Latarkowe spacery

Spacer po ciemku – czy może być dla dziecka przyjemnością? Wcześniej z Synem tego nie próbowaliśmy. Nie wiem dlaczego. Nigdy na to nie wpadłem. Tym razem jest inaczej. Tym razem mam jakąś nieodpartą ochotę pokazywać dziecku wszystko i bardzo intensywnie, jakby szkoda mi było czasu, przecież czas, w którym czegoś razem nie przeżywamy, rzeczywiście jest stracony. Bywa na co dzień, że jestem zmęczony po pracy i nic mi się nie chce, ale jak się nie ruszę, żeby jakoś spędzić z córką czas, to potem mnie to gryzie. No i jeszcze myśl, że przecież życie jest tak kruche… Co jak nie zdążę?

Jeszcze na jesieni, kiedy dzień robił się już tak krótki, że po mojej pracy czekał nas tylko zmierzch i prędko zapadająca ciemność, postanowiłem, że się temu nie poddam, nie będę siedział z dzieckiem w domu tylko dlatego, że na dworze jest już ciemno. To jakby nie wychodzić na spacer, bo pada deszcz… Kwestia nastawienia. Jest takie szwedzkie przysłowie, które w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Nie ma złej pogody, jest tylko zły sposób ubierania się” i podobnie jest z małą ilością światła w porze jesienno – zimowej. Eyja od samego urodzenia była wywożona na drzemkowe spacery, dlaczego tego nie kontynuować? Nie siedzimy w domu narzekając, że ciemno, buro i ponuro. Po prostu bierzemy latarki i kamizelki odblaskowe i robimy piesze wycieczki.

Podczas pierwszej takiej wycieczki myślałem, że Eyję obleci strach, albo szybko się zniechęci. Ale wcale tak nie było. Wręcz przeciwnie, gotowa była wejść w każdy zakątek parku, na każdą leśną ścieżkę. To była świetna przygoda, kiedy widać było tylko to, co oświetlało światło latarki tam, gdzie oświetlenie uliczne nie docierało. Tutejsze place zabaw są trochę oświetlone, ale i tak większość uznałaby, że tego światła jest za mało, że jest na tyle ponuro, że lepiej w tym czasie posiedzieć w domu. My jednak wybieramy zjeżdżalnie gdy jest wystarczająco sucho, karuzele, koniki na sprężynach i tory przeszkód. Bardzo miło jest też po prostu na huśtawkach, Eyja siedzi na jednej, ja na drugiej, bujamy się i rozmawiamy. Najczęściej to ja opowiadam o otaczającej nas przyrodzie, zjawiskach na niebie, albo o wydarzeniach z mojego dzieciństwa. Czasami też opowiadam jej o Szachiście, jaki był, co robił, gdy był mały. I wszystko to w przyjemnej atmosferze przy świetle latarek.

Już za cztery dni równonoc, więc będzie widno. Ale jak tylko przyjdzie jesień… latarka do ręki! Tymczasem pora na wycieczkę do lasu przed świtem w celu posłuchania leśnych zwierząt. Mamy duże szanse spotkać sarny, łosie, lisy, zające, ale to, co kusi mnie najbardziej, to pohukiwanie sowy. W pobliskim lesie mieszka sowa, która prawie co rano tak głośno nawołuje, że przez otwarte okno słychać u nas w domu :) Więc jeszcze latarek nie odkładamy ;)

Czytanie a rozwój mowy

Przyjemność czytania.

Codziennie przed położeniem Córki do snu, czytamy książki. Tak robiliśmy z Synem i tak robimy też teraz, chociaż z pewnymi małymi zmianami. Synowi mogliśmy czytać tylko po polsku, bo tylko w tym języku robiliśmy to płynnie. Ze szwedzkim Syn nas wyprzedzał (co często się zdarza, kiedy dziecko większość dnia spędza w szkole w odróżnieniu od rodzica, który pracuje), więc po szwedzku mu nie czytaliśmy, ale chętnie podtrzymywaliśmy nasze tradycyjne czytanie po polsku. Córce troszkę więcej czytamy po szwedzku, bo tak wybiera. Ale na samym czytaniu nie poprzestajemy. Po przeczytaniu fragmentu po szwedzku, tłumaczymy go na polski. Korzyści są obopólne. Ja uczę się dokładnego tłumaczenia na bieżąco – co wcale nie jest takie łatwe nawet dla biegle władających obydwoma językami. Druga korzyść, to bardzo dobre i szybkie wzbogacanie słownictwa u dziecka. I to w obu językach. Przez ostatnich kilka miesięcy zauważam pod tym względem ogromne postępy u Eyji. Niekiedy podczas sesji czytania wydaje mi się, że czytam sam sobie, a Eyja w ogóle mnie nie słucha, bo nie patrzy do książki, albo się wierci. Dla sprawdzenia czy słuchała pytam po polsku o czym czytałem po szwedzku, a ona opowiada po polsku cały fragment (!) :)

