Zostaw ślad

Bardzo sobie cenię Wasze komentarze. Często do nich wracam myślami, często myślę o Was, o Waszych przeżyciach. Czasami otwieram w kokpicie stronę z komentarzami, żeby jeszcze raz je przeczytać.

Proszę, piszcie komentarze, piszcie swoje opinie na temat wpisów, bloga, błędów w mojej pisowni i co tylko Wam przyjdzie do głowy. Piszcie też komentarze krytyczne, ale chciałbym, żeby ta krytyka była konstruktywna. Żebym w niej zauważył zasadę, którą Waszym zdaniem zignorowałem. Komentarze krytyczne, których nie rozumiem będę usuwał. Podobnie usuwał będę komentarze, które nie wnoszą żadnej treści, a mają za zadanie reklamę jakiejś komercyjnej strony, czy firmy. Spam będzie usuwany.

Zachęcam do czytania bloga.

89 Komentarze

  1. Wczoraj dosłownie jednym tchem „połknęłam” opowiedzianą przez Pana historię. Dzisiaj wróciłam bez wahania z nadzieją na nowy wpis. I wracać będę codziennie czekając na dobre wiadomości. Nie potrafię opisać wszystkich emocji, które od wczoraj odczuwam, ani myśli, które chodzą mi po głowie.
    Jedyne co chcę i mogę napisać, to że jestem pełna podziwu dla Pana i Pańskiej Żony za to, w jaki sposób poradziliście sobie z tym wszystkim, co dla Was życie przygotowało.
    Jestem pewna, że myśli każdego, kto tutaj trafił pozostaną z Państwem. Moje na pewno!

    • Dziękuję za ciepłe, krzepiące słowa. Nigdy ich nie zapomnę.
      Nie zamieszczam nowych wpisów codziennie, nie mam na to czasu, ale staram się zdążyć z opowiedzeniem całej historii jeszcze przed rozwiązaniem obecnej ciąży.
      Jeszcze raz serdecznie dziękuję i pozdrawiam.

  2. Przeczytałam Pana blog „jednym tchem” czyli na tyle ile pozwala 3 miesieczne niemowle. Patrzę na swoją córkę i jeszcze raz dziękuję Bogu (kimkolwiek by był) za to, że jest i jest zdrowa .. No i, że wszystko było ok przy porodzie. W szkole rodzenia była z nami para młodych ludzi. Czekali na narodziny synka, termin był 6 tyg przed naszym. Po końcu kursu nie miałam z nimi kontaktu. Jak Helenka miała już 2 miesiace od koleżanki usłyszałam ich historię.. Ciąża była wzorowa, mama Małego prawie do końca ćwiczyła jogę, jest jej instruktorem. Maluch ponoć wzorowy. W terminie zaczęły sie skurcze. Pojechali do szpitala a tam okazało się, że tętno Małego ustało, że On nie żyje. Poród był już w toku, poradzono im rodzić naturalnie. Położna wspominała, że poród był wzorowy. Jego Mama trzymała go na rękach jeszcze przez 2h po urodzeniu. On wyglądał jakby spał…
    Cały czas o myśę o nich, co się czuje rodząc swoje długo wyczekane, wzorowe, martwe dziecko? Co się czuje trzymając je w ramionach wiedziac, że nigdy nie krzyknie podczas mierzenia i ważenia, że nie będzie można go zabrać do domu po 2 dniach??
    Nie potrafię sobie tego wyobrazić, mysląc o tym czuję jakbym rozpadała się w środku na kawałki. Patrzę na swoją spiącą córkę i dziękuję za każdą chwilę z nią spędzoną. Nie wiem czy kiedykowiek pozbędę się tego lęku o nią..
    Życzę Panu i Pana Żonie, żeby wszystko było w porządku. Zasłużyliście na to jak nikt inny na świecie.

    • Dziękuję za opowiedzianą przez Ciebie historię. Właśnie takiego zdarzenia od jakiegoś czasu bardzo się obawiamy. Obsesyjnie często chodzimy na kontrole lekarskie, gdzie badaniem USG lekarz sprawdza, czy nasze dziecko prawidłowo rośnie, położna sprawdza wyniki KTG, w domu kontrolujemy ciśnienie krwi żony a mimo to trzęsiemy się ze strachu. Bardzo dziękuję za życzliwość. Dużo zdrówka dla waszego niemowlaczka i dużo radości z niego życzę.
      Pozdrawiam.

    • Jest nas takich osób wiele. Więcej niż kiedykolwiek myślałam. Dziś mija 4 miesiące od takiego samego dnia w moim życiu.

  3. Jesteście niesamowicie silnymi ludźmi, po tym co przeżyliście nie poddaliście się i trzymam za Was kciuki. Jeszcze nigdy nie przeczytałam całego bloga,wybieram sie spać przez ostatnie 2 godz ale nie mogłam sie oderwać. Sama mam 2- letniego synka o którego starałam sie „tylko” kilka miesięcy, Wy tyle czekacie. Podziwiam Was i jestem z Wami całym sercem.
    Pozdrawiam, powodzenia.

  4. Witam
    jakże straszenie jest stwierdzić że i inni ludzie ,mają podobnie traumatyczne wspomnienia z chwilą która powinna być w życiu każdego człowieka najpiękniejszą…Miałam nadzieję że takich zdarzeń jest mniej że mniej dzieci doświadcza dosłownie , nie w przenośni niestety, „doświadczenia ” lekarzy położników…
    Moje dzieciątko na szczęście żyje, choć było bardzo blisko…
    U nas skończyło się „jedynie” na sepsie, urosepsie, porażeniu splotu ramiennego i wylewie w prawym nadnerczu. Inne wylewy wchłonęły się stosunkowo szybko, bo „już” dwa miesiące po porodzie, „tylko” z tym w nadnerczu był problem bo trwało to ponad pół roku. Nam kazano rodzić naturalnie choć były wyraźne wskazania do cc, i niestety jak to często bywa z prawie 5 kg dzieciaczkiem doszło do porażenia splotu ramiennego. Nasz synek jest już po operacji, tj. po przeszczepie nerwów i teraz cały czas się rahabilitujemy, a przed nami wiele lat ciężkiej pracy i rehabilitacji aby mógł ruszać rączką i paluszkami. Ale nie ma dnia abym nie dziękowała Bogu, za to że dał nam ten czas bo Misiek był w bardzo ciężkim stanie i mogło nie być tego czasu… A wszystko tylko dlatego że ktoś stwierdził że jednak „próbujemy dołem” i nie słuchał tego co mówiliśmy z mężem. (Nie wszystkie kobiety są stworzone do porodów naturalnych, tym bardziej że już raz rodziłam i wiem jak to było…i pamiętam co powiedzieli lekarze po pierwszym porodzie, i pamiętam ból popękanych żeber). Potem ktoś czekał prawie 10 dni z nadzieją że dziecku się poprawi i pompował w Niego antybiotyki na ślepo…a i tak w końcu musieli nas przewieźć do specjalistycznego szpitala…i niestety też nie mogłam jechać karetką… a więc faktycznie czytając przeżywałam również deja vu.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę wiele szczęścia i cieszcie się każdą chwilą bycia razem nawet w nieprzespane noce…bo dane Wam je przeżywać. Agnieszka

