokazać swoich uczuć. Jednak teraz poczułem się szczęśliwy. Łzy nie przepełniły moich oczu, nie wylały się na zewnątrz, ale napełniły je w pewnym stopniu. Nie wiem dlaczego nie mogę płakać tak, jak kiedyś. Teraz nie mogę… nie mogłem niedawno, gdy rozpaczałem i nie mogę teraz, kiedy jestem tak szczęśliwy.
Urodziła się moja upragniona dziewczynka.
Cdn…

Noga

- Nie wywijaj kosą między dziećmi!
- Nie słucham śmiertelników – odpowiada najohydniejsza – ścinam wszystko, co mogę.

Mija dzień, czy dwa odkąd pogotowie zabrało naszego noworodka z kliniki porodowej do pobliskiego szpitala. Synek nadal żyje. Dostajemy wiadomość, że chcą go przenieść do szpitala dziecięcego. Niczego nie obiecują, bo nie mogą. Chociaż nie umiera, dziecko wciąż jest w ciężkim stanie. Jednak w nas na dźwięk tej wiadomości wstępuje nadzieja! Dowiadujemy się szczegółów i o wyznaczonym czasie pędzimy do dziecięcego. Rozmawiamy z lekarzami, którzy dają nam światełko nadziei. Zrobilibyśmy wszystko, żeby tylko nie umarł, ale ręce mamy gołe… jesteśmy bezbronni… Jedyne, co możemy to wyszorować te ręce i przez otwory inkubatora, przez dotyk dać mu znać, że jesteśmy obok niego. Chętnie tak robimy, na co on odpowiada łapaniem nas za palec.
Mijają kolejne dni. Nasz synek wciąż żyje, ale nadal jest w ciężkim stanie. Jest podłączony rurkami do wszystkiego, co niezbędne – tlen, kroplówki, pokarm przez sondę… lekarze przygotowują nas na ewentualne uszkodzenie wzroku przez tlen… Nadziei dodaje nam jego sąsiadka – półkilowa dziewczynka przedwcześnie urodzona, tak mała, że zmieści się swobodnie na dłoni pielęgniarki. Dziecko niemal nieustannie wymachuje rączkami i nóżkami jakby bezładnie pływało. Co kilka minut alarm zapiera nam dech w piersiach. Jakby nic się nie stało podchodzi wtedy ktoś z personelu i całkiem spokojnie palcem wskazującym wykonuje kilka szybkich ucisków klatki piersiowej. Aparatura zaczyna pikać na nowo i personel wraca do wcześniejszych swoich obowiązków. Skoro ratują tak małe dzieci, to może się uda uratować też naszego synka, który jest przecież prawie osiem razy większy?
Sepsa robi swoje. Mimo terapii – kombinacji trzech antybiotyków, bakterie tworzą kilka zatorów w jednej nóżce, co w ciągu kilku dni objawia się martwicą. Lekarze wyjaśniają, że są lekarstwa rozpuszczające takie zatory, ale w przypadku tak małego dziecka nie można ich podać, bo rozpuściłyby delikatne naczynka krwionośne w mózgu. Nie ma na to rady. Tylko czekać i patrzeć jak nóżka staje się coraz bardziej szara a z czasem w niektórych miejscach czarna. Amputacja będzie nieunikniona. Lekarze rozmawiają z nami o tym i pytają o zgodę na operację. Pytanie czysto formalne, bo jak możemy się nie zgodzić? W dziesiątym dniu życia chirurg usuwa to, co martwe. Śmierci kosa chybiła zabierając tylko nóżkę.
Mija czas… Po amputacji nasz synek coraz bardziej dochodzi do siebie. W dwudziestym pierwszym dniu jego życia nareszcie żona może wziąć go do piersi. Protestuje, bo przecież już nie ma pokarmu, ale doświadczona pielęgniarka nakłania ją do tego prawie siłą. Wcześniej zważyła dziecko i po długim, bezskutecznym – jak myślała moja żona – trzymaniu przy piersi zważyła jeszcze raz. Synek wyssał 20 gramów mleka.

