Poczucie straty

Jeszcze będąc w wieku przedszkolnym dostał pierwszy zegarek na rękę, z którym bardzo trudno było mu się rozstać. Szybko nauczył się odczytywać godziny i zerkał na zegarek dość często. Któregoś dnia, kiedy tylko zajechaliśmy do przedszkola wszystko było w porządku dopóki nie wszedł między dzieci. Zauważył wtedy, że zapomniał zegarka. Podniósł niesamowity krzyk, ale nie potrafił powiedzieć o co chodziło, dopiero po chwili dowiedzieliśmy się, że o zegarek. Nie pomogło tłumaczenie, że zegarek przecież jest w domu i kiedy wróci, będzie mógł dalej z niego korzystać. Musiałem mu go przywieźć pędząc samochodem najlepiej „na sygnale”. Później w domu tłumaczyliśmy mu sytuację i możliwości rozwiązań, ale trudno było po nim odczytać czy to do niego dotarło.

Od tamtego wydarzenia staraliśmy się pamiętać razem z nim o tym, żeby niczego nie przeoczył. Czasami go sprawdzaliśmy podchwytliwym działaniem, np. wychodząc z domu pytaliśmy czy zabrał ze sobą wszystko, co chciał, zwłaszcza kiedy zauważyliśmy, że nie. Jeśli mówił, że wziął wszystko, to pytaliśmy o tę konkretną rzecz, o której wiedzieliśmy, że chciał ze sobą mieć.

Czasem w naszych codziennych rozmowach poruszaliśmy temat strat. Tłumaczyliśmy, że czasami ludzie ponoszą ogromne, nieodwracalne straty i nic nie można na to poradzić, a najlepszym wyjściem jest po prostu tę stratę przeboleć.

 

Keps – czapka bejsbolówka, czapka z daszkiem, albo sam daszek na pasku. Szachista często takich czapeczek używał ze względu na wrażliwość oczu na światło słoneczne.

Helsingborg. Kto nie był, polecam. Spore miasto położone nad cieśniną Öresund. Po drugiej stronie cieśniny leży duńskie miasto Helsingør. Widać je wyraźnie, bo oba brzegi są od siebie oddalone o jakieś cztery kilometry, czyli praktycznie rzut beretem. Przystań promową w Helsingborgu i pobliską plażę oddziela wysoki, murowany falochron o łukowym kształcie, który nie tylko chroni statki przed falami, ale jest bardzo lubianym obiektem. Masowo przychodzą tutaj spacerowicze, turyści, wędkarze, a latem miłośnicy skoków do wody z dużych wysokości całymi dniami oddają się swojemu ulubionemu zajęciu.

Znam i lubię ten zakątek od czasów kawalerskich i postanowiłem pokazać żonie i dziewięcioletniemu wtedy synowi to nabrzeże, te widoki i ten falochron, który znali już z moich wspominek o pewnym niezwykłym zjawisku wędkarskim, którego byłem naocznym świadkiem pewnego dnia wiosną 1991. Tym razem było spokojnie i prawie pusto w porównaniu z tamtym dniem. Prawie w ogóle nie było ludzi na chodniku falochronu, tylko wiało tak, że flagi łopotały na masztach. Kiedy byłem tu pierwszy raz, było bezwietrznie. Na całym falochronie stało z dwustu wędkarzy, dosłownie jeden przy drugim i wszyscy jak jeden, zarzucali wędkę i wyciągali rybę… zarzucali i wyciągali i tak za każdym razem. Nieskończona masa ryb. Nawet nie trzeba było używać błyszczka, wystarczyła kotwiczka, albo zwykły haczyk, który i tak zaczepiał się przeważnie na skrzelach. Miałem wrażenie, że każdy jeden wędkarz złowił tyle ryb, ile razy zarzucił. Ławica belony była ogromna i prawdopodobnie przypływ skierował ją na te wody, a wędkarze rozeszli się do domów dopiero późnym wieczorem, każdy z niezłym zapasem jedzenia za darmo…

Opowiedziałem swoim tę historię, a potem wziąłem syna na plecy, żeby wspiąć się na wyższy poziom falochronu, z którego skakali młodzi ludzie do wody i pokazać synowi jak skaczą. Sam oczywiście też byłem ciekaw. Żona wtedy wycelowała w nas aparat i pstryk. Chwilę później Syn zaczął krzyczeć. Co jest grane?

