Pytanie :)

Nasza sąsiadka – poczciwa ponad siedemdziesięciolatka wiedziała o naszych problemach najwięcej. Wiedziała o Danielku, wiedziała o Szachiście, wiedziała o tym, że po długich staraniach o dziecko straciliśmy nadzieję na własne i zaczęliśmy się starać o adopcję. Bardzo rzadko bywała w swoim mieszkaniu a co za tym idzie u nas, bo lubi pomieszkiwać w różnych miejscach, ale kiedy już przyjeżdża tu, gdzie mieszkamy, zawsze nas odwiedza i rozmawia. Ma w zwyczaju mówić głośno i zawsze jest bardzo spontaniczna. Rozmowom nie ma końca. Zawsze podejmuje życiowe tematy, a najczęstszym tematem są dzieci. Dużo wtedy rozmawialiśmy o adopcji i wszystkich troskach i problemach z tym związanych. Wtedy wręcz tylko tym żyliśmy. Sama też dużo opowiadała o swoich problemach. Jej przyszywana wnuczka odeszła nagle. SIDS. Mimo, że nie jest to jej prawdziwa rodzina, ona bardzo to przeżywała i nadal przeżywa. Była bardzo związana z tą maleńką dziewczynką.

Nasza sąsiadka zniknęła pewnego razu na okres dłuższy niż zwykle. Sami nie zdawaliśmy sobie sprawy jak długo jej już nie widzieliśmy, kiedy zeszłego lata zobaczyliśmy charakterystycznie idącą postać. Wychodziliśmy wtedy z pobliskiej kawiarni z lodami w rękach, pchając wózek z naszą siedmiomiesięczną córeczką. Ona szła w towarzystwie kilku dorosłych, to chyba była jej rodzina. My z żoną, dziećmi i ich babciami. W ogródku kawiarni wszystkie stoły zajęte przez chłodzących się lodami gości. Nie było zbyt gwarno, może przez ten rozleniwiający upał. Sąsiadka na nasz widok bardzo spontanicznie zaczęła na skróty zmierzać w naszym kierunku, żeby się z nami przywitać i jak zwykle pogadać. Głośno przywitała się z nami jeszcze z daleka, czym przykuła uwagę siedzących w ogródku. Kiedy zobaczyła wózek, a w nim naszą córeczkę, nie bacząc już na otoczenie zaczęła z radości wykrzykiwać, czym przykuła już uwagę wszystkich obecnych, ale w ogóle tego nie widząc spytała:
- A ta panienka skąd się wzięła?!
- Z brzucha! – odpowiedziała rezolutnie moja żoneczka.
My zaczęliśmy się śmiać, bo wiedzieliśmy o co chodzi, ale wszyscy inni zbaranieli.

Wczoraj a dziś – kolosalna różnica

Jestem z córeczką w pokoiku, gdzie zaczęła się „przygoda” z naszym ostatnim porodem. Młoda położna zostawiła nas tutaj, znikając do innych zajęć. Ja rozebrany do połowy przytulam swoją córeczkę mającą na sobie tylko pampersa i gumową pępelkę na kikucie pępka. Chodzimy tak po malutkim pokoju z ręcznikiem, jako przykryciem dla dziecka, które krzyczy i krzyczy, przerywając ten krzyk na moment ze zmęczenia, ale podnąsząc go za chwilę z powrotem.
Pojawia się Starsza Położna (ta, która przyjęła nas na oddział. To prawdopodobnie też ona miała kłopoty z otworzeniem nam drzwi wejściowych do budynku przed szóstą, kiedy w mroźnym wietrze czekaliśmy dzwoniąc trzy razy na domofon). Starsza Położna pyta jak się czujemy, obserwuje nas i zagląda, czy zjadłem kanapki z serem, które zrobiła mi jeszcze przed operacją (ten szczegół pominąłem w poprzednim opisie). Zjadłem tylko jedną, ucząc się ponownie działać jedną ręką trzymając dziecko. Druga czekała na talerzyku na lepszy moment. Chwilę jeszcze rozmawiamy, a potem znika.
Po jakimś kwadransie pojawia się Młoda położna i mówi, że mamy się przygotować do przejścia na oddział pooperacyjny, gdzie czeka moja pozszywana żona. Patrzy, że nie sprzątnąłem jeszcze z talerza i mówi, że mogę teraz zjeść, a ona w tym czasie weźmie dziecko i za parę minut przyjdzie. Nie zgadzam się. Chcę być cały czas przy córeczce i myślę, że córeczka też tego chce. Mówię do Młodej, żeby zaczekała, że za sekundę będę gotowy i pójdziemy wszyscy. Ona mówi, że za sekundę będą z powrotem…
Do Młodej Położnej wrócę na koniec wpisu.

