Pępek

Dosłownie przed chwilą moja córeczka została wyjęta przez lekarkę z brzucha żony i położona na jej nogach. Do uszu wszystkich dobiegł piękny, czysty i na wskroś przejmujący krzyk. Krzyk, którego nigdy nie zapomnę. Krzyczała przy zaciskaniu i odcinaniu pępowiny, krzyczała kiedy młoda położna przenosiła ją na osobne stanowisko, krzyczała kiedy był zawiązywany jej pępek. I tu śmieszna rzecz – pada pytanie czy chcę przeciąć pępowinę a raczej skrócić „kikut pępka”, bo tylko to pozostało po rzeczywistym odcięciu pępowiny. Z początku nie odpowiadam, bo nie wiem co. Pytanie mnie zaskakuje, bo z jednej strony wyraźnie mam w pamięci noc drugiego sierpnia 1994, kiedy wiedziałem i byłem przygotowany na rzeczywiste przecięcie pępowiny łączącej jeszcze mojego synka Daniela z łożyskiem będącym jeszcze wewnątrz mojej żony. Pamiętam dokładnie, kiedy ją przecinałem, pamiętam, kiedy piliśmy „szampana” a raczej bezalkoholową wersję jego podróby, pamiętam co stało się później. Gdzieś pozostała we mnie trauma – swoiste skojarzenie przecięcia pępowiny i późniejszych wydarzeń. Za drugim razem, kiedy rodził się Szachista, nie przecinałem pępowiny, nie zostało mi to zaproponowane, nie zgodziłbym się, gdyby nawet taka propozycja padła. Teraz mam chwilę na refleksję, teraz zastanawiam się czy to nie będzie jednak lepiej, kiedy tę pępowinę przetnę, nie dla jakiegoś symbolu, że niby w ten sposób „nadaję komuś życie” – jak to mi przedstawił za pierwszym razem Magik, ale tak dla siebie, tak w ramach terapii, żeby do końca wyrzucić z siebie zmory z przeszłości. Teraz ta młoda położna skupia się na swojej robocie i po chwili ponawia pytanie czy chcę przeciąć pępek. Tak. Biorę nożyczki i przecinam, a raczej skracam to co pozostało. Wiem, że to nie jest to, wiem że tym razem to tylko substytut prawdziwego przecięcia, bo pępowina jest już odcięta. Czuję się trochę jak fryzjer, który po prostu skraca to, co jest za długie. Taki manewr dla naiwniaka. Ale jest mi z tym dobrze w pewien sposób. Mogę być naiwniakiem, byleby tylko wszystko dobrze poszło. Nie udało się Młodej założyć gumowej pętelki, chociaż próbowała kilka razy. Zwalnia szczypce i chwyta nimi około centymetra bliżej, bierze nożyczki i sama skraca jeszcze raz, po czym jeszcze raz męczy się z pętelką, którą tym razem udaje jej się założyć.
Po założeniu pętelki przez Młodą, zza moich pleców wyłania się starszy, wesoły lekarz-pediatra, coś do mnie zagaduje i przystępuje do rutynowego badania ciągle krzyczącego, mojego dziecka. Poleca pobrać wymaz z noska i uszka w celu wyszukania ewentualnego niebezpieczeństwa, którego przez tyle czasu się baliśmy.
Potem Młoda bierze dziecko i kładzie je na piersi żony. Córeczka zaciąga pierwszy łyk i uspokaja się na trochę. Po krótkim czasie Młoda bierze córeczkę i kładąc ją do czegoś, co przypominało bardziej przeźroczystą, wyścieloną pieluchami kuwetę na kółkach niż wózek, czy jeżdżące łóżeczko mówi, że czas przejść na inny oddział, gdzie ją zważy, zmierzy „wzrost” i obwód głowy. Wszystko idzie zgodnie z „przepowiednią Anioła”, czyli opowiadaniem lekarki, jak to się zwykle odbywa – opowiadała nam o tym podczas jednej z rozmów. Przez całą drogę i w pokoju, gdzie moja córeczka jest ważona i mierzona, nie przestaje krzyczeć, ale kiedy biorę ją na ręce i mówię do niej po polsku słowa, które wcześniej mówiłem do brzucha, i kiedy tak mówię i śpiewam, córeczka uspokaja się.
Później przechodzimy do pokoiku, gdzie zaczynaliśmy dzisiejszą przygodę. Tam Młoda zostawia nas mówiąc, że przyjdzie później i mówi, żebym podniósł koszulę i przytulił córeczkę. Ściągam całkiem i przytulam, ale ona krzyczy nadal. Nadal uspokajam moją krzyczącą córeczkę mówiąc do niej spokojnym niskim głosem tak samo, jak rozmawiałem z brzuchem. To naprawdę działa.

