Stacja węzłowa

Życie jest jak podróż pociągiem. Podróż w jedną stronę. Pociąg mknie raz z mniejszą, raz z większą prędkością, ale skutecznie i tylko do przodu. Nawet, kiedy zatrzymuje się na stacjach, to i tak tylko na chwilę i zaraz rusza.

Dziwny ten rok.

Od jakiegoś czasu dochodzi do mnie, że właśnie teraz jestem mniej, więcej w połowie swojej planowanej podróży. Mam 44 lata – dokładnie tyle, ile miał mój ojciec, kiedy jego podróż skutecznie i nieubłagalnie dobiegła końca. Długość jego podróży nie była szczególna. Niewiele go znałem. Nigdy z nim tak naprawdę nie rozmawiałem, a raczej on ze mną. To wszystko, co było, kiedy byłem mały i mieliśmy jakąkolwiek szansę na nawiązanie bliskiej więzi – to wszystko zostało zaprzepaszczone. Mój ojciec nie umiał żyć. Nie szanował w życiu niczego. Ani nikogo. Nie umiał się cieszyć z tego, co miał. Z rodziny, którą jakimś cudem (a raczej przypadkiem) założył. Nie umiał się cieszyć ze swojego syna. Był entuzjastą przysłowia: „Jak się kobiety często nie bije, to jej wątroba gnije” i w pewnym kulminacyjnym czasie, tak bardzo dbał o zdrowie wątroby mojej matki, że w końcu związek się rozpadł.

Czy mam jakieś przyjemne wspomnienia ze swojego dzieciństwa związane z ojcem? Tak. Mimo wszystko mam takie, chociaż było ich może tyle, co palców u jednej ręki. Pamiętam, jak miałem ze cztery lata, długopisem na kartce narysowałem lwa. On go wyciął nożyczkami i przykleił na ścianie :) To miłe wspomnienie. Pamiętam też, że jeszcze wcześniej dawał mi długopis, a ja robiłem różne rysunki na jego plecach, chociaż to sobie przypomniałem dopiero po niedawnych rozmowach na ten temat z moją rodzicielką. Jednym z najlepszych moich wspomnień było to, że nauczył mnie prowadzić samochód. Był to Star 200 ze wspomaganiem na kierownicę i sprzęgło, dzięki czemu było możliwe, żebym jako ośmiolatek dał radę taką ciężarówką kierować. To była jedyna rzecz, której mnie nauczył. Czy zrobił to z miłości do mnie? Chciałbym w to wierzyć. Jednak jestem pewien, że tak nie było. To raczej jego niezdrowa ambicja kierowała nim wtedy – chciał móc się mną popisywać przed kolegami i sąsiadami.

Czy odczuwam jego brak? I tak, i nie. I nie chodzi o jakąś tęsknotę za nim samym. Raczej za wzorcem pierwiastka męskiego w rodzinie. Brak takiego wzorca odczuwałem przez całe dzieciństwo, młodość, a nawet życie w dorosłości i wiem, a może bardziej czuję, że moja osobowość byłaby inna, gdybym po prostu ojca miał. Nie chodzi mi w tym wpisie o to, żeby się uskarżyć na swój los. Nie uważam, żeby było mi szczególnie źle w dzieciństwie, chociaż mogło być lepiej. Po prostu odczuwam brak wzorca osobowości męskiej, którego za nic w świecie nie chciałbym przekazać dalej moim dzieciom. Nie wiem jak to jest mieć ojca, ale wiem jak to jest go nie mieć i staram się robić wszystko, żeby moje dzieciaki nigdy takiego braku nie odczuły. Czy mi się to uda? Nie wiem…

Dziwny ten rok.

Dwadzieścia dwa lata jesteśmy z moją po ślubie. Dwadzieścia dwa z czterdziestu czterech, które przeżyłem. Dokładnie tyle samo czasu życia po ślubie, co przed. Jeszcze dziwnie się zbiegło to, że od momentu naszego ślubu do emigracji z kraju upłynęło dokładnie tyle samo czasu, co od tej przeprowadzki do dziś – 11 lat. Jedenaście lat mieszkaliśmy po ślubie w Polsce i jedenaście mieszkamy w Szwecji. Taki jakiś dziwny ten rok. Taka życiowa stacja węzłowa. Czy ten rok okaże się też dokładnie połową mojej podróży? Może tak?..

