Diabeł zwany Tabletem

Co robi? Zakrada się do Twojego domu podstępem. Poplecznicy tego diabła, czyli jego producenci i dystrybutorzy przeważnie przez reklamy, albo innymi drogami chcą dotrzeć do Twojej świadomości, żebyś tylko go kupił. Zakrada się, żeby podstępnie opętać Twoje dziecko. Jego celem jest zło, całkowite pochłonięcie i wyniszczenie. Kiedy tylko Twoje dziecko dotknie tego magicznego ekranu, tablet wciągnie je do środka i już nigdy nie wypuści.

Przesada? Oczywiście! Ale to, w jaki sposób niektórzy wypowiadają się o korzystaniu przez dzieci z tableta, laptopa, czy innego tego typu urządzenia, wywołuje we mnie taki nastrój, jakbym za chwilę miał być spalony na stosie przez inkwizycję naszych czasów. Każda treść, którą do tej pory spotkałem, to krytyka, potępienie, lub szydzenie z rodziców, którzy zaopatrzyli swoje potomstwo w taki sprzęt.
Czy rzeczywiście tak jest, że taka „zabawka” nie przynosi żadnych korzyści oprócz tego, że rodzic ma chwilę dla siebie, a w zamian na zawsze odbiera dziecku inwencję, kreatywność i wszystko, co dziecko może rozwinąć przy pomocy zwykłych zabawek i książek?

Kiedy moja córka skończyła sześć miesięcy, kupiłem jej najlepszy wtedy tablet dobrej firmy (żeby nie uprawiać kryptoreklamy). Dziś moja córka ma prawie półtora roku, a ja ani trochę nie żałuję zakupu. Mogę wręcz powiedzieć, że sprzęt na siebie zarobił. Moja córka mówi więcej niż dzieci w jej wieku, zna dużo słów przede wszystkim polskich, ale też szwedzkich i poznaje angielskie. Oczywiście nie mam żadnych dowodów na to, ani sam nie twierdzę, że to wszystko za sprawą tableta. Pewnie ma to po swojej cioci, która w jej wieku mówiła więcej niż chodziła i pytała o wszystko. Pewnie po prostu jest zdolna sama z siebie. Ale jeśli to zdolności, to dlaczego ich nie rozwijać przy pomocy między innymi właśnie najnowszych dostępnych urządzeń? Dlaczego ich w ten sposób nie wspierać?

Możliwości sprzętu są praktycznie nieograniczone. Kupowałem tablet z myślą, że:
1- Będzie z niego korzystać córka, ale w naszej obecności, co do tej pory w praktyce okazało się łatwiejsze niż myślałem, bo korzysta z niego tylko przy stole, a przy stole to ona długo nie wysiedzi.
2- Będziemy wspólnie korzystać z internetu, głównie strony Youtube, gdzie ogląda polskie, lub polskojęzyczne bajki. W praktyce okazało się, że oglądamy też szwedzkie, bo w Szwecji mieszkamy i rosyjskie, bo ona je lubi.
3- Będziemy robić zdjęcia i filmy na spacerach i wycieczkach, a po przyjściu do domu wspólnie wspominać te wyprawy i oglądać to, co zarejestrowało oko aparatu. To w praktyce jeszcze nie weszło w życie, bo do niedawna córka przesypiała prawie cały czas spaceru, i dlatego ja nie zrobiłem zbyt dużo filmów ani zdjęć wszystkim zjawiskom, bo chciałem, żeby widziała, że robię fotki. Ale to jeszcze przed nami. Za to z chęcią ogląda filmy ze sobą w roli głównej i w pozostałych rolach z bratem, mamą, babciami i mną, które wspólnie zrobiliśmy w domu. Radości ma przy tym mnóstwo.
4- Będzie mogła się czasem pobawić aplikacjami dla dzieci. Z początku do zabawy wybierała tylko te najbardziej interaktywne, gdzie każdy fragment obrazka coś robił po dotknięciu, albo na obrazku było jakieś ukryte, lub oczywiste zadanie do wykonania. Jedną z pierwszych jej ulubionych jest „Lokomotywa” na podstawie wiersza Juliana Tuwima – polecam. Niedroga aplikacja, a dość dobrze nafaszerowana interaktywnością. Są też aplikacje-książki w ogóle nieaktywne, tylko kartki się przewracają. Tymi aplikacjami zaczęła się interesować dopiero niedawno, bo teraz do nich dojrzała. W ten sposób mamy łatwy dostęp do polskich książek, na które musielibyśmy długo czekać i zdobywać w kosztowny sposób.

Oprócz tych wszystkich zabaw, które przewidziałem, córka odkrywa mnóstwo innych możliwości. Sama robi sobie zdjęcia, sama wyszukuje filmy w sieci. Ostatnio odkryła Busy Beavers (filmy do nauki języka i liczenia w różnych językach) i codziennie z mozołem „ćwiczy” angielski… a my z nią.

Córka nie przesiaduje sam na sam z tabletem i nie robi tego za długo. Woli spędzić czas na spacerach, zabawie, albo książkach i to niekoniecznie własnych, częściej sięga na nasz regał, mimo że nasze książki nie mają obrazków :) ale fajnie się z nich buduje wieżowce.