    • Mojego przyjaciela dziecko też tak załatwili. Tu – w Szwecji. 16 lat temu. Jego dziecko ważyło 5600g, ale w szpitalu o tym „nie wiedzieli”, bo lekarz prowadzący pomylił się z obliczeniami. Teraz chłopiec podobnie jak Twój synek, ma zwichnięte ramię i niedowład. Nie może podnieść ręki wyżej niż do łokcia.
      A co do pozostałych przeżyć… rzeczywiście deja vu.
      Serdecznie pozdrawiam i również życzę wszystkiego dobrego i dużo zdrówka!
      Przepraszam, że odpowiadam dopiero teraz.

  5. Witam,

    Twoja historia przypomniała mi moją sprzed 1,5 roku, kiedy to po miesięcznym pobycie w szpitalu ( leżałam na obserwacji z ciążą bliźniaczą dzięki in vitro ) lekarze na moją prośbę i płacz decydują się zakończyć ciążę w 35 tygodniu – dzieci bardzo słabo się ruszały – ale ciągle słyszałam że to dlatego że są duże i jest ich dwoje, ja od czterech dni wymiotowałam, miałam gorączkę, nie jadłam już nic. W dniu porodu zaplanowany zabieg opóźnił sie jeszcze o trzy godziny. Okazało się że jeden chłopczyk nie żył juz przynajmniej od 12 godzin, drugiego próbowali ratować ale…zmarł chwilę po porodzie. Ja miałam sepsę, krwotok, wstrząs krwotoczny, niewydolność oddechową i niewydolność nerek a co najgorsze straciłam macicę i nadzieję na możliwość zostania matką. Mój mąż codziennie powtarza mi że przeżyłam dla niego – tylko mnie to nie przekonuje. Straciłam cel i sens życia.

    • miłość zaczyna się od uczucia dwojga obcych sobie ludzi więc tak – przeżyłaś dla niego. Dziecko jest owocem miłości dwojga, nie odwrotnie. Kochaj męża i staraj się o adopcje. Życzę powodzenia i trzymam kciuki

    • Straszna historia. Aż nie wiem co powiedzieć. Po prostu wielka tragedia i rzeczywiście szczęście, że nie skończyło się Twoją śmiercią. Przeważnie się wstrzymuję od udzielania rad w takim przypadku, bo jak można radzić komuś coś, czego przyczyn nie jest się w stanie odczuć na własnej skórze, ale rada mojej przedmówczyni wydaje mi się rozsądna. No i to piękne zdanie, że „przeżyłaś dla niego”. Co byście nie zrobili, wierzę, że uda Wam się przezwyciężyć ogromną pustkę i odnaleźć radość życia, mimo „naznaczenia”. O tragedii nie można zapomnieć, ale można nauczyć się z nią żyć.
      Serdecznie pozdrawiam.

  6. Witam,
    Przypadkowo tu trafiłam i wciągnęło mnie. Podziwiam Was za wiarę,siłę no za wszystko.
    Sama mam 2 dzieci- nastolatka i roczną dziewczynkę i tez nie zawsze było łatwo, też lekarze nam napsuli krwi ale wszystko skończyło się dobrze. Życzę Wam samych szczęśliwych dni w nadchodzącym roku. A małej córci i dużemu synowi dużo zdrowia.

    • Bardzo dziękuję.
      Serdecznie pozdrawiam Ciebie i Twoją kochaną dwójeczkę dzieci. Dziękuję za życzenia.

  7. Przeczytałam wszystko od razu, każdy wpis.
    Wasza historia jest piękna bo jest w niej tyle miłości i tyle nadziei…
    Podziwiam i pozdrawiam.

  8. I ja dołączam do tych osób, które pochlonely kazdy jeden wpis od poczatku. Takze jestem mamą nastolatki i 1,5 rocznej córci, która pomimo fajerwerków sylwestrowych spi obok spokojnie…. i splakałam sie nieprzytomnie….. i podziwiam za siłę i wszystkiego co najlepsze w Nowym 2013 Roku zyczę Tobie i Waszej rodzinie :)

    • Serdecznie dziękuję za przeczytanie i za życzenia. Również życzę wszystkiego dobrego.
      Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Twoich Kochanych Najbliższych :)

  9. Witajcie!

    Już nie pamiętam jak tutaj trafiłam, ponieważ pochłonięta Waszą historią, spędziłam tutaj jakiś czas. Szybko odnalazłam post pierwszy, ze łzami w oczach przechodziłam przez Wasze kolejne losy, aż w końcu na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Córeczka! Serdecznie Wam gratuluję. Piękne zakończenie roku:)

    Idąc Waszymi śladami, odnajdywałam w pamięci moje własne przeżycia, które wywoływały również ból i cierpienie… Napisałeś, że największym ciosem jest śmierć własnego dziecka. Nie przekonałam się o tym osobiście, Jednak trwałam przy boku przyjaciół, którym odszedł 2,5letni synek. To był niesamowicie trudny czas. Minęło 8 miesięcy. Każdego dnia o tym myślę, każdego dnia walczę z tymi myślami. Z wielką niesprawiedliwością.

    Dzisiaj jestem sama w ciąży. Pierwsza nasza ciąża. 11 tydzień.
    Wiele obaw, trosk i wątpliwości przechodzi przez moją głowę, jednak wierzę, że wszystko będzie dobrze.

    Dziękuję, że zdecydowałeś się podzielić z nami Waszą historią. Z całą pewnością uczuli ona wiele przyszłych rodziców…

    Pozdrawiam całą Waszą czwórkę bardzo ciepło.
    Trzymajcie się i wszystkiego dobrego!