 
Mit z lat mojego dzieciństwa.
Dawna moja „wiedza” na temat noworodków opierała się na mitach, które mówiły jak mało do nowo narodzonego dziecka dociera. Że dziecko rozpoznaje tylko głos matki, że jeszcze jej nie widzi, że potrzebuje tylko cycka i głosu matki, że ojca w ogóle nie „zauważa” w otoczeniu, i to mu wystarcza przez pierwsze miesiące życia.
Totalna bzdura. Trzy razy w życiu miałem okazję się o tym przekonać. Za wszystkimi trzema razami potwierdza się, że dziecko pamięta jeszcze z brzucha, jeśli się do niego mówiło regularnie, tym bardziej pamięta, jeśli się śpiewało, jeśli się bawiło z dzieckiem wierzgającym nóżkami i rączkami, jeśli przy tym mama zawsze była w dobrym humorze, to na pewno zdrowe dziecko będzie to pamiętać!

Cesarka tym razem

Godzina piąta, pięćdziesiąt jesteśmy na parkingu pod szpitalem. W szpitalu mamy być na szóstą. Rano. Wyciągamy nasze bagaże (wszystkie rzeczy potrzebne nam na kilka dni pobytu i ubranka dla dziecka) i idziemy do wejścia. Zamknięte. Idziemy, więc do drugiego. Zamknięte. Ale jest domofon. Dzwonimy, czekamy… Wiatr i czekanie sprawia, że kilka stopni mrozu jest dla nas coraz bardziej odczuwalne. Po chwili w domofonie odzywa się damski głos „Na poród?”. Odpowiadamy, że tak. „Otwieram” – mówi głos z domofonu, ale nic się nie otwiera. Ciągnę, więc za klamkę – zamknięte. Dzwonimy ponownie, czekamy… „Na poród?” Tak, na poród – odpowiadam – dzwoniliśmy przed chwilą i drzwi się nie otworzyły – dodaję trochę niecierpliwie. „Już otwieram” – mówi głos ze słupka, ale znów przez dłuższy czas nic się nie dzieje. Tym razem przez parę sekund przytrzymuję palec na dzwonku. „Daj spokój” – mówi do mnie żona – „i nie zwracaj im uwagi” – uspokaja mnie widząc moją srogą już minę. Ja swojej miny nie widziałem, widziałem za to, że jej jest ciężko i marźnie. Za trzecim razem głos w domofonie znów pyta czy na poród. „Tak… i marźniemy tutaj… i dzwonimy trzeci raz…” Drzwi otworzyły się same, potem drugie… wchodzimy z tobołami do halu i kierujemy się na oddział porodowy. Byliśmy tu już wcześniej kilka razy, ale nie rano i wszystko wtedy było otwarte i pełne życia. A teraz jakby wszyscy spali, albo jakby dopiero zaczynali się budzić…

Na spotkanie nam wychodzi niemłoda położna, wita się podając rękę, przedstawia, prowadzi do pokoiku. W pokoiku z ulgą stawiam bagaże, powoli zaczynamy się przygotowywać, położna pyta jak nam minęła droga, pyta o pogodę… Pewnikiem nocna zmiana, inaczej nie pytałaby czy zimno. Odpowiadam, że zimno i nie mogąc się powstrzymać dodaję z nutą złośliwości, że żona prawie zamarzła przed drzwiami, kiedy ktoś z personelu nie mógł sobie poradzić z ich otwarciem. Udała, że nie rozumie. Typowe, jak tylko się mówi o uchybieniach, to nikt nie rozumie.

