Emocje surowo zabronione

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze,
Prawdziwy mężczyzna nie wie co łzy,
Prawdziwy mężczyzna nie zna rozpaczy.
Mężczyzna i łzy? To śmieszne, to wstyd.

To refren bardzo starej piosenki, znanej prawie wszystkim jeszcze z lat dzieciństwa, mówiącej bardzo dużo o nastawieniu społeczeństwa do uzewnętrzniania emocji przez męską jego część. Utwór sam w sobie jest doskonały, słowa trafione, muzyka świetnie dobrana do tematu. Nigdy jednak tej piosenki nie lubiłem i nigdy jej nie będę z chęcią słuchał, bo wywołuje u mnie skrajne emocje. Już od samego słuchania jej chce mi się płakać, więc po prostu wyłączam radio. Ale mój teść tę piosenkę lubiał…
O tym, że mężczyzna musi być twardzielem i nie okazywać łez dowiadujemy się jeszcze będąc dziećmi. Każdą osobistą porażkę należy zbagatelizować, zapomnieć o niej jak najszybciej, zająć się czymś innym.
Wcześniej w moim blogu wspominałem już o tym jak reagowali ludzie z mojego najbliższego otoczenia, kiedy próbowałem z nimi rozmawiać o śmierci mojego dziecka. Owszem, przyjmowali do wiadomości, powiedzieli że im przykro, czasem to wyglądało szczerze, ale żeby ktoś chciał dłużej o tym porozmawiać… nie było o tym mowy. Z jednej strony niby było im przykro, ale z drugiej widziałem po ich minach, że byłoby lepiej, żebym z nimi o tym nie rozmawiał, że chcieliby jak najszybciej zakończyć rozmowę. Nie było mowy o tym, żebym mógł z kimś dłużej porozmawiać o zamianie ciał w prosektorium. Nie miałem z kim o tym porozmawiać, bo ani „przyjaciele”, ani moja rodzina „nie czuła się dobrze” w tym temacie. Nauczyłem się więc milczeć. Jedyną osobą, która w pełni rozumiała mnie to moja żona, która też potrzebowała z kimś o tym porozmawiać. Cieszę się, że chociaż ona miała z kim porozmawiać, miała przyjaciółki, którym nie wstyd było płakać z nią. Ja tego nie mogłem, bo jestem mężczyzną. Wśród mężczyzn to nie działa. Między nimi taka rozmowa nie ma racji bytu. Nie o tak poważnym temacie, jak śmierć. Każdy z mężczyzn tutaj wystawiony jest na samotność, na zupełnie samotne przeżywanie tych emocji, na przetrawienie tego samemu. I to tak, żeby jego otoczenie nie odczuło, że on to przeżywa. Jego otoczenie jest przecież ważniejsze od tego, że on sam „coś tam” przeżywa, z jego otoczeniem trzeba się obchodzić jak z jajkiem, absolutnie nie można dotknąć otoczenia swoim bólem. Tego nie można…
Prawdziwy mężczyzna ma jak najszybciej przejść nad swoim niepowodzeniem do porządku dziennego. Oczekuje tego od niego nie tylko męska częśc ludzkości, ale i żeńska, bo przecież kobiety też już od najmłodszych lat słyszą, że „prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze”. Niedawno napisała mi komentarz jedna z czytelniczek, że nie powinienem tak rozpaczać przy żonie i przez to „jeszcze bardziej pogrążać w rozpaczy swojej żony”, że jestem taki sam jak jej mąż, który „zamiast ją pokrzepić”, pomóc jej wyjść z jej rozpaczy, „pogrążał ją jeszcze bardziej”. Jeśli chcę rozpaczać, to powinienem to robić w ukryciu…
Wyraźny podział na mężczyzn i kobiety czuje się też w komentarzach. Ogromna część komentarzy mojego bloga, to komentarze kobiet – napełnione emocjami. Ale są też, chociaż nieliczne, komentarze od mężczyzn, którzy o emocjach nie piszą, bo „nie wypada”. W tych męskich komentarzach daje się jednak wyczuć pewną solidarność, pewne zrozumienie. Tylko tyle i aż tyle, bo mężczyźnie „nie wypada” o emocjach rozmawiać.
Mój teść, który tak bardzo lubił piosenkę Gangu Marcela, też był podobnego zdania, chociaż tego nigdy nie powiedział. W ogóle niewiele mawiał. Jak miał powiedzieć coś ważnego, to powiedział to w taki sposób, że wszyscy wiedzieli o co chodzi, chociaż wypowiedział tylko jedno zdanie. Mój teść był człowiekiem bardzo honorowym, był właśnie takim prawdziwym mężczyzną. Moja żona, nawet jeszcze jako dziecko, nigdy nie widziała go płaczącego, aż… Pewnego razu, kiedy jej mama znalazła się w szpitalu, a oni zostali w domu sami, mała dziewczynka uświadomiła sobie w pewnym momencie, że długo nie widać taty. Postanowiła go poszukać. W wielkim mieszkaniu nie mogła go nigdzie znaleźć, aż znalazła go w spiżarni. Schował się tam i płakał. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy widziała go płaczącego. Szybko się wtedy pozbierał i wrócił do pokoju. Nie chciał, żeby jego córka go takim zapamiętała. Nigdy też z nią o tym nie rozmawiał. Z nikim o tym nie rozmawiał.
„Mężczyzna i łzy… to śmieszne, to wstyd!”.
Mój teść wszystko, co łączyło się ze śmiercią wnuka przeżywał w sobie i na swój sposób. Nie wiem jak to przeżywał, bo nigdy nikomu o tym nie powiedział, ale wiem, że przeżywał, a tamten płacz jest dla mnie na to dowodem. Poza tym, po tych wszystkich wydarzeniach… po śmierci Danielka nigdy nie odzyskał zaufania do lekarzy. O Danielku rozmawialiśmy tylko raz, zaraz po porodzie, kiedy jeszcze wszystko było dobrze. Wtedy to teść dowiedział się jak bardzo Danielek był do niego podobny. Nie rozmawialiśmy jednak o tym nigdy więcej. Teść najwyraźniej bojąc się swoich emocji po prostu nie rozmawiał z nami o tym mimo, że dawał nam swoje wsparcie swoją obecnością.
Mężczyźni przeżywają śmierć bliskich tak samo jak kobiety, zwłaszcza śmierć dziecka. Nigdy tego jednak nie pokażą, ani nie wyrażą tak jak kobiety, bo tak ich ukształtowało środowisko. Może się zdarzyć, że nigdy nie będą chcieli o tym rozmawiać nawet z najbliższymi. Ale to nie znaczy, że nie cierpią, że mają serce z kamienia, albo że nie są zdolni do odczuwania emocji. Po prostu od dziecka próbują dorównać niedościgłemu ideałowi „prawdziwego mężczyzny”