Ironia.
Starsza kobieta, która jest częścią naszej rodziny a dla mnie wielką bohaterką, bo podczas II wojny światowej nie dała się zgwałcić niemieckiemu żołnierzowi, co przypłaciła stratą oka wykłutego szablą – o włos od śmierci – wypowiada się tak: „Oj… to lepiej by było dla niego, gdyby umarł niż tak bez nogi żyć…”. My też nie wiemy jak to będzie, ale to nasze ukochane dziecko… właśnie wyrwane z rąk śmierci. Chcemy, żeby żyło nie ważne czy na wózku, czy z protezą… po prostu chcemy żeby było z nami. Damy mu wszystko, co można dać… damy mu siebie i swój czas, żeby nasz syn wraz z nami cieszył się życiem. I tak się dzieje. Dziś nasz syn ma prawie siedemnaście lat i możecie wierzyć, że ktoś, kto nie wie, że porusza się na protezie jest zaskoczony, kiedy się o tym dowiaduje. Nasz syn nie tylko chodzi, ale i biega i jeździ na rowerze, i pływa ze specjalną protezą do pływania, gra w piłkę nożną i robi wiele innych rzeczy, których nie robi niejeden chłopak w jego wieku.

Wszystko, co może się nie udać, na pewno się nie uda.

To przysłowie to doskonały wstęp do opowieści o tym co wydarzyło się później. Można by je trochę zmodyfikować mówiąc:
Wszystko, co można spartaczyć, zostanie spartaczone na pewno.
Widząc, że dziecko nie czuje się dobrze, odpowiedzialny za to co się dzieje w klinice lekarz, prawa ręka szefa mógł wcześniej podać antybiotyk i mógł wcześniej zadzwonić po pomoc do szpitala, nie mówiąc o tym, że w ogóle mógł też o trzy dni wcześniej wywołać poród…

Jest wtorek 2 sierpnia 1994r. ok godziny 5.00
Ze spokojnego, głębokiego snu budzi mnie głos tej samej pielęgniarki:
- Niech pan szybko idzie na salę, coś się dzieje!
- Coś się dzieje? Co się może dziać? Już idę. – Ubieram się i przechodzę do sali obok. Widzę żonę, leży wciąż na łóżku porodowym, lamentuje. Na stole operacyjnym widzę moje dziecko, nie bardzo rozumiem.
- Co się stało? – pytam trochę jeszcze nieprzytomnie.
Próbuję uspokoić żonę. Mówię, że przecież jesteśmy w dobrych rękach, pod opieką najlepszego lekarza. Żona jednak nie uspokaja się. Przeciwnie, wpada w panikę, której ja nie rozumiem. Nawet jestem na nią trochę zły, ale tłumaczę sobie, że to od gorączki, która z czasem wzrosła do 40 stopni.
- Nie wiemy co się dzieje, wiemy, że dziecko źle się czuje, ale nie wiemy dlaczego – odpowiada pielęgniarka. – Nie może samo oddychać.
Za chwilę przynosi ręczną pompkę z maseczką do reanimacji, przytyka do pyzowatej, sinej już twarzyczki i zaczyna pompować. Synek jest blady, usta sine. Przez chwilę widać lekarza, który niewiele mówi. Znika. Pielęgniarka też musi zniknąć, żeby coś przynieść.
- Niech pan weźmie pompkę i pompuje tak jak ja teraz.
Robię tak. Nie wiem, czy dobrze. Pompuję nie za mocno, nie za szybko, staram się robić to dokładnie jak ona. Na kilka sekund zostaliśmy sami, mój ledwie żywy syn, głośno lamentująca żona i ja ściskający pompkę. Ogarnia mnie dziwne uczucie. Niby nie jesteśmy sami, niby ja nie jestem sam, ale czuję jakby wszyscy na świecie nas opuścili, jakby opuścili mnie, jakby jakieś wielkie uosobienie samotności stanęło obok mnie i okryło mnie swoim zimnym płaszczem izolując od reszty świata. Wszystko, co się dzieje dookoła przestaje być rzeczywiste, czas dłuży się w nieskończoność, z nikąd pomocy. Po kilku sekundach nieobecności pojawia się pielęgniarka i przejmuje pompkę. Nie wiem gdzie lekarz, nie wiem co dalej robić, nie wiem, czy pompowałem dobrze, czy nie za słabo…
Po kilku minutach pojawia się zaginiony lekarz:
- Zadzwoniłem po pomoc – powiedział powolnie – zaraz przyjadą.