Do… kończ

Od kilku dni mamy wszyscy świetną zabawę z Eyją. Rozpoczynamy jakieś słowo, ale nie wypowiadamy ostatniej sylaby, a ona kończy. Nasza zabawa właściwie zaczęła się ponad miesiąc wcześniej przez przypadek, kiedy siedząc przy stole Eyja bawiła się tabletem z kotem Gingerem (darmowym appem), który powtarza to, co się do niego mówi. Kiedy coś się mówi, kot nastawia ucho, do ucha przystawia łapkę i uważnie patrzy (tablet wtedy nagrywa dźwięk, a kiedy dźwięk się kończy, odtwarza go zmienionym, wyższym głosem). Program jest dość zabawny, jednak nie zawsze kot czeka na koniec wypowiedzi i wtedy powtarza tylko fragment zdania. Pewnego razu tak się zdarzyło, że Szachista powiedział do Eyji „jedz zupkę”. Kot Ginger powtórzył tylko „jedz zup…” a Eyja dokończyła „…kę”, co bardzo nas rozśmieszyło.

Kilka dni temu bawiliśmy się w  ten sposób podczas wieczornego przebierania. Zaczęło się od części ciała, które akurat ubieraliśmy w piżamkę i poszło tak:

My         -nóż…

Eyja       -ki

My         -rącz…

Eyja       -ki

My         -kolan…

Eyja       -ka

My         -łokiet…

Eyja       -ki

My         -ocz…

Eyja       -ka

My         -nos…

Eyja       (tu była trochę niepewna, bo „nos” to przecież pełny wyraz, ale z naszą pomocą poszło)-ek

My         -usz…

Eyja       -ka

My         -policz…

Eyja       -jeden… (reszty nie zdążyła z powodu naszego śmiechu, bo miało być policzki, a zaczęła liczyć)

Chociaż, na co dzień wiem, że Eyja dużo mówi, to jednak w tej zabawie okazuje się jak bardzo dużo. Ona po prostu zna ogromną większość wyrazów używanych w naszej potocznej mowie.

Perpetuum mobile – maszyna doskonała

Bardzo miło wspominam czas, kiedy przeprowadziliśmy się na nowe miejsce, gdzie mieszkamy do dziś. Szachista fascynował się wtedy różnego rodzaju pojazdami począwszy od hulajnogi, których miał w swojej karierze cztery, przez różnego rodzaju i różnej konstrukcji rowery, których większość pozostała tylko w sferze jego marzeń, aż do takich pojazdów jak szybkie łodzie motorowe, które z czasem w jego wizji zamieniły się w bardziej spokojne i ekologiczne konstrukcje pływające jak piętrowa tratwa, której nigdy nie zbudowaliśmy. Jednym z jego pojazdów marzeń był pojazd o napędzie niewyczerpalnym, który właśnie on jako pierwszy wynajdzie.

W szkole był znany z tego, że potrafił godzinami opowiadać o swoich pomysłach, a jego ulubiony nauczyciel na wywiadówce z wielkim uśmiechem powiedział nam, że Syn oficjalnie mówi o tym, że chciałby zostać wynalazcą.

W domu dużo rozmawialiśmy o mechanice, o różnych genialnych rozwiązaniach, również o tych nieudanych i o tym, że perpetuum mobile nie może zaistnieć. Mówiłem wtedy Synowi, żeby nie mówił tak bardzo serio o swoim postanowieniu, bo jego koledzy ze szkoły będą się z niego śmiać.

 

Pewnego razu, zimą, przy okazji robienia jakichś drobnych zakupów w wielobranżowym sklepie, moją uwagę przykuł wiszący pod sufitem kajak-ponton. Od razu pomyślałem, że takie coś mogłoby w jakimś tam stopniu zaspokoić jego marzenie o pojeździe wodnym. Nie będzie to, co prawda tratwa, na którą można by zabrać kilkanaście osób, grilla i balować cały dzień na jeziorze, ale może jakaś namiastka tego… A może i lepszy to pojazd, bo można łatwo przetransportować na inne jeziora, których tutaj nie brakuje i dość szybko przemieszczając się po wodzie mieć możliwość poznania tych jezior?