    • Cieszę się z Waszej nadziei i życzę łatwego i bezproblemowego przyjścia na świat Waszego maleństwa.
      Również pozdrawiam i wszystkiego dobrego!

  10. witaj
    przyznam, ze ugrzezlam w polowie blogu postaram sie go skonczyc czytac jutro jak mojego partnera nie bedzie w domu, bo mam zakaz czytania takich rzeczy. kiedys w potrzebie powstal blog, ktory juz nie odwiedzam. mnie pomogl http://measia.bloog.pl/ moglam tam wyrzucic wszystko. doanczajac go dodam tylko, ze nam sie tez udalo. wedlug planow za 12 dni bedzie z nami Marysia. prawie cala ciaze przelezalam, ale warto bylo i zrobilabym to ponownie, gdyby byla taka potrzeba. sciskam mocno

    • Oczywiście :) Ja sam grząznę, kiedy z jakiegoś powodu próbuję przeczytać niektóre moje wpisy ;)
      Zakaz wydany Tobie wydaje mi się rozsądny :) Możesz przecież wrócić do czytania kiedykolwiek, nie zamierzam usuwać bloga.
      Życzę Wam dużo, dużo powodzenia i dużo radości z Marysi! Daj znać po rozwiązaniu…
      Serdecznie pozdrawiam!

      • Marysia urodzila sie 1 lutego o 11,42 o wadze 230g, zdrowa i jest piekna. powoli uczymy sie siebie, a ja sobie przypominam jak zajmowac sie takim maluchem.
        pozdrawiamy serdecznie

  11. Przeczytałam Twój blog w jeden wieczór i nie mogę się emocjonalnie pozbierać. Wiem, że nie ma słów, które ukoją Wasz ból i cierpienie… Dziękuję, że otworzyłeś się i przelałeś swoje uczucia na „papier”. Patrzę na swojego rozrabiającego 9-miesięcznego synka i nie mogę powstrzymać łez. Łez szczęścia, że w naszym przypadku wszystko potoczyło się w jak najlepszym porządku. Twój blog poruszył najczulsze struny mojej osobowości. Życzę Tobie oraz Twojej Żonie, abyście wychowali swoją Kruszynkę na wartościową osobę, jaką jesteście Wy sami.

    • Nawet nie wiesz jak mnie cieszą takie komentarze jak Twój! :) Dziękuję Ci za niego!
      Serdecznie Was pozdrawiam. Całusy dla synka!

  12. Niesamowity blog, już dawno nic mnie tak nie wciągnęło, jak Twoja przepełniona uczuciami i łzami historia, ale najważniejsze że są to nie tylko łzy smutku, ale też łzy radości. Moje dwa szkraby (On i On) śpią w swoich pokojach, muszę je zaraz ucałować. za to że są w moim życiu. Cieszę się, że Ty i Twoja żona też macie już za sobą te najgorsze chwile i możecie się skupić na czerpaniu radości z każdej minuty z Waszą córeczką i ze starszym synem. pozdrawiam, i życzę pomyślności.

    • Dziękuję. Twój komentarz sprawia, że widzę większy sens pisania tego bloga niż tylko podzielenie się moją historią w nadziei, że wyłowię ludzi o podobnych przeżyciach. Cieszę się, że ludzie bez tragicznych przeżyć też mogą wyciągać z mojej historii pozytywne wnioski.
      Całuj swoje skarby codziennie z myślą o szczęściu tak oczywistym, że się go na codzień nie zauważa ;)
      Wszystkiego dobrego!
      Pozdrawiam.

  13. Piękny blog. Ja pierwszą ciążę poroniłam, w drugiej byłam na podtrzymaniu… córcia urodziła się po wywoływaniu porodu o co walczyłam w 39 tc i niestety miała sepsę ale Bogu dziękuję, że z tego wyszła. Była to oczywiście wina lekarzy z naszego cudownego szpitala. Mój lekarz prowadzący podczas kontroli wysłał mnie do szpitala, gdyż mała spadała z wagą i stwierdził małowodzie. Natomiast w szpitalu zostałam zwyzywana od histeryczek, lekarka robiąca mi usg stwierdziła że wód jest wystarczająco, dziecko waży 2800g i będzie mi łatwiej urodzić bo małe a mój lekarz się nie zna… i Efekt był taki że mała urodziła się tydzień póżniej, ważyła 2180 g a zamiast wód była gnojówka jak to powiedziały położne… mimo takich doświadczeń zdecydowałam się szybko na kolejne dziecko i ciążę przeszłam bezproblemowo i urodziłam drugą córkę… Bardzo się cieszę że Wam udało się doczekać kolejnego potomka. Trzymam kciuki za Was i obiecuję wpadać na Waszego bloga. On daje siły do działania pomimo przeciwności losu z jakimi borykaliście się. Pozdrawiam

    • Dziękuję, że przeczytałaś i podzieliłaś się swoimi przeżyciami.
      Cieszę się, że Wam się udało, mimo wszelkich przeciwności.
      Serdecznie pozdrawiam, życzę powodzenia i oczywiście zapraszam do dalszego czytania.

  14. Dziękuję. Za pomoc w odnalezieniu w sobie siły, by zmierzyć się z własnymi duchami z przeszłości. Za nadzieję, jaka płynie z tego bloga i za to, że tak jasno i wyraźnie mówisz o tym jakimi lekarze potrafia być ignorantami i patałachami. Lekarza mojej siostry mało nie zabiłam. Potem nie miałam siły nawet pisać komentarza o nim. Jaki by miał sens jeden negatywny przeciwko kilkunastu bardzo pozytywnym?
    Ból jednak wypala, nie gaśnie z czasem. Zmienia jedynie formę. W tym roku zostałam mamą po raz pierwszy. Pomijając fakt, że poród we włoskim szpitalu to totalny koszmar – moja córcia ma się dobrze. Mimo to wciąż mam w pamięci buzię zmarłego synka mojej siostry. Nie chcę go wymazywać z pamięci – nie trzeba. Ma swoje miejsce w moim sercu. Gratuluję wam obojgu siły wewnetrznej, odwagi i cierpliwości. Chciałabym, by taką siłe znalazła też w sobie moja siostra. Życzę wam wszystkiego najlepszego. Oby dzieci wasze przyniosły wam mnóstwo dumy i radości, oby przyniosły radość do waszego domu.
    Pozdrawiam serdecznie
    Basia

    • Nawet ten jeden negatywny głos powinien zastanawiać. Moja opinia o lekarzu, chociaż poprawiona na życzenie moderatora, nie wiadomo dlaczego gdzieś przepadła. Chyba będę musiał napisać jeszcze jedną z innego adresu.
      Życzę Wam tzn. Tobie i Twojej siostrze dużo siły i zdrowia.
      Dziękuję za życzenia. Serdecznie pozdrawiam!

