Na rodziców szkoleni

Kobieta jak z obrazu. Szlachetna, drobna twarz, oczy tak okrągłe jak w japońskich kreskówkach, długie bląd włosy splecione z tyłu w kok. Filigranowa. Mężczyzna jak z elity profesorów jakiegoś uniwersytetu. Wysoki, szczupły, włosy ciemne, lekko poskręcane, na twarzy „trzydniowy zarost” pasujący do całości, dobrane okulary. Są małżeństwem. Pasują do siebie wzajemnie. Czy czegoś brakuje im do szczęścia? Tak. Dziecka…

To ich spotykamy pierwszych w korytarzu budynku, gdzie ma się odbyć szkolenie. Pytamy ich o parking a po odpowiedzi znikamy, żeby dopiąć sprawę zaparkowania samochodu na ostatni guzik. Po powrocie widzimy, że są już wszyscy a za chwilę pojawia się też „Belferka” wykładowczyni prowadząca kurs. W sali ławki na przeciw biurka ustawione są równolegle do ścian tworząc duże „U” tak, że wszyscy siedzą do siebie twarzą. Siadamy w pierwszej, zaraz obok biurka. Obok nas dość młoda para a za nimi małżeństwo, które przed chwilą poznaliśmy, za rogiem dwie kolejne pary, za następnym jeszcze jedna i na końcu wysoka kobieta. Siedmioro dzieci może dzięki temu szkoleniu trafić do przyszłego domu.

Na początku Belferka sprawdza dane wszystkich – nasze się nie zgadzają, wyjaśniamy, że jesteśmy tu przez przypadek trochę wcześniej, nasza kolej na kurs wypadałaby dopiero za dwa miesiące, ale jedna z par „wyskoczyła”, więc my mogliśmy „wskoczyć” za nich. Później zgodnie z poleceniem każdy pisze swoje imię na kartce i stawia ją na ławce.
Szkolenie jest prowadzone ciekawie. Najpierw Belferka rzuca światło na jakiś temat, potem wciąga nas zadając pytania do ogółu, albo imiennie. Mniej więcej co godzinę intensywnej wymiany zdań dzieli nas na trzy grupy i rozsyła po pokojach, gdzie dyskutujemy na zadany przez nią temat. Po jakimś kwadransie przychodzi i zaprasza nas do sali, tam rozmawiamy dalej, przedstawiamy wnioski. Czasami dyskusja w małych grupach się przedłuża, czasami jest tak gorąca, że Belferka musi wejść między nas, żeby nam przerwać.

Czasami jest prześmiesznie, czasami bardzo poważnie. Dużo się mówi o potrzebach. Potrzeby są po obu stronach. Potrzebę dawania i brania miłości czują rodzice, potrzebę bycia otaczanym miłością czuje dziecko.
Rodzice mają potrzebę troszczyć się o dziecko. Dlaczego? Dlaczego chcesz mieć dziecko? To jedno z pytań, na które odpowiedź wcale nie jest taka prosta, jakby się zdawało. Pojedynczo każdy coś odpowiedział po dłuższym zastanowieniu, ale to nie była pełna odpowiedź na to pytanie. Dopiero po zestawieniu tych odpowiedzi udało by się komuś trzeciemu wyjaśnić dlaczego chcemy mieć dziecko. Może byliśmy słabo przygotowani? Nie. To się bardziej czuje niż wie. To siedzi w sercu a nie w mózgu. Wiemy, że pragniemy mieć dziecko, chociaż nie potrafimy tego wyjaśnić komuś, kto tego tematu nie czuje.

Pytania, zabawy w argumenty, zamiana ról… wnioski. Przerwy na posiłek, na kawę, podczas których coraz bardziej poznajemy się prywatnie. Tak mniej, więcej wyglądają dni spędzone wspólnie na kursie dla rodziców adopcyjnych.

Podczas pewnej dyskusji pada pytanie, które samo w sobie jest tak ciężkie, że nikt nie chce nawet spróbować na nie odpowiedzieć. Plan B, czyli co będzie z Waszym życiem, jeśli nie uda się z adopcją? Po tym pytaniu następuje cisza. Dopiero po dłuższej przerwie Belferka kontynuuje, mówi że taka jest reakcja na każdym kursie, w każdej grupie. Ale takie pytanie powinniśmy sobie zadać sami i odpowiedzieć na nie, jeśli nie teraz to później w domu, między sobą.

