2016

To był dla nas dobry rok. Dużo się zmieniło. Niektóre sprawy pozytywnie, inne trochę mniej, ale bardzo, bardzo intensywnie mi ten rok upłynął. Nie tylko mi samemu, nam wszystkim. Eyja stała się dużą i mądrą dziewczynką, ma już ponad cztery lata. Szachista… u niego też się dużo działo. Być może kiedyś przyjdzie czas, że opiszę jego niedawne przeżycia. Na razie jeszcze sam to przeżywam, no i jeszcze te rzeczy się dzieją. Ale mogę powiedzieć, że jest pozytywnie i pod tym względem.

Pozdrawiam stałych bywalców, tych wszystkich, którzy z jakiegoś powodu tu zaglądają, jak i tych przypadkowych czytelników.

Język – twoja tożsamość

Jakiego języka chcielibyście nauczyć swoje dzieci, gdybyście mieli taką możliwość? Pewnie rozważając to trzeba wziąć pod uwagę kilka czynników jak przydatność, skala rozpowszechnienia, łatwość. Być może też nie bez znaczenia dla niektórych będzie melodyka mowy.

Jakiś czas temu czytałem w pewnym artykule na ten temat, że wiele osób na emigracji w ogóle nie uczy swoich dzieci polskiego. Mówią, że do niczego się ich dzieciom nie przyda, bo przecież ani oni sami do Polski już nigdy nie wrócą, ani ich dzieci też nie wyjadą, żeby tam mieszkać. Ewentualne interesy można prowadzić posługując się na przykład angielskim. Szkoda więc czasu i wysiłków na polski, lepiej żeby od razu skoncentrowały się na jak najlepszej nauce tego właściwego języka, a pomóc w tym ma rezygnacja z rozmów w języku ojczystym. Sporo argumentów przeciwko nauce polskiego pojawiło się w komentarzach to tego artykułu.

Co o tym myśleć?

Opowiem Wam o kobiecie, której staliśmy się sąsiadami przeprowadzając się tu, gdzie teraz mieszkamy. Bardzo sympatyczna, mieszka tu już jakieś trzydzieści lat. Wyszła tu za mąż i urodziła małą gromadkę dzieci. Początkowo mówiła do nich po polsku, bo chociaż zdolna i szwedzki pochłaniała bardzo szybko, czuła że polska mowa, to jej naturalna mowa, a poza tym, chciała swoje dzieci nauczyć też polskiego. Coraz częściej jednak spotykała się ze sprzeciwem ze strony męża – Szweda, który pod naciskiem swojej rodziny zaczął jej dokuczać wypowiedziami typu „mów po ludzku do dzieci”. Odpuściła. I chociaż jakiś tam kontakt z polskim dzieci miały dzięki rodzinie, która regularnie odwiedzała ją i wnuki, to jednak ich znajomość języka ograniczyła się do biernego rozumienia mowy. Żadne z jej dzieci do tej pory nie potrafi nawet prostego zdania po polsku wypowiedzieć do rodziców, czy rodzeństwa swojej matki. Na szczęście polska część rodziny, chcąc utrzymywać żywy kontakt, nauczyła się trochę szwedzkiego. Komu byłoby łatwiej? Kto skorzystałby bardziej?

Warto dobrze mówić po polsku nie tylko po to, żeby od czasu do czasu móc się porozumieć z rodziną, albo będąc z wizytą w Polsce. Na Polaków można natknąć się właściwie w każdym zakątku kuli ziemskiej. Dzięki znajomości polskiego, można skorzystać z nieprzebranego bogactwa pięknej literatury napisanej właśnie po polsku i rozkoszować się czytaniem jej w oryginale, a nie przekładzie, który nigdy nie odda w całości ducha tego, co pisał autor, bo jak w innym języku przeczytać „Pana Tadeusza”, Trylogię i wiele innych dzieł?

Podobno każdy mieszkaniec Ziemi jest zdania, że jego język jest najpiękniejszy. Nawet jeśli nie każdy, to ja stanowczo należę to tych, którzy tak twierdzą. Polski język jest jednym z najpiękniejszych i najbogatszych, i jestem zdania, że wpojenie go swoim dzieciom, to podstawowy obowiązek każdego polskiego rodzica na emigracji.