  15. Znalazłam się tutaj troszkę przez przypadek, ale już wiem, że to był dobry przypadek. Przeczytałam na jednym oddechu. Dziękuję :) A zakończenie nawet nie wiesz jak dużym optymizmem mnie napoiło. Wręcz nawet upoiło – w takim dobrym sensie. My też jesteśmy jeśli tak można powiedzieć „po przejściach”. Wiem co to znaczy śmierć oczekiwanego tyle miesięcy dziecka, dziecka, które już zdążyło się pokochać. Znam polskich lekarzy. Różnych. Tych w porządku i tych kłamców. Znam smak poronień, ale wiem też, tak jak Ty, wiem też, jak smakuje szczęście. Teraz poznaję problem niepłodności wtórnej. Twój blog dał mi maleńką nadzieję, że może kiedyś Bóg chociaż ten jeden raz jeszcze się do nas uśmiechnie… Że wszystko się może zdarzyć i nie tylko my w życiu przeszliśmy wiele. Pozdrawiam serdecznie :)

    • Cieszę się z tego „przypadku”, że zawitałaś na mój blog i cieszę się, że jego treść dodała Ci trochę nadziei :)
      Życzę Wam, żeby i Wam się spełniło to pragnienie.
      Również serdecznie pozdrawiam i życzę powodzenia.

  16. Czytam Pana blog od trzech godzin i nie mogę się oderwać. Ja i mój narzeczony jesteśmy rówieśnikami Daniela, narzeczony urodził się dokładnie 22 sierpnia 1994 roku, także miał sepsę… Nie wiem naprawdę co napisać. Jestem bardzo poruszona Pana blogiem, tym, co Pan i Pana Żona musieliście przejść. Dotarło do mnie, że właściwie niewiele brakowało, a nigdy narzeczonego bym nie poznała. W sierpniu tego roku zamierzamy wziąć ślub. Tak niewyobrażalnie mi przykro, że Daniel nie żyje. Że nie miał szansy przeżyć tego, co ja mogłam, bez względu na to, czy było mi dobrze czy źle. Pozdrawiam i z całego serca życzę, żeby teraz już wszystko w końcu było dobrze.

    • Serdecznie dziękuję, że przeczytałaś. Rzeczywiście niewiele brakowało. Na szczęście jest inaczej. Na szczęście mogliście się poznać i planujecie wspólne budowanie szczęścia.
      Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego!


  17. ~Magda:

    Marysia urodzila sie 1 lutego o 11,42 o wadze 230g, zdrowa i jest piekna. powoli uczymy sie siebie, a ja sobie przypominam jak zajmowac sie takim maluchem.
    pozdrawiamy serdecznie

    mialo byc 2320g :)

  18. tak jak wiele innych osób, przeczytałam wszystkie Twoje wpisy. Mało mężczyzn opisuje swoje emocje po takich przeżyciach, a myślę, że warto. Nie są one przecież zarezerwowane tylko dla kobiet. Dzięki temu jest lżej, bo tak jak pisałes nie każdemu wszystko można z siebie wyrzucic. Życzę wszystkiego dobrego dla całej urodziny. Pozdrawiam

    • Ja też myślę, że warto. Zanim zacząłem sam pisać mojego bloga, szukałem opisu podobnych przeżyć. Nie znalazłem. Albo nie ma nikogo, kto by tyle przeżył (nie wierzę w to), albo raczej po prostu nikt swoich przeżyć nie opisał (w to prędzej uwierzę). Ja sam nie zacząłbym pisać, gdyby nie przebrała się miarka.
      Serdecznie pozdrawiam.

  19. Witam. Jestem mamą dziewczynki z autyzmem. Napisałam książkę o swoich zmaganiach, o szpitalach, lekarzach, depresji. Teraz mogę ją do kosza wyrzucić, taka śmieszna mi się wydaje. Błagam Cię, napisz książkę. Jeśli nie czujesz się na siłach to pozwól komuś innemu zrobić ze sobą wywiad-książkę. Mógłbyś pomóc tak wielu ludziom. Dziękuję Ci za ten blog

    • A nie zechciałabyś jednak tej książki w jakiś sposób wydać? Ja bym chętnie przeczytał, bez względu na to jak „śmieszną” Ci się teraz wydaje.
      Ja też miałem taką propozycję, żeby książkę napisać, ale wolałem bloga ze względu na możliwość konfrontacji na żywo z czytelnikiem.
      Serdecznie pozdrawiam.

  20. Witaj…
    Chciałam Ci tylko przekazać wyrazy …szacunku i wdzięczności za Twój blog…
    I życzyć samych pomyślności ,i zdrowia i niegasnącej miłości.
    Zarzucali Ci ,że stworzyłeś ciąg nieprawdopodobnych historii.
    Tak ,życie potrafi być nieprawdopodobne ,ale nikt w to nie uwierzy bardziej ,niż ten ,kto tego doświadczył…
    Doświadczyłam
    Pozdrawiam serdecznie

    PS. Jeśli można prosić o tytuł tej książki o autyzmie ,Pani Ewo ,byłabym wdzięczna ,również pozdrawiam

    • Dziękuję.
      Również serdecznie pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego, żadnych przykrych doświadczeń więcej.

  21. Witam serdecznie. Czytając Pana, a w zasadzie Państwa przeżycia, odczuwam skrajne odczucia – od wściekłości na bezdusznych i okrutnych ludzi, którzy powinni służyć pomocą a zadają cierpienie, wszechogarniający rozdzierający smutek z powodu śmierci największego skarbu jakim jest dziecko i radość, z pięknego finału zwieńczonego narodzinami zdrowej córeczki. Przez bezduszność, brak kompetencji i fachowości personelu medycznego moi rodzice stracili synka, rok przed moimi narodzinami. Trauma dla moich rodziców była tak wielka, że ja przychodząc na świat nie miałam ani jednego ciuszka….było to wiele lat temu, a rodzicom nadal ciężko jest wspominać tamten czas. Mój syn natomiast rodził się wiele godzin, ostatecznie rodząc się przez cc mocno wymęczony, ale zdrowy . Wasza historia jest dla mnie bardzo wstrząsająca, mój syn jest prawie rówieśnikiem Państwa Danielka bo urodził się w grudniu 1995r. Pozdrawiam gorąco.

