Snuza

Awaria sprzętu. Z dwojga złego lepiej w tę stronę. Lepiej, jak monitor oddechu włącza się sam, kiedy nie trzeba, niż miałby wyłączać się sam, kiedy ma czuwać. Ale usterka prędko okazuje się dokuczliwa. Bo o ile na basenie, w czasie dłuższego nieużywania można się pomęczyć i wyciągnąć baterię, żeby aparat nie alarmował w szatni, , to uporczywie włączające się urządzenie w trakcie zwykłej, codziennej czynności jak przewijanie, dokucza na tyle, że postanawiamy coś z tym zrobić. Pakujemy urządzenie razem z paragonem i wszystkimi dodatkami i udajemy się do sklepu. Nie mamy wielkich nadziei na wymianę go na nowe, albo zwrot pieniędzy, bo przecież sprzęt był używany przez nas ponad pół roku – dzień i noc :) pozdrawiam komentujących poprzedni wpis ;)

W sklepie przyjmuje nas ten sam sprzedawca co zwykle z tą samą co zwylke zmęczoną życiem miną, chociaż nic by się nie stało, gdyby się trochę rozchmurzył na widok klienta, każdy z klientów zostawia tu przecież niezły grosz. Na widok naszego leżącego na ladzie samowłączającego się monitora (Snuza halo) zaczyna grymasić. Przygody z reklamacjami w Polsce utwierdziły nas raczej, że rzadko która walka o swoje przynosi zwycięstwo w postaci zwrotu pieniędzy, czy nowego sprzętu. Gadamy z facetem raczej „dla sportu”, dla treningu w wyciąganiu na tapetę odpowiednich argumentów, wiedząc, że mamy rację, ale nadziei na pozytywny obrót sprawy nie mamy. Pojedynek na argumenty, a raczej walka we dwoje na jednego ;) początkowo jest ekscytująca, jednak szybko zaczyna iść w dość śmiesznym kierunku. Sprzedawca najpierw mówi, że to jest urządzenie gwarantujące bezpieczeństwo dziecka, a w kolejnym zdaniu daje przykład, że „dziecka i tak trzeba pilnować samemu, tak samo jak w szpitalu personel musi doglądać pacjentów, mimo całej masy sprzętu”. Czy to znaczy, że mimo monitoringu trzeba się regularnie budzić w nocy i sprawdzać czy dziecko oddycha? To po co wydawać niemałe pieniądze, skoro i tak nie można spokojnie przespać od karmienia do karmienia? Konwersacja zaczyna nas teraz nieźle bawić. Widząc nasze rozbawione miny, facet daje za wygraną, chociaż próbuje jeszcze ostatniego argumentu – „mogę to od was przyjąć i dać wam pieniądze z własnej kieszeni, chcecie?” Muszę przyznać, że w tej wypowiedzi nie zauważyłem od razu chwytu,  zawsze coś takiego mnie rozmiękcza. Odpowiadam, że w taki sposób to ja nie chcę, że przecież to producent powinien wziąć na siebie koszty, skoro produkuje bubel. Dopiero po chwili pomyślałem, że to przecież zależy od umowy producenta z dystrybutorem i sprzedawcą, a skoro te aparaty produkuje się w RPA, to z warunkami umów może być różnie. Nie zdążyłem dokończyć zdania, że nie chcę jego pieniędzy, kiedy żona stanowczym głosem powiedziała „tak, chcemy! Ja chcę”. Miała rację. Przecież on jest ajentem i to jego interes. To on ma obowiązek zadbać o odpowiednie umowy z dystrybutorem. A klienta chroni prawo konsumenta. W innych – większych sklepach, gdzie klienta obsługuje pracownik, a nie szef, nie ma żadnych problemów z przyjęciem towaru, jeśli się komuś nie podoba (tzw. sprzedaż otwarta do 30, czy iluś tam dni), albo załatwieniem reklamacji.

Sprzedawca bierze aparat i wydaje nam gotówkę. Z kasy. Odrazu prosimy o nowy monitor, ale okazuje się, że modelu z wibracją pobudzającą już nie ma. Decydujemy się więc na tańszy model, tak samo mały, tak samo lekki, z takimi samymi zaletami jak poprzedni, tylko bez wibracji (Snuza go). Niestety wkrótce, po ok. czterech miesiącach okazuje się, że oprócz takich samych zalet, ma też takie same wady, czyli ta sama tendencja do samoistnego włączania się. Tym razem sprzedawca na widok monitora leżącego na ladzie spytał tylko: „Chcecie gotówkę, czy nowy monitor?” Nie byłoby problemu, żeby taką formę zaopatrywania się ciągnąć aż do trzech lat od daty pierwszego zakupu, bo tyle obejmuje rękojmia na sprzęt elektroniczny, ale odpowiedzieliśmy, że gotówkę, bo uznaliśmy, że nam wystarczy. Nasza córeczka była pilnowana przez ten sprzęt w sumie dziesięć miesięcy. Jakieś sześć miesięcy przez model z wibracją i cztery przez ten drugi.