Zobaczenie

To już prawie rok, jak Szachista mieszka w swoim nowym mieszkanku. Dobrze się w nim czuje, to widać już po wyglądzie samego mieszkania. Z drugiej strony w naszym mieszkaniu przybyło wtedy miejsca, ale kosztem jego nieobecności, pewnego rodzaju pustki, która powstała, kiedy się przeprowadził.

W maju zeszłego roku robiłem pewne szkolenia, na które jeździliśmy grupowo. Najpierw w mniejszych grupkach dojeżdżaliśmy do pewnego parkingu obok głównego przystanku autobusowego w miejscowości, gdzie mieszka Syn, zostawialiśmy tam samochód i już większą grupą następnym samochodem ruszaliśmy dalej. W Szwecji taki sposób poruszania się jest popularny, bo ekonomiczny i mniej szkodliwy dla środowiska, a przy tym można fajnie spędzić czas w szerszym towarzystwie. Pewnego razu, kiedy zajechaliśmy na parking, zobaczyłem jego. Siedział pod wiatą przystanku i patrzył na samochód, którym przyjechaliśmy – jedyny samochód, który właśnie wtedy przyjechał. Od razu wypatrzył w nim mnie, ale tak, jakby niedowierzał, że to mogę być ja. Ja z kolei byłem zaskoczony widząc jego o tak wczesnej porze, ale przecież czekał na autobus do szkoły, więc nic dziwnego, że tam był. Wyszedłem do niego. Ucieszyliśmy się na swój widok, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi, których los rozdzielił na wiele lat, aż do tego spotkania. Nie żebyśmy się nie spotykali w międzyczasie, ale takie nieplanowane spotkanie, takie z zaskoczenia pokazuje reakcję, ujawnia co druga osoba może czuć. Chwilę porozmawialiśmy, a potem przyjechał jego autobus. Moje szkolenie trwało kilka tygodni i mieliśmy kilkakrotnie taką okazję na nieplanowane spotkanie. To były niezapomniane spotkania. Nigdy nie zapomnę jego radości.

Praktyka

Czasami człowiek ma na coś nadzieję, ale ona się nie spełnia. Szachista skończył szkołę, ale nie dostał pracy w swoim zawodzie. Mimo pomocy Urzędu Zatrudnienia nie dostał nawet praktyki, która by go jakoś do jego zawodu przygotowała. Cieszyliśmy się więc, kiedy dostał praktykę w pewnym sklepie. Pewnego razu postanowiliśmy go w nim odwiedzić. Spotkaliśmy go. Niby wszystko było ok, niby dobrze się tam czuje, niby jest zadowolony i niby szefostwo jest zadowolone z niego. Ale to jakoś tak nie po mojej myśli. Coś tam nie grało. Coś nie pasowało do obrazka. Po spotkaniu w tym sklepie byłem przybity. Wiem, że nie będzie mu łatwo znaleźć jakąś robotę w jego zawodzie z jego autyzmem, ale wyobrażałem sobie, że może chociaż mógłby wykonywać mniej odpowiedzialne prace, ale w fachu, którego się uczył i w którym wiem, że dobrze by się czuł? Mam wrażenie, że coś ważnego w życiu przeciekło mi przez palce…

Bezstresowe wychowanie

Dawno temu, ale pamiętam jak dziś, pierwszy raz starłem się z tym terminem. To było w piątej klasie szkoły podstawowej. Mówiła o tym moja ulubiona nauczycielka na jednej z lekcji. Opowiedziała też dowcip jak w autobusie rozwrzeszczany dzieciak zaczął kopać oparcie siedzenia przed sobą. Jego matka nie zareagowała nawet, kiedy młody mężczyzna siedzący przed nimi odwrócił się do chłopaka i coś mu powiedział. Dzieciak w odpowiedzi opluł współpasażera. Wtedy matka swój brak reakcji zaczęła tłumaczyć bezstresowym wychowaniem, którego była zwolenniczką. Mężczyzna wyjął z ust gumę do żucia, przykleił jej na czoło i z pięknym uśmiechem odparł, że on też był przez swoich rodziców wychowywany bezstresowo.