    • Ani jednego ciuszka – znam dokładnie to uczucie. Życie zbiło tak bardzo, że następnym razem człowiek chciałby zrobić unik przed kolejnym ewentualnym ciosem. To rzeczywiście nie mija z czasem, to pozostaje w człowieku na zawsze, niezależnie czy „już” człowiek potrafi o tym rozmawiać, czy nie.
      A na dźwięk słowa „lekarz” robię się nieufny, czujny i bardzo niechętny do kontaktu z takim człowiekiem.
      Cieszę się, że Wam się udało. Serdeczne pozdrowienia dla Was i synka!

  22. przeczytalam blog jednym tchem
    nim urodzil sie nasz synek przeszlismy z mezem 3 poronienia, wszystkie pod koniec pierwszego trymestru. Po emigracji trafilismy do lekarza ktory stwierdzil ze poronienia w pierwszym trymestrze to tylko spoznione miesiaczki i sie „nie licza”. Ktos zasugerowal nam wizyte w szpitalu specjalizujacym sie w invitro. Tam potraktowano nas bardziej serio i zaordynowano wiele badan ktore nic nie wykazaly, ale zostalismy zakwalifikowani do in vitro. Tuz przed zabiegiem okazalo sie ze jednak jestem ponownie w ciazy. Jednak zadnych lekow na podtrzymanie nie dostalam bo znowu uslyszalam ze poronienie w pierwszym trymestrze to porzadki jakie natura robi z pomylkami. Cala ciaze przelezalam, mama z Polski przysylala mi nospy i srodki doradzone przez jej kolezanke, lek ginekolog. Po 9 miesiacach Adas byl z nami ale tez nie obylo sie bez problemow bo podczas porodu jego tetno zaczelo zanikac ale lekarze podjeli blyskawiczna decyzje o cc i maly urodzil sie z 10 pkt Apgar. Chwala Bogu jest tu z nami (spi i smacznie pochrapuje), niedlugo skonczy 3 latka.
    Gdy sie urodzil myslalam ze wszystko sie zmieni bo wielu lekarzy powtarzalo ze jak juz jedna ciaza skonczy sie z powodzeniem to jest duza szansa na powodzenie kolejnych. W naszym przypadku to nieprawda. Mialam juz dwie jak tu to mowia „opoznione miesiaczki”. Niestety dopiero po 3 poronieniach lekarze ponownie zainteresuja sie co takiego sie dzieje, ze moje ciaze koncza sie tak szybko bo jak uslyszalam moja historia choroby z Polski sie „nie liczy” wiec od nowa musze czekac niewiadomo ile zeby moc liczyc na pomoc medyczna.

    • Dziękuję, że przeczytałaś moją historię.
      Zaskoczyło mnie podejście lekarzy do wielokrotnych wczesnych poronień w Twojej części świata. Co prawda w mojej niby też jest „do trzech razy sztuka” i przeważnie dopiero po trzecim razie biorą się za gruntowne badanie co jest nie tak. Natura naturą, a inne czynniki jak np. zatrucie środowiska też są wymieniane przez lekarza-specjalistę od poronień podczas pierwszej rozmowy. Tak przynajmniej było u nas. Nikt nie mówił, że to wyłącznie natura, czy jeszcze gorzej – organizm mamy był za słaby, żeby utrzymać dziecko, co może wpędzić kobietę w niezłą depresję. No i oczywiście nasza historia z Polski jak najbardziej miała znaczenie.
      Cieszę się bardzo, że Wam się udało i macie teraz swojego Adasia :)
      Serdecznie Was pozdrawiam.

  23. i tez jak nasz synek sie urodzil to nie mial zadnych ubranek (poza jedna pizamka ktora wcisnela mi mama w prezencie) moj maz lecial na szybkie zakupy do sklepu zebym miala w co ubrac malenstwo. Dopiero jak po tygodniu wrocilismy obydwoje zdrowi do domu to zajelismy sie kupowaniem lozeczka, wozka, przewijaka i wszystkiego co potrzeba.

    • Każda strata jest jak uderzenie przez życie prosto w serce. Po tylu uderzeniach nic dziwnego, że człowiek gdzieś podświadomie traci wiarę, że wreszcie to się zakończy pozytywnie. Zaraz po urodzeniu się mojej córeczki powiedziałem lekarzowi, który ją badał, że to nie do wiary, że wszystko poszło dobrze, a on odpowiedział, że „nie może pech chodzić przez całe życie za jedną rodziną” – przypuszczam, że wszyscy obecni wtedy na sali operacyjnej znali naszą historię ze szpitalnego systemu komputerowego, gdzie umieściła ją nasza psycholog.
      Jeszce raz dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią i gorąco pozdrawiam.

  24. Dziękuję za piękną opowieść
    Za wielki świat wielkich istot
    Nawet najmniejsza z nich wszystkich
    Jest wszystkim i może wszystko…

    Nie wiem, co więcej mogę napisać, bo żadne słowa nie oddadzą tego, co czułam czytając wszystkie wpisy i wszystkie komentarze. Cały wachlarz wszelkich możliwych emocji.
    Pozdrawiam wszystkich, który tak jak ja przeczytali i „zachwycili się” tym blogiem i osobą Autora, tych, którzy opisali tu również swoje historie. A Tobie Autorze i Twojej cudownej Rodzinie życzę z całego serca wszystkiego najcudowniejszego i żebyście nigdy nie zatracili swojej wrażliwości i dobroci oraz, żeby Wasze Dzieci były takie jak Wy.

    • A ja dziękuję za zapoznanie się z moją opowieścią, no i za piękny komentarz. Co do zachwytu moją osobą… trochę bym się z tym nie zgodził, ale też dziękuję. Z drugiej strony bez Was – moich Drogich Czytelników ten blog nie wyglądałby tak jak wygląda. Wasze komentarze są doskonałą odpowiedzią ludzi wrażliwych i upewnieniem, że warto było po tylu latach milczenia podzielić się tą historią.
      Dziękuję za piękne życzenia i serdecznie pozdrawiam.

  25. Przeczytam na pewno, przeczytam wszystko. Teraźniejszość jest łatwiejsza do ogarnięcia, ale przeszłość siecze ostrym mieczem. Nie wiem, jak można wszystko przeczytać jednym ciągiem. Mnie trochę za bardzo boli.
    Podziwiam, że nie straciliście wiary, ani siebie nawzajem. Pozdrawiam.

