Złota rybka

Poszliśmy pewnej jesieni nad jezioro. Ja i Syn. Ot tak dla dotlenienia. Był taki czas, że robiliśmy to często. Stawaliśmy wtedy na brzegu i… rzucaliśmy do wody kamienie. Na początku to było „puszczanie kaczek”, ale w tym rzucaniu Syn dość szybko poszedł w swoim osobliwym kierunku… wrzucaniu kamieni coraz cięższych i coraz dalej, a im większy plusk, tym lepiej. Tamtego razu, kiedy tak staliśmy, rzucaliśmy i rozmawialiśmy na jakiś frapujący go temat, nagle zawołał:
- Tata, tata… tu jest ryba!
- Gdzie? – spytałem nie odrywając oczu od piaszczystego dna jeziora w poszukiwaniu ryby.
- Tutaj pod drzewem!
Rzeczywiście! Na plażowym piasku pod wystającymi korzeniami sosny, kilka metrów od brzegu leżała mała ryba.
- Pewnie martwa…
- Nie! Ruszyła się przed chwilą!
Przez dobre pół minuty wpatrywaliśmy się w nieruchomą rybę jak dwa woły na malowane wrota, wyrażając swoje zdumienie skąd mogła się tutaj wziąć. Może ktoś ją złowił i wyrzucił? Może zrobił to jakiś ptak, a my przychodząc tu wypłoszyliśmy go? Aż nagle…
- Widziałeś? – wykrzyknął Syn.
- Rzeczywiście, żyje. – odpowiedziałem i wziąłem ją w ręce. – Ale ledwie żyje. Wpuścimy ją do wody, może odzyska siły.
Zdjąłem buty i skarpety, podwinąłem nogawki i wszedłem prawie do kolan w wodę. Włożyłem rybę, ale ta ani drgnęła. Czekaliśmy dłuższą chwilę, ale nic. Co robić? Jak zrobić rybie sztuczne oddychanie? Złapałem ją delikatnie, ale na tyle mocno za tułów koło ogona, żeby się nie wyślizgnęła i miarowym ruchem poruszałem nią, pod powierzchnią wody, do przodu i do tyłu… do przodu… do tyłu… i tak przez minutę, czy dwie. To chyba najlepsze, co mogłem wymyślić. Na ruchu wstecznym otwierają się skrzela i nabierają świeżej, natlenionej wody. Potem ją puściłem, ale zaczęła powoli opadać, więc złapałem ją znowu i powtórzyłem akcję. Puściłem, ale znów się nie ruszała. Spojrzałem na Syna, który stał w napięciu na brzegu i raczej niewiele widział pod powierzchnią wody pod takim kątem. Zdążyłem mu tylko powiedzieć, że się nie rusza, kiedy sam zauważyłem, że już jej nie ma. Zacząłem jej szukać, ale już jej nie mogłem znaleźć, mimo, że w brązowej, ale klarownej wodzie świetnie widziałem i złocisty piasek, i każdy kamień, i każdy korzeń, czy patyk leżący na dnie.
- Odpłynęła! – krzyknąłem zadowolony. – Jeszcze przed chwilą nie miała sił, a teraz już jej nie ma.
- Ożyła?
- Tak
- To dobrze! To teraz płyń i nie daj się następnym razem złowić! – powiedział Syn.

W domu Syn opowiedział krótko mamie jak rybę uratowaliśmy. Trzech życzeń nie było, było tylko jedno… to, co jej Szachista życzył, żeby nie dała się złapać następnym razem. Może się spełni, przecież nie było wygórowane? Dla mnie spełniło się coś jeszcze. Dostałem dowód jego wrażliwości, co nieczęsto się zdarza w jego przypadku. To się zdarzyło pięć lat temu, ale do tej pory miło to wspominamy.
Następnym razem opowiem dlaczego Szachista nie spożywa ryb.

Emocje surowo zabronione

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze,
Prawdziwy mężczyzna nie wie co łzy,
Prawdziwy mężczyzna nie zna rozpaczy.
Mężczyzna i łzy? To śmieszne, to wstyd.