Ręka rękę myje

Rozmowa z lekarzami.

Rozmowa z lekarzem odpowiedzialnym.
Jeszcze raz 2 sierpnia 1994 przed południem, czyli po moim powrocie do prywatnej kliniki porodowej. Wraz z pozbieraną na prędce, gorączkującą i pozszywaną, ledwie chodzącą żoną spotykam lekarza odpowiedzialnego za prowadzenie kliniki – zastępcę samego właściciela. Pytamy go. Odpowiada bardzo skąpo i ostrożnie, gładząc się po wąsach i unikając naszego wzroku : „Jeszcze nie wiemy co się stało, musimy poczekać na wyniki sekcji. Przykro mi”. Wtedy na salę wchodzą też moi teściowie. Pierwszy wchodzi teść, jest nieswój, nigdy przedtem go takiego nie widziałem. Za nim teściowa. Po niej bardziej można odczytać uczucia. Jest zdenerwowana i zgaszona, prawie płacze. Teść omija mnie w ogóle na mnie nie patrząc, omija też swoją córkę, idzie bezpośrednio do lekarza, jak twardą kulę rzuca mu prosto w twarz pytanie „JAK TO UMARŁ???!!!”. Cisza… pytanie odbija się echem od ścian. Lekarz gładzi się znowu po wąsach i zaczyna cicho mówić to samo, co przed chwilą do nas. Nie mówi nic więcej. Ta rozmowa nie ma sensu. Uświadamiam sobie, że coraz mocniej czuję obrzydzenie do tego człowieka. Teściowie wychodzą a my za nimi. Teść mnie o nic nie pyta, ja też nic nie mówię przez całą drogę przez miasto do domu – czuję się winny… czuję, że to nie kto inny tylko ja zawiodłem.

Rozmowa z właścicielem kliniki.
To było któregoś dnia, krótko po pogrzebie. Dzwonek do drzwi. Otwieram. Patrzę, że to on – „magik”. Wpuszczam go mimo niechęci. Może coś ciekawego powie… Przechodzimy przez długi korytarz, ściąga buty, wpuszczam go do pokoju, gdzie leży żona z powoli gojącą się raną. Z poważną miną mówi, że mu przykro, że dowiedział się jeszcze na urlopie… i zdanie, które mi w ogóle nie pasuje do szczerze wyglądającego wstępu: „Tak mi przykro, że to akurat na Was trafiło”. A gdyby trafiło na kogo innego to było by ci mniej przykro? Albo inaczej przykro? – myślę, ale nic na to nie odpowiadam. To zdanie do dziś budzi we mnie niesmak. Od tego momentu niewiele mówię sam, przysłuchuję się i przyglądam „magikowi”. Mówi elokwentnie, mając się na baczności. Mówię o jego zastępcy, o jego braku zdecydowania w potrzebie i że moim zdaniem to jego wina, że tak się stało, bo nie zadziałał na czas. On odpowiada, że tak na prawdę to nie wiadomo czy to jego wina, nie wiadomo co się przyczyniło do śmierci dziecka, bo z sekcji, z którą zapoznał się pobieżnie rozmawiając z lekarzem patologiem przez telefon niewiele wynika. Mówi, że przyczyną były jakieś bakterie, ale nie wiadomo skąd się wzięły, że mało prawdopodobne, żeby żona złapała je w klinice, bo to pierwszy i jedyny jak do tej pory taki przypadek. Gdyby to były bakterie z kliniki to tych przypadków było by więcej. Trzeba zaczekać na oficjalny wynik sekcji na piśmie. Przyjmuję to, nie mam wyjścia. Chociaż mi się jego gadka nie podoba, muszę się zgodzić z logiczną argumentacją. Mówi o tym, co dla nas teraz jest najlepsze, na czym było by dobrze się skupić. Że ciąganie tamtego po sądach niewiele nam da, bo bez konkretnych dowodów nie wygramy, zszargamy sobie tylko nerwy (w tym miejscu przypomina mi się powiedzenie mojego dziadka o takich lekarzach „ręka rękę myje” w komisji też lekarze, czyli jego kolesie od kieliszka). A czy wygramy, czy przegramy to i tak nie przywróci życia dziecku. Poza tym tamten lekarz „też to przeżył, dla niego to też strata” a poza tym dajmy spokój, bo tamten i tak niedługo na emeryturę przejdzie. Teraz będzie dobrze jak odpoczniemy fizycznie i psychicznie, żony piersi przestaną produkować mleko a macica dojdzie do siebie. Potem, żebyśmy przyszli na kontrolę. Najlepszym lekarstwem jest następne dziecko jak najszybciej, jak już organizm odpocznie…
Nie podoba mi się ten człowiek, ale po długich rozmowach dochodzimy z żoną do wniosku, że może mieć rację, przynajmniej częściowo. Z czasem mleko przestaje płynąć, ale tęsknota za dzieckiem zostaje.
Niedługo potem załatwiam urlop i wyjeżdżam z żoną, uciekamy z przekleństwa czterech ścian.
Na urlopie jest ładna pogoda. Chcę pokazać żonie jak najwięcej, chcę pokazać spadające gwiazdy. Każdego sierpnia w atmosferę ziemską wchodzi tysiące małych i większych kamyków z kosmosu tworząc piękny spektakl. Kładziemy się na łące i czekamy. Żadna wtedy nie spadła.