Mowa

Pół roku temu Eyja miała robione badanie kontrolne 2,5 latka – taki trochę „spóźniony” odpowiednik bilansu dwulatka. Pielęgniarka od samego początku obserwując dziecko, nie zauważyła, żeby coś mówiło. Spytała czy nasza córka już coś mówi. Żona odpowiedziała, że tak, że dużo mówi, chociaż większość po polsku i że z tego powodu jest lekki problem na przykład w przedszkolu, bo chociaż rozumie co się mówi do niej, to rzadko odpowiada po szwedzku. Sama zaś swoje potrzeby prawie zawsze wyraża po polsku.

- No, ale czy składa chociaż takie krótkie 2-3 wyrazowe zdania? – Dopytywała pielęgniarka.

- No tak, po polsku nawet dużo dłuższe. – Przekonywała Żona.

Niestety za żadne skarby świata Eyja nie chciała przy tamtej wypowiedzieć ani jednego słowa.

W takim momencie człowiek zaczyna się zastanawiać z ilu słów rzeczywiście jego dziecko buduje zdania. Ile przeciętnie, jaki jest dotychczasowy rekord? Oboje byliśmy przekonani o dużo bogatszych zdaniach niż składających się z 2-3 słów. Ale ile tak naprawdę? Nie było z czego policzyć.

Tego samego dnia, w tym samym składzie, czyli z Babcią udały się na zakupy. Eyja lubi oglądać rzeczy, które kupujemy i niektóre ma w zwyczaju wybierać sama. Z daleka zobaczyła papier toaletowy z „Helo Kity” i poszła po jedno opakowanie. Babcia widząc to, kazała jej odłożyć wybrany przez nią towar, na co Ona głośno: „Mama, a Babcia mi nie pozwoliła wziąć papieru do tyłka!” :)

 

Dokąd zmierzamy?

Było po czternastej. Kładłem córkę na popołudniową drzemkę. Sam jak zwykle usiadłem wygodnie obok i głaskałem po główce, żeby szybko zasnęła. Po kilku minutach doszły nas zza okna radosne, dziecięce okrzyki. Popatrzyłem na córkę, czy jest szansa, że je zlekceważy i zapadnie w sen myśląc, że hałas generują dzieciaki sąsiada, które przyszły się bawić akurat pod nasze okno i że może jest szansa, że zaraz same sobie pójdą bez mojej interwencji, która mogłaby rozbudzić moje dziecko. Okrzyki jednak nie ustawały, a ja coraz bardziej się niecierpliwiłem. W końcu widząc rozbudzoną córkę, postanowiłem otworzyć żaluzję i zobaczyć co tamte dzieciaki sprowadziło na nasze podwórko, mają przecież swoje. To, co zobaczyłem, wprawiło mnie w osłupienie. To nie były dzieci sąsiada, tylko jakieś obce. Czterech chłopców stało trochę dalej niż sądziłem po odgłosach, przy oddalonej od mojego okna o jakieś piętnaście metrów drodze, ze spuszczonymi do kostek spodniami, każdy z nich trzymał w ręku swój interes. Pierwsza moja myśl, to że się bezwstydnie załatwiają. Tylko dlaczego tak głośno?

FullSizeRender(1)

Po chwili już wiedziałem, że pierwsza myśl była błędna. Wyglądało na to, że mieli świetną zabawę, stojąc w kręgu przodem do siebie i energicznym ruchem ręki majstrując przy swoim organie. Tuż obok po drodze jeździły samochody, ale młodym to nie przeszkadzało. Kiedy oburzeni kierowcy na nich trąbili, tamci w odpowiedzi wypinali do nich swoje gołe tyłki.