W tym samym czasie na sali operacyjnej chirurg zszywa moją żonę. Nie wiemy ile czasu nad tym się trudzi. Ja z dzieckiem gdzie indziej, a żona odczuwa to jak wieczność. Nie wiemy dokładnie jak wygląda zszywanie, ale domyślamy się, że szwów jest kilkadziesiąt, a warstwa, czyli naskórek, złapana jest specjalnym plastrem, który mamy ściągnąć sami po siedmiu dniach.
Jeszcze przed pierwszym nacięciem, odpowiedzialna za całą operację doktor Sumienna zawołała mnie, żeby mi pokazać, że specjalna, przeźroczysta folia z kołnierzem przyklejona na brzuch, w jakiś sposób zdeformowała nakreśloną przez nią pisakiem na skórze żony linię cięcia i że teraz ta linia zrobiła się lekko falista. Z żalem w głosie mówi mi, że nie chciała. Zupełnie mnie tym zaskoczyła. Przecież nie w tym rzecz, żeby blizna była piękna, czy całkowicie niewidoczna. Rzecz w tym, żeby przez tę dziurę wyszło cało i zdrowo nasze dziecko. Nie będę miał żadnych pretensji, co do estetyki. To jakbym miał się gniewać, że ktoś obierając dla mnie pomarańczę krzywo naciął skórkę.
Poza tym to dla nas nie pierwsza cesarka. Pierwsza była do tego stopnia ukierunkowana na estetykę, że o dziecku się prawie nie mówiło. Ambicją Magika było rozreklamowanie się wśród kobiet wszelkimi możliwymi drogami, między innymi przez polecenie. Z własnego doświadczenia wiem, że to najlepsza forma reklamy. No bo jak pacjentka pochwali się przed koleżankami swoim pięknym, panieńskim wręcz brzuchem, to czy inne nie będą chciały skorzystać z rodzenia „łatwego, nieszkodliwego i przyjemnego”, a przy tym nie mającego wpływu na piękno brzucha? I rzeczywiście dr Anioł musiała szukać blizny po pierwszym cięciu, ale od razu powiedziała, że tutaj nie wykonuje się tak ryzykownych cięć, bo cięcie tak nisko może skończyć się przecięciem pęcherza moczowego i katastrofa gotowa.
My z tego wyrośliśmy. Dla nas piękno blizny nie ma znaczenia…

…Sala oddziału pooperacyjnego ma kształt litery T. Trzy skrzydła a w centralnej części duża oszklona dyżurka. Tutaj wszystko jest zorganizowane, to widać. Tutaj aż pachnie organizacją. Wchodzimy. Moja żona leży zaraz przy wejściu na salę. Kładę malutką krzykaczkę do piersi rozradowanej na nasz widok, chociaż zamroczonej jeszcze żony i malutka od razu zaczyna ssać. Zapada cisza. Żona jest nadal podłączona cewnikiem do worka i niemałą ilością kabli do sprzętu monitorującego jej stan i samopoczucie. Co jakiś czas monitor nad głową żony daje znać o czymś, o czym nie bardzo mam pojęcie, bo tętno i ciśnienie krwi było w porządku, ale zmieniały się nieznacznie inne parametry, co powodowało włączanie się sygnału o miłym dla ucha tonie. Przy innych łóżkach było tak samo, więc sygnały czasami nakładały się tworząc ciekawe, inspirujące efekty muzyczne. Co kilka minut podchodził ktoś z licznego tam personelu i sprawdzał, czy nie trzeba zmienić woreczka, czy wszystkie dane o stanie pacjenta są w porządku, czy wszystko jest ok.
Było ok. żona leżała na łóżku, które ciągle regulowała sobie pilotem, przy piersi trzymała córeczkę, którą regularnie przekładałem od jednej piersi do drugiej, podawałem żonie picie i poprawiałem zwinięty koc pod łokciem żony, żeby wygodnie trzymała dziecko. W taki sposób przeczekaliśmy trzy godziny, zanim zostaliśmy przeniesieni na oddział BB, czyli połogowy, chyba tak to się po polsku nazywa.