Przebieramy się. Żona i ja dostajemy polecenie, żeby się przebrać w ubrania, które już na nas czekają w pokoiku. W zielonych, lekkich ubraniach i z siatkową czapką na głowie wyglądam jak anestezjolog… przynajmniej w oczach żony. Dla niej przygotowana jest długa koszula i białe, długie do ud pończochy, ale niezbyt „ładne”. Pomagam jej to na siebie założyć. Jednocześnie przychodzą dwie pielęgniarki, mierzą ciśnienie, pytają o uczulenia alergiczne i inne sprawy, jedna z nich zakłada żonie cewnik (rurkę do odprowadzania moczu), druga wbija w lewą dłoń wenflon, przez który pobiera krew do badania a potem wstrzykuje antybiotyk. Pytam, jaki. Odpowiada, że standardowy, który dostają wszystkie kobiety przed cesarką. Pytam więc, czy oprócz tego będzie podany jeszcze jakiś antybiotyk, bo podczas wcześniejszej rozmowy z lekarką (Aniołem) ustaliliśmy, że żona dostanie antybiotyk przeciwko GBS na dwie godziny przed cięciem. Już nie byłem zadowolony, że ze standartowych czterech godzin, o których mówił nasz lekarz od poronień, nagle Anioł zrobił tylko dwie. Dlaczego jedni lekarze mówią o obowiązkowych czterech, a innym wystarczą dwie? Jeszcze jestem spokojny, bo czytaliśmy o tym wcześniej w internecie i chociaż nie znaleźliśmy wyraźnej odpowiedzi na to pytanie, to sama statystyka, że to nie Anioł wymyślił, jak gdyby uspokaja nas. Na moje pytanie, pielęgniarka mówi, że musi to sprawdzić. Wychodzi… Po przyjściu mówi, że dzwoniła do Anioła i że wszystko się zgadza, tylko jedna, standardowa dawka antybiotyku, ponieważ wcześniejsze testy nie dały pozytywnego rezultatu na GBS. W tym momencie już dostaję niezłego nerwa. Staram się tego po sobie nie pokazać, ale wewnątrz cały chodzę. Dostaliśmy zwykły, standardowy antybiotyk, który ma zabić śmiertelnie niebezpieczne licho, które wcale nie musi być GBS-em. Czyli najpierw mówi się jedno, a potem robi się co innego. Czy wielka strzykawa z antybiotykiem ma sprawić na nas wrażenie, zadziałać jak placebo? Czy rzeczywiście zadziała na wszystkie nasze obawy? Żona mówi, żebym nie wszczynał, że to i tak już za późno. Ma rację, jak Anioł powiedział, że to wystarczy to znaczy, że już nie ma dyskusji.

Czuję się wystawiony… Czuję, że nie kontroluję sytuacji… Znów czuję to, co czułem poprzednio, zaraz po tamtej cesarce, kiedy z moim drugim synkiem zaczęły się dziać podobne rzeczy jak z pierwszym, tyle że teraz strach oblatuje mnie przed operacją. Przed tamtą cesarką tego nie czułem, bo wtedy się nie spodziewaliśmy, że licho siedzi jeszcze w naszym organizmie, wtedy wszystko spadło na zielone wody. Teraz czuję się paskudnie, bo pozostały czas do operacji to już nawet nie dwie godziny od zastrzyku (!!!), ale trochę ponad półtorej, specyfik podany nie jest taki, jak trzeba, Anioł nie mówi prawdy a my, jako pacjenci nie jesteśmy traktowani serio… Przecież można było z nami porozmawiać otwarcie. Po co obiecywać coś, czego nie ma się zamiaru spełnić? A gdybyśmy nie zachowali spokoju? Gdybyśmy powiedzieli, że nie idziemy na żadną operację, bo nie został spełniony wcześniej ustalony warunek?

Znów jestem spięty do granic możliwości, czuję, że niewiele mogę. Jest mniej, więcej za dziesięć ósma. O ósmej ma się rozpocząć operacja – godzinę i czterdzieści minut po wstrzyknięciu „cudownego środka”. Czy zdąży zadziałać? Po chwili jedna z pielęgniarek zwalnia hamulec pod łóżkiem żony i łóżko z żoną mknie przez niezliczone korytarze oddziału. Zaraz za drzwiami dzielącymi oddziały, na początku korytarza oddziału operacyjnego czekają ludzie z trochę innym „jeżdżącym łóżkiem”, wyższym i węższym. Jest ich dość dużo. Uśmiechnięci witają się najpierw z moją żoną, potem ze mną, każdy po kolei, przedstawiają się. Ktoś z personelu podnosi sterowane łóżko z żoną do wysokości tego drugiego i na „trzy, cztery” delikatnie, ale zdecydowanie przerzucają ją na to drugie. Teraz cała grupa ludzi, a ja z nimi zmierzamy do sali operacyjnej. Wjeżdżamy na dobrze oświetloną salę, która wydaje się być pusta. Na środku sufitu wielka lampa na składanym długim ramieniu. Na środku podłogi stojąca skośnie w stosunku do ścian metalowa, sześcienna kostka o wysokości mniej, więcej do kolan, na którą najeżdża właśnie owo wąskie łóżko z moją żoną, które od tej pory okazuje się być stołem operacyjnym. Później pewne osoby przypychają w pobliże stołu operacyjnego inne sprzęty na kółkach i sala staje się wypełniona.