Śpioszki

Ten odcinek mojej opowieści jest tak smutny i straszny, że jeśli jesteś w ciąży, albo masz słabe nerwy pomiń go, nie czytaj tego.

Któregoś dnia, kiedy żona jeszcze była w ciąży, to były ostatnie miesiące, robiłem coś w kuchni, chyba przy kranie majstrowałem, jak zwykle słuchając swojej ulubionej muzyki. Żona w pokoju przebierała w ciuszkach, które dzień, czy dwa wcześniej kupiliśmy dla Danielka. Mieliśmy już łóżeczko, wanienkę, wózek, nosidełko… W pewnym momencie wchodzi do kuchni z wielkim brzuchem a na brzuchu w nosidełku miś, jej brązowy miś z dzieciństwa ubrany w śpioszki. Wybuchnąłem śmiechem, ona też. Salwa śmiechu nie ustawała, aż nas brzuchy i policzki rozbolały. Pomęczeni śmiechem poszliśmy do pokoju odpocząć.
Te same śpioszki mieliśmy ze sobą w szpitalu a potem w klinice. Te same śpioszki wybraliśmy do trumny.
Bierzemy samochód od teścia i jedziemy do prosektorium. Teść zostaje. Przeżywa to na swój sposób. Po niecałej godzinie jesteśmy już na miejscu. Biorę śpioszki i idę. Sam. Niski, parterowy budynek stoi nieco oddalony od szpitala w cieniu sosen, czarnych sosen. Dwa schodki wiodą mnie ku wejściu. Otwieram stare drzwi, wchodzę. W środku półmrok, może przez cień sosen, a może światło dnia stało się dla mnie mniej jasne, prawie czarne? Pomieszczenie bardziej przypomina korytarzyk niż biuro pracujących tam osób. Nikogo w nim nie ma. Po prawej stronie przy oknie stare biurko, mijam je i przechodzę do następnego, większego już pomieszczenia. Na środku stoi wielki stół pokryty blachą. Zimno tu, mimo upalnego lata. Po lewej stronie pomieszczenia otwarte dwuskrzydłowe drzwi, za nimi starszy, mizerny mężczyzna w kraciastej flanelowej koszuli, szarych spodniach i grubych okularach. Zauważa mnie, przechodzi do pomieszczenia, gdzie ja stoję.
- Dzień dobry – witam się z nim, chociaż w tym momencie to przywitanie wybitnie mi nie pasuje
- Co pana sprowadza? – pyta.
- Przyniosłem śpioszki dla mojego synka, chcielibyśmy z żoną, żeby w nich był pochowany. Gdzie on teraz jest?
- Musimy wejść do chłodni.
Mężczyzna otwiera inne drzwi obite aluminiową blachą, wchodzimy. W środku pod przeciwnymi ścianami stoją dwa długie na dwa metry stoły, jakby piętrowe z blaszanymi blatami. Są ustawione w narożnik. Na jednym z nich po prawej stronie leży białe zawiniątko. Podchodzimy. Mężczyzna rozwija je, pokazuje twarzyczkę…
NIE!!! W jednej chwili ogarnia mnie przerażenie. ZMNIEJSZYŁ SIĘ – wpadła mi do głowy widząc malutką, mniejszą niż przeciętna pięść główkę dziecka. Jak to się mogło stać? Czy zwłoki ludzkie mogą ulec skurczeniu? Przecież to niemożliwe!!! NIE!!! – krzyczę w myślach i jednocześnie słyszę w głowie własny krzyk.
- To nie moje dziecko – mówię do pracownika – Gdzie jest moje dziecko???
- Jak to? – pyta pracownik z lekkim tonem czegoś dziwnego w głosie, czegoś nieokreślonego, jakby z czymś między litością nade mną a drwiną – Nie poznaje pan swojego syna?
- To nie jest mój syn – odpowiadam jeszcze spokojnie, chociaż w środku czuję jak zaczynam kipieć – Mój był większy.
- Żartuje pan? – mówi pracownik takim tonem, że nie wiem czy pyta, czy ze mnie kpi.