– Dlaczego krzyczysz?

– Keps!.. Spadł mi keps!

Silny wiatr zerwał mu z głowy daszek i rzucił na morskie głębiny. Trudno – pomyślałem i zacząłem mu tłumaczyć, że zaraz w jakimś sklepie kupimy nowy, ale Syn wcale nie przestał krzyczeć. Jego poczucie straty dopiero zaczynało narastać. Nic go nie uspokajało, ani moje argumenty, ani Żony. I wtedy pomyślałem, że przecież można odzyskać stracony daszek i po raz kolejny nauczyć Syna czegoś pozytywnego. Nauczyć go, że niekiedy można straconą rzecz odzyskać. Tylko jak teraz daszek wyłowić? Nie, nie wskoczyłem sam. Nie byłem na to przygotowany. Poprosiłem jednego z tych, co skakali, a miły chłopak się zgodził i dziesięć minut później syn nasz z powrotem miał daszek na głowie.

Później w domu znów rozmawialiśmy na temat strat. Tłumaczyliśmy mu, że czasem trzeba się z taką stratą pogodzić, bo nie wszystko w życiu można odzyskać. Są takie straty, których nie zrekompensuje żaden zysk. Jedną z takich strat była strata podudzia, kiedy był malutki. Ale on nie patrzy na to w ten sposób. Być może dlatego, że z tym rósł i nie zna siebie innego, nie wie jak sprawny mógłby być, gdyby nogi nie stracił. Wiemy z żoną, że brak kawałka nogi siedzi gdzieś w jego głębi. Kiedy był mały, lubił rysować. Kiedy rysował siebie, jedna jego noga na rysunku była bardzo wyolbrzymiona, a rysowanie siebie zaczynał właśnie od tej brakującej nogi. Innymi nieodwracalnymi stratami są zabrani przez śmierć bliscy – niedawno Dziadek, a wcześniej Brat, którego nawet nie miał szans poznać.

Wszystkie inne straty są do pogodzenia, a nawet do odzyskania i w takim duchu wiele razy rozmawialiśmy z Synem. Tłumaczyliśmy mu, że nie warto reagować krzykiem w takim momencie, przecież można kupić sobie nową rzecz.

Moja nadzieja, że Syn wyciągnął z tego jasny wniosek i nie będzie reagował krzykiem, była złudna. Jakiś czas później Syn stracił w podobny sposób swoją ulubioną kłódkę, a jego reakcja była podobna. Później o tych małych stratach zapomina, ale pierwsza jego reakcja często bywa okropna.

Z czasem na spotkaniach z jego psychologiem doszliśmy do wspólnego wniosku, że to nie tyle same straty wpędzają go w taki stan, co zaburzenie jego codziennych rutyn, do których te straty mogą doprowadzić. To była dla nas pewnego rodzaju eureka, bo mogliśmy się przed pewnymi reakcjami zabezpieczyć np. zabierając ze sobą zapasowy keps, czy inną ulubioną rzecz, którą musiał mieć przy sobie. Rzeczywiście to działało. Syn nie reagował już tak na stratę, kiedy wiedział, że w samochodzie jest druga rzecz, która zastąpi tę straconą.

Po wywołaniu wszystkich zdjęć z wycieczki okazało się, że żonie udało się zrobić jedno z najlepszych zdjęć w życiu. Jestem na nim ja zadowolony z przerażonym Synem na plecach, a pół metra od jego głowy wiszący jeszcze w powietrzu keps ;)

Mówić, czy milczeć?