    • Jeden z wpisów został opublikowany na głównej Onetu w Sylwestra 2012. Niektórych moja historia tak wciągnęła, że woleli czytać, niż się przygotowywać do zabawy. Takie komentarze dostawałem. Wierzę, bo wtedy jeszcze mój blog był krótko po kulminacji i wpisów nie było jeszcze tak dużo, chociaż ja bym wolał rozłożyć sobie czytanie.

      Dziękuję Ci.

  26. Jestem w trakcie czytania. Nie mogę, nie umiem przeczytać jednym tchem. Niesprawiedliwe jest to, że tyle cierpienia spadło na wasze barki. Cieszę się, że ta historia doszła po tylu dramatycznych wydarzeniach do szczęśliwego zakończenia, a wasza rodzina wciąż się powiększa.
    Serdecznie pozdrawiam

    • Ja też bym nie czytał jednym tchem. Tak można było przeczytać jeszcze półtora roku temu, kiedy wpisów było o połowę mniej, a ci co tak czytali, pewnie mieli czas.
      Dziękuję, że czytasz.

  27. Dziekuje za Wasza historie (przeczytalam wszystkie wpisy)! Ciesze sie z Waszych Dzieci, z tego ze los sie odmienili i to tez daje mi duzo sily w walce o jutro i o nasze jeszcze nie poczete dziecko. Ja poronilam i ciezko jest mi sie pozbierac, ale wiem ze nie mozemy sie poddac!
    Pamietam jak po badaniach lekarz powiedzial, ze niestety musze sie przygotowac na poronienie. Lekarz powiedzial, ze powinnam poronic w okresie 4 do 6 dni. Przez pierwsze dni nie moglam sie pozbierac, wyrzucilam z siebie mysl o ciazy i z kazdym kolenym dniem ta mysl zaczela wracac. Pomyslalam wtedy, ‚Twoje malenstwo jeszcze walczy, mimo tego ze nie przezyje tej walki daje Ci czas zeby sie z Nim/Nia pozegnac’. Dostalam czas na pozegnanie i lekcje zycia, ze do konca nie mozna sie poddac. Moje Dziecko to wiedzialo lepiej niz ja! 6 dnia od ostatnich badan poronilam.
    Chcemy zaczac sie starac od nowa i ucze sie wierzyc w to ze nam sie uda, ze nasz Aniolek odszedl, ale to nie znaczy ze Jego/Jej nie ma i wiem ze czuwa nam nami i pomoze nam w naszych staraniach!
    Bardzo sie ciesze ze Wam sie udalo!
    Pozdrawiam serdecznie

    • Wierzę, że Wam się uda i z całego serca Wam tego życzę. Chciałbym za jakiś czas dostać wiadomość od Ciebie, że wszystko jest ok, że Wam się udało i jesteście szczęśliwi. Ale jeśli nawet nie napiszesz, jeśli nawet zapomnisz, to i tak czytając Twoje komentarzze będę o Was myślał.

      Pozdrawiam i życzę powodzenia.

  28. Będę pamiętała i postaram się napisać jak nam się uda (nie obiecuję bo nic nie jest pewne).
    Wasza historia mi ‚rozbiła dzień’, pozytywnym tego słowa znaczeniu. Myślę o Was i o tym przez co przeszliście i jestem pełna podziwu.
    Jak ja poroniłam, to oboje bardzo cierpieliśmy, cierpieliśmy osobno, nie potrafiliśmy sobie pomóc, nawet zaczęłam się zastanawiać czy to przetrwamy. Przetrwaliśmy, jesteśmy silniejsi. Tylko naszej historii, mimo że bardzo bolesnej dla nas samych nie można porównać do tego przez co Wy przeszliście.
    Wy sami dla siebie musicie być ogromnym wsparciem, a wasze Dzieci maja ogromne szczęście że mają takich rodziców. Jestem pełna podziwu i będę o Was pamiętać i mam nadzieję śledzić Wasze dalsze losy, jeśli zdecydujesz się napisać ciąg dalszy.
    Ja nie znalazłam zrozumienia u tych którym starania o dziecko potoczyły się bez problemów. Jeden z moich przełożonych w pracy (musiałam powiedzieć o tym co się stało żeby usprawiedliwić swoją nieobecność) opowiedział mi swoją historię ze szczegółami. Jego żona poroniła 5 razy, ale w końcu doczekali się dwójki dzieci. Świadomość, że ktoś przeszedł przez podobne problemy nie pomaga, bo nikt nie powinien przez nie przechodzić ale uczy, że należy walczyć i nigdy się nie poddawać.
    Jeszcze raz dziękuję za Waszą historię i za odpowiedź.
    Chciałam napisać, że mam nadzieję że już niedługo napiszę o tym, że spodziewamy się dziecka, ale pomyślałam że nadzieja to mało, ja w to wierzę.
    Pozdrawiam Waszą cała Szczęśliwą Rodzinkę i do usłyszenia!
    Ania

    • Masz rację, że nie można porównać, ale ja na to patrzę trochę inaczej. Ponieważ przeżyliśmy zarówno śmierć zdrowo urodzonego dziecka, jak i dwa poronienia, wiem z jaką intensywnością się odczuwa ból. Pewnie, że są różnice, ale ta różnica, to tylko to, jak silnie przeżywamy, a nie co przeżywamy. Bo czy tracimy dziecko na samym początku ciąży, czy już po jego urodzeniu, tracimy w gruncie rzeczy tyle samo. Nie można powiedzieć, że straciliśmy tylko trochę, bo ciąża dopiero się zaczynała. Przecież to zawsze odchodzi człowiek. Moim zdaniem nie da się zmierzyć kto cierpi bardziej. Jeśli ktoś mówi „ty masz lepiej, bo nie zdążyłaś się przyzwyczaić”, nie ma racji.

      Dziękuję za przeczytanie i za pamięć. Oczywiście będziemy czekali na dobre wieści ;)
      Pozdrawiam serdecznie.

  29. Nie jestem w stanie przeczytać całej historii. Czytając o Danielu czułam zacisk w gardle, czytając dalej zastanawiałam się jak to możliwe, żeby ludzi trafiało takie nieszczęście i dotykał ogromny ból, którego nawet sobie nie wyobrażam. Urodziłam wcześniaka od razu z zachłystowym zapaleniem płuc, na całe szczęście lekarz trafił od razu z antybiotykiem, ale pamiętam swój strach o moje dziecko. Gratuluję Wam siły i walki o Dzieci!