Czy mógłbym komuś polecić zakup tego sprzętu? Sam nie wiem :) Z jednej strony tak, bo naprawdę działa, ale z drugiej strony, to przecież działa nawet, kiedy nie chcemy :) więc jeśli tam, gdzie mieszkasz prawa konsumenta stoją po Twojej stronie – polecam.

 

Snuza

Zalety:

Mały (mniej, więcej wielkości pudełka zapałek), dość lekki, prosty w obsłudze, zaprojektowany tak, żeby alarmować kiedy nie czuje ruchu oddechowego u dziecka (nie myli ruchu kołysania z oddychaniem), po przypadkowym odpięciu się od pieluszki na pewno zaalarmuje. Wystarczająco wcześnie powiadamia o niskim poziomie prądu w baterii. Bateria wystarcza przynajmniej na pół roku używania non-stop.

 

Wady: sygnał alarmujący jest jednotonowy, podobny do budzika, który w głębokim śnie rodzice mogą zlekceważyć. Projektant mógł pomyśleć o zmiennotonowym, narastającym sygnale, którego nieszłoby pomylić z żadnym innym. Dość droga i trudno osiągalna bateria. Ząbki zaczepu wygładzają się po kilku miesiącach użytkowania i urządzenie nie trzyma się pieluszki tak dobrze jak od nowości.

Zaufajcie jej

Zanim nasza córeczka się urodziła, opowiadałem Wam o zakupach dla niej, robionych w dość nietypowy sposób. Nie chcieliśmy kupować dosłownie niczego przed jej urodzeniem. Nie jesteśmy przesądni. Po prostu chcieliśmy uniknąć kłopotu gdyby… Jednak po rozmowie z naszą panią psycholog uznaliśmy, że jak nie zrobimy tych zakupów, to będzie jeszcze większy kłopot, kiedy będę je musiał robić sam. A że prawa konsumenta są niemal święte tu, gdzie mieszkamy i nie byłoby żadnych problemów ze zwrotem, zakupiliśmy wszystko, co potrzebne i przydatne bez odbierania towaru tego samego dnia. Pierwszą rzeczą, jaką odebrałem zaraz po urodzeniu się córeczki był monitor oddechu. Małe, sprytnie zaprojektowane urządzenie przypinane do pieluchy, dniem i nocą pilnujące czy dziecko oddycha. Od dawna wiedzieliśmy, że takie gadżety są dostępne, ale za każdym razem, kiedy kolejny pracownik służby zdrowia widząc to urządzenie pytał „co to jest” trochę byliśmy zaskoczeni. Czyżby nie wiedzieli o SIDS? Teoria mówi, że śmierć łóżeczkowa najczęściej zdarza się do ukończenia pierwszego roku życia dzieciom z takiej grupy: wcześniaki, niemowlęta wystawione na dym tytoniowy, śpiące w jednym łóżku razem z rodzicami, sypiające w przegrzanym pokoju, śpiące w pozycji na brzuchu, niekarmione piersią, śpiące bez smoczka. Im więcej tych cech nakłada się na siebie, tym większe ryzyko. Dzieciom spoza tej grupy przytrafia się to niezwykle rzadko, ale jednak…
Nasza pani pielęgniarka, którą sami wybraliśmy, jest naszym pierwszym kontaktem z służbą zdrowia. Tak tu jest. Pielęgniarka ma duże kompetencje i często, kiedy ktoś jest chory, przyjmuje go w pierwszej kolejności pielęgniarka, a potem decyduje, czy potrzebny jest lekarz. Nasza pielęgniarka jest takim naszym chodzącym po ziemi aniołem stróżem naszej córeczki. Leciwa i doświadczona. Pracuje w zawodzie kilkadziesiąt lat, opiekuje się i dorosłymi i całkiem malutkimi dziećmi. Zna się na wszystkim. To ona jest od kontroli wzrostu i wagi dziecka, od regularnego sprawdzania czy i w jakim tempie dziecko robi postępy zgodne ze swoim wiekiem. Zna naszą historię i wie, że mieliśmy spore problemy. Raz była u nas w domu. Wizyta była fajna, a miła rozmowa na wszystkie możliwe tematy przeciągnęła się znacznie dłużej, niż planowała. Do jej gabinetu jeździmy z córką regularnie. Często jestem przy tym obecny, ale tu szefem jest moja żona. Ja nie zawsze mogę wyrwać się z pracy i co któryś raz żona spotyka się z nią beze mnie.
Pewnego razu, kiedy nie mogłem pojechać z żoną, nasza pielęgniarka w rozmowie przybrała inny ton. Nie wiemy, czy to było pod wpływem młodej asystentki, przed którą chciała się popisać, czy raczej chciała wykorzystać moment, że mnie przy żonie nie ma. Kiedy po wstępnym „bla bla…” przyszła pora rozebrać córeczkę do zważenia, asystentka zobaczyła przypięty do pieluszki monitor oddechu, zaskoczona zapytała „a co to jest?”, pielęgniarka, jakby chcąc być szybsza w odpowiedzi, rzuciła „monitor oddechu”, a po chwili zwróciła się do żony „już byście sobie dali z tym spokój”, a widząc zdziwioną minę żony dodała „zaufajcie jej”…
To znaczy, że SIDS jest kwestią zaufania do dziecka? Czy to znaczy, że dzieci, które na to umarły nie były godne zaufania? Czy to, że w taki sposób chcemy chronić nasze dziecko przed taką ewentualnością znaczy, że jesteśmy rodzicami godnymi politowania? A co z rodzicami, którym dzieci przez to zmarły? Czy oni niepotrzebnie nie śpią po nocach, chcąc uchronić kolejne dziecko?
Ja wiem, że przez życie trzeba iść odważnie i nie bać się na każdym kroku. Ale, żeby było bezpiecznie, to trzeba iść przez nie ostrożnie, a środki ostrożności niech każdy wybierze sam.