Odwieczny dylemat. Właściwie byłaby to indywidualna sprawa każdej osoby gdyby nie to, że da się zauważyć. Prędzej, czy później przy bliższym poznaniu i tak wyjdzie na jaw, że coś jest nie tak, ale jednak jest coś krępującego. Jakiś czas temu spotkałem się z opinią, z którą rzeczywiście się zgadzam, że na różne choroby mamy różne spojrzenie i że są choroby mniej, lub bardziej prestiżowe. I tak na przykład jedną z najbardziej prestiżowych chorób jest ADHD. Całkiem sympatyczna, bo przecież „mało szkodliwa”, ludzie dotknięci nią „po prostu są bardziej energiczni” niż inni i jednym z plusów jest to, że lubią sporty ekstremalne, więc pochwalenie się taką przypadłością w towarzystwie raczej nie wywoła opadu szczęk, czy odrzucenia takiej osoby. A inne choroby? To już bywa różnie.

Nasz syn ma lekki autyzm i na pierwszy, a może nawet i na drugi „rzut oka” nie widać tego po nim. Dopóki nie mieliśmy diagnozy, to sami nie wiedzieliśmy czy rzeczywiście ma ten autyzm, czy go nie ma, bo po żadnym autystyku nie widać jego autyzmu po samym wyglądzie. Owszem, po zachowaniu osoby autystycznej można wywnioskować że ktoś taki może właśnie ma autyzm, ale w przypadku lekkiego autyzmu niekoniecznie. Nieraz w przypływie wzburzenia, które nasz syn miewa kiedy nie jest „na fali”, patrząc z boku można by pomyśleć, że nie umieliśmy dzieciaka wychować, bo się źle zachowuje. Tylko ktoś z wykształceniem, albo doświadczeniem w tym kierunku mógł domyślić się, że to konkretne zachowanie nie jest wynikiem błędów wychowawczych, tylko autyzmu. Można więc nic nie mówić i będzie ok, nie będzie zbędnego skrępowania, bo nikt nic szczególnego nie zauważy.

I takim szablonem można by lecieć przez życie. Pewnie, w szkole trzeba powiedzieć nauczycielom, a później w pracy pracodawcy i będzie okej, oni będą wiedzieć, a reszta nie musi. Będąc na jednym ze spotkań z grupą psychologów, którzy zajmowali się diagnozowaniem naszego syna usłyszeliśmy pytanie, którego właściwie się nie spodziewaliśmy. „Chcecie powiedzieć wszystkim, że wasz syn ma autyzm?” Jak to powiedzieć? Oczywiście, że nie! Wiadomo przecież jak reagują ludzie. Przecież do tej pory nikomu się tym nie chwaliliśmy, a jeśli nawet trzeba było powiedzieć o tym ludziom z najbliższego grona, to spotykaliśmy się z niezrozumieniem. Raz nawet spotkałem się z zakłopotaniem, bo osoba, której o tym powiedziałem potraktowała to jako pewnego rodzaju zwierzenie się z tajemniczego problemu, jakbym mówił o jakimś swoim piętnie. Osoba ta nie wiedziała czy ma mnie żałować, czy pocieszać… Powiedziała mi tylko „ale chyba twój syn wyjdzie z tego?” Poczułem się tak, jakbym usłyszał „ale chyba nie będziesz taki gorszy przez całe życie?” Po tej krótkiej, krępującej wymianie zdań postanowiłem, że nie będę się „otwierał” przed innymi. Gęba na kłódkę i nikomu ani słowa.

Na wspomnianym spotkaniu zaproponowano nam jednak żebyśmy o tym powiedzieli w Szachisty szkole. I to nie tylko nauczycielom i dyrekcji, ale na takim ogólnoszkolnym zebraniu rodziców, co w pierwszej chwili wywołało w nas stanowczy sprzeciw. Jak to, takie poniżenie przed całą szkołą? Ale nie wypadało od razu powiedzieć „nie”. Tym bardziej, że temat się rozwinął i zostały nam przedstawione możliwe zalety takiego posunięcia. Po zastanowieniu się wspólnie z żoną powiedzieliśmy „tak”.