Co robić w takiej sytuacji? Jak zareagować? Czy w ogóle jakoś zareagować? Wyjść do nich i powiedzieć im coś? Ale co? A co Wy byście zrobili?

Kto zawinił, że doszło do takiej sytuacji?  Kto niedopisał, że doszło do takiego incydentu? Rodzice? Szkoła? Oświata? A może my – wszyscy dorośli powinniśmy w jakimś stopniu poczuwać się do odpowiedzialności?

Dawno temu, kiedy mój syn jeszcze był mały, mieliśmy w zwyczaju zawsze przed snem czytać książki. Różne. Po przeczytaniu jakiejś bajki, czy opowieści, rozmawialiśmy o niej, o jej bohaterach, o tym co zrobili, czy to, co zrobili było dobre, czy złe, czy mądre i dlaczego. Syn bardzo to lubił. Słuchał uważnie, sam pytał, opowiadał swoje przeżycia, które spotkały go w przedszkolu, a później w szkołach. Tak, bo nasze tradycyjne czytanie i rozmowy trwały więcej niż dziesięć lat. Jakąś część z tego zajmował nam temat spraw cielesnych, seksualnych, małżeńskich, rodzinnych… Rozmawialiśmy nie tylko o tym co do czego, ale też co jest zdrowe, niezdrowe, właściwe, niewłaściwe, godne i niegodne. Pewnego dnia przyszedł ze szkoły z zeszytem i od razu pokazał, co w nim tego dnia pisali. Zamurowało mnie, kiedy zajrzałem do zeszytu mojego trzynastoletniego wówczas syna. Na dwóch zapisanych kartkach, na każdej ze stron  – po lewej stronie termin, po prawej jego definicja. Otóż na zajęciach tamtego dnia dyskutowano o tym, co to jest heteroseksualizm, homoseksualizm, lesbijstwo, sadyzm, masochizm, pedofilia, zoofilia…  nekrofilia i inne – wszelkie możliwe, których teraz już nie pamiętam.

Najpierw długo zadawałem sobie pytanie: po co to wszystko? Ja rozumiem, że niektóre z tych terminów należy wyjaśnić wszystkim dzieciom, żeby te mniej oświecone zdobyły wiedzę. Ale czy naprawdę konieczne było wprowadzanie tak młodych ludzi w brutalny, zdegenerowany świat ludzi nie mających żadnych zahamowań? Przecież w ciągu jednej, czy nawet dwóch godzin nie da się w przyswajalny dla tak młodych ludzi sposób omówić tego wszystkiego. O ile może ci zdolniejsi jakoś to przyjmą, to co z tymi mniej zdolnymi? Co by było, gdybym jako rodzic nie przygotował syna po swojemu do tego aspektu życia? Gdybym przez wiele godzin nie rozmawiał z nim o tym? Czy nie można przygotować materiału w taki sposób, żeby był łatwo przyswajalny i podawany w delikatny sposób? Żeby był dla wszystkich i z pożytkiem? Bo to, co zobaczyłem w tym zeszycie, to nędzny ochłap, a nie wiedza,  okrojony z godności i czyniący spustoszenie w młodych głowach. Do tego seks, którego pełno w internecie, filmach, gazetach i wszelkich możliwych źródłach przekonują ich o tym, że świat stoi na seksie, a życie polega przede wszystkim na zaspokajaniu własnych potrzeb seksualnych.

Ostatnio w rozmowie ze znajomą dowiedzieliśmy się z żoną o książce, którą ktoś oficjalnie chce wprowadzić do szkół w Polsce. Tytuł „Wielka księga cipek i siusiaków”. No to już się przestaję dziwić, że młodzi chłopcy nie mają żadnego poczucia wstydu i otwarcie wychodzą ze swoją ciekawością seksualną na ulicę. Zastanawiam się tylko dokąd zmierza świat i czy nie będziemy tego „postępu” żałować.