Kupiliśmy. Wiosną napompowałem. Nasze przejażdżki zaczęliśmy od okolicznych jezior. Być może niejeden czytelnik podważyłby to, że gumową łódkę nazywam kajakiem i miałby rację. Sam będąc młodym człowiekiem próbowałem kajakarstwa i trochę o tym sporcie wiem. Tak naprawdę, to nawet te kajaki, które są dostępne dla wszystkich w wypożyczalniach, też nie powinny być nazywane kajakami. W odróżnieniu od prawdziwego kajaka, trzeba się nieźle wysilić, żeby to przewrócić, ale kształtem trochę przypomina kajak, a z drugiej strony pozwala na wygodne ułożenie się w nim nawet z nogami za burtą. Często na wycieczki razem z kajakiem zabierałem maskę i płetwy, żeby w ciekawych miejscach zobaczyć jak jest pod powierzchnią, albo po prostu dla treningu ciągałem kajak z zadowolonym Synem.

Na plaży położonej w półotwartej zatoczce spotykaliśmy kolegów Szachisty ze szkoły. Któregoś razu wiedzieliśmy o tym, że są na plaży i zanim wypłynęliśmy tak, że mogli nas dostrzec, wskoczyłem do wody z płetwami i schowałem się za burtą, a Syn wygodnie się rozsiadł na tylnym siedzeniu z rękami założonymi na głowę i dumnie patrzył przed siebie. Jakie było ich zdziwienie, kiedy zobaczyli kajak z Szachistą płynący mniej, więcej z prędkością pieszego, ale bez widocznego źródła napędu. Zgodnie z ustaleniami, Syn nie patrzył na mnie, nawet nie zerknął. Patrzył za to na ich zdziwione miny i prawie nie ruszając ustami zdawał mi relację. W odpowiednim momencie pozdrowił ich wyciągnięciem ręki z lekkim okrzykiem „hej!” i minutę później byliśmy już za zatoką. Po kwadransie płynęliśmy w drugą stronę, a oni znowu się gapili. W szkole spytali go jak to zrobił. „No jak to jak? Tyle przecież wam mówiłem o perpetuum mobile” ;)

Spojrzenie na drugiego

Pani w przedszkolu, pani w szkole, pani doktor, albo pan doktor w przychodni, pani i pan na ulicy…

Na „ty” w poziomie i w pionie.

Kiedy zawitaliśmy z Synem w szwedzkiej szkole, pierwszą rzeczą, która była dla niego miłym zaskoczeniem było to, że nauczycielka wyciągnęła do niego rękę i przedstawiła się. No ale jak do niej mówić? – zastanawiał się Syn. Jaki wyraz użyć przed imieniem, żeby było „ładnie”? Jaki wyraz używa się w takim przypadku? Żaden. Po prostu mówi się po imieniu. Podobnie jest w przychodni. Na poczekalnię wychodzi lekarz, wywołuje pacjenta po imieniu, a kiedy ten podchodzi, lekarz wyciąga rękę, przedstawia się jeśli się wcześniej nie znali i zaprasza do gabinetu. Tak samo w pracy, każdy pracownik jest ze swoim szefem, czy dyrektorem na „ty”. Tak jest dosłownie wszędzie. Jest tylko jeden wyjątek. Do króla mówi się na „wy”, ale są też okoliczności wyjątkowe, o których wspomnę później.

Jeszcze z sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat temu w Szwecji było podobnie jak w Polsce, tzn. nie mówiło się na „pan”, „pani”, do osób nieznajomych mówiło się przez „wy” i można o tym jeszcze usłyszeć z ust najstarszego pokolenia, które tak było wychowane. Raz słyszałem jak Szwed, mój rówieśnik chwalił się, że rozmawiał z człowiekiem w takim wieku, że na wszelki wypadek wolał do niego mówić na „wy”. Czy to się zmieniło z pokolenia na pokolenie? Czy była to łagodna ewolucja, czy raczej nagła rewolucja? Nie wiem. Jeszcze trudniej jest mi wyobrazić sobie taką zmianę w Polsce. Ale wszystko na to wskazuje, że prędzej, czy później i w Polsce to się zmieni, bo taki trend powoli zaczyna się zauważać.