To refren bardzo starej piosenki, znanej prawie wszystkim jeszcze z lat dzieciństwa, mówiącej bardzo dużo o nastawieniu społeczeństwa do uzewnętrzniania emocji przez męską jego część. Utwór sam w sobie jest doskonały, słowa trafione, muzyka świetnie dobrana do tematu. Nigdy jednak tej piosenki nie lubiłem i nigdy jej nie będę z chęcią słuchał, bo wywołuje u mnie skrajne emocje. Już od samego słuchania jej chce mi się płakać, więc po prostu wyłączam radio. Ale mój teść tę piosenkę lubiał…
O tym, że mężczyzna musi być twardzielem i nie okazywać łez dowiadujemy się jeszcze będąc dziećmi. Każdą osobistą porażkę należy zbagatelizować, zapomnieć o niej jak najszybciej, zająć się czymś innym.
Wcześniej w moim blogu wspominałem już o tym jak reagowali ludzie z mojego najbliższego otoczenia, kiedy próbowałem z nimi rozmawiać o śmierci mojego dziecka. Owszem, przyjmowali do wiadomości, powiedzieli że im przykro, czasem to wyglądało szczerze, ale żeby ktoś chciał dłużej o tym porozmawiać… nie było o tym mowy. Z jednej strony niby było im przykro, ale z drugiej widziałem po ich minach, że byłoby lepiej, żebym z nimi o tym nie rozmawiał, że chcieliby jak najszybciej zakończyć rozmowę. Nie było mowy o tym, żebym mógł z kimś dłużej porozmawiać o zamianie ciał w prosektorium. Nie miałem z kim o tym porozmawiać, bo ani „przyjaciele”, ani moja rodzina „nie czuła się dobrze” w tym temacie. Nauczyłem się więc milczeć. Jedyną osobą, która w pełni rozumiała mnie to moja żona, która też potrzebowała z kimś o tym porozmawiać. Cieszę się, że chociaż ona miała z kim porozmawiać, miała przyjaciółki, którym nie wstyd było płakać z nią. Ja tego nie mogłem, bo jestem mężczyzną. Wśród mężczyzn to nie działa. Między nimi taka rozmowa nie ma racji bytu. Nie o tak poważnym temacie, jak śmierć. Każdy z mężczyzn tutaj wystawiony jest na samotność, na zupełnie samotne przeżywanie tych emocji, na przetrawienie tego samemu. I to tak, żeby jego otoczenie nie odczuło, że on to przeżywa. Jego otoczenie jest przecież ważniejsze od tego, że on sam „coś tam” przeżywa, z jego otoczeniem trzeba się obchodzić jak z jajkiem, absolutnie nie można dotknąć otoczenia swoim bólem. Tego nie można…
Prawdziwy mężczyzna ma jak najszybciej przejść nad swoim niepowodzeniem do porządku dziennego. Oczekuje tego od niego nie tylko męska częśc ludzkości, ale i żeńska, bo przecież kobiety też już od najmłodszych lat słyszą, że „prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze”. Niedawno napisała mi komentarz jedna z czytelniczek, że nie powinienem tak rozpaczać przy żonie i przez to „jeszcze bardziej pogrążać w rozpaczy swojej żony”, że jestem taki sam jak jej mąż, który „zamiast ją pokrzepić”, pomóc jej wyjść z jej rozpaczy, „pogrążał ją jeszcze bardziej”. Jeśli chcę rozpaczać, to powinienem to robić w ukryciu…
Wyraźny podział na mężczyzn i kobiety czuje się też w komentarzach. Ogromna część komentarzy mojego bloga, to komentarze kobiet – napełnione emocjami. Ale są też, chociaż nieliczne, komentarze od mężczyzn, którzy o emocjach nie piszą, bo „nie wypada”. W tych męskich komentarzach daje się jednak wyczuć pewną solidarność, pewne zrozumienie. Tylko tyle i aż tyle, bo mężczyźnie „nie wypada” o emocjach rozmawiać.
Mój teść, który tak bardzo lubił piosenkę Gangu Marcela, też był podobnego zdania, chociaż tego nigdy nie powiedział. W ogóle niewiele mawiał. Jak miał powiedzieć coś ważnego, to powiedział to w taki sposób, że wszyscy wiedzieli o co chodzi, chociaż wypowiedział tylko jedno zdanie. Mój teść był człowiekiem bardzo honorowym, był właśnie takim prawdziwym mężczyzną. Moja żona, nawet jeszcze jako dziecko, nigdy nie widziała go płaczącego, aż… Pewnego razu, kiedy jej mama znalazła się w szpitalu, a oni zostali w domu sami, mała dziewczynka uświadomiła sobie w pewnym momencie, że długo nie widać taty. Postanowiła go poszukać. W wielkim mieszkaniu nie mogła go nigdzie znaleźć, aż znalazła go w spiżarni. Schował się tam i płakał. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy widziała go płaczącego. Szybko się wtedy pozbierał i wrócił do pokoju. Nie chciał, żeby jego córka go takim zapamiętała. Nigdy też z nią o tym nie rozmawiał. Z nikim o tym nie rozmawiał.
„Mężczyzna i łzy… to śmieszne, to wstyd!”.
Mój teść wszystko, co łączyło się ze śmiercią wnuka przeżywał w sobie i na swój sposób. Nie wiem jak to przeżywał, bo nigdy nikomu o tym nie powiedział, ale wiem, że przeżywał, a tamten płacz jest dla mnie na to dowodem. Poza tym, po tych wszystkich wydarzeniach… po śmierci Danielka nigdy nie odzyskał zaufania do lekarzy. O Danielku rozmawialiśmy tylko raz, zaraz po porodzie, kiedy jeszcze wszystko było dobrze. Wtedy to teść dowiedział się jak bardzo Danielek był do niego podobny. Nie rozmawialiśmy jednak o tym nigdy więcej. Teść najwyraźniej bojąc się swoich emocji po prostu nie rozmawiał z nami o tym mimo, że dawał nam swoje wsparcie swoją obecnością.
Mężczyźni przeżywają śmierć bliskich tak samo jak kobiety, zwłaszcza śmierć dziecka. Nigdy tego jednak nie pokażą, ani nie wyrażą tak jak kobiety, bo tak ich ukształtowało środowisko. Może się zdarzyć, że nigdy nie będą chcieli o tym rozmawiać nawet z najbliższymi. Ale to nie znaczy, że nie cierpią, że mają serce z kamienia, albo że nie są zdolni do odczuwania emocji. Po prostu od dziecka próbują dorównać niedościgłemu ideałowi „prawdziwego mężczyzny”