Na ogólnoszkolne zebranie, na którym byli obecni rodzice wszystkich uczniów, nauczyciele i dyrektorka, przybyła trzyosobowa grupa fachowców od psychologii dziecięcej, pedagogiki i autyzmu, i przez małą godzinkę w konkretnym wykładzie wyjaśnili wszystkim czym jest autyzm, jak funkcjonuje osoba autystyczna, jak postrzega świat i jak z nią obcować. Wykład był przedstawiony w jasny i ciekawy sposób, a rezultat dało się odczuć już następnego dnia, bo zgodnie z zaleceniem psychologów, rodzice w domu porozmawiali ze swoimi pociechami o tym, co było mówione na spotkaniu. Takiej reakcji społeczeństwa się nie spodziewaliśmy, bo nie znaliśmy rzeczywistego nastawienia szwedzkiego społeczeństwa, a jedynie naszego. Skończyło się niezrozumienie, skończył się mobbing, a Syn dostał asystenta. Dzięki temu wszystkiemu Szachista całkiem miło przebrnął przez podstawówkę i gimnazjum, a teraz uczy się dalej i już myśli o następnej szkole. A ja nie mam najmniejszej wątpliwości – warto było powiedzieć.

Wyszedłem na durnia :) :) ;)

Hurra, wycieczka rowerowa całą klasą! Kto jedzie? Jak to kto jedzie, a kto nie jedzie? Wszyscy jadą! A co z Szachistą? Szachista, jedziesz?

Pierwszy rower

Szachista miał pięć lat, kiedy dostał swój pierwszy rower. Wcześniej nawet nie próbowaliśmy z rowerem, bo od kiedy opanował chodzenie, musiał się tą sztuką nacieszyć dużo bardziej niż jego rówieśnicy. Nie patrząc na rany kikuta i ból, chętnie nadrabiał te wszystkie stracone kilometry pieszych wędrówek, które jego rówieśnicy na swój „licznik” nabili, kiedy on jeszcze nie mógł. A jak z rowerem? Pierwszy rowerek dostał od Dziadka. Był to produkt chiński, na dwóch kołach i z dwoma kółkami bocznymi. I był całkiem niezły, poza jednym drobnym szczegółem, o którym jak to zwykle bywa, nie ma się pojęcia do momentu pierwszego zdziwienia. Pierwszym takim momentem mojego zdziwienia połączonego z irytacją był czas pierwszej przejażdżki Syna, kiedy to wjechał bocznym kółkiem w chodnikową dziurę, których w naszym dawnym mieście nigdzie nie brakowało. Syn przewrócił się wraz z rowerem nieszczęśliwie na stronę tej mniej sprytnej nogi i wyłożył się całkowicie, a rowerek na niego. Z bólu i z poczucia właśnie doznanej krzywdy, która w jego przypadku była wzmocniona przez autyzm, zaczął krzyczeć, czym przyciągnął wzrok wszystkich ludzi. Głupio mi było strasznie, ale nikt o nic nie spytał, to i ja się nie tłumaczyłem. Spojrzałem na rowerek. Wspornik kółka bocznego był wywinięty do góry. Wyprostowałem go prawie bez użycia siły i wtedy odkryłem „chińską stal” (dla odróżnienia od damasceńskiej), którą wygiąłem i wyprostowałem jak plastelinę jeszcze ze trzy razy, po czym się złamała. Tego dnia już nie chciał jeździć, a na następne próby musiałem go długo przekonywać, że tym razem wybierzemy najlepszy chodnik w mieście. Udało się jakoś, ale Syn, mimo wielu wspólnie przemierzonych kilometrów  nie załapał sztuki jazdy rowerkiem nawet z nowymi kółkami bocznymi, które własnoręcznie zrobiłem i z solidnie zamontowanym za siodełkiem kijem do przytrzymywania. Z tego rowerka Syn wyrósł zanim nauczył się jeździć. Rowerek został, może córka skorzysta ;)