    • Wbrew pozorom moja historia nie jest tak czarna przez cały czas. Z czasem zmienia się w coraz jaśniejszą, aż teraz jest zupełnie świetlana ;)
      Jaka będzie w przyszłości? Życie pokaże, a jeśli jeszcze będę pisał, to pewnie i o tym napiszę. Dziękuję.
      Pozdrawiam.

  30. Witaj, T.Viku!

    Bardzo sensowne, cekawe, poruszające są twoje wpisy i lubię tu zaglądać, Kawałek życia bez retuszu. Mam tylko prośbę: jeśli np ktoś odsłucha Twoją notkę w aplikacji Audio-blog i chciałaby trafić do ciebie na blog aby POCZYTAC konkretny tekst, np ” Ach te kobiety”, to z poziomu bloga nie może na ten teksttrafić.Pomyśl o wyszukiwarce frazowej, która umożliwiłaby czytelnikom łatwijeszy dostęp do twoich archiwów. Sugestia: zamiast archiwum miesięcznego może warto byłoby się zastanowić nad umieszczeniem na bocznym pasku TYTUŁÓW najpopularniejszych, najchętniej czytanych notek? Tak byłoby wygodniej dla nowych gości.Prosze, pomyśl o tym! Pozdrawiam

  31. Przeczytałam z zapartym tchem. Gratuluję i zazdroszczę dzieci. My staramy się krócej bo 2 lata, ale spotkaly nas 2 poronienia. Niestety jestem epileptyczka wiec maleństwa nie miały szans przegraliśmy raz z chorobą raz z lekami czyli tez z choroba. Teraz kończymy 5 miesiąc i nie mozemy sie doczekać spotkania z naszym malym cudem. Życzymy wszystkiego dobrego i samych radości. Zasluzyliscie na nie. Gorące pozdrowienia z Zawoi:)

    • Im bardziej człowiek zajęty, tym szybciej pędzi czas i tym więcej go omija. Ciągle sobie obiecywałem, że odpowiem na Twój komentarz i do tej pory tego nie zrobiłem, a to już dwa miesiące mijają i o ile dobrze liczę, to teraz jesteście już w siódmym miesiącu ciąży? I chociaż wygląda to może inaczej, ale tak po cichu serdecznie Wam kibicuję. Życzę powodzenia!
      Pozdrawiam!

      • Tak jesteśmy już w siódmym miesiącu i nie możemy się nadziwić, że naprawdę się udało :) chociaż małżonek doprowadza mnie do szału za każdym razem bawiąc się z maluszkiem o 5 rano:-/

        • Co poradzić, kiedy właśnie w nocy, czy nad ranem dziecko ma porę największej aktywności? ;) My też tak mieliśmy, prawie wszyscy tak mają :) Niech korzystają do woli, bo czas szybko ucieka i niedługo będziecie to tylko miło wspominać. Ja sam czuję, jakbym te chwile przeżywał tydzień temu…
          Pozdrawiam serdecznie!

  32. Myśli mi się leją przez głowę, ale nie wiem jak to napisać. Parę razy widziałam, że gościł Pan na moim blogu. Odwdzięczyłam się, zostawiając komentarz raz czy dwa. Ale teraz wiem, jakie to wszystko było puste, gdyż przeczytałam „najważniejsze wpisy” – nie wszystkie, przyznaję – doszłam do drugiego porodu. Po przeczytaniu notki o pogrzebie, wczoraj wieczorem, przez 10 min płakałam potem w łazience, tak mi było żal i smutno, że takie rzeczy w ogóle się zdarzają. Tak bardzo współczuję Panu i żonie, ale jednocześnie podziwiam za olbrzymią siłę, wytrwałość i wiarę, że będzie lepiej. Z całego serca, jako matka, ale i jako człowiek życzę wam spokoju i zdrowia, oraz radości z rodzicielstwa. I łez, ale wyłącznie ze szczęscia. Pozdrawiam.

  33. boli mnie każdy centymetr ciała…. Bede musiala was sobie dozować…. Radości i miłości i szczęścia Wam życzę…. Jesteście niesamowicie silni, a mnie wstyd i czuję sie upokorzona swoimi problemami.

    Pozdrawiam – od teraz stała czytelniczka

    • Każdy problem ma swój czas i swoją wagę. Pewnie, że jeśli postawimy jeden przy drugim, to ten drugi będzie tak malutki, że będzie się wydawał żadnym problemem. Ale przecież on też ma swoją wagę i „żyje swoim życiem”, rzecz tylko w tym czy jest łatwy do rozwiązania. My z żoną też miewamy błahe zmartwienia, które wydają nam się dużymi ;)

      Dziękuję za wszystko.
      Czy piszesz bloga? Wydaje mi się, że gdzieś trafiłem na Twój nick.
      Pozdrawiam serdecznie.

      • Dziękuje za mądre słowa, ale maż nadal mi powtarza, ze ten problem to nie problem :)

        Nie, ja nie pisze bloga (być może zbieżność nicków) , mój mąż pisze dla córki na przyszłość ;)

        P.s. Odzywaj się częściej na blogu w miarę możłiwości.

        • Trzymam z Twoim mężem – ten problem, to żaden problem ;)
          Pozdrawiam.

          A Twój nick musiałem widzieć gdzieś przy komentarzu :)

  34. Hej,
    Przeczytałam gdzieś Pański komentarz, że „ta bakteria jest słaba i ginie przy okazji leczenia innym antybiotykiem” czy to potwierdzona wiadomość? czy rzeczywiście nie powróciła już? czytałam w internecie, że ona po jakimś czasie wraca… jeśli tak, to jak długo już nie wraca i jaki to był antybiotyk?
    Pozdrawiam.

    • Prawdę mówiąc, fachowej wiedzy na ten temat nie mam, a to co napisałem o wyginięciu bakterii u mojej żony, to wniosek lekarza, który zajmował się nami podczas ostatnich starań o dziecko, nad którymi właśnie on roztaczał opiekę. To on powiedział, że z dużym prawdopodobieństwem ta bakteria to właśnie GBS i że mogła wyginąć na przestrzeni lat, podczas których żona leczyła się ze dwa, czy trzy razy na zapalenie dróg moczowych. Czysta teoria, chociaż bardzo prawdpopdobna i oparta o współczesną wiedzę medyczną.
      C.d.n.