Przez pierwszą dobę córeczka przestawała krzyczeć tylko wtedy, gdy mleczko leciało z piersi. W przerwach – krzyk, jak źle złapała brodawkę – krzyk, kiedy poczuła łaknienie – krzyk…
Zupełnym zaskoczeniem była dla nas druga doba, kiedy wystarczyło jej krótkie „A…”, żeby dostać mleczka. Przestała już krzyczeć i zajęła się robotą. Co za ulga! Myśleliśmy, że będzie już zawsze tak krzyczała. Pewnie bym się przyzwyczaił, ale czy nie lepiej, kiedy dziecko nie krzyczy przez cały czas?
Cała ta sytuacja a przede wszystkim dochodzenie do siebie żony i moja pomoc przy poprawianiu zwiniętych kocy pod łokciami oraz poduszek sprawiła, że następnego dnia po nieprzespanej nocy byliśmy wykończeni. Śmieszna rzecz – zasuwałem jak robot przy pomaganiu, zrywałem się na równe nogi zaraz, jak tylko zawołała mnie żona, albo kiedy usłyszałem płacz córki, żeby nie czekały. Spałem tak czujnie, jak tylko można było. Druga doba już była dla mnie bardziej „ulgowa”. Pozwalałem sobie na więcej wypoczynku.
Niedawno, kiedy się o tym zgadaliśmy, usłyszałem z ust żony jak mało jej pomagałem pierwszej nocy :O że już w drugiej dobie było lepiej czyli dokładnie odwrotnie, niż było w rzeczywistości. Musiała być strasznie zmęczona, że takie wrażenie odniosła.

Oddział BB zrobił na nas bardzo miłe wrażenie. Standardem jest, że ojciec dziecka jest przy porodzie i mocno utrwalonym zwyczajem, że przez kilka dni przebywa razem z rodziną w pokoiku tego oddziału. Pokoik wyposażony jest we własną łazienkę dostosowaną dla osób niepełnosprawnych, małą, przemyślanie skonstruowaną lodówkę na kółkach z rozkładanym blatem stolika typu – „śniadanie do łóżka”, telewizor z odtwarzaczem DVD, szafę i rozkładane ze ściany łóżko dla ojca (w przypadku rodziny typowej). Oczywiście przycisk umożliwiający wezwanie położnej (piszę „oczywiście” zakładając, że to standard w każdej już placówce służby zdrowia w Unii Europejskiej – jeśli się mylę, to mnie poprawcie, a mogę się mylić, bo moja wiedza o polskich szpitalach jest dość archaiczna ;) ).
Dla rodzącej pobyt w tym miejscu jest nieodpłatny. Osoba towarzysząca musi zapłacić, ale koszt jest bardzo mały (za dobę 150 koron, czyli mniej, więcej godzinka standardowej pracy).
Personel bardzo miły i fachowy, zwłaszcza ten pracujący na dzienną zmianę. Z nocną zmianą było trochę słabiej, ale to chyba reguła wszędzie.
Zdarzyło się Wam patrzeć z rozdartym sercem na Wasze krzyczące dziecko podczas nieumiejętnego pobierania krwi do badań? Tu też się to zdarza. Wbicie igły w rączkę, albo główkę dziecka, a potem „szukanie” żyłki powoduje, że irytacja rodzica rośnie jak temperatura w czajniku. Po dwóch takich przypadkach nauczyliśmy się gwizdać jeszcze na długo przed osiągnięciem wrzątku. Na szczęście znaczna większość pobiera krew w miarę sprawnie, a bardzo miło jest wspomnieć niejedną „rękę” tak fachową, że jak na zawołanie przychodzą do niej najbardziej buntownicze żyły. Wielki szacun!