Chrzest na przekór rodzicom

Szpital Państwowy… ale tylko z nazwy, bo tak naprawdę chyba katolicki…

Pielęgniarka a właściwie kandydatka na pielęgniarkę zanim się nią stanie przechodzi szkolenie. Szkolenie nie tylko z zakresu medycyny, ale też z zakresu etyki. Musi przecież wiedzieć i wie doskonale jak się zachować, kiedy umiera człowiek. Przychodzi do niego, żeby nie był sam, bo nie powinno się pozostawiać odchodzącego człowieka samego. Kto z Was chciałby umierać samotnie? Zadaniem pielęgniarki jest naszykowanie wszystkiego i sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku i na swoim miejscu. Czy zapalić świece? Czy położyć Biblię? Co pasuje? Wszystko to zależy. Zależy od wyznania umarłego oczywiście a nie pielęgniarki…

A jeśli pielęgniarką jest muzułmanka? Powinna wtedy przy łożu zmarłego położyć Koran? A jeśli zmarły jest chrześcijaninem?…

Takiej etyki uczy się w Szwecji. Jak to jest w Polsce?
W Polsce wszyscy są wrzucani do jednego wora. Katolickiego wora. Nie ważne jak bardzo rani się rodzinę zmarłego, najważniejsze że pielęgniarka „staje na wysokości zadania”.