Zauważyłem, że byłem jednym z nielicznych, których ten dowcip w ogóle nie rozśmieszył. Mimo to historyjkę zapamiętałem na długo. Dziwiłem się wtedy, jak rodzice mogą wychowywać swoje dzieci bez bicia, przecież ja dostawałem lanie z reguły za wszystko. Fakt, czasem coś uszło mi płazem, ale z drugiej strony czasem dostałem niesłusznie, więc bilans i tak wychodzi na zero. Kary cielesne były dla mnie czymś tak normalnym jak mowa rodzica do dziecka.

Pamiętam też postanowienie o niebiciu, które spontanicznie spoczęło na mnie któregoś dnia między trzynastym a czternastym rokiem życia. Uzasadniane było moją „dojrzałością”, że rozumiem co się do mnie mówi, więc już nie ma potrzeby mnie bić. Zabrzmiało to w moich uszach jak jakaś amnestia, jak jakieś ułaskawienie. Nie przeszkadzało to jednak aż do mojej osiemnastki, żebym od czasu do czasu „amnestia” została złamana, bo przecież nagłe, wyjątkowe sytuacje nadal się zdarzały.

Co sam uważałem o takiej metodzie wychowawczej? Mieszane uczucia. Z jednej strony czułem, że to niesprawiedliwe, z drugiej, że konieczne, bo tak przecież zostałem wychowany i nie widziałem innej możliwości. Sam też byłem przekonany o jej skuteczności, bo zawsze byłem grzecznym, dobrze ułożonym chłopcem, więc kiedy przyszła pora na przejęcie sztafety, po prostu bez żadnej refleksji sięgałem po tę metodę wychowując syna, podobnie jak wcześniejsze pokolenia przejmowały sztafetę po swoich rodzicach, aż nagle…

 

Zakaz kar cielesnych

Nie karciłem syna tak często, ani tym bardziej tak mocno, jak sam byłem karcony. Robiłem to ostatecznie, gdy w danej sytuacji naprawdę uznałem to za konieczne. Oczywiście to jest bardzo subiektywne stwierdzenie i mój syn jest przeciwnego zdania. Jednak kiedy przeprowadziliśmy się do Szwecji, musiałem odrzucić całkowicie taką możliwość, wręcz nauczyć się myśleć po nowemu i wychowywać syna po nowemu. I wtedy wyrażenie „bezstresowe wychowanie” nie tylko stało się dla mnie bardzo aktualne, ale wręcz nabrało nowego wymiaru.

I znów miałem mieszane uczucia, bo z jednej strony podobał mi się taki całkowity zakaz kar cielesnych, bo w jakiejś tam mierze chroni to ogół dzieci przed przemocą, ale z drugiej strony… W sytuacji ekstremalnej nie raz czułem się jakby ktoś pozbawił mnie czegoś mojego, jak rzeźbiarz pozbawiony dłuta, jak malarz, któremu wyrwano z ręki pędzel, a nawet jak żołnierz, któremu zabrano z ręki szablę. Bo przecież kary cielesne używa się nie tylko za nieposłuszeństwo, czy przewinienia, ale też prewencyjnie – świadomość dziecka, że za niewłaściwe zachowanie spotka je nieprzyjemność w postaci pieczenia skóry, skutecznie przed takim zachowaniem ma odstraszać.

Na pewno każdy spotkał się z sytuacją, albo chociaż słyszał o takiej sytuacji, gdzie dziecko w przypływie emocji zaczyna krzyczeć na rodzica. Dzieci „trzymane krótko” raczej tego nie robią, nie używają pyskówek ani wobec rodziców, ani innych osób starszych. Przynajmniej ja będąc tak wychowywanym, nigdy tego nie robiłem. Można więc dopatrzeć się również zalet kar cielesnych. Chociaż szczerze mówiąc, zadaję sobie pytanie, czy to właśnie ten aspekt zadecydował o takim ukształtowaniu mojej osobowości. Tak, czy inaczej, miałem mieszane uczucia co do zakazu, który od chwili zamieszkania w Szwecji miałem respektować.