Przyjechali. Trzy postacie weszły do sali, zamienili w pośpiechu kilka zdań, wzięli od lekarza jakieś papiery, wyjęli z walizki własną pompkę, przyłożyli do twarzy i pompując wyszli. Co robić? Żona leży w gorączce, dziecko zabierają… Nie chcę zostawiać żony, ale też nie chcę zostawiać dziecka. Doganiam ich przed windą, wchodzę razem z nimi. Jedziemy. Staram się być spokojny, chociaż wewnątrz jestem napięty do zenitu. Wychodzimy z budynku…

Kierowca ambulansu – zawód ideał… odkąd pamiętam, chyba każdy w przedszkolu marzył o wykonywaniu takiego idealnego zawodu: lekarz, strażak, albo policjant (za moich czasów milicjant).

…na zewnątrz czeka ambulans, jakiś stary grat, rumuński, czy jugosłowiański, chyba z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Widziałem wcześniej ten model samochodu, ale nie w tak ważnej roli, nie w roli karetki. Trzy postacie z moim synkiem wchodzą do niego i podłączają synka do aparatury.
- Panie kierowco, odpalamy samochód! – Woła donośnym głosem lekarka i wydaje dyspozycje do pozostałych dwóch postaci. Robią coś jeszcze przy dziecku, co zajmuje im czas.
- Panie kierowco! – Ponaglają kogoś, kogo w ogóle nie widać przez okienko dzielące szoferkę z tylną częścią samochodu. Mijają dalsze sekundy.
- Panie kierowco, odpalamy samochód!!! – Krzyczy lekarka a reszta już krzyczy razem z nią.
W tym momencie idę sam szukać kierowcy. Zachodzę do szoferki. Nie ma go. Co robić? Pierwsza myśl to wskoczyć samemu i ten pieprzony samochód odpalić, bo domyślam się, że nie chodzi o hałas silnika, ale o prąd do aparatury. Nie wskakuję do szoferki i nie odpalam samochodu. Powstrzymuję się, bo nie chcę czegoś namieszać. Trzeba znaleźć „kierowcę”. Biegnę wzburzony dookoła karetki. Jest… stoi przy prawym przednim kole z nogą na oponie. Patrzę na oponę, czy coś się nie stało z kołem. Nie, wszystko w porządku, kierowca po prostu sobie tam stoi.
- Panie kierowco, odpalamy samochód i jedziemy!!! – Woła tym razem pielęgniarka, czy sanitariuszka, która wyszła z karetki i pobiegła zaraz za mną.
Obudził się. Długimi krokami zaczłapał się za kierownicę i odpalił samochód.
- Mogę jechać z Wami? – Pytam grzecznie lekarkę.
- Nie.
- A dokąd jedziecie?
- Do szpitala (…) na oddział intensywnej terapii. – Drzwi się zamknęły i ambulans odjechał.
Przez lata mam mieszane uczucia. Czy dobrze zrobiłem, że się wstrzymałem, że nie wskoczyłem do samochodu, żeby go odpalić? Może coś by sobie facet uświadomił? Wiem, że i tak w tym wypadku na niewiele by się to zdało, ale jego następne kursy byłyby sprawniej wykonane? Z drugiej strony cieszę się, że powstrzymałem się od wymierzenia mu policzka. On by się dobudził, ale ja mógłbym mieć potem niemałe kłopoty.