Efekt halo – piękne zjawisko rozszczepu promieni słonecznych w lodowych chmurach w drugiej dobie życia naszej Królowej śniegu pierwsza zauważyła żona. Tutaj to dość częste zjawisko, w Polsce widziałem to tylko raz podczas spaceru z Szachistą. Wyciągam aparat i robię krótkie ujęcie filmowe tego zjawiska. Po południu przychodzi przesympatyczna położna, jedna z dwóch, z którą mamy najlepszy kontakt, straszna gaduła. Żona pyta, czy widziała dzisiaj efekt halo. Położna pyta co to jest. Odtwarzam filmik na aparacie. Okazało się, że nigdy czegoś takiego nie widziała. Czasem trzeba się zatrzymać w biegu życia, spojrzeć w niebo na rzeczy ulotne ;), czasem pod stopy na rzeczy małe, a czasem na innego człowieka…

Na BB nie tylko dochodziliśmy do siebie po cesarce, ale też dowiadujemy się od położnych sporo ciekawych rzeczy np. o pielęgnacji rany, technikach karmienia i inne praktyczne rzeczy. Jesteśmy tam trzy dni, w ciągu których naszego noworodka odwiedzają babcie i brat. Rodzeństwo ma prawo wejść na oddział, ale do babć musimy wyjść na spotkanie w małej salce przed wejściem na oddział.

W trakcie pobytu na oddziale BB odwiedza nas dr Sumienna i ogląda zaklejony plastrem brzuch żony, pyta o samopoczucie, rozmawia z żoną. Powiedziała też, że decyzja o cesarce była najlepszą z możliwych, że siłami natury żona nie byłaby w stanie urodzić. Na koniec krótkiej rozmowy przeprasza jeszcze raz żonę za krzywiznę na brzuchu. Pani doktor! To nie szkodzi, że trochę krzywo. My tego nawet nie zauważymy. Najważniejsze jest nasze Szczęscie!

Lekarz od poronień. Spotykam go na kilka minut przed wypisaniem ze szpitala. Szedłem właśnie długim korytarzem z fotelikiem, kiedy go zobaczyłem idącego z jakimś innym lekarzem. Rozmawiali. Nie poznał mnie z daleka, ale zaintygował go mój szeroki uśmiech. Pokazałem mu fotelik. Niewiele mu powiedziałem, bo mi się głos łamał. Obaj wiedzieliśmy, że w niedalekiej przyszłości czeka nas wizyta u niego, wtedy porozmawiamy na spokojnie, pokażemy naszego brzdąca.

Wszystko byłoby jak z bajki, gdyby nie dwa szczegóły.
Młoda położna, kiedy powiedziała mi, że wróci z moim dzieckiem dosłownie za chwilę, postępuje wbrew mojemu sprzeciwowi. Wychodzi z moją córeczką z pokoju, gdzie właśnie się ubierałem, żeby z nią pójść. Wyskoczyłem za nią chwilę później i zobaczyłem, że po prostu chciała się pochwalić swoim koleżankom kolejnym „swoim” osiągnięciem. Zaniosła moje dziecko do dyżurki. Po co? Czy nie mogła pokazać przez wielkie, szerokie przeszklenie? Czy nie złamała procedur i reguł wchodząc z noworodkiem między dorosłe osoby? Nie naraziła jej na ryzyko złapania wirusa przeziębienia?
Drugi szczegół to brak informacji co do pokoiku, gdzie nas przyjęto przed operacją. Zostawiliśmy tam bagaże i inne rzeczy wiedząc od Anioła, że będziemy mieli swój pokoik. Nikt nie powiedział, że ten pokoik trzeba będzie opuścić w czasie, kiedy żona leżała na oddziale pooperacyjnym, a w zamian dostaniemy inny na zupełnie innym oddziale. Efekt był taki, że kiedy po dwóch godzinach siedzenia z żoną na pooperacyjnym, spragniony wróciłem na oddział, idąc do swojego pokoiku dowiedziałem się od Starszej Położnej, że moje rzeczy są „spakowane” i czekają na mnie pod stołem na dyżurce. Myślałem, że żartowała. Spytałem czy ma moją kanapkę. Powiedziała, że nie wiedziała, że wrócę i pozbyła się jej, ale może mi przygotować nową, jeśli chcę. Nie chodziło mi o kanapkę. Spytałem gdzie mam te rzeczy zostawić, bo nie mogę przecież wrócić do żony z tobołami. Tam nie ma na nie miejsca. Nic nie odpowiedziała. Poczułem się jak bezdomny. Objuczony torbami poszedłem na parking i schowałem w bagażniku. Ale co by było, gdybym nie miał samochodu?

To tylko dwa szczegóły, które nie zmieniają za bardzo mojej dobrej opinii o działalności szpitala, a w szczególności zespołu operacyjnego, który zrobił najpiękniejszą robotę w całej mojej historii.