Nie boję się przestróg, że tak wszesny kontakt dziecka z elektroniką może je skrzywić psychicznie, albo wywołać jakieś choroby nerwicowe, czy też nieodwracalnie zepsuć wzrok. Uważam, że codzienna dawka jest odpowiednio wyważona i przyniesie dużo więcej pożytku, niż strat.
Mój dorosły już syn od początku podstawówki miał własny komputer. Korzystał z niego z umiarem. W szkole, do której obecnie chodzi, każdy uczeń i on też otrzymał nowego laptopa. W innych szkołach też zaopatruje się uczniów w taki sprzęt, a w jednej uczniowie dostali tablety, ale po roku okazało się, że nie są ergonomiczne, bo nie mają odpowiedniej (fizycznej) klawiatury.

Każde dziecko jest inne, a zadaniem rodziców jest indywidualne podejście do każdego jednego dziecka i rozważenie od jakiego wieku i czym może, a czym nie powinno zajmować się ich dziecko.
Postęp cywilizacji zmierza w kierunku rozwoju techniki komputerowej i nie da się przed tym całkowicie dziecka schować. Z czasem może się wiec okazać, że dziecko, które rodzice tak bardzo chcieli ustrzec przed tym „zmaterializowanym złem” będzie miało w szkole dużo do nadrobienia.

Co mówi Eyja

Do tej pory raczej milczała, ale od niedawna… pierwszym jej słowem było „Ajdå!” (taki szwedzki wykrzyknik, kiedy coś się stało), a drugim „jeszcze”. Nie, żeby nic nie mówiła… to były jej pierwsze słowa przez sen :) Wszyscy się śmiejemy, że ma to po ojcu. Niedługo po ślubie prawie udało mi się przekonać żonę do remontu chałupy. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że było to o trzeciej w nocy.

-          Wstawaj, musimy odsuwać meble!

-          Ale po co? – dopytywała zdziwiona, zaspana żona.

-          Jak to po co? Będę malował ściany!

Podobno byłem bardzo przekonujący :)

Kiedy nie śpi, gada prawie przez cały czas. Czynnie operuje lekko kilkudziesięcioma słowami, które wypowiada raczej prawidłowo. Można powiedzieć, że ma lekką mowę. Opanowała takie wyrazy jak: mama, tata, brat („r” mniej wyraźne, ale słychać), „mamucia”, „tatuć”, oba imiona babć, lala, Ala, idzie, iść, pić, picie, chlebka, dydka (smoczka), papier, pampe (pampers), buju-buju, kuchnia, daj, otut (otwórz), balkong (po szwedzku), okno (czasem powie onko), pak (ptak), pingu (ten z bajki), tak, nie, (chociaż pytanie „tak, czy nie” jest jeszcze za trudne i nie odpowiada na nie), banan, kaka (kaczka), katt (kot po szwedzku), koki (książki) i wiele innych… Nie ma też problemu z częściami ciała takimi jak głowa, ręka, noga, okieć, udo, ydka, stopa, ucho, oko, nos, włosy. Oczywiście ma też w swoim słowniku „własne” wyrazy, które my musimy rozszyfrowywać. Np „byzie” – misie, „bugek” – kubek, „gali-gali” – to takie jej ogólne wyrażenie na ekran tv, komputera, ipada, albo telefonu. Na cebulę mówi „biedota” :) nikt nie wie dlaczego.

Jakiś miesiąc temu jeszcze ogarnialiśmy ile mniej, więcej słów zna. Od kilku tygodni następuje prawdziwa eksplozja i chociaż często jeszcze nie umie wypowiedzieć niektórych wyrazów, to widać po jej bystrej minie, że zna ich znaczenie i odpowiednio reaguje. Istnieje ogólna opinia, że dzieci „dwójęzyczne” zaczynają mówić później, ale z czasem to nadrabiają i nie mają później problemu z posługiwaniem się obydwoma językami. W jej przypadku to się nie sprawdziło, bo ona już mówi dość dużo, ku naszej, a szczególnie ku radości brata :) , chociaż oczywiście po szwedzku mówi dużo mniej niż po polsku. Ostatnio postanowiła też – trochę przez przypadek – uczyć się angielskiego, zagustowała w Busy Beavers – animowanych filmikach z łatwo wpadającymi w ucho piosenkami do nauki tego języka. Odkryła je na YouTube i regularnie słucha od tamtej pory, a od niedawna chętnie powtarza pojedyńcze słowa. Polecam! O jej odkryciach w internecie napiszę w innym wpisie.

Eyja niedawno zaczęła też budować proste zdania np. „daj chlebka”, „do mamy”, „do taty”…

Nie sposób wszystkiego wyliczyć, jest tego dużo i coraz więcej, a my każdego dnia czekamy na jej kolejne słowa…

Kulturowy zgrzyt

O tym, że kultura w różnych krajach różni się od siebie, wiedzą wszyscy. Skrajnych różnic kulturowych spodziewamy się przeważnie po mieszkańcach jakiegoś egzotycznego kraju. Czasami jednak może nas nieźle zaskoczyć rozbieżność kulturowa, kiedy widzimy niespotykane dla nas zachowanie mieszkańców krajów europejskich, a w tym i ościennych. Możemy nawet doznać pewnego rodzaju wstrząsu.