- Nie jest mi obojętne kogo pochowam – mówię dosłownie do faceta – mój syn…
- To jak panu jest obojętne, to niech pan bierze to dziecko i po sprawie – przerywa mi facet. Moja wściekłość zaczyna być widoczna przez jego grube okulary, albo słyszalna w tonie głosu, albo jedno i drugie.
- Powiedziałem, że NIE jest mi obojętne kogo pochowam, niech pan nie przekręca moich słów! Mój syn ma się znaleźć tak szybko jak to możliwe!
Pracownik podchodzi jeszcze raz do zawiniętego ciałka, bierze w rękę wiszącą karteczkę z nazwiskiem, czyta. Ja też czytam. Trzy pierwsze litery zgadzają się, reszta nie. Mniej sylab, inne zakończenie. Waga 2600g. (Daniel ważył ponad 4000g.)
- Było tu takich dwóch – zaczyna opowiadać – przynieśli własnoręcznie zbitą trumienkę, na wymiar… chyba ich nie było stać… podeszli, wzięli pierwsze z brzegu… trochę się męczyli wkładając do trumienki… nie mieścił się… scyzorykiem rozcinali materiał, żeby się główka zmieściła… nie mieściła się, to przekrzywili główkę… potem robili zdjęcia…
Czuję, że czerń ogarnia całe to miejsce. Nie mogę już tego słuchać, ale jednocześnie chcę wiedzieć jak najwięcej. Uczucie czerni ogarnia też moje ciało.
Czuję coraz bardziej ogarniającą mnie słabość, jakbym dostał silny cios…
- Chcę, żeby mój syn był tu jak najszybciej.
Facet znika każąc mi zaczekać kilka minut w tym okropnym miejscu. Przechodzę do pierwszego pomieszczenia, chcąc wyjść z budynku i zaczekać na zewnątrz. Zatrzymuję się jednak przy biurku, zaglądam w duży zeszyt z tabelami. Są nazwiska. Chcę odnaleźć mojego syna… przeczytałem nazwisko i wiek jakiejś kobiety. Młoda kobieta. Robi mi się słabo i wychodzę na zewnątrz. Po chwili pojawia się facet i mówi, że załatwione, ciałko będzie z powrotem za dwa dni. Odchodzę w kierunku samochodu myśląc o tamtej kobiecie. Co by było gdybym kazał żonie rodzić jednak w tym szpitalu? Ta myśl jest nieracjonalna, wiem o tym, ale nie mogę się uwolnić od przerażenia. Wsiadam do samochodu ze śpioszkami w ręku. Żona patrzy na mnie zdziwiona. Ja sam nie mogę do siebie dojść, sam tego jeszcze nie ogarniam. Wytłumaczenie tego żonie zajmuje mi długi czas.

wysoka wieża

Wsiadamy w samochód i jedziemy bezpośrednio do prywatnej kliniki. Jest piątek po południu. Wjeżdżamy windą na jedenaste piętro, potem człapiemy się po schodach jeszcze jedno, dwunaste. Wchodzimy. Przyjmuje nas jakiś inny lekarz, którego wcześniej nie mieliśmy okazji poznać. Starszy z wąsem, po pięćdziesiątce, przymknięte powieki, pewne spojrzenie. Wygląda na doświadczonego.
- Szef jest na urlopie. Ja tu jestem jego zastępcą.
- Ok. – Opowiadamy mu historię kilkudniowego, bezskutecznego wywoływania porodu z przenoszonej od dawna ciąży w szpitalu i mówimy, że chcemy jednak urodzić tutaj. Mniejsza o koszty. Pieniądze zdobędziemy.
Lekarz bada żonę. Mówi, że wszystko jest w porządku, wody czyste i nic się nie stanie jak przyjedziemy w poniedziałek, wtedy wszystko będzie przygotowane, będzie personel, wszyscy wypoczęci, pójdzie jak z płatka. Propozycja wydaje nam się rozsądna. Pozostaje nam zaufać i zgodzić się. Robimy tak. Umawiamy się na poniedziałek i wychodzimy z gabinetu.