Jest ósma, kiedy anestezjolog ubrany na niebiesko zabiera się do wkłuwania się w żony kręgosłup. Tym razem jestem psychicznie przygotowany również na widok wielkich strzykaw z wielkimi igłami i inne sprawy. Teraz już wiem, że mogę być przy każdej operacji i najprawdopodobniej nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Widziałem przecież poprzednio i znieczulanie w kręgosłup i cięcie, i wyciąganie dziecka przez rozciągniętą łyżkami wielką dziurę w brzuchu i długotrwałe zszywanie tej dziury…

Pielęgniarka anestezjologa (też ubrana na niebiesko) podsuwa mi krzesło na kółeczkach, żebym sobie usiadł. Siadam chętnie. Ktoś zapala wielką lampę na suficie, której światło płynie z wielu różnokolorowych, silnych lampek poukładanych na tarczy jak plastry miodu. Wszystkie razem dają silne, białe światło, które teraz jest skierowane na plecy mojej żony. Anestezjolog siada na swoim krzesełku i rozpoczyna. On po drugiej stronie stołu, moja żona odwrócona do niego plecami a do mnie twarzą. Kładę rękę na podłokietnik stołu, łapiemy się z żoną za ręce. Tym razem nie idzie tak łatwo jak poprzednio. Poprzednio zaaplikowanie znieczulenia trwało nie dłużej niż trzy minuty. Tym razem dobre piętnaście. W międzyczasie w sali gromadzi się coraz więcej osób, co jest dla mnie niemałym zaskoczeniem, bo z doświadczenia z Polski wiem, że niektórzy robią to we czwórkę, a nikt mi nie zapowiadał, że tutaj będą jacyś studenci, stażyści, czy inni, którzy przyszli popatrzeć. Naliczyłem w sumie dziewięć osób, moja żona dziesiąta, córeczka w brzuchu jedenasta, no i dwunasty – ja.
Z każdym ukłuciem anestezjolog pyta, w której części ciała żona czuje ból. Przeważnie było to w plecach, kilka razy też się pojawiło w którymś udzie. Za każdym wbiciem igły żona mnie ściskała za rękę, wtedy i mnie bolało, czułem się winny, jakby to wszystko było przeze mnie. Później, kiedy już na oddziale połogowym wspominaliśmy ten moment, żona mówi, że kojarzy, że trzymała kogoś za rękę, ale w jej pamięci jawi się pielęgniarka anestezjologa – młoda, silna kobieta, która rzeczywiście złapała ją za drugą rękę, lecz przy pierwszym w jej „obecności”, a dla mnie kolejnym niefortunnym wkłuciu, pielęgniarka zabrała rękę. Musiało zaboleć…

Po piętnastu minutach strzelania jak kulą w płot, trafił. Moje uczucie zawodu natychmiast spadło. Ogromnie mi ulżyło widząc jednocześnie ulgę pozostałych zgromadzonych. Udało się. Najważniejsza część wstępu do operacji w jednym momencie długiej, mozolnej próby poszła skutecznie… Anestezjolog, swoją długą robotę przy mojej żonie tłumaczy tym, że już nie jest taka młoda. Nie przeczę, sam na to wpadłem jeszcze, kiedy się męczył ze strzykawką, że to może być przyczyna, że przecież kręgosłup z wiekiem się zużywa, ścierają się kręgi, dyski, dodatkowo żona ma krzywy kręgosłup. To raczej wtedy mieliśmy szczęście, że tak łatwo się udało.
Okazało się z czasem, że ci wszyscy ludzie, którzy tam byli to personel. Stanowili zgrany zespół. Jak w orkiestrze każdy wiedział gdzie jest jego miejsce, jaki instrument będzie obsługiwał i kiedy na nim „zagrać”.

Teraz obracają żonę na plecy, rozciągają parawan pod linią piersi. Parawan jest trzykrotnie szerszy, niż ten w Polsce, ale jego wysokość jest taka sama. Osoba siedząca przy głowie rodzącej nie widzi co się dzieje za parawanem, ale widzi zajęty swoją robotą personel. Nie mogę wysiedzieć z dwóch powodów. Boli mnie pewne ścięgno, które rok temu zerwałem przy uprawianiu swoich wygibasów i teraz, kiedy długo siedzę, czy w domu, czy w samochodzie podczas długiej jazdy, zaczyna mi tak dokuczać, że muszę zmienić pozycję. Wstaję też dlatego, że chcę widzieć, co robią z moją żoną, chcę mieć nad tym kontrolę.