Bezstresowe wychowanie

Dawno temu, ale pamiętam jak dziś, pierwszy raz starłem się z tym terminem. To było w piątej klasie szkoły podstawowej. Mówiła o tym moja ulubiona nauczycielka na jednej z lekcji. Opowiedziała też dowcip jak w autobusie rozwrzeszczany dzieciak zaczął kopać oparcie siedzenia przed sobą. Jego matka nie zareagowała nawet, kiedy młody mężczyzna siedzący przed nimi odwrócił się do chłopaka i coś mu powiedział. Dzieciak w odpowiedzi opluł współpasażera. Wtedy matka swój brak reakcji zaczęła tłumaczyć bezstresowym wychowaniem, którego była zwolenniczką. Mężczyzna wyjął z ust gumę do żucia, przykleił jej na czoło i z pięknym uśmiechem odparł, że on też był przez swoich rodziców wychowywany bezstresowo.

Zauważyłem, że byłem jednym z nielicznych, których ten dowcip w ogóle nie rozśmieszył. Mimo to historyjkę zapamiętałem na długo. Dziwiłem się wtedy, jak rodzice mogą wychowywać swoje dzieci bez bicia, przecież ja dostawałem lanie z reguły za wszystko. Fakt, czasem coś uszło mi płazem, ale z drugiej strony czasem dostałem niesłusznie, więc bilans i tak wychodzi na zero. Kary cielesne były dla mnie czymś tak normalnym jak mowa rodzica do dziecka.

Pamiętam też postanowienie o niebiciu, które spontanicznie spoczęło na mnie któregoś dnia między trzynastym a czternastym rokiem życia. Uzasadniane było moją „dojrzałością”, że rozumiem co się do mnie mówi, więc już nie ma potrzeby mnie bić. Zabrzmiało to w moich uszach jak jakaś amnestia, jak jakieś ułaskawienie. Nie przeszkadzało to jednak aż do mojej osiemnastki, żebym od czasu do czasu „amnestia” została złamana, bo przecież nagłe, wyjątkowe sytuacje nadal się zdarzały.

Co sam uważałem o takiej metodzie wychowawczej? Mieszane uczucia. Z jednej strony czułem, że to niesprawiedliwe, z drugiej, że konieczne, bo tak przecież zostałem wychowany i nie widziałem innej możliwości. Sam też byłem przekonany o jej skuteczności, bo zawsze byłem grzecznym, dobrze ułożonym chłopcem, więc kiedy przyszła pora na przejęcie sztafety, po prostu bez żadnej refleksji sięgałem po tę metodę wychowując syna, podobnie jak wcześniejsze pokolenia przejmowały sztafetę po swoich rodzicach, aż nagle…

 

Zakaz kar cielesnych

Nie karciłem syna tak często, ani tym bardziej tak mocno, jak sam byłem karcony. Robiłem to ostatecznie, gdy w danej sytuacji naprawdę uznałem to za konieczne. Oczywiście to jest bardzo subiektywne stwierdzenie i mój syn jest przeciwnego zdania. Jednak kiedy przeprowadziliśmy się do Szwecji, musiałem odrzucić całkowicie taką możliwość, wręcz nauczyć się myśleć po nowemu i wychowywać syna po nowemu. I wtedy wyrażenie „bezstresowe wychowanie” nie tylko stało się dla mnie bardzo aktualne, ale wręcz nabrało nowego wymiaru.

I znów miałem mieszane uczucia, bo z jednej strony podobał mi się taki całkowity zakaz kar cielesnych, bo w jakiejś tam mierze chroni to ogół dzieci przed przemocą, ale z drugiej strony… W sytuacji ekstremalnej nie raz czułem się jakby ktoś pozbawił mnie czegoś mojego, jak rzeźbiarz pozbawiony dłuta, jak malarz, któremu wyrwano z ręki pędzel, a nawet jak żołnierz, któremu zabrano z ręki szablę. Bo przecież kary cielesne używa się nie tylko za nieposłuszeństwo, czy przewinienia, ale też prewencyjnie – świadomość dziecka, że za niewłaściwe zachowanie spotka je nieprzyjemność w postaci pieczenia skóry, skutecznie przed takim zachowaniem ma odstraszać.

Na pewno każdy spotkał się z sytuacją, albo chociaż słyszał o takiej sytuacji, gdzie dziecko w przypływie emocji zaczyna krzyczeć na rodzica. Dzieci „trzymane krótko” raczej tego nie robią, nie używają pyskówek ani wobec rodziców, ani innych osób starszych. Przynajmniej ja będąc tak wychowywanym, nigdy tego nie robiłem. Można więc dopatrzeć się również zalet kar cielesnych. Chociaż szczerze mówiąc, zadaję sobie pytanie, czy to właśnie ten aspekt zadecydował o takim ukształtowaniu mojej osobowości. Tak, czy inaczej, miałem mieszane uczucia co do zakazu, który od chwili zamieszkania w Szwecji miałem respektować.