„Chrzest z wody”
Chrzest z wody jest spełnieniem się, czy samozaspokojeniem się pielęgniarki, kiedy nie może spełnić się ratując życie noworodka. Taki substytut, ale zgodny z jej sumieniem. To, że rodzice nie są katolikami nie ma dla niej najmniejszego znaczenia. To, że przez lata będą cierpieć z tego powodu nie ma dla niej żadnego znaczenia. Nie ma znaczenia, że ich dziecko właśnie spotyka śmierć a ich samych ból i rozgoryczenie. Najważniejsza jest chwila spełnienia i zrobi wszystko, żeby do tego doszło. Jeśli rodzice nie są katolikami zrobi to tym bardziej. Zamknie przed rodzicem drzwi na OIOM, żeby nie przeszkadzał. Otworzy je później, ale nie zdradzi się, że to zrobiła, bo po co? Najważniejsza jest jej wiara a nie tam jakaś „etyka” nie wspominając o emocjach rodziców.
Co myśli taka pielęgniarka chrzcząc dziecko wbrew woli rodziców? „Biedne dziecko, nie przejmuj się, ja cię uratuję”? „Dzięki mnie pójdziesz do nieba, gdzie nie spotkasz już więcej swoich strasznych, okrutnych rodziców”?

Po tym, jak zobaczyłem papiery ze szpitalnego archiwum, że mój syn został ochrzczony, zacząłem szukać na necie informacji o chrzcie „z wody”. Przeczytałem na pewnym forum, że taki chrzest jest nieszkodliwy, że nie ma znaczenia dla rodzica, który jest niewierzący. Że dla niewierzących rodziców taki chrzest to po prostu „magiczny rytuał”, który ani nie pomaga dziecka uratować, ani nie przeszkadza. Czy ktoś ma mi mówić co i z jaką intensywnością mam czuć? Czego nie powinienem czuć? A co z szacunkiem do mnie? Do mojej żony? Do naszych przekonań?
Czy to nie gwałt?

Schizofrenia szpitalnego personelu

Dzień pierwszy
„Dzisiaj musi pani zejść na oddział porodowy, tam dostanie pani lek wywołujący poród i urodzi pani dziecko. Jak pani nie urodzi to pani dziecko umrze”
Żona posłusznie schodzi na porodówkę, gdzie personel układa ją na łóżku, podaje lek wywołujący skurcze. Pół normalnej dawki. (((Oszczędność? Nie wiemy do dziś))). Skutek – lekkie skurcze, które przechodziły po jakimś czasie, po czym przychodził personel porodówki ze słowami: „Dzisiaj pani nie może urodzić, bo jak pani urodzi to pani dziecko umrze. Niech pani pójdzie na górę (oddział patologii ciąży) i przyjdzie jutro”.

Dzień drugi
„Dzisiaj musi pani urodzić, bo jak pani nie urodzi to pani dziecko umrze”
„Dzisiaj pani nie może urodzić, bo jak pani urodzi to pani dziecko umrze”

Dzień trzeci
„Dzisiaj musi pani urodzić, bo jak pani nie urodzi to pani dziecko umrze”
„Dzisiaj pani nie może urodzić, bo jak pani urodzi to pani dziecko umrze”

Dzień czwarty
„Dzisiaj musi pani urodzić, bo jak pani nie urodzi to pani dziecko umrze”
„Dzisiaj pani nie może urodzić, bo jak pani urodzi to pani dziecko umrze”