Lekarka odpowiedzialna za „całą imprezę” pięknym pociągnięciem ręki naznaczyła pisakiem linię cięcia. Niestety po przyklejeniu na brzuch przeźroczystej folii z gumowym kołnierzem linia zrobiła się trochę krzywa, co było powodem ubolewania owej lekarki. Ale nie moim. Przecież nie będę się przejmował takimi drobnostkami jak krzywa blizna, kiedy za chwilę będą się ważyły losy mojego szczęścia. Mówię jej z roześmianą gębą, że to nie szkodzi, że to drobnostka…

Zaczynają ciąć. Ktoś podchodzi do mnie z tyłu i grzecznie podstawia mi krzesełko. Odmawiam. Dziwią się mojej reakcji. Pielęgniarka anestezjologa pyta czy pracowałem w służbie zdrowia. Mówię, że nie. I że chcę patrzeć, że mi patrzenie nie szkodzi. (Poprzednio nie tylko patrzyłem, ale też robiłem zdjęcia. Niewiele, żeby nie rozpraszać lampą błyskową, ale robiłem, żeby mieć jakąś pamiątkę, gdyby nie poszło dobrze. Tym razem nie robię zdjęć, bo wiem, że tu jest taka zasada, a ja się nie chcę z nimi targować. Chociaż bardzo chciałby takie zdjęcia mieć).

Kilka następnych pociągnięć skalpelem, kilka szczypiec w brzuchu żony… i czuję jak ktoś z tyłu trzeci raz podstawia mi krzesełko. Tym razem chyba nie kontrolowałem swojej miny, bo już nic nie musiałem mówić. Więcej razy krzesełko nie podjechało mi pod kolana.

Patrzę na brzuch żony, patrzę na jej twarz. Po chwili pielęgniarka anestezjologa mówi żonie, że może usłyszeć dźwięk łańcuchów, żeby się wtedy nie przejmowała, że to są łyżki do kontrolowanego rozciągania otworu w brzuchu. Żona się zdziwiła słysząc to zdanie. Pomyślała, że jeszcze musimy dużo pracować nad naszym szwedzkim, skoro takie śmieszne nieporozumienia w dalszym ciągu powstają. Ale rzeczywiście krótki czas po tym jak to powiedziała, usłyszeliśmy dźwięk łańcuchów. Dwie osoby z personelu stały w sporej odległości od stołu z napiętymi łańcuchami zaczepionymi na końcach dwóch łyżek. Trzecia łyżka, ta „od dołu” była bez łańcucha. Na skinięcie głową głównej lekarki, kobiety z kontrolowaną siłą rozciągnęły otwór w brzuchu i za chwilę widziałem jak dłonie w rękawiczkach jednej z lekarek zagłębiają się w wielkim jeszcze brzuchu mojej żony, żeby za główkę wyjąć moje szarawe w tym świetle, malutkie dziecko, które natychmiast po położeniu na nogach żony zaczęło cudownie krzyczeć. To pierwszy raz na pięć ciąż, kiedy usłyszałem krzyk swojego dziecka. Tak zdrowy i cudowny krzyk. Wcześniej, kiedy widziałem ten moment oczami wyobraźni, nie wiedziałem jak zareaguję. Myślałem, że po prostu będę szczęśliwy, ale trudno będzie mi to okazać. Albo jeśli pójdzie źle, będę nieszczęśliwy i nie będę chciał w ogóle pokazać swoich uczuć. Jednak teraz poczułem się szczęśliwy. Łzy nie przepełniły moich oczu, nie wylały się na zewnątrz, ale napełniły je w pewnym stopniu. Nie wiem dlaczego nie mogę płakać tak, jak kiedyś. Teraz nie mogę… nie mogłem niedawno, gdy rozpaczałem i nie mogę teraz, kiedy jestem tak szczęśliwy.
Urodziła się moja upragniona dziewczynka.
Cdn…