Drugi rower

Już tu – w Szwecji. Mój składak z aluminiową ramą, którym jeżdżę do pracy. Odpowiednio obniżone siodełko i kierownica, bez kija, bo gdyby ktoś zobaczył takiego dziesięciolatka na rowerze z kijem, to mógłby się przecież śmiać, według Syna. Szachista na nim, ja za nim. Biegałem za rowerem całymi godzinami, bo bardzo chciał się nauczyć jeździć. Biegałem tak dość regularnie przez dwa sezony. Zgrzany, pot lał się ze mnie. Dobrze, że trochę kondycji wtedy miałem. Zadowoleni byliśmy wszyscy, bo Syn ładnie utrzymywał równowagę, a i pedałami udało mu się ładnie kręcić. Żona filmowała, więc pamiątkę mamy. Niestety nie dość posłuszna proteza spadała mu z pedału, co każdorazowo zmuszało go do zatrzymywania się. Nie pomagały specjalnie uzębione pedały, nie pomagały buty z głębokim bieżnikiem. Nie pomogła też wymiana siodełka ze zwykłego, składakowego na wąskie, kolarskie, które miało według syna przyczyniać się do nie spadania protezy tak, jak poprzednie. Na jednym ze zlotów dla osób po amputacji, gdzie wszystkie możliwe firmy pokazywały swoje najnowsze osiągnięcia techniczne, gdzie każdy mógł wziąć do ręki i obejrzeć materiały, półprodukty i gotowe protezy, oglądaliśmy rower ze specjalnymi pedałami wyposażonymi w zaczep, który pasował do specjalnych butów, które trzymają się wzajemnie, dopóki rowerzysta nie skręci podudzia o kąt ok. 30 stopni, co pozwala na szybkie odpięcie nogi od pedału w przeciwieństwie do „nosków” kolarskich, które dla naszego syna byłyby katastrofą. Rozważaliśmy zakup tego patentu, ale odłożyliśmy go na jakiś czas ze względu na cenę i wciąż rosnące stopy syna.

Trzeci rower

Syn był już nastolatkiem, kiedy kupiliśmy mu młodzieżową  wersję „górala”, łatwiejszą dla niego do opanowania ze względu na przerzutki, dzięki którym można ustawić optymalne przełożenie na wystartowanie z miejsca i jazdę pod wzniesienia, w odróżnieniu od skromnych możliwości składaka. I tu już z jazdą było prawie, bo na pewnych biegach dobrze się synowi kręciło, chociaż jeszcze nie był przygotowany do zmiany przerzutek w trakcie jazdy. Teraz jazda z ojcem biegającym jako ogon szybko się skończyła, opanowanie równowagi na rowerze było już wystarczające, sztuka hamowania też, problemem było jedynie ruszanie z miejsca i jazda pod górkę…

I wtedy z pomocą przyszła Ona – olśniewająca koleżanka z klasy, która wraz ze wszystkimi słysząc skargę Syna, że rodzice mówią, że on nie umie jeszcze jeździć… patrząc mu w oczy powiedziała „ależ oczywiście, że umiesz jeździć!”…  I nie ważne było, że ani razu nie widziała go na rowerze… Nie ważne było, że nie widziała z jakim mozołem za każdym razem przygotowywał się przez kilka minut do startu, nastawiał pedał, przymierzał się do murka, z którego wsiadał na rower, ruszał i… hamował, bo start okazał się nieudany, po czym wracał do punktu wyjścia. Nie ważne było, że nie wiedziała o tym, że nie dałby rady podjechać pod górkę, bo nie zmieniłby przełożenia na lżejsze i z powrotem. Najważniejsze było dla niej, żeby pocieszyć kolegę. A na niego zadziałała magia słowa. Pojechał i wrócił. Z radością, z satysfakcją, z dumą. Dwadzieścia sześć kilometrów i z powrotem bez problemu, bez patentów but-pedał, bez korzystania z obiecanej przez nauczycieli pomocy, bez podwożenia samochodem…

No i wyszedłem na durnia :)

 

Czwarty rower kupiliśmy za jego oszczędności. Rower ze wspomaganiem elektrycznym. Pojazd idealny, który ceni dużo bardziej od spalinowych, smrodzących i hałasujących motorowerów, których dosiadający nie dają na spacerach spokojnie pospać jego siostrze. Ekologiczny.