Są takie „miejsca” w Polsce, gdzie do zupełnie obcych ludzi mówi się na „ty”. Właściwie nie tyle miejsca, co okoliczności. Ja znam trzy: internet, CB-radio i krótkofalarstwo. Z krótkofalarstwem miałem styczność jeszcze za młodu, kiedy CB-radio jeszcze nie istniało i wtedy się dowiedziałem, że w to bawią się ludzie z całego świata najczęściej zrzeszeni w klubach krótkofalowców, albo osoby prywatne (oczywiście tylko ci bardziej zasobni, bo sprzęt – radiostacja, antena i dodatkowe wyposażenie kosztowało wtedy sporo), a wśród nich są też ludzie z bardzo wysokim statusem, między innymi rodziny królewskie i sami królowie z takich państw jak Maroko, Hiszpania, Tajlandia, Jordania i wiele innych osób. Słyszałem kiedyś opowieść o tym, jak w klubie, do którego uczęszczałem ktoś zrobił wywołanie ogólne i odpowiedział na nie właśnie któryś z królów. Nasz klubowicz, mimo napomnień rozmówcy z drugiej strony uporczywie mówił „wasza wysokość”, co spowodowało, że tamten się obraził.

Mówienie na „ty” tak bardzo weszło nam w krew, że ja osobiście czuję się nieswojo za każdym razem, kiedy jestem w Polsce i coś załatwiam, zwłaszcza tam, gdzie znam ludzi od lat, ale ponieważ wtedy byliśmy na „pan”, to i teraz siłą rzeczy też jesteśmy, chociaż czasami przegadamy dobrą godzinę opowiadając co nowego. Moim zdaniem to niepotrzebny dystans. (Dlatego też czuję się nieswojo, kiedy ktoś na moim blogu, czy w ogóle na internecie zwraca się do mnie przez „pan”).

Syn od samego początku był zadowolony z tego, że do wszystkich dorosłych – znajomych i nieznajomych może mówić na „ty”. Ja też. To ułatwia kontakt, a wcale nie świadczy o braku szacunku. Szacunek, lub jego brak można wyrazić modulacją głosu, kiedy zwracając się do rozmówcy wypowiadamy wyraz „ty”.

Wracając do królów… Dlaczego niektórzy z wielkich tego świata zafundowali sobie takie hobby? Może rację miała Kora, kiedy zaśpiewała: „Tylko dlatego, że jesteś nikim, możesz pogadać z innym człowiekiem…”?

A Ty, drogi czytelniu, co o tym sądzisz?

Zauważyć dziecko

Z jaką uwagą patrzymy na dzieci? Jak reagujemy, kiedy widzimy, że dziecko czuje się zlekceważone, albo nawet zagrożone?

Scenka pierwsza.

W pewnym domu handlowym wraz z rodziną robię zakupy. Ja, żona, dwoje moich dzieci, i ich babcie. Spotykamy znajomych z ich dwojgiem dzieci, i jak się po chwili rozmowy okazuje, z ojcem znajomej, który przyjechał do nich w odwiedziny. Zanim jednak go zobaczyliśmy, zanim do nas dołączył, przez krótką chwilę stoimy gromadnie w ubocznej alejce i cieszymy się przypadkowym spotkaniem my – dorośli i nasze dzieci. Ich chłopiec żywiołowo kręci się od regału, do regału, czasami od mamy do taty, albo do wózka, w którym siedzi jego siostra. Po chwili rozmowy znajoma mówi, że zawoła swojego tatę, bo przecież nie mieliśmy okazji się poznać. Tata – wysoki i masywny, starszy człowiek na zawołanie zbliżając się szybkim krokiem do nas natrafia na radosnego wnuka, który od jakiejś chwili stał nieruchomo na środku alejki, rzuca na niego okiem, odepycha go energicznym ruchem ręki jak jakiś przedmiot, jak pozostawiony przez jakiegoś beztroskiego klienta wózek, robi jeszcze dwa kroki i się nam przedstawia. Chłopiec tylko dzięki swojemu sprytowi nie wpada na regał. W ostatnim momencie wykonuje piruet tak, że odruch obronny zrobiony rękami przed uderzeniem w półkę okazuje się niepotrzebny. Podchodzi do swojego taty i z zawiedzioną miną coś do niego szepcze. Dostaje odpowiedź, ale i tak uczucie przykrości pewnie jeszcze długo w nim siedzi. Widać nie pierwszy raz został potraktowany przez dziadka jak niepotrzebny przedmiot.