Dostaję wiadomość, że dzwoniła żona i byłoby dobrze, gdybym pojechał do szpitala.
Jadę.
Parkuję na tyłach szpitala koło lasu, przechodzę przez bramę, idę w kierunku oddziału. Ładnie tu, spokojnie, pachną sosny, idealne miejsce na szpital – myślę sobie… Wchodzę do budynku, idę po schodach w górę… wychodzi żona cała roztrzęsiona i zapłakana. Łzy kapią na brzuch. Siadamy na zimnych schodach i zaczynamy rozmawiać.
- Co się dzieje? – Pytam
- Zabierz mnie stąd, nie chcę tu być, zabierz mnie do innego szpitala. Tutaj nic
konkretnego ze mną nie robią. Codziennie każą mi zejść na porodówkę… – opowiada
jak ją traktują i co do niej mówią. Opowiada też jak jest na tutejszej porodówce. Rzędy łóżek przedzielone przykrótkimi parawanami. Nie widać stojącej osoby, ale same rodzące widzą się wzajemnie. Niektóre kobiety krzyczą z bólu, ale wydaje się, że cała reszta im wtóruje, bo im się udzieliło, chociaż nie mają żadnych bóli. Co jakiś czas do leżących na oddziale porodowym kobiet przychodzi „doktor” z nalaną, okrągłą twarzą, podchodzi do wybranej, zakłada gumową rękawiczkę i mówi: „no to teraz zrobimy pani masaż szyjki”. Kobiety drą się przy tym i wiją z bólu. „Tak ma być” – mówi i grzebie jeszcze mocniej.

Normalną rzeczą jest lekceważenie pacjenta przez lekarza.
Jedna z sytuacji zapamiętanych przez żonę:
Jest upał. Na porodówce jak zwykle krzyki i jęki, niektóre z bólu, inne z wrażenia. Nagle na salę wjeżdża wózek inwalidzki z prawie rodzącą rozwrzeszczaną, potarganą i niezbyt czysto ubraną kobietą. Personel kładzie ją na wolnym łóżku, kolana w górę, położna jest natychmiast przy niej. Po chwili przychodzi lekarz z okrągłą twarzą i pyta kobietę:
- Ma pani bóle
- Mam
Lekarz zakłada rękawiczkę i rutynowo robi „badanie”.
- Czego pani kłamie?
Odchodzi w kierunku drzwi. Położna trzeźwo ocenia sytuację i widzi, że kobieta rodzi. Po sekundzie łapie wyślizgujące się z rodzącej jak z procy dziecko. Gdyby nie refleks młodej położnej dziecko upadłoby główką na podłogę. W głowie mojej żony na zawsze utrwala się wyraz twarzy położnej patrzącej tylko jak lekarz wychodzi z sali mając wszystko w d…

Później się okazuje, że właśnie urodzona dziewczynka nie była chcianym dzieckiem. Była kolejną wpadką w patologicznym domu. Natychmiast, jak jakaś czarodziejka zjawiła się lekarka – „biorę” – powiedziała i zabrała do adopcji.

Normalną rzeczą też jest pozostawianie przez personel rodzących i tuż po porodzie samym sobie: „Ona nie może teraz zasnąć przez kilka godzin, niech pani ją pilnuje, bo jej się coś stanie, jesteście przecież koleżankami”. Tak jesteśmy koleżankami, chyba od godziny. Teraz ona odpływa, jej źrenice lecą do góry pod ciężkimi powiekami a ja muszę ją pilnować, żeby nie zasnęła zamiast sama rodzić od dawna przenoszone dziecko – żona opowiada sytuację.

Żona prosi mnie o zmianę szpitala, tego „najlepszego”, tego wymarzonego i wybranego przez nas Państwowego Szpitala, który okazuje się piekłem psychicznym dla mojej żony – przynajmniej dla niej, a niekompetentny personel, który przez kilka dni nie potrafi wywołać porodu stosując zbyt małe dawki leku jest dla mnie dowodem jej słów. Nie mam sumienia jej odmówić. Nie mam prawa. Nie mogę powiedzieć: „zostań tu mimo wszystko, bo do kogo się teraz zwrócimy”. Czekam na korytarzu, aż żona się spakuje. W międzyczasie przychodzi do żony jakaś lekarka i widząc, że żona chce po prostu wyjść, zaczyna z nią rozmowę. Zabiera ją do gabinetu i pyta czy ona wie co robi… czy jest pewna, że to nie jest błąd… . Żona już nawet nic nie odpowiada, już nie ma siły tam być. Wychodzi. Odjeżdżamy.