Wyboru nie było. Zakaz dotyczy wszystkich przebywających na terenie Szwecji, o czym przekonał się któregoś razu pewien niczego nieświadomy polityk, obywatel Włoch, który będąc na urlopie w pewnym szwedzkim mieście, na ulicy dał synowi w twarz. Zaraz zjawiła się Policja i bez większych szans na wytłumaczenie się został aresztowany. Oczywiście można się zastanawiać nad słusznością takiego działania władz i ewentualnym wpływem na przyszłe zachowanie młodzieży. Ale to nic nie da, bo zakaz jest i trzeba go respektować niezależnie czy się to komuś podoba, czy nie.

Co więc robić, kiedy dziecko jest nieposłuszne, albo wręcz napastliwe? Jak reagować, kiedy domaga się od nas spełnienia swoich oczekiwań? Zostawić samo sobie i przeczekać kryzys? Pozwolić, żeby się wykrzyczało do końca? Żeby rzucało się na podłogę w sklepie, bo nie chcieliśmy kupić mu upatrzonej zabawki? Albo dla świętego spokoju zabawkę kupić, żeby zażegnać konflikt i pozbyć się kręgu gapiów? Przytulić pozwalając na krzyk prosto w ucho? A jeśli złość narasta i dziecko zaczyna nas szarpać, a nawet bić?

 

Bezstresowe wychowanie po mojemu.

Co dla mnie oznacza termin „bezstresowe wychowanie”?

Nie oznacza na pewno tego, żeby dziecku pozwalać na wszystko. Na pewno nie jest to „róbta co chceta” Bo nawet jeśli sami chcielibyśmy dziecku „uchylić nieba”, to na pewno nie należy tego robić na jego warunkach. Dziecko czuje się dobrze w określonych ramach. W każdym wieku, na każdym etapie rozwojowym powinno wiedzieć co mu wolno i na ile, a czego mu nie wolno. I od tego są rodzice, żeby mu to mówić, kiedy jest na to odpowiedni czas. Przykład: Moja córka wie, że pewnych rzeczy nie wolno jej dotykać, chociaż zawsze były w jej zasięgu. Na parapecie pokoju dziennego (tego dla wszystkich) stoi kolekcja szklanych ryb. Każda ryba jest inna, każda na swój sposób piękna. Lubimy wspólnie na nie patrzeć jak lśnią w słońcu, czasem o nich rozmawiamy, ale Córka wie, że ich nie dotykamy. Ani ona, ani my, bo to ogólna zasada dla wszystkich. Wie, że są z kruchego materiału i mogą się stłuc. Zdarzyło jej się przypadkiem dotknąć, ale nigdy dotąd żadna z nich nie uległa uszkodzeniu. Podobnie jest z innymi „nietykalnymi” przedmiotami, do których należą między innymi kable i kwiaty, które dorośli mogą dotykać jedynie w razie potrzeby. Ale w odróżnieniu od tej grupy przedmiotów, wszystkie inne są jak najbardziej „tykalne” i nie tylko może się nimi bawić, ale wręcz są dla niej dostępne na prośbę, albo też bawimy się nimi wspólnie. Ogromnym plusem w przekonywaniu dziecka jest to, że my też nie robimy tego, co jest dla dziecka niedozwolone. Zasada ogólna, czyli nie tylko dziecko nie może czegoś robić. Ramy mają i dzieci, i dorośli. Dobrze, jeśli dziecko wcześnie to pojmie.