Wyboru nie było. Zakaz dotyczy wszystkich przebywających na terenie Szwecji, o czym przekonał się któregoś razu pewien niczego nieświadomy polityk, obywatel Włoch, który będąc na urlopie w pewnym szwedzkim mieście, na ulicy dał synowi w twarz. Zaraz zjawiła się Policja i bez większych szans na wytłumaczenie się został aresztowany. Oczywiście można się zastanawiać nad słusznością takiego działania władz i ewentualnym wpływem na przyszłe zachowanie młodzieży. Ale to nic nie da, bo zakaz jest i trzeba go respektować niezależnie czy się to komuś podoba, czy nie.

Co więc robić, kiedy dziecko jest nieposłuszne, albo wręcz napastliwe? Jak reagować, kiedy domaga się od nas spełnienia swoich oczekiwań? Zostawić samo sobie i przeczekać kryzys? Pozwolić, żeby się wykrzyczało do końca? Żeby rzucało się na podłogę w sklepie, bo nie chcieliśmy kupić mu upatrzonej zabawki? Albo dla świętego spokoju zabawkę kupić, żeby zażegnać konflikt i pozbyć się kręgu gapiów? Przytulić pozwalając na krzyk prosto w ucho? A jeśli złość narasta i dziecko zaczyna nas szarpać, a nawet bić?

 

Bezstresowe wychowanie po mojemu.

Co dla mnie oznacza termin „bezstresowe wychowanie”?

Nie oznacza na pewno tego, żeby dziecku pozwalać na wszystko. Na pewno nie jest to „róbta co chceta” Bo nawet jeśli sami chcielibyśmy dziecku „uchylić nieba”, to na pewno nie należy tego robić na jego warunkach. Dziecko czuje się dobrze w określonych ramach. W każdym wieku, na każdym etapie rozwojowym powinno wiedzieć co mu wolno i na ile, a czego mu nie wolno. I od tego są rodzice, żeby mu to mówić, kiedy jest na to odpowiedni czas. Przykład: Moja córka wie, że pewnych rzeczy nie wolno jej dotykać, chociaż zawsze były w jej zasięgu. Na parapecie pokoju dziennego (tego dla wszystkich) stoi kolekcja szklanych ryb. Każda ryba jest inna, każda na swój sposób piękna. Lubimy wspólnie na nie patrzeć jak lśnią w słońcu, czasem o nich rozmawiamy, ale Córka wie, że ich nie dotykamy. Ani ona, ani my, bo to ogólna zasada dla wszystkich. Wie, że są z kruchego materiału i mogą się stłuc. Zdarzyło jej się przypadkiem dotknąć, ale nigdy dotąd żadna z nich nie uległa uszkodzeniu. Podobnie jest z innymi „nietykalnymi” przedmiotami, do których należą między innymi kable i kwiaty, które dorośli mogą dotykać jedynie w razie potrzeby. Ale w odróżnieniu od tej grupy przedmiotów, wszystkie inne są jak najbardziej „tykalne” i nie tylko może się nimi bawić, ale wręcz są dla niej dostępne na prośbę, albo też bawimy się nimi wspólnie. Ogromnym plusem w przekonywaniu dziecka jest to, że my też nie robimy tego, co jest dla dziecka niedozwolone. Zasada ogólna, czyli nie tylko dziecko nie może czegoś robić. Ramy mają i dzieci, i dorośli. Dobrze, jeśli dziecko wcześnie to pojmie.