Teraz jeździmy razem na wycieczki. Chociaż tak naprawdę to „razem” nie jest tak często, bo pod górkę bez silnika nie mam z nim szans. Czuję się wtedy jak stary pies wyprowadzony na spacer przez młodego, pełnego wigoru chłopca.

Kumple

W niewielkiej księgarni kilkanaście osób rozglądało się cicho za jakimiś książkami. My też. My, czyli ja, moja żona i synek, który wtedy miał z pięć, może sześć lat. Początkowo oglądaliśmy książki wspólnie, ale po chwili się rozdzieliliśmy i każde z nas poszło w swoją stronę, obserwując dziecko kątem oka. Synek oglądał najpierw książki umieszczone na stołach, ale przy ówczesnym swoim wzroście nie widział zbyt dobrze, więc się tym szybko znudził. W pewnym momencie zauważył jeden z wysokich regałów z napisem „bajki”, stanął na wprost niego i na cały głos w tonie głębokiego westchnienia powiedział „Życie, to nie bajka…”. Rozbawił tym wszystkich obecnych :)

Skąd mu się to wzięło? Bajek nie oglądał z takim skupieniem jak reklamy. Każda reklama była dla niego jak jakaś mądrość narodowa, coś, co trzeba cenić i koniecznie się nauczyć jej treści. A że pamięć miał nie od parady, to i zasób cytatów ogromny. Nie znał ich znaczenia. Do dzisiaj ma problem z prawidłowym zrozumieniem większości przenośni. Ale chętnie zapamiętywał i jak mu się skojarzyło, to czasami mówił, tak jak wtedy w księgarni.

Dlaczego Szachista nie je ryb? Nie dlatego, że jedną z nich uratował. Zrezygnował z ryb już wcześniej pod wpływem cytatu z filmu pt. „Gdzie jest Nemo?”. „Ryby to kumple, nie żarcie” – pamiętacie to? Wystarczyło, że ten film zobaczył jeden raz, a jeden element z diety bezpowrotnie odpadł, więc kiedy na ekrany kin wchodził film „Uciekające kurczaki”, zrobiliśmy wszystko, żeby z jego diety nie odpadł też drób.
Nie wiem, czy producenci takich filmów zdają sobie sprawę z tego, że ich produkcja może na całe życie wyeliminować sporą część jedzenia z gustu dziecka z autyzmem. Pewnie nie. Na szczęście udało się go przekonać, że paluszki rybne, to nie to samo co ryby :) Ale te paluszki były ścisłym wyjątkiem. Filety, kotlety i inne patenty nie wchodziły w grę. Za każdym razem, kiedy żona przygotowywała rybę, robiła to podczas jego nieobecności, bo przecież to jego kumple ;)
Jednak to, co filmowcom udało się tylko po części, to w stu procentach uda się systemowi edukacji. Pewnego dnia nasz syn przyszedł jakiś taki zgaszony ze szkoły. Nigdy nie opowiadał ze szczegółami, czego się uczyli w szkole, zawsze trzeba było go wyciągać za język. Tym razem zapytany przez nas otworzył się chętnie. Podczas kilku lekcji biologii dzieciaki miały naukę o rybach. Na pierwszej z tych lekcji poszli nad jezioro, złowili rybę i sprowadzili ją żywą do szkoły. Później przez parę tygodni uczniowie się nią opiekowali, karmili, dbali, pielęgnowali… aż ostatniej lekcji kiedy to nauczyciel pozbawił ją nie tylko wszelkich nadziei na powrót do jeziora, ale na oczach uczniów pozbawił ją życia, a potem zrobił sekcję. Po czym na lekcji gospodarstwa domowego usmażono ją i poczęstowano dzieci. To ostatecznie zaważyło na decyzji o niespożywaniu mięsa ryb.
Ja wiem, że niejednemu uczniowi taka kompleksowa nauka wyszła na dobre, ale nie każdy myśli tak szeroko. Nie każdy patrzy na ryby jak typowy rybak. Skupienie co wrażliwszych może się zatrzymać na punkcie kulminacyjnym, przesmutnej śmierci ryby.