Jak się zaczęło

Całkiem niedawno, bo zaledwie osiemnaście lat temu urodził się mój syn Daniel.
Ale zacznę od początku. Mając 21 lat poznałem rok młodszą ode mnie dziewczynę i zakochaliśmy się w sobie – typowe. Po roku wspólnego zapoznawania się byliśmy już pewni, że to jest to. Ślub. Pół roku później trochę nas zaskoczył wynik testu ciążowego, bo plany mieliśmy trochę inne, ale szybko się pogodziliśmy z nagłą zmianą, która była w planach dopiero za kilka lat. Szybko oswoiliśmy się z tym, że będziemy rodzicami. Kupujemy, albo wypożyczamy różne mądre książki o macierzyństwie, rozmawiamy o dzieciach z przyjaciółmi mającymi już dzieci. Dowiadujemy się coraz więcej o rozwoju naszego dzieciątka w brzuszku. Wiemy, że od czwartego miesiąca dziecko zaczyna słyszeć głos mamy i inne dźwięki z jej organizmu, a także z otoczenia, więc zaczynamy rozmawiać z brzuszkiem a później też śpiewać i wymyślać różne piosenki. Zewsząd czerpiemy wiedzę i mądrości jak się odżywiać, z jaką intensywnością zażywać ruchu, jak się oszczędzać. Brzuch rośnie a my z nim rozmawiamy, śpiewamy, czytamy książeczki…
Dowiadujemy się, że zgodnie z trendami na Zachodzie niektóre polskie szpitale umożliwiają „wspólny poród”. Mąż przy żonie w czasie porodu. Czy chciałbym? Pewnie!!! Przecież wtedy to dopiero poczułbym się ojcem. Do tej pory „tradycja” była taka, że żona męczyła się w bólach rodząc dziecko, podczas gdy mąż pod szpitalem, czy w innym miejscu znieczulał się zawartością półlitrowej butelki. Zdecydowanie jestem za „wspólnym porodem”.

Pewnego razu żona udaje się na wyznaczoną wizytę u ginekologa. Idzie sama, bo w tamtych czasach nie było zwyczaju, ani chyba nawet możliwości wspólnych wizyt. Lekarz ją bada, doradza… Żona pyta w którym szpitalu byłoby najlepiej, jeśli chodzi o poród, dobro dziecka itd.
Koniec rozmowy zapada nam do pamięci na zawsze:
- Panie doktorze, bo my chcielibyśmy w takim szpitalu, gdzie mój mąż mógłby być przy mnie.
- Proszę pani, jak pani mąż chce zobaczyć poród, to niech sobie kupi sukę, dopuści ją do psa i wtedy za jakiś czas zobaczy sobie poród.

Mijają tygodnie. Rozmawiamy z brzuchem, śpiewamy, czytamy, tańczymy… ja z coraz bardziej brzuchatą żoną na rękach. Śmiejemy się do łez a brzuch z naszym synkiem w środku nie przestaje podskakiwać. Coraz wyraźniej i ja zaczynam czuć ruchy. Coraz częściej przykładam rękę, czy policzek. Każdy ruch jest jak jakieś magiczne zjawisko, jak spadająca gwiazda, na które się czeka w sierpniową noc na plaży. Mówienie do brzucha zachęca dziecko do kopania, czy grzebania rączkami. Można tak się bawić bez końca…

Robimy USG. Prywatnie, bo tak w Polsce najlepiej. Okazuje się, że to jednak chłopiec, więc z dwóch od dawna wybranych imion pozostaje to jedno…