Déjà vu – podobny łańcuch zdarzeń

Ten sam dzień, zaraz po cesarce. Swoisty dzień świstaka. Ale nie w filmie. Na żywo. W rzeczywistości. I nie ja sam go przeżywam a wszyscy obecni. Lekarze wiedzą co się może stać i są tym razem przygotowani. Stąd decyzja szefa kliniki o cesarce – domyślał się, albo wiedział, że niektóre dzieci łapią jakieś (albo nawet już wiedział jakie) bakterie i przez cesarkę chciał uniknąć zakażenia. Nie udało się, ale… Wszystko, co można było naprawić, czy usprawnić zostaje teraz naprawione, zrobione inaczej, lepiej. Jak na tamte czasy… W ten sposób zrehabilitował się.
A wyglądało to tak:
Synek zaczyna marudzić i gorączkować. Pediatra od razu wzywa pomoc. Karetka przyjeżdża niezwłocznie. Tak jak poprzednio ekipa szybko zabiera dziecko i dokumenty, ja zabieram się z nimi, zjeżdżamy w napięciu windą, wchodzimy do ambulansu, tym razem to mercedes. Kierowca siedzi za kierownicą, nie ma wątpliwości czy mogę jechać – „oczywiście, niech pan wsiada i jedziemy”- mówi lekarka. Pędzimy na sygnale do szpitala obok. Piekielną drogę przeżywam inaczej – czuję tylko wibrację kół na kocich łbach. Po chwili wjeżdżamy do szpitala, zatrzymujemy się, otwierają się drzwi, szybko wyskakujemy z samochodu. Robię zdjęcie. Wiem teraz, że to głupie, ale wtedy myślałem, że to ostatnie zdjęcie mojego dziecka. Nie chciałem znowu nie mieć żadnej pamiątki, żadnego zdjęcia. Danielka pamiętam najbardziej po śmierci, takiego już zmienionego. Tym razem chcę mieć pamiątkę po żyjącym dziecku.
Na OIOM-ie jestem normalnie przyjęty jak rodzic, w pierwszej chwili lekarze nie chcą, żebym przeszkadzał – oczywiście, ja też nie chcę – jakaś pielęgniarka wskazuje mi pokoik, gdzie mogę zaczekać. Czekam tam. Teraz jest inaczej, czuję to. Chociaż żona pozszywana leży kilkaset metrów stąd w prywatnej klinice a mój synek tu – na OIOM-ie, oprócz napięcia czuję też nadzieję. Może tym razem się uda, przecież każdy szczegół tego koszmarnego dnia wygląda trochę inaczej niż dwa lata temu. Jednocześnie myślę, że to chyba jakieś przekleństwo na nas ciąży. Dlaczego to się powtarza? Wraz z żoną wierzyliśmy w jakąś sprawiedliwość losu. Żona przez cały okres ciąży była pewna, że skoro raz się nie udało, bo leniwy lekarz zlekceważył fakt przenoszonej ciąży, co skończyło się łańcuchem koszmarnych zdarzeń, to następnym razem wszystko będzie w porządku. Dlaczego, więc tak się dzieje kolejny raz? Dlaczego?…
Synek nie umiera. Lekarze cały czas walczą o jego życie. Teraz idzie im lepiej. Idzie znacznie lepiej, bo nie mają utrudnienia, jakim wtedy było zwlekanie z wezwaniem pomocy do ostatniej chwili przez wąsatego lenia. Po dłuższym czasie do pokoiku, gdzie siedzę przychodzi lekarka i mówi, że nie ma sensu, żebym tu siedział, żebym szedł do żony, że jest nadzieja, że uda się synkowi wyjść z tego cało, żebym dzwonił kiedy chcę, żeby się dowiedzieć o stan synka. Dziękuję lekarce, biorę numer telefonu, wychodzę.
Wychodzę z budynku szpitala. Czuję się oszołomiony przez to miejsce. Wszystko, co poprzednie przypomina mi się po kolei: śmierć, prosektorium, tamto dziecko, moje dziecko…
Wracam do żony, do kliniki. Żona już pozbierana czeka na mnie w pokoiku razem z jakąś inną mamą i dzieckiem, które akurat bada pediatra. Czuję się nieswojo. Nie możemy jeszcze wyjść, bo na coś czekamy – nie pamiętam na co. Co za widok – myślę – matka z dzieckiem. My też tak powinniśmy teraz wyglądać, my też powinniśmy cieszyć się obecnością dziecka a dziecko nami. Lekarz sprawdza wszystko, co da się zauważyć i mówi na głos, łaskocze stópki dziecka i mówi: „Oj, coś nie tak z mózgiem…” Zauważam, że kobieta siedząca na łóżku gwałtownie prostuje się podnosząc rękę do ust. Jej wystraszone oczy patrzą już tylko na dziecko. Lekarz łaskocze jeszcze raz, dziecko tym razem odruchowo zabiera nóżki „a nie, pomyliłem się, wszystko w porządku” – mówi lekarz sam do siebie w ogóle nie zauważając reakcji jego mamy. Lekarz wychodzi, kobieta przytula swoje dziecko. Potem odwiedza ją mąż. Widzi nasz niepokój i zamieszanie w klinice. Dzwoni po kogoś, żeby przyjechał po nich samochodem, bo „tu jest problem” – mówi do telefonu stojąc do nas bokiem, patrząc jednocześnie na nas, ale nie w oczy, gdzieś niżej… Tak, czuję to – ten problem to my.