Czasami jednak dziecko czegoś bardzo chce, ale nie umie tego wyrazić. Wtedy właśnie się złości i jeśli poczuje się zlekceważone, a tak może odebrać metodę „na przeczekanie”, to nie będzie to przeżycie pozytywne z pozytywnym skutkiem, czyli takim, który w przyszłości przyniesie oczekiwane przez nas rezultaty wychowawcze. Dziecko się nauczy, że można je ignorować, jak i samo nauczy się ignorować nas. Czy w takim razie w sytuacji ekstremalnej da coś nasza rozmowa? Na pewno! Tylko musi być przeprowadzona po pierwsze – spokojnie, czyli najlepiej tam, gdzie nie ma dużo ludzi, po drugie – „do zwycięstwa”, czyli skutecznie aż dziecko uzna, że nie ma sensu przeforsowywanie własnych „racji”, które my bierzemy pod uwagę, ale spełnić ich nie możemy. I uzasadniamy dlaczego. To bardzo ważne, żeby wygrał rodzic, mimo zmęczenia sytuacją, mimo straty czasu, w którym musimy coś załatwić. Z każdym zwycięskim wyjściem rodzica dziecko uczy się, że jego metoda jest nieskuteczna i z czasem nabiera przekonania, że nie warto podejmować kolejnych tego typu prób, bo nic nie przyniosą. Mogę powiedzieć, że tę metodę wymyśliłem i dopracowałem na swoim synu. Kiedy dostawał histerii, brałem go na ręce i krępowałem jego ruchy w taki sposób, żeby nie mógł machać rękami, nogami, czy głową, żeby nie zrobił krzywdy sobie, czy mi. I czekałem, aż przestanie krzyczeć. Wtedy przechodziliśmy do drugiego etapu wychodzenia z kryzysowej sytuacji, czyli rozmowy. Rozmowa musi być spokojna, a dziecko musi czuć, że jesteśmy po jego stronie, a to, co robimy jest dla jego dobra. Dostając lanie, raczej nie czuje takiej intencji. Pierwsze takie akcje z Synem trwały u nas jakiś kwadrans, albo i dłużej, i były bardzo wyczerpujące dla obydwu stron. Ale kolejne były już krótsze, bo przecież dziecko się uczy.

 

Poza tym, to my – rodzice, możemy przewidywać w jakich sytuacjach nasze dziecko może „wyjść z siebie” i starać się takich unikać. A rozmowy z dzieckiem na co dzień, podczas wspólnej zabawy, spacerów, w czasie kiedy nosimy je na rękach, podczas posiłków pomogą nam zbudować dobrą relację. Kiedy z dzieckiem aktywnie spędzamy czas, nawiązujemy z nim bezcenną więź, a to powoduje, że my rozumiemy dziecko, a dziecko rozumie nas, samo częściej czuje się rozumiane i ma mniej powodów do histerii. Oczywiście nie ma wychowania zupełnie bezstresowego, ale bez bicia i z dobrym rezultatem naprawdę da się.

 

Dumny Tata, dumna Mama

Czasami się słyszy takie coś. Czasami można to przeczytać. I chociaż osobiście kilka ładnych razy spotkałem się z takim określeniem, a nawet mam wrażenie, że spotykam się z tym na każdym kroku, to jednak nie bardzo to rozumiem o co w tym chodzi. I nie chodzi mi o definicję kogoś dumnego, bo to akurat pojmuję, ale w odniesieniu do samego rodzica. Czy powinienem być dumny? Jeśli tak, to z czego? Czy jak ktoś mówi na mnie „dumny tata” w kontekście mojej małej jeszcze córki, to czy to nie jest takie na wyrost? O ile w odniesieniu do mamy rozumiem, bo mama przecież była ciężarna, a później urodziła, to w odniesieniu do ojca – nie bardzo.  Z czego niby mam być dumny? Z tego, że udało mi się spłodzić dziecko? Tylko taka jest moja zasługa. No to może z postępów dziecka? Ale czy jako tata mogę być dumny z postępów dziecka? Zgadzam się, że mogę się z nich cieszyć. I jak najbardziej rozpiera mnie radość z każdego nawet najmniejszego postępu. Ale czy rozpiera mnie duma? Bynajmniej! Przecież to nie moja zasługa. Pewnie,  mogłem się do tego postępu przyczynić codziennymi, wspólnymi zajęciami z dzieckiem, ale to żadna moja zasługa, bo postępy dziecka przede wszystkim zależą od niego samego, od jego chęci, zdolności i całej masy dobrych przypadków, które sprawiły, że do tej pory wszystko idzie dobrze. A jeśli dziecku idzie gorzej? Czy wtedy też mam być dumny z tego, że nie jest źle, bo przecież mogło być jeszcze gorzej? Czy mogę być dumny z córki, a z syna już nie? Czy mam być dumny z obojga jednakowo? Czy ktoś z Was – Drodzy Czytelnicy, ma na ten temat jakieś wyrobione zdanie?