Wracamy do kliniki w poniedziałek w południe. Jest personel, wszystko przygotowane, żona szykuje się, bierze prysznic, kładzie się na łóżku, personel mierzy ciśnienie, podłącza KTG, oksytocynę w kroplówce… mija czas… rozłączają KTG, każą nam chodzić intensywnym krokiem po korytarzu. Robimy tak. Łapiemy się pod bok i chodzimy, prawie biegamy. Żona z wielkim brzuchem, ja z workiem oksytocyny w dłoni podłączonym elastycznym przewodem i wenflonem do ręki żony. Jest nawet romantycznie, czasem zabawnie, mówimy do dziecka w brzuchu, żeby się szykowało do wyjścia… powoli pojawiają się bóle. Mija czas. Każą jeszcze biegać. Biegamy. Mijają godziny. Jest ok. Skurcze są coraz silniejsze, wręcz nie do zniesienia. Kładą żonę na łóżko… Mija północ.
Wtorek, godzina pierwsza z minutami. Przeraźliwy krzyk żony dodaje adrenaliny wszystkim obecnym, pomęczonym już ludziom. Po chwili drugi krzyk. Silne skurcze. Anestezjolog podaje maskę z gazem rozweselającym, co przynosi żonie ulgę. Po chwili następne skurcze… . Położna szybkim, sprytnym ruchem robi nożyczkami nacięcie krocza, którego żona nawet nie odczuwa. Ból krocza zostaje w cieniu bóli porodowych. Zaglądam tam i widzę główkę Mówię o tym żonie. Ta wypowiedź dodaje jej siły do parcia. Prze. Oddycha. Prze znowu. Lekarz z położną łapią ze sobą porozumiewawcze spojrzenie i kładą się łokciem na brzuch wyciskając dziecko. Brzuch opada. Położna bierze dziecko i kładzie na brzuch żony. Jest cudownie. Największe nerwy odpuszczają, pojawia się najpiękniejsza chwila uniesienia jaką można przeżyć. Synek zaczyna oddychać i wszystko zaczyna być piękne. On sam jest piękny. Czarne dość długie włoski, śliczne małe dłonie i paluszki, którymi mnie złapał za palec – nie pamiętam w którym momencie to było, pamiętam tylko fakt. Położna obmywa trochę główkę z krwi po nacięciu krocza, ubiera go w coś, czy owija – nie pamiętam. Za chwilę trzeba będzie jeszcze urodzić łożysko. Przedtem lekarz ściska dwiema klamrami pępowinę, podaje mi nożyce i zachęca, żebym przeciął. To przywilej ojca. Robię tak z radością. Tnę. Wrażenie jest trochę dziwne, ale to przecież nie jest unerwione – tłumaczę sobie.

Synek nie płacze głośno. Jest trochę marudny, ale my w tym nie widzimy nic złego. To przecież nasze pierwsze dziecko. Żona go tuli, mówi do niego. Ja też do niego mówię. Dziecko szczególnie na mój głos uspokaja się i otwiera lekko oczy. Pamiętam, że przez chwilę miałem go na rękach, ale nie pamiętam w którym momencie. Personel zauważa, że synkowi ciężko się oddycha, więc odciągają mu pozostałości płynu z dróg oddechowych przez nos, potem kładą go do „cieplarki”. Jest późno w nocy. Żona leży na łóżku, ma lekką gorączkę – „To normalne” – mówi ktoś z lekarzy. Podają jej jakieś lekarstwa.
Wszyscy są zadowoleni, chociaż pomęczeni. Żona zostaje na łóżku, gdzie rodziła. Dziecko jest przy niej. Lekarze gdzieś się powoli rozchodzą, coś jeszcze gdzieś robią. Pielęgniarka mówi do mnie, że mogę się położyć w pokoiku obok. „Fajnie” – myślę i tak robię, kładę się pełen wrażeń, ale spokojny. Po chwili zapadam w sen…