Nie pamiętam jak wracamy do domu. Myślimy cały czas o naszym synku. Boimy się o niego, ale mamy nadzieję…

Cesarka

Mija niecały rok, kiedy dowiadujemy się o drugiej ciąży. Początkowo jest zagrożona poronieniem i żona musi leżeć plackiem przez trzy miesiące. Dostaje hormony. Lekarz stwierdził, że dziewięć miesięcy przerwy między ciążami to widocznie za krótki okres dla jej organizmu i dlatego wystąpiły powikłania hormonalne. Dalszy okres ciąży przebiega spokojnie. Wszystkie badania mówią, że z dzieckiem jest ok. Rozwija się normalnie, jest żwawe, ssie palec w trakcie USG. Dość szybko się dowiadujemy, że to dziewczynka, więc nadajemy jej imię. Cieszymy się z tego, bo podobno dziewczynki są silniejsze. Jak poprzednio rozmawiamy z brzuchem, śpiewamy, bawimy się. Na badania kontrolne chodzimy do „magika”, ale nie tylko. Pod koniec ciąży zaglądamy do niego, żeby wszystko ustalić, zaplanować, dopiąć na ostatni guzik. Od dawna już przekonał nas, że najlepiej będzie na tydzień przed terminem zrobić cesarkę i uniknąć w ten sposób – jak myśleliśmy do tej pory – infekcji. Byliśmy przekonani, że przyczyną śmierci Danielka było przenoszenie ciąży. Byliśmy wtedy tacy młodzi, ja wyglądałem na jeszcze młodszego niż byłem w rzeczywistości. Byłem szczupły i miałem łagodny wyraz twarzy. To dlatego lekarze nie traktowali mnie poważnie. Może gdybym miał wygląd jakiegoś zbira, ogoliłbym głowę i wytatuował w widocznym miejscu czachę z napisem „śmierć nieudolnym lekarzom” to może by się trochę wystraszyli i lepiej potraktowali moją żonę? Zajęliby się nią tak jak człowiekiem a nie problemem, który można odsunąć, bo się jest zmęczonym, bo za dużo się ma roboty na porodówce, albo „żona się z terminem pomyliła” jak to zapytał jej lekarz prowadzący na oddziale patologii ciąży, który dziś jest tam ordynatorem? Może wtedy nie zaszufladkowaliby nas w taki sposób? Może trafilibyśmy do wyższej szuflady zamiast do śmietnika?
Powoli zbliża się termin ustalonej cesarki. Ma być wykonana pewnego dnia marca 1996, niecałe dwa lata po Danielku.

Robimy jeszcze ostatnie badanie USG.
- A ja wam mówiłem jaka płeć będzie? – pyta „magik”
- Wiemy, wiemy. Dziewczynka, już od dawna mamy dla niej imię i tak mówimy do brzucha
- Ja Wam mówiłem, że dziewczynka?
- No tak! Nawet na zdjęciu rysował pan „bułeczkę”.
- JA WAM MÓWIŁEM, ŻE DZIEWCZYNKA???
Śmiejemy się z „magika”, ale to nie szkodzi, chłopak też może być, wszystko jedno, żeby tylko był. Wad nie ma, co się okazało po cesarce. Ale żeby nie wyprzedzać…
Jest 11 marca 1996. O wyznaczonej godzinie zjawiamy się we wcześniej wspomnianej klinice. Przygotowujemy się psychicznie i fizycznie. Wtedy „magik” oznajmia nam, że cesarkę przeprowadzi „wąsaty”. Szlag mnie trafia, przecież on… przecież… Widząc moją reakcję „magik” przekonuje mnie i żonę, że to świetny fachowiec i nikt lepiej by tego nie zrobił. Na co ja, że może z niego i fachowiec, ale człowieka w nim brak. Na co „magik”, że człowieka nie potrzebujemy tylko jego umiejętności. Mówi też to, co poprzednio, kiedy u nas był, że nie wiadomo dlaczego tak się stało. Rzeczywiście wiemy tylko to, co powiedzieli nam lekarze, bo z wynikami sekcji na papierze daliśmy sobie spokój, zbyt dużo emocji. Teraz trzeba się przygotować na przyszłość a przeszłość zostawić. Zgadzamy się, bo nie widzimy innego wyjścia. Zgadzamy się, bo już nie chcemy mieszać bardziej. Poprzednio zmieniliśmy plan a potem tego żałowaliśmy.