Trud zakupów

– Zrobiliście już zakupy dla dziecka? Łóżeczko, wózek, ubranka…? – Spytała „Człowiek w Psychologu” w czasie którejś wizyty u niej jakiś miesiąc przed naszym terminem. Wiedziała doskonale, że w pierwszej ciąży byliśmy zaopatrzeni we wszystko, co można było mieć dla maluszka. Od rodziny i przyjaciół dostaliśmy masę ubranek. Mieliśmy wózek, łóżeczko, zabawki. Przyszykowaliśmy dla niego pokoik. Z większością byliśmy gotowi do maja. W połowie lipca miały te rzeczy być używane. W sierpniu się ich pozbywaliśmy…
- Oczywiście, że nie! Co będzie, jeśli się nie uda? Będziemy wtedy jeździć do sklepów i robić zwroty?

Nie wiem jak działa prawo konsumenta we wszystkich krajach Unii, ale tu, gdzie mieszkamy nie ma żadnego problemu z oddaniem nieużywanej rzeczy. Nie trzeba nawet mieć paragonu, wystarczy wiedzieć mniej więcej kiedy się kupowało, ale z paragonem oczywiście lepiej. Wiedzą o tym wszyscy i ona i my. Po krótkiej rozmowie przekonuje nas, że lepiej by dla nas było, gdybyśmy już teraz – przed rozwiązaniem zaopatrzyli się w niezbędne artykuły dla dziecka, tymbardziej że wiemy na 99%, że to będzie dziewczynka. A przede wszystkim (!!!) nie należy się z góry nastawiać, że może się nie udać. Należy się z tym liczyć, ale nastawić się na to, że się uda.

Jeszcze w samochodzie podejmujemy temat zakupów będąc sam na sam. Dochodzimy do wniosku, że psycholożka ma rację, że nie ma co czekać. Później będzie ciężko z czasem, a przynajmniej podstawowe rzeczy musimy mieć na starcie.
Z grubszych rzeczy kupiliśmy wózek, łóżeczko, fotelik. Z drobniejszych ubranka, butelki, pieluszki, kosmetyki i inne.
Najpotrzebniejszą rzeczą, co do której zakupu byliśmy zgodni, był monitor oddechu. Co prawda śmierć łóżeczkowa nie dotknęła nikogo z naszych bliskich, ale spośród znajomych tak. I to w obu wypadkach były dziewczynki. Jednej dane było żyć miesiąc, drugiej trzy…
Mieliśmy tylko dylemat jaki wybrać model. Wybraliśmy przenośny, przypinany do pieluszki. Jest mały i lekki, mieści jedną trzyvoltową baterię i działa. Czuwa nad dzieckiem śpiącym w łóżeczku, w jadącym wózku i gdziekolwiek indziej. Dziecko dzięki temu może spać nie tylko na wznak, ale też na brzuszku, co dla dziecka (i nie tylko) jest najwygodniejszą pozycją do spania. Urządzenie kosztowało 1600 koron (ok 800 PLN), ale po ponad miesiącu użytkowania przyznaję, że jest niezawodne. Po piętnastu sekundach braku ruchu włącza się cichy alarm – wibracja pobudzająca dziecko i w razie skutecznego przywrócenia oddechu czujnik informuje czerwonym kolorem, że nastąpiło wstrzymanie. Jeśli urządzenie nie zdoła dziecka pobudzić, włącza się alarm głośny i wibracja. Urządzenie informuje też na czas o niskim poziomie prądu w baterii. Polecam. Można spać spokojnie aż do następnego karmienia ;)
Dlaczego piszę o monitorze oddechu? Zdawałoby się, że w dzisiejszych czasach jest to powszechne, ale podczas kilku razy, kiedy rozbieraliśmy córeczkę w niejednym ośrodku zdrowia, byliśmy pytani przez personel „co to jest?”. Znaczy, że nie jest to jeszcze takie popularne, więc opisuję, może się przyda.

Zrobione zakupy czekały w domu i piwnicy w oryginalnych opakowaniach aż do naszego powrotu z BB. Dobrze, że je zrobiliśmy zawczasu.