Uwaga zakręt, uwaga zły pies, uwaga lekarz.

Wejść w zakręt uczy nas instruktor nauki jazdy, potem sami dopracowujemy technikę. Psa można ominąć po tym jak zobaczymy, że na nas warczy, poza tym do zwierząt nie musimy mieć zaufania. Ale jak rozpoznać nieudolnego lekarza? Jak rozpoznać śmiertelne zagrożenie, które kryje się pod postacią łagodnego, spokojnego człowieka w białym kitlu, do którego od przedszkola mamy zaufanie? Kim w ogóle jest lekarz?

 

Prestiż za wszelką cenę.
Lekarz to zawód. I jak w każdym zawodzie niejeden człowiek jest gotów łokciować, gryźć, kopać i robić wszystko inne, żeby skasować konkurenta. Jeśli lekarze tworzą zespół, żeby współpracować i coś „osiągnąć” to robią to po to, żeby okazać się lepszymi od innych zespołów. Lekarz na wysokim stanowisku często wykorzystuje młodszych kolegów, którzy dopiero się uczą – rozmawiałem niedawno z lekarzem, który niechętnie, ale zdradził parę szczegółów na ten temat. Otóż i on i jego koledzy pracowali na stażu przez pięć lat za darmo pod kierownictwem „feudalnego” ordynatora, który robił co chciał i pomiatał kim chciał w swoim szpitalu.

 

Lekarz to pijak.

Lekarz częściej niż pracownik innego zawodu zagląda do kieliszka i to w miejscu pracy. Przykład? Delikatna sugestia do nas, jako rodziców: „Tylko nie kupujcie nam kwiatów, bo my się narobiliśmy a zarobi ogrodnik… kupcie coś dobrego.”

 

Lekarz to kłamca.
Jak coś spieprzy, zaraz tak kłamie i kręci w dokumentach, że mimo sprzecznych zeznań innego lekarza – np. patologa robiącego sekcję zwłok, ktoś postronny uznaje „słowo przeciwko słowu”. I tu mi się nasuwa stara złodziejska zasada – „nigdy się nie przyznawaj, a jak cię złapią za rękę to mów, że to nie twoja ręka.” Niedawno przeczytałem na necie jak pewna lekarka urwała niemowlęciu ropiejący pępek, co spowodowało sepsę i śmierć dziecka. Słowa lekarki „przykro mi z powodu śmierci pani dziecka, ale nie przepraszam, bo nie poczuwam się do winy” uderzyły mnie boleśnie. Dokładnie tak samo powiedział, osiemnaście lat temu lekarz ginekolog-położnik, który odbierał poród mojego synka, widząc, że gorączkuje wezwał pomoc dopiero po kilku godzinach, kiedy było już za późno.
„PRZYKRO MI”; „TO NIE MOJA WINA”; „NIE MAM NIC WIĘCEJ DO POWIEDZENIA”.

 

O wiele łatwiej żyło by się gdyby na drodze życia stały takie znaki. Uwaga zakręt, uwaga zły pies, uwaga lekarz.
W następnym wpisie wracam do mojej historii, w której opiszę dobrych lekarzy.