W Szwecji od dawna zachęca się dzieci do nauki pływania, a w szkole podstawowej taka nauka jest obowiązkowa. Bardzo dobrze, bo w tym kraju jest wiele jezior i taka umiejętność w niejednym przypadku może być zbawienna. Od samego początku, kiedy przeprowadziliśmy się do Szwecji, całą rodziną dość regularnie uczęszczamy na basen. Jak w każdym europejskim kraju, tak i tu przebieralnie dla kobiet i mężczyzn są osobne. Ale co zrobić, jeśli na pływalnię przychodzi matka z małym synem, albo ojciec z małą córką? Kilkuletnie dziecko nie tylko sobie jeszcze nie poradzi samo ze wszystkim, ale też samo potrzebuje jeszcze towarzystwa i wsparcia rodzica przy tych czynnościach. Jest więc mały dylemat. Ale nie dla wszystkich.
Z dziesięcioletnim wtedy synem weszliśmy do męskiej przebieralni i jak zwykle w pędzie zaczęliśmy się przebierać, żeby jak najprędzej znaleźć się w basenie. Wiedzieliśmy od jakiegoś czasu, że tutaj ludzie się nie krępują i niekoniecznie zasłaniają ręcznikiem przy zmianie bielizny, więc kiedy siedząc na ławce widzieliśmy, że ktoś chce taką czynność wykonać, odwracaliśmy głowy, żeby nie widzieć czyjegoś tyłka. Większość robi to w miarę dyskretnie, chociaż nie wszyscy. Tego niezapomnianego dla mnie dnia doznaliśmy lekkiego szoku. W wypełnionej facetami przebieralni zobaczyliśmy widok, który trudno jest zapomnieć. Otóż niecałe dwa metry przed naszymi oczami stał ojciec z córką (córka w wieku późnoprzedszkolnym według mojej oceny) i rozmawiając przy tym bardzo głośno z jakimś znajomym przebierali się nie zwracając w ogóle uwagi na dziewczynkę. Dziewczynka była odwrócona do ojca, a ponieważ wzrostem sięgała mu do pasa, przed jej niewinną buzią wisiał jego gruby, wygolony, wielki penis. Dziewczynka przez dłuższą chwilę przyglądała się organowi z obojętną miną. Gdyby w tamtej chwili odwróciła się plecami, zobaczyłaby podobny widok, tyle że bardziej ufryzowany. O czym wtedy myślała? Jakie uczucia w niej to wzbudzało?

Wiele lat temu, jeszcze mieszkając w Polsce słyszałem, że niektórzy psycholodzy zalecają, żeby dziecko oswajało się z takim widokiem od najmłodszych lat, zalecają w ogóle bezpruderyjność. Ich zdaniem nie powinno być dla dziecka problemem zobaczyć rodziców chodzących po domu nago. Wyraźną granicą powinien być jednak kontakt cielesny. Nie powinno się pokazywać dziecku stosunku seksualnego. Z drugiej strony Biblia, która w kulturze europejskiej uznana jest przez większość za źródło pewnych norm mówi „nie będziesz odsłaniał nagości twoich rodziców…” „…siostry…” itd.
Z jednej strony przebieralnie są osobne dla różnych płci, sauny też – nie spotkałem się jeszcze z sauną zintegrowaną, gdzie mężczyźni mogliby zażywać kąpieli razem z kobietami będąc ubrani w stroje kąpielowe, lub owinięci ręcznikami, a z drugiej strony nie ma problemu, żeby tak małej, ale zarazem tak dużej dziewczyne pokazać z bliska swoje na wskroś odsłonięte łono.

Jakie uczucie wzbudziło to we mnie? Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno nie robią tym krzywdy dziewczynce, bo ani to delikatne nie było, ani z szacunkiem. Ja byłem wychowywany inaczej. Nigdy nie widziałem swojej matki w bieliźnie i jestem jej za to wdzięczny.

Jakie uczucia wzbudziło to w moim synu? Kiedy tylko zobaczyliśmy ów niecodzienny widok, spojrzałem na jego twarz. On już nie patrzył na to, co przed nami, jednak widziałem po nim, że jest zmieszany, zniesmaczony i nie bardzo wie jak się zachować. Jak mógł unikał patrzenia na wprost. Nic dziwnego. Od lat wpajaliśmy mu, że strefę intymną należy traktować z szacunkiem i nie można jej pokazywać jakkolwiek i komukolwiek. Najlepiej nikomu, nawet nam, chyba że w wyjątkowym wypadku lekarzowi, jeśli on sam zauważy jakąś zmianę chorobową, ale tylko w naszej obecności i po odpowiedniej rozmowie z nami najpierw.

Co prawda nieczęsto takie coś na pływalni ma miejsce, ale po tamtym wydarzeniu postanowiliśmy przebierać się w osobnej przebieralni dla niepełnosprawnych.