      • ja wczoraj się dowiedziałam, że to świństwo mam. Mam 24 lata, nie jestem w ciąży, z chłopakiem się rozstałam i teraz się boję, że już zawsze będę sama – tak będzie w sumie najbezpieczniej, a poza tym nikt nie zechciałby dziewczyny z takim czymś…

        • Jak to nikt by nie zechciał? :) Przecież to nie jest jakaś choroba, to tylko bakterie, a bakterii w przeciętnym organizmie jest ok 15 kilogramów (!!!) :)
          Gdyby nie bakterie, nie moglibyśmy żyć. Fakt, że akurat te bakterie nie należą do pożytecznych, ale do chorobotwórczych też nie. One nie wywołują u dorosłych żadnych objawów! Do niedawna pułapką była niewiedza o nich, a raczej o tym, że mogą zaatakować noworodka, jeśli dostaną się do jego organizmu w czasie porodu. Tak się stało z moimi synami, ale to dlatego, że nie było wtedy zbyt dużej wiedzy o tym. Dziś lekarze o tym wiedzą i mogą przeciwdziałać podając antybiotyk w odpowiednim momencie przed samym porodem.
          Bakteria żyje głównie na skórze, co wcale nie jest oznaką, że jesteśmy jakimiś brudasami. To nie wynika z nawyków higieny, czy jej braku. Tak po prostu jest.
          Szacuje się, że tę bakterię ma 10 – 30 procent kobiet. Niektóre statystyki wskazują nawet na 35%. Trafiło, że masz i Ty. Myślisz, że nikt nie będzie Ciebie chciał tylko dlatego? A co z pozostałymi kobietami? Nie wolno Ci tak myśleć! W dzisiejszych czasach to naprawdę żaden problem, o ile Twój lekarz przy porodzie tego nie zlekceważy. I właśnie przed takimi lekarzami staram się przestrzegać wszystkich i przy każdej okazji – pewnie właśnie na taki mój komentarz trafiłaś. Można powiedzieć, że główną przyczyną umieralności noworodków do niedawna była właśnie obecność tej bakterii. Ale te czasy już odchodzą, a bakteria nie jest już problemem.
          A jeśli ktoś zostawia kogoś kochanego z takiego powodu, no to przepraszam, ale zdecydowanie coś z nim jest nie tak. To jakby nie chcieć kogoś, co ma alergię na pyłki traw :D

          Pozdrawiam serdecznie!

          • Przykro mi z powodu Twoich synów… Wiem, że mojej sytuacji nie można nawet porównać z Twoją, jednak ja jestem bardzo zdołowana, nie układa mi się na żadnym polu w życiu, nawet zaczełam w tamtym tygodniu leczenie u psychiatry, bo nie mogę sobie poradzić z życiem, a tu jeszcze to się przyplątało. Leczę się juz od ponad półtora roku na rózne zapalenia, bo ciągle mam różne objawy, kiedys nie wykryto u mnie tej bakterii, ale zapalenia ciągle nawracały, Zmieniłam więc lekarza, ale ten znów przez większość czasu na ślepo dawał mi leki, teraz zmieniłam na kolejnego lekarza i zrobiono mi w końcu dokładniejsze badanie i teraz wyszło, że to to…
            Może i masz rację, ale zawsze lepiej sobie znaleźć jakąś pełnowartościową kobietę, z którą nie będzie żadnych problemów i wątpliwości.

            a mogłabym wiedzieć co za lek Twoja żona brała? Na „F” ? bo gdzies czytałam, że komuś to pomogło, ale mam wątpliwości, bo krótki okres był ,moim zdaniem, między wyleczeniem i tą informacją, a zwykle podobno po kilku miesiącach to dziadostwo wraca

            • „Pełnowartościową kobietę”? Ale przecież obecność bakterii, którą można zlikwidować, jeśli nawet nie na zawsze, nawet jeśli w większości przypadków „to świństwo wraca”, to na ten najważniejszy czas – czyli poród, to ta obecność w żadnej mierze nie robi z kobiety kogoś mniej wartościowego. Tak samo jak osoby niepełnosprawne nie są mniej warte niż osoby w pełni sprawne. Albo kobiety, które nie mogą zajść w ciążę, albo jej donosić. To tak samo wartościowi ludzie :) I przecież tych ludzi kochają inni ludzie i z wzajemnością :) Jestem pewien, że znajdzie się ktoś, dla kogo staniesz się Całym Światem.

              Niestety nazwa antybiotyku, który żona brała wtedy chyba jest nie do odtworzenia, bo to było lata temu i w Polsce, więc żadnej dokumentacji nie mamy, a pamięć zawodna. Jedno jest pewne – to antybiotyk. Ale nawet jak wraca, to nie szkodzi, bo z tym można żyć… i nie przejmować się na co dzień, aż do ciąży, kiedy trzeba z rozsądkiem i wiedzą podejść do problemu. Po porodzie można znów przestać się przejmować i żyć, żyć, żyć… ;)

                • Dobre, jak dobre. Ale na pewno prawdziwe. Problemy trzeba rozwiązywać jak tylko to możliwe. A reszta, to samo życie. Oby było szczęśliwe, czego również Tobie życzę :)

                  Pozdrawiam!

  35. Nie wierzę! Facet prowadzący bloga rodzicielskiego OMG! Jak ja sie cieszę, że nie jestem jedyny wśród stada kobiet hehe

    Pozdro z całego serca!!!

    • Nie wierzę! Ojciec, który pisze tak miły komentarz innemu ojcu! To dopiero niespotykane! Przez trzy i pół roku prowadzę ten blog i jeszcze mnie coś takiego nie spotkało.
      Dzięki serdeczne! Oczywiście będę czytał Twój blog.
      Również pozdrawiam!

      • Te ojciec a pisz sobie co chcesz, ale obydwaj wiemy, że ojciec piszący o dzieciach nie jest ikoną męskości hehe może dlatego tak niewielu ojców tym się zajmuje a może wielu po prostu do tego się nie przyznaje? Tak czy siak cieszę się niezmiernie, że udało mi się trafić na Twojego bloga. Może nie od razu wszystko przeczytam, ale na bank będę tutaj co jakiś czas zaglądał :D

        • Dużo racji w tym stwierdzeniu, chociaż zależy w jakich kręgach. W męskich kręgach trzeba być macho, więc nie wypada mówić o uczuciach. W damskich też nie zawsze. W towarzystwie matek – czasem tak, czasem nie – trudno wyczuć :)
          Kichać na to i pisać dalej!

          Ps. Też się cieszę ze „spotkania”, blog o dzieciach pisany przez ojca będzie dobrą odmiana.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.