Pędzę do szpitala. Pieszo. Nasz samochód popsuł się w piątek, kiedy wracaliśmy do domu na umówiony z lekarzem odpoczynek, na poród przyjechaliśmy autobusem. Biegnę więc do tego piekielnego szpitala, z którego kilka dni temu zabrałem żonę. Kilka osiedlowych uliczek a potem stara kamienna droga, po której przed chwilą wieźli mojego synka. Biegnę tą drogą kilkaset metrów, chociaż wydaje mi się, że to najdłuższa droga do przebycia w moim życiu. Kilka minut później skręcam w kierunku szpitala. Jeszcze sto metrów. Na stróżówce pytam gdzie jest oddział intensywnej terapii dla noworodków. Szukam, znajduję, wchodzę do budynku. Podchodzę do oszklonych drzwi, za którymi jest ten oddział. Dzwonię. Widzę przez szybę kręcący się po korytarzu personel. Nikt nie reaguje na dzwonek. Dzwonię jeszcze raz. Wychodzi jakaś pielęgniarka.
- My tu nie mamy teraz czasu. – mówi
- Ale właśnie przywieziono tu moje dziecko, ja jestem ojcem.
- To niech pan poczeka. – powiedziała i zamknęła drzwi. Nie chcę przeszkadzać, ale gdyby mnie wpuszczono to chyba też bym nie przeszkadzał? Przy porodzie nie przeszkadzałem, to dlaczego miałbym teraz? Nie pozostało mi nic innego jak czekać. Czekam więc na tym korytarzu, myśli tłoczą się po głowie. Co mogę zrobić? Niewiele. Modlę się w myślach. Stoję i czekam. Patrzę przez okno. Nerwowo patrzę na zegarek. Mój syn jest tam, na oddziale, próbują go ratować, moja żona jest gdzie indziej, leży w gorączce a ja gdzieś pomiędzy. Od syna dzieli mnie kilka metrów, drzwi i ściana. Kolejny raz patrzę przez okno i uświadamiam sobie, że ten widok w ciągu kilku minut poznałem na pamięć. Nerwy, modlitwa, gonitwa myśli…
Pół godziny później drzwi otwiera ta sama pielęgniarka.
- Niech pan wejdzie.
Wchodzę. Pokazuje mi przez drzwi co lekarze robią z moim dzieckiem. Widzę, że jest podłączony do aparatury, która daje nierównomierny sygnał dźwiękowy, krzywa na ekranie nie jest obiecująca, widzę synka i lekarkę, która go reanimuje uciskając klatkę piersiową. Pielęgniarka prowadzi mnie do pokoju, w którym mogę poczekać. Przez chwilę rozmawiamy. Pyta mnie o imię syna. Mówię, że Daniel. Potem z wyrzutem pyta dlaczego w tamtej klinice a nie u nich w szpitalu. Nie mam już siły opowiadać dlaczego nie w ich „kochanym” szpitalu. Pielęgniarka znika. Krótko potem prowadzi mnie do sali intensywnej terapii i znowu znika. Lekarka mówi, że mogę się pożegnać z dzieckiem i odwraca się plecami. Widzę mojego synka leżącego na pleckach, sprzęt do oddychania jest już rozłączony, oczy ma zamknięte, usta lekko rozchylone, wygląda jakby spał, tylko, że jest siny, nie oddycha… Jak się pożegnać? Co się robi w takim wypadku? Łzy napływają mi do oczu. Dotykam jego rączki. Jaki to ma sens? Przecież on już tego nie czuje. Już nic nie czuje. Lekarka odwraca głowę, patrzy co robię, jakby chciała zapytać „czy już?”. Co mam robić? Co mi pozostało?
Wychodzę.
Dokąd mam pójść? Wracam do kliniki, do żony. Wracam tą cholerną, długą, kamienną drogą i szlocham, nie mogę się uspokoić. Mijają mnie samochody, zasłaniam wtedy twarz. Dobrze, że nie ma pieszych.
Cały roztrzęsiony wchodzę do budynku, jadę windą. Czuję się zdrętwiały, skopany przez życie, uderzony silnym ciosem w całe ciało jednocześnie, jakby było jednym, małym punktem. Wychodzę z windy na jedenastym, idę na górę, zatrzymuję się na półpiętrze, patrzę przez okno. Co robić? Jak jej o tym powiedzieć? Co mam na swoje usprawiedliwienie? Co z nami teraz będzie? Co będzie w przyszłości? Jaki jest sens życia teraz, po dziewięciu miesiącach pełnych nadziei zakończonych pustką?… Za oknem drzewa, kilka budynków, w oddali inna dzielnica miasta, jakieś dwa wysokie kominy, horyzont. Patrzę na dół. Ile do chodnika? Dwie, trzy, może cztery sekundy?… Wchodzę do kliniki. Nie wiem, czy spotykam kogoś z personelu. (Nie do wiary – zupełnie wymazałem to z pamięci.) Stoję przed łóżkiem, na którym leży moja żoną. W mojej pamięci nie ma nic dookoła, nie ma nikogo, tylko ona i ja…
- Umarł. Daniel nie żyje. – mówię.
- Nie. – odpowiada żona z ciepłym uśmiechem.
- Nie? – pytam z lekkim zdziwieniem. Moja pierwsza myśl to, że zadzwonili ze szpitala, że to była pomyłka, że on jednak żyje. Moja druga myśl to, że to tylko sen. Ja w dalszym ciągu śpię w pokoju obok, pielęgniarka mnie nie obudziła, była w moim śnie, cała ta głupia historia to tylko sen… sekundę później widzę po minie żony, że do niej dociera prawda. Do mnie też. To nie sen. Złuda się rozwiewa. Brutalna rzeczywistość ogarnia nas coraz mocniej. Zaczynamy oboje płakać.