Trzy kumy

Poznały się w szkole, do której wspólnie chodziły. Pewnego dnia, kiedy się spotkały, powiedziała jedna drugiej że jest w ciąży. Druga też była w ciąży i też się tym pochwaliła. Ucieszyły się wszyskie trzy, chociaż ta trzecia się swoją ciążą nie pochwaliła, bo krępowała się tego stanu w swoim wieku.
Jedna z nich to moja żona. Dzięki temu, że się nie chwalliła, ból po poronieniu przeżyła bez większego rozgłosu. Druga w swoim czasie urodziła zdrowe dziecko. Trzecia… Jej córeczka owinęła się pępowiną i zmarła w brzuchu około tygodnia przed porodem. Minęły dwa lata, ale ona nie może się z tego otrząsnąć. Niełatwo się otrząsnąć z czegoś takiego, o ile w ogóle jest to możliwe.
Statystyki mówią, że śmierć w brzuchu jest bardzo rzadkim zjawiskiem. Troje, albo czworo dzieci na tysiąc urodzeń w Szwecji. Ale jakoś dziwnie dużo się tego pojawiło ostatnio wokół nas. Przynajmniej kilka przypadków w dość bliskim otoczeniu.
Przez ostatnie miesiące tej ciąży strasznie się boimy o nasze dziecko. Dowiadujemy się ze wszelkich dostępnych źródeł co można zrobić, żeby uniknąć podobego zdarzenia. Czytamy, że trzeba kontrolować ruchy, że tych ruchów (i tu różne źródła podają różne informacje) musi być przynajmniej dziesięć w ciągu doby. Inne źródła mówią, że tych ruchów powinno być dziesięć w ciągu dwóch godzin. Robimy tak – liczymy. Nasze dziecko miewa pod tym względem humory. Raz kręci „rowerki”, innym razem śpi jak kamień. Czasami, zwłaszcza w nocy potrafi przez parę sekund kręcić rowerek, żeby potem nagle się uspokoić na długi czas. Budzimy się wtedy oboje i nie wiemy co robić, czy już dzwonić, że przyjeżdżamy.
Czasami to się zdarza mimo wszekich starań, mimo kontroli ruchów, częstych wizyt u lekarza… Po prostu nie da się temu zapobiec – tak mówi nasz lekarz z bujną czupryną.
Chodzimy często na wizyty kontrolne do lekarza, na USG sprawdzamy czy dziecko prawidłowo rośnie, nasza położna mierzy brzuch czy rośnie, wykonuje badanie KTG, rozmawia z nami, pociesza… jest świetna, nie ogranicza się do wykonania jak najlepiej swoich obowiązków, ale też rozmawia z nami jak przyjaciel.
Lekarz z bujną fryzurą, do którego teraz też chodzimy tak często jak się da, na pytanie czy znajdzie dla nas czas w następnym tygodniu pokazał nam z nieopuszczającym go humorem jak dużo kobiet musi przyjąć w ciągu dnia. Wiemy, że suszymy mu głowę, ale on sam też chciałby, żeby tym razem nam dobrze poszło. „Przyjdźcie potem i pokażcie dziecko”. Pewnie, że przyjdziemy. Do lekarza od poronień też pójdziemy zgodnie z obietnicą. Najchętniej pokazałbym całemu światu… jeśli tylko dobrze pójdzie…