Czasami jednak dziecko czegoś bardzo chce, ale nie umie tego wyrazić. Wtedy właśnie się złości i jeśli poczuje się zlekceważone, a tak może odebrać metodę „na przeczekanie”, to nie będzie to przeżycie pozytywne z pozytywnym skutkiem, czyli takim, który w przyszłości przyniesie oczekiwane przez nas rezultaty wychowawcze. Dziecko się nauczy, że można je ignorować, jak i samo nauczy się ignorować nas. Czy w takim razie w sytuacji ekstremalnej da coś nasza rozmowa? Na pewno! Tylko musi być przeprowadzona po pierwsze – spokojnie, czyli najlepiej tam, gdzie nie ma dużo ludzi, po drugie – „do zwycięstwa”, czyli skutecznie aż dziecko uzna, że nie ma sensu przeforsowywanie własnych „racji”, które my bierzemy pod uwagę, ale spełnić ich nie możemy. I uzasadniamy dlaczego. To bardzo ważne, żeby wygrał rodzic, mimo zmęczenia sytuacją, mimo straty czasu, w którym musimy coś załatwić. Z każdym zwycięskim wyjściem rodzica dziecko uczy się, że jego metoda jest nieskuteczna i z czasem nabiera przekonania, że nie warto podejmować kolejnych tego typu prób, bo nic nie przyniosą. Mogę powiedzieć, że tę metodę wymyśliłem i dopracowałem na swoim synu. Kiedy dostawał histerii, brałem go na ręce i krępowałem jego ruchy w taki sposób, żeby nie mógł machać rękami, nogami, czy głową, żeby nie zrobił krzywdy sobie, czy mi. I czekałem, aż przestanie krzyczeć. Wtedy przechodziliśmy do drugiego etapu wychodzenia z kryzysowej sytuacji, czyli rozmowy. Rozmowa musi być spokojna, a dziecko musi czuć, że jesteśmy po jego stronie, a to, co robimy jest dla jego dobra. Dostając lanie, raczej nie czuje takiej intencji. Pierwsze takie akcje z Synem trwały u nas jakiś kwadrans, albo i dłużej, i były bardzo wyczerpujące dla obydwu stron. Ale kolejne były już krótsze, bo przecież dziecko się uczy.

 

Poza tym, to my – rodzice, możemy przewidywać w jakich sytuacjach nasze dziecko może „wyjść z siebie” i starać się takich unikać. A rozmowy z dzieckiem na co dzień, podczas wspólnej zabawy, spacerów, w czasie kiedy nosimy je na rękach, podczas posiłków pomogą nam zbudować dobrą relację. Kiedy z dzieckiem aktywnie spędzamy czas, nawiązujemy z nim bezcenną więź, a to powoduje, że my rozumiemy dziecko, a dziecko rozumie nas, samo częściej czuje się rozumiane i ma mniej powodów do histerii. Oczywiście nie ma wychowania zupełnie bezstresowego, ale bez bicia i z dobrym rezultatem naprawdę da się.

 

Dumny Tata, dumna Mama

Czasami się słyszy takie coś. Czasami można to przeczytać. I chociaż osobiście kilka ładnych razy spotkałem się z takim określeniem, a nawet mam wrażenie, że spotykam się z tym na każdym kroku, to jednak nie bardzo to rozumiem o co w tym chodzi. I nie chodzi mi o definicję kogoś dumnego, bo to akurat pojmuję, ale w odniesieniu do samego rodzica. Czy powinienem być dumny? Jeśli tak, to z czego? Czy jak ktoś mówi na mnie „dumny tata” w kontekście mojej małej jeszcze córki, to czy to nie jest takie na wyrost? O ile w odniesieniu do mamy rozumiem, bo mama przecież była ciężarna, a później urodziła, to w odniesieniu do ojca – nie bardzo.  Z czego niby mam być dumny? Z tego, że udało mi się spłodzić dziecko? Tylko taka jest moja zasługa. No to może z postępów dziecka? Ale czy jako tata mogę być dumny z postępów dziecka? Zgadzam się, że mogę się z nich cieszyć. I jak najbardziej rozpiera mnie radość z każdego nawet najmniejszego postępu. Ale czy rozpiera mnie duma? Bynajmniej! Przecież to nie moja zasługa. Pewnie,  mogłem się do tego postępu przyczynić codziennymi, wspólnymi zajęciami z dzieckiem, ale to żadna moja zasługa, bo postępy dziecka przede wszystkim zależą od niego samego, od jego chęci, zdolności i całej masy dobrych przypadków, które sprawiły, że do tej pory wszystko idzie dobrze. A jeśli dziecku idzie gorzej? Czy wtedy też mam być dumny z tego, że nie jest źle, bo przecież mogło być jeszcze gorzej? Czy mogę być dumny z córki, a z syna już nie? Czy mam być dumny z obojga jednakowo? Czy ktoś z Was – Drodzy Czytelnicy, ma na ten temat jakieś wyrobione zdanie?