Szukamy informacji o szpitalach. Który będzie najlepszy? Ten szpital jest lepszy, bo to… tamten, bo tamto… Placówki prześcigają się w „reklamie”. Co zrobić, żeby nas przyjął ten wybrany przez nas, jeśli będziemy spoza jego rejonu? Po głowie chodzą różne myśli…
Żona znajduje ten najlepszy, rozmawia przez telefon, mówi że chcielibyśmy „rodzić razem”. Jesteśmy zaproszeni na rozmowę z ordynatorem w gabinecie. W wyznaczonym dniu wsiadamy w naszą taradajkę i jedziemy. Na miejscu musimy zaczekać w kolejce. Po krótkim czasie wychodzi ordynator i wywołuje nazwisko i imię żony, więc idzie… sama… Czekam… Po niecałym kwadransie żona wychodzi i opowiada co jej powiedział, jak to powinno wyglądać: Jak złapią mnie bóle to wskakujemy w samochód i szybko do szpitala. Porodówka jest ogólna dla wszystkich kobiet, ale dla par rodzących wspólnie jest jeden osobny pokoik. To trochę jakby dla nas – mówi z radością. Czy może być lepiej?

Jest inna alternatywa. W tej samej części miasta, kilkaset metrów dalej otwarto nową prywatną klinikę ginekologiczno-położniczą. Jedziemy też tam. Wchodzimy. Wewnątrz jest ładnie, bardzo ładnie, wręcz ekskluzywnie, przynajmniej w porównaniu ze szpitalami, nawet tymi najlepszymi. Przyjmuje nas sam szef, ginekolog, właściciel kliniki. Oprowadza nas, pokazuje kilka pomieszczeń, w tym salę porodową, pokoiki rodzinne z ręcznie malowanymi bajkowymi motywami na ścianach, w których po porodzie rodzice z dzieckiem mogą spokojnie dochodzić do siebie po trudach porodu. Pokazuje nowoczesny sprzęt, różne aparatury, aparat z gazem rozweselającym, który zmniejsza bóle podczas skurczów, przy czym robi to z taką pasją i w taki sposób, jakby właśnie przed chwilą sam to wszystko wyczarował, całkiem jak iluzjonista, który na scenie wyciąga nie tylko jednego a całą gromadę królików. Zachwalając swoje osiągnięcia obserwuje nasze zaskoczenie. Widzi to w naszych oczach. Pewnie spotykał się z oczarowaniem za każdym razem, kiedy oprowadzał swoich ewentualnych nowych pacjentów. Potem przechodzimy do gabinetu, rozmawiamy o szczegółach i kosztach. Są niemałe, ale warte rozważenia.

Wracamy do domu. Mamy dylemat. Niemały dylemat. Mija jakiś czas i postanawiamy zostać przy szpitalu. Wiadomo, że w szpitalu lekarzy więcej, trudno porównać doświadczenie, ale wydaje się, że jednak ci w szpitalu mają większe. A czarodziej trochę kosztuje.

 

 

Nadchodzi lato, brzuch coraz większy i coraz cięższy. Coraz rzadziej i na coraz krótsze zwariowane tańce biorę żonę na ręce. Trochę się też obawiam, że przyjdzie sąsiadka z mieszkania pod nami, kiedy jej żyrandol spadnie.

 

Lipiec 1994. Upały. Między pierwszym a drugim tygodniem mamy termin, ale nic się wtedy nie dzieje. Dwa tygodnie później zgłaszamy się do wybranego szpitala. Żona zostaje przyjęta na oddział pań oczekujących na poród z przenoszonej ciąży, „Oddział Patologii Ciąży”. Nasza ciąża jest już przenoszona dwa tygodnie. To najwyższy czas, wiemy o tym. Odprowadzam żonę, ściskamy się, parę słów do brzucha i wracam do domu. Wracam z obawą, że jak się zacznie to nie przyjadę na czas, bo jak ją złapią silne bóle to kto mnie powiadomi? A jeśli nawet uda się powiadomić to czy zdążę na czas, przez miejskie korki?