Rozmowy z Aniołem

Przyszła do poczekalni, gdzie siedzieliśmy, przywitała się, przedstawiła jak zwykło się to tutaj robić i zaprosiła do gabinetu.
Niektórzy są zdania, że pierwsze wrażenie przy zapoznaniu się z kimś jest najważniejsze. Nie jestem zwolennikiem takiego patrzenia na człowieka, którego nie znam. Lubię dawać ludziom „drugą szansę” w razie nienajlepszego „pierwszego wrażenia”, ale tutaj byłem bardzo mile zaskoczony. Spokojnie i rzeczowo opowiadała i wyjaśniała wszystko, co związane z rodzeniem w tym szpitalu. Odpowiadała na wszystkie nasze pytania tak, jakby te pytania znała, tak jakby znała nas samych, tak jakby znała cały nasz życiorys. Gdybym wierzył w ukryte pod postacią człowieka anioły zesłane na Ziemię, ta lekarka byłaby najlepszą kandydatką. Szczupła, wyprostowana, postać, włosy ciemne sięgające brody, delikatna twarz. Było w niej coś niezwykłego. Delikatna, ale za razem silna. Chociaż mówiła dość szybko i fachowym językiem, bardzo łatwo ją było zrozumieć, co wcale nie jest tutaj takie oczywiste ze względu na różne dialekty, nie mówiąc o kiepskiej dykcji niektórych osób. Mówiła dużo, trafnie i uspokajająco, wręcz kojąco odpowiadała na pytania. W jej wyglądzie było coś niezwykłego, ale z początku trudno mi było ustalić, co. Minął jakiś czas naszej rozmowy, kiedy się zorientowałem. Z jej sposobu bycia i rozmowy czuło się jej spore doświadczenie, ale z jej twarzy trudno mi było odgadnąć jej wiek… Jej twarz była gładka, nie miała ani jednej zmarszczki. W pewnym momencie opowiadania jej historii, którą przeżyliśmy w Piekielnym Szpitalu, całkiem niespodziewanie dla mnie i siebie samej żona powiedziała o zamianie ciał. Tej informacji nie planowaliśmy, bo przecież nie było takiej potrzeby, żeby człowieka w ogóle niezwiązanego z tym wydarzeniem obciążać takim opowiadaniem. Przynajmniej nie teraz, nie w tym kontekście. To, że żona o tym powiedziała zaskoczyło i mnie i żonę samą, ale nie lekarkę. „To się u nas nie zdarzy” – odpowiedziała tak szybko, że miałem wrażenie jakbym usłyszał tylko jeden wyraz… jakby całe zdanie było zawarte w jednym tylko wyrazie jakiegoś niebiańskiego języka, który nie przez uszy a w jakiś inny sposób w mgnieniu oka dociera bezpośrednio do mojej świadomości. „Zawsze przyklejamy na rączkę pasek identyfikacyjny”. W pierwszym momencie to mnie i żonę uspokoiło. To dobrze, że to się nie zdarzy. Ale za chwilę dociera do mnie „drugie zrozumienie” tego, co powiedziała. „To się u nas nie zdarzy” znaczy, że każdy jeden szczegół z pierwszego porodu oprócz właśnie tego, może się zdarzyć… Oczywiście, że może. Przecież nie jest aniołem, nie dysponuje nadprzyrodzoną mocą… jest tylko człowiekiem i podczas porodu może nie trafić ze wszystkim, co ma zapobiec takiemu łańcuchowi zdarzeń, tym bardziej, że tak naprawdę nikt nie wie czy to właśnie GBS, czy może jakaś inna „niewykrywalna” dziś bakteria spowodowała sepsę. Przez krótką chwilę rozmowy czułem się jak pod skrzydłami, jak pod czyjąś ochroną. Po tej wypowiedzi wracam do swojego realistycznego myślenia, chociaż dobre wrażenie we mnie pozostaje i napawa mnie optymizmem.

Druga rozmowa z Aniołem, kilka dni później była już bardziej ludzka. Jeszcze na poczekalni przyszła inna osoba z personelu zapytać, czy to właśnie my czekamy na rozmowę z tą lekarką. Okazało się, że cała kolejka jest opóźniona o pół godziny. Coś tego dnia musiało się wydarzyć. Później się dowiedzieliśmy, że musiała zrobić nieplanowaną cesarkę. Tym razem Aniołowi asystowała bardzo młoda lekarka, chyba na stażu. Było po nich widać, że są zestresowane. Po krótszej niż poprzednio rozmowie w gabinecie przeszliśmy do innego, gdzie zrobiła badanie USG. Chciała mierzyć dziecko, ale zobaczyła w naszej kartotece, że mierzenie było zrobione zaledwie kilka dni wcześniej u naszego lekarza z bujną fryzurą i stwierdziła, że nie ma sensu, tym bardziej, że na następne mierzenie byliśmy umówieni w następnym tygodniu.

Kiedyś byłem oszczędny w badaniach USG, byłem przekonany, że ultradźwięki nie są obojętne dla zdrowia dziecka, że są wręcz szkodliwe i byłem zdania, że im rzadziej, tym lepiej. Teraz jest inaczej. Mierzymy tak często, jak się da. Chcemy wiedzieć, że nasze dziecko rośnie, że mimo nagłych, niepokojących ruchów w brzuchu nie zaplątało się w pępowinę, ani samej pępowiny nie zasupłało. Wiele nocy ta myśl spędzała nam sen z powiek.