Nie wiem kto, kiedy i jak powiadomił moich teściów. Pamiętam tylko jego straszną złość, pamiętam jedno zdanie wyrzucone przez teścia do wąsatego, powolnego lekarza: „JAK TO UMARŁ?!!!”.
Pamiętam też, że to oni – teściowie zabrali nas samochodem do domu.

Świadomość śmierci dziecka, przeżycie momentu tej świadomości jest dla rodziców najgorszą rzeczą, jaka może ich spotkać. Wiemy, że jesteśmy śmiertelni, wiemy, że kiedyś umrzemy, taka jest naturalna kolej rzeczy, ale nikt z nas nie nastawia się na śmierć dziecka, to nie jest naturalne. Nie rodzimy dzieci, żeby umierały. Rodzimy je po to, żeby pochowały nas po wspólnej, czasem niełatwej, ale radosnej wędrówce przez życie. Jak to przeżywaliśmy? Nie pamiętam w tych dniach nic innego jak wspólny i osobny płacz, wspólne i osobne wycie z bólu rozdzierającego nasze serca. Płakaliśmy razem, płakaliśmy osobno. Wyliśmy schowani w grubych murach naszego mieszkania, naszego szarego mieszkania. Bardzo szarego. Pamiętam jej twarz. Spuchnięta od płaczu dniem i nocą. Pamiętam siebie nie wiedzącego co robić, gdzie się schować. Płakaliśmy we wszystkich zakątkach mieszkania po kolei.
Pamiętam, że dzwoniłem do swojej matki. Nie było jej wtedy w domu, nagrałem się na sekretarkę, ale ona nic nie mogła zrozumieć, wiedziała tylko, że coś złego się stało, bo wyłem do słuchawki. Zadzwoniła jak tylko odsłuchała wiadomość, ale rozmowy nie pamiętam. Nie pamiętam też kiedy kupiliśmy w aptece neospasminę (ziołowy środek uspokajający), dużą ilość. Działała bardzo dobrze, wyciszała wszelkie uczucia, dosłownie zobojętniała człowieka. Chlaliśmy to całymi butelkami. Ja wypijałem dwie butelki dziennie, żona trochę mniej. Otumanieni powoli dochodziliśmy do siebie. Rozsądek nakazywał powrót do normalnego zachowania, zmuszaliśmy się do jedzenia.