Złota rybka

Poszliśmy pewnej jesieni nad jezioro. Ja i Syn. Ot tak dla dotlenienia. Był taki czas, że robiliśmy to często. Stawaliśmy wtedy na brzegu i… rzucaliśmy do wody kamienie. Na początku to było „puszczanie kaczek”, ale w tym rzucaniu Syn dość szybko poszedł w swoim osobliwym kierunku… wrzucaniu kamieni coraz cięższych i coraz dalej, a im większy plusk, tym lepiej. Tamtego razu, kiedy tak staliśmy, rzucaliśmy i rozmawialiśmy na jakiś frapujący go temat, nagle zawołał:
- Tata, tata… tu jest ryba!
- Gdzie? – spytałem nie odrywając oczu od piaszczystego dna jeziora w poszukiwaniu ryby.
- Tutaj pod drzewem!
Rzeczywiście! Na plażowym piasku pod wystającymi korzeniami sosny, kilka metrów od brzegu leżała mała ryba.
- Pewnie martwa…
- Nie! Ruszyła się przed chwilą!
Przez dobre pół minuty wpatrywaliśmy się w nieruchomą rybę jak dwa woły na malowane wrota, wyrażając swoje zdumienie skąd mogła się tutaj wziąć. Może ktoś ją złowił i wyrzucił? Może zrobił to jakiś ptak, a my przychodząc tu wypłoszyliśmy go? Aż nagle…
- Widziałeś? – wykrzyknął Syn.
- Rzeczywiście, żyje. – odpowiedziałem i wziąłem ją w ręce. – Ale ledwie żyje. Wpuścimy ją do wody, może odzyska siły.
Zdjąłem buty i skarpety, podwinąłem nogawki i wszedłem prawie do kolan w wodę. Włożyłem rybę, ale ta ani drgnęła. Czekaliśmy dłuższą chwilę, ale nic. Co robić? Jak zrobić rybie sztuczne oddychanie? Złapałem ją delikatnie, ale na tyle mocno za tułów koło ogona, żeby się nie wyślizgnęła i miarowym ruchem poruszałem nią, pod powierzchnią wody, do przodu i do tyłu… do przodu… do tyłu… i tak przez minutę, czy dwie. To chyba najlepsze, co mogłem wymyślić. Na ruchu wstecznym otwierają się skrzela i nabierają świeżej, natlenionej wody. Potem ją puściłem, ale zaczęła powoli opadać, więc złapałem ją znowu i powtórzyłem akcję. Puściłem, ale znów się nie ruszała. Spojrzałem na Syna, który stał w napięciu na brzegu i raczej niewiele widział pod powierzchnią wody pod takim kątem. Zdążyłem mu tylko powiedzieć, że się nie rusza, kiedy sam zauważyłem, że już jej nie ma. Zacząłem jej szukać, ale już jej nie mogłem znaleźć, mimo, że w brązowej, ale klarownej wodzie świetnie widziałem i złocisty piasek, i każdy kamień, i każdy korzeń, czy patyk leżący na dnie.
- Odpłynęła! – krzyknąłem zadowolony. – Jeszcze przed chwilą nie miała sił, a teraz już jej nie ma.
- Ożyła?
- Tak
- To dobrze! To teraz płyń i nie daj się następnym razem złowić! – powiedział Syn.

W domu Syn opowiedział krótko mamie jak rybę uratowaliśmy. Trzech życzeń nie było, było tylko jedno… to, co jej Szachista życzył, żeby nie dała się złapać następnym razem. Może się spełni, przecież nie było wygórowane? Dla mnie spełniło się coś jeszcze. Dostałem dowód jego wrażliwości, co nieczęsto się zdarza w jego przypadku. To się zdarzyło pięć lat temu, ale do tej pory miło to wspominamy.
Następnym razem opowiem dlaczego Szachista nie spożywa ryb.