Termin porodu był wyliczony przez naszego lekarza od poronień na dziewiątego grudnia. Wspólnie z Aniołem ustalamy trochę wcześniejszy. To dobrze, liczy się każdy dzień. Do tej pory czas strasznie nam się ciągnął. Teraz to wrażenie mnie opuściło. Teraz czas idzie normalnie a nawet przyspiesza…

Czas – pojęcie względne

Przejście Wenus na tarczy słonecznej jest dla mnie takim pierwszym punktem czasu. Całą trójką a właściwie czwórką, bo ja z żoną, nasz syn i nasza dzidzia w brzuszku wstaliśmy o czwartej wyjątkowo rześcy i ciekawi, chociaż położyliśmy się późno i trochę niechętnie myśleliśmy o wczesnym wstawaniu a prognoza pogody zapowiadała lekkie zachmurzenie. Pojechaliśmy do lasu, na najwyższe w okolicy wzniesienie z widokiem na spore jezioro po wschodniej stronie. Sam moment wschodu przegapiliśmy. Słońce było już jakąś chwilę nad horyzontem. Wyciągnęliśmy wszelki sprzęt, jakim dysponowałem, czyli krzesełka, filtry spawalnicze, aparat… Nie jesteśmy zapalonymi obserwatorami, nie obserwowaliśmy „wejścia i wyjścia” Wenus z tarczy słonecznej. Chcieliśmy po prostu romantycznie dostrzec tak ulotną chwilę… Chmur było niewiele i wbrew pozorom nie przeszkadzały tak bardzo. Wręcz nawet trochę ułatwiały odnalezienie Wenus – ładną, czarną, okrągłą kropkę powoli przemieszczającą się na tle słońca. Dodatkowo śpiew ptaków sprawiał naszym uszom rozkosz.

Czas jest osobliwy. Niby wszystkim upływa jednakowo, niby doba zawsze ma 24 godziny, ale niekiedy mamy wrażenie, że nie. Kiedy masz wolne, wspólnie z przyjaciółmi, lub rodziną spędzasz przyjemnie czas, dni pędzą nieubłaganie i ani się nie obejrzysz a już koniec wolnego i trzeba wracać do codzienności. Ale kiedy na coś czekasz, albo jesteś w tarapatach, czas potrafi się ciągnąć w nieskończoność. Najlepiej byłoby go popędzić, ale się nie da.

Przez ostatnich prawie dziewięć miesięcy mam dziwne wrażenie. Przeszłość odpływa, czas teraźniejszy stoi w miejscu a przyszłość nigdy nie nadejdzie. Na szczęście to tylko wrażenie.
Jak odmierzamy czas pozostały do rozwiązania? Pierwsze tygodnie były dla nas nadzieją, ale nie do końca w nią wierzyliśmy. Wiedzieliśmy, że może się stać to, co poprzednio. Drugi trymestr to coraz większa nadzieja, ale też obawa. Skoro udało się tyle przejść i nic się nie stało, to może dalej się uda? Wrzesień… to był najgorszy wrzesień w moim życiu. Z jednej strony strach o dziecko, z drugiej masa bezwartościowych, koszmarnych dokumentów sprawiła, że straciłem grunt pod nogami. To był najdłuższy miesiąc w moim życiu. Nie wierzyłem, że nadejdzie październik i listopad. Z drugiej strony, jak spojrzałem w tył, miałem dowód, że jednak czas płynie. Te pierwsze miesiące zdawały mi się już tak odległe…

Tego sierpnia nie oglądaliśmy spadających gwiazd. Nie chcieliśmy się niepotrzebnie wystawiać na zmęczenie – wtedy jeszcze żona pracowała. Jeszcze w sierpniu chcieliśmy, żeby spadły już liście. Kiedy pod koniec miesiąca zaczęły spadać, cieszyliśmy się, że nadchodzi jesień, ale wtedy chcieliśmy, żeby spadł śnieg. Podczas zapoznawania się ze szpitalem opowiedziałem położnej, że tak czekamy na nadejście zimy, na spadnięcie śniegu. Jeszcze tego samego dnia spadł. Teraz czekam aż zamarzną jeziora, ale chyba prędzej nadejdzie rozwiązanie.