 

-          Widzieliście to? – spytałem swoich, kiedy już byliśmy osobno.

-          Co? – spytali moi.

-          No… jak dziadek wnuka potraktował…

-          Nie…

Tylko jedna osoba na sześć dorosłych zauważyła to zdarzenie. Reszta była pochłonięta rozmową.

 

 

Scenka druga.

Harpun jest młodym człowiekiem, świetnym kolegą i współpracownikiem, jest punktualny, obowiązkowy i dużo od siebie wymaga, a że jest kierownikiem zmiany, wymaga też od innych, na co niektórzy narzekają i nazywają go służbistą. Pracuje na całodobowej stacji benzynowej. Jest ciemno, wieczór, na stacji początek nocnej zmiany. Razem z kolegą mają jak zwykle dużo pracy przy rozłożeniu towaru w sklepie, a oprócz tego muszą trzymać oko na to, co się dzieje na zewnątrz przy dystrybutorach. Do sklepu przychodzi dwoje małych dzieci, dziewczynka wygląda na cztery-pięć lat, chłopiec na pięć-sześć, prawdopodobnie są rodzeństwem. Dzieci chcą kupić batoniki. Mają pieniądze. Harpunowi jednak coś nie gra. Dzieci wyglądają mu na smutne. Co robią tak późno same? Dlaczego kupują batoniki? Zaczyna z dziećmi rozmowę. Dzieci trochę niejasno odpowiadają na pytania, ale udało sie dowiedzieć, że ktoś na nie czeka w zaparkowanym samochodzie przy małej osiedlowej uliczce jakieś dwieście metrów dalej. Dlaczego ten ktoś nie przyszedł z dziećmi? Dlaczego nie podjechał na parking stacji? Harpun wziął dzieci za ladę, wypytał delikatnie o szczegóły, chwycił za telefon i zadzwonił na policję . Akcja była szybka i cicha. Nie minęło kilka minut od telefonu, a facet miał na łapkach kajdanki. Okazało się, że to poszukiwany pedofil. Do dziś nie wiemy co to za dzieci, z której części miasta, gdzie wtedy byli ich rodzice i jak dzieci znalazły się w samochodzie obcego człowieka.

Ilu z nas zauważyłoby, że dzieci, z którymi akurat mamy do czynienia są w tak dramatycznej sytuacji? Ilu z nas zadziałałoby tak trzeźwo i zdecydowanie jak Harpun?

 

 

Jak niektórzy ojcowie interesują się swoim dzieckiem?

Scenka trzecia.

Na tej samej stacji stoimy z kilkoma kolegami z firmy, właściwie z różnych firm. Prawie wszyscy po czterdziestce, tylko trzech z nas ma dwadzieścia parę. Stoimy w kręgu i rozmawiamy o pracy, o zarobkach, o warunkach w Polsce i możliwości utrzymania rodziny. Leszczu należy do starszyzny. Zawsze robi rybie oczy, kiedy nie wie co powiedzieć, a dość często mu się zdarza. Opowiadamy właśnie o naszych dzieciach, dzielimy się ich postępami, przeżyciami, niektórzy mają dzieci w wieku przedszkolnym, inni w szkolnym. Leszczu zaczyna coś tam opowiadać o swoim. Ktoś zadaje mu pytanie  – „Ty… to ile ten twój syn ma lat?”. Leszczu zamilkł, zrobił rybie oczy –„Aaa… sześć… czy siedem…”