Żona bierze prysznic, przechodzi do Sali. Wspomnienia poprzednich okropności kryją się gdzieś między ścianami, ale my staramy się skupić na tym co będzie za chwilę – od tego a nie od okropnych wspomnień zależy nasza przyszłość, nasze szczęście.
Jestem twardzielem, żaden widok mnie nie ruszy. Jestem na sto procent przygotowany na wszystko, co można zobaczyć w czasie operacji. Przynajmniej tak myślę…
Pojawia się anestezjolog z pielęgniarką, na kozetce sadzają żonę pochyloną do przodu jak to tylko było możliwe i wielkość brzucha pozwalała i przygotowują ją do znieczulenia. „Zrobię pani teraz zastrzyk” powiedział anestezjolog i delikatnie i precyzyjnie wbił cienką igłę żonie w kręgosłup. Nie było tak źle – zdążyłem pomyśleć, kiedy zobaczyłem drugą, wielką „końską” strzykawkę z grubą igłą. Spojrzałem na minę żony, która siedziała tyłem do tego, co przed chwilą zobaczyłem. Była dzielna, jak zawsze. To dobrze, bo ja na ten widok byłem kompletnie nieprzygotowany. Poczułem tylko jak mi miękną kolana i szybko wykombinowałem, że przytulę się w kucki do jej brzucha, że niby ją pocieszam. Pomyślałem, że jak zemdleję to mnie wyproszą z sali i będzie po ptakach. Kucam, udaję, że się przytulam do jej kolan. Nie wiem, czy tamci to kupują, ale nic nie mówią, chyba są niesamowicie skupieni na swoim odpowiedzialnym zadaniu. Setka myśli przelatuje przez moją głowę – co będzie jeśli nie trafi tą wielką igłą tam, gdzie ma trafić? Chwila w kuckach pomogła. Lekarz w międzyczasie każe żonie położyć się na boku i robi zastrzyk. Precyzyjnie. Tak, jak należy. Potem kładą żonę na stole operacyjnym, niewielkim zielonym parawanikiem odgradzają brzuch od piersi, żeby żona nie widziała co się kroi. Ja mogłem patrzeć, mówić żonie co robią, robić zdjęcia. To dobrze, będzie pamiątkowy album.
Zespół lekarzy się przygotowuje, pytają jak żona się czuje, czy czuje kiedy jeden z lekarzy myje specjalnymi płynami brzuch. Żona czuje. Potem inny płyn, znajomy zapach rozległ się w powietrzu. „Magik” szybko i z zadowoleniem wyjaśnia, że to benzyna i że tak się robi. „Naprawdę, nie tylko u nas, wszędzie…”. Potem jeszcze czymś i jeszcze czymś… Kiedy wszystko już jest tak czyste, że już bardziej nie może, „wąsaty” chirurg bierze skalpel i tnie. Żona czuje cięcie, ale ją to nie boli. Z każdą chwilą, czy z każdym cięciem czuje się coraz bardziej paskudnie. Dreszcze. Lekarz tnie, inni w tym „magik” pomagają mu we wszystkim, co potrzebne, odsysają krew i inne płyny z organizmu. W końcu specjalnymi łyżkami rozchylają ciało, powstaje otwór, przez który opanowanym, wprawnym ruchem wyciągają moje dziecko, wtedy żona czuje się najgorzej i dostaje drgawek. Kładą dziecko na pleckach. Pępowina jeszcze łączy je z mamą. „Magik” miał rację, co prawda za drugim razem, ale miał – to syn. Tym razem nie chcę ciąć pępowiny, przeciąłem wtedy – wzdrygnąłem się na myśl. Nawet nie zauważyłem kiedy pępowina została przecięta. Na chwilę kładą dziecko żonie na piersi. Potem jednak zabierają, bada je pediatra (o dziwo można było zorganizować jego obecność przy porodzie, czego poprzednio nie zrobił nieudaczny – wąsaty zastępca szefa). Chirurg zszywa żonę.