Adopcyjni piszą

Jeszcze w grudniu, dwa lata temu, zaraz po ukończeniu kursu na rodziców adopcyjnych zaczęły nadchodzić pierwsze maile od naszych nowych przyjaciół. Niektórzy z radością i napięciem opisywali swoje nawet najmniejsze przeżycia związane z każdym ruchem w kierunku adopcji. Prawie wszyscy od razu zaczęli działać. My, kiedy się dowiedzieliśmy, że jesteśmy w ciąży, powstrzymaliśmy się od odpisywania na ich maile z prostej przyczyny – nie chcieliśmy wzbudzać w nich i w sobie niepotrzebnych emocji. Wiedzieliśmy z ich opowieści jak reagowali na wieść o czyjejś ciąży. Z własnego doświadczenia też znaliśmy to uczucie, chociaż może trochę inaczej. Poczucie dotknięcia niesprawiedliwością spadło na nas krótko po śmierci naszego synka Danielka, kiedy nasza sąsiadka wykrzyczała nam, jakie to niesprawiedliwe, że chociaż ona nie chciała dziecka – starała się nawet dokonać własnoręcznie aborcji szprychą, ale jej syn przeżył – a myśmy chcieli mieć dziecko, ale nasz syn umarł. Krzyczała na nas tak, jakby obwiniała o to nas.
Ona zazdrościła nam a my jej. Ale nasza zazdrość nigdy nie była zazdrością w pojęciu negatywnym. My zawsze się cieszyliśmy z tego, że ktoś ma dziecko. Zawsze się cieszyliśmy czyjąś radością. Zawsze się cieszyliśmy czyjąś łatwością zachodzenia w ciążę, rodzenia… Mam koleżankę, która ma ósemkę dzieciaków. Jej życie nie zawsze było usłane różami, ale jej dzieci zawsze były i nadal są jej radością i wsparciem. Kiedyś, przed laty powiedziałem jej, że jej zazdroszczę, że ma tyle dzieci. Ona, wiedząc że moim marzeniem jest mieć córkę, powiedziała „Jeszcze będziesz miał swoją Księżniczkę”. Bardzo miłe życzenie. Oby się spełniło. Do tej pory nie wie, że wszystko jest na dobrej drodze, bo jej o tym też nie mówiłem.

Na kursie było nas siedem par. Siedmioro dzieci mogłoby znaleźć nowy, prawdziwy, ciepły dom. Czy tak jednak się stanie? Czy wszystkim, którzy ukończyli kurs uda się od początku do końca przebrnąć przez machinę biurokracji i inne przeciwności, żeby spełnić marzenie o adopcji?
My przez ten czas się „wykruszyliśmy”. Postanowiliśmy zrezygnować z adopcji z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że wróciło nam pod tym względem zdrowie i mamy teraz szansę na własne dziecko. Ostatnią szansę… Po drugie, adopcja zagraniczna mogłaby się dla nas okazać finansowym samobójstwem. Pół biedy, jeśli się ma pieniądze, które można na to poświęcić (250-300 tyś. koron szwedzkich, czyli ok 150 tyś. PLN). Jeśli się nie ma, trzeba wziąć kredyt. Co prawda państwo później oddaje rodzicom połowę z tej kwoty, ale nie z kosztów kredytu. Czyli, zamiast pracować na utrzymanie i przyjemności dzieci, musielibyśmy przez długie lata najpierw pracować na kogoś, kto siedzi w banku, a dopiero potem na dzieci. Po długich rozważaniach i niejednej przymiarce dochodzimy do wniosku, że tą drogą nie pójdziemy. Zwłaszcza, że tym razem udało nam się dość daleko zajść z ciążą.
Zazdroszczę tym, co mogli adoptować… słyszałem wiele pozytywnych opowiadań rodziców adopcyjnych i kilka negatywnych

Adopcyjni przez pierwsze miesiące pisali dużo, potem coraz mnej. Dwóm małżeństwom, po długich staraniach udało się adoptować dzieci. Jednym pięcioletnią cyganeczkę z Węgier, drugim małego chłopca z Chin z rozszczepem podniebienia. Trzecie małżeństwo zaszło w ciążę i urodził im się chłopczyk. Jedna para ugrzązła w biurokracji, jedna przycichła.
Ostatnio trochę się ożywiło w pisaniu. Ci, co wzięli dziecko z Chin, ponieważ nigdy nie dostali od nas odpowiedzi, a może też dla ożwienia kontaktu, zapytali każdego, kto nie pisał bezpośrednio, imiennie, co słychać. Nie wypadało nam już dłużej milczeć, przyznaliśmy się do ciąży. Poczuliśmy się trochę dziwnie, kiedy nikt nie odpisywał przez kilka dni, ale później większość odpowiedziała.
Siedmioro dzieci miało być adoptowanych przez naszą grupę. Narazie jest tylko dwoje.
Kobieta jak z obrazu i jej mąż z wyglądem profesora, pomysłodawca corocznych spotkań na wynajętym tylko dla nas basenie, mieli adoptować chłopca z afryki. Rozstali się. Jeśli z czasem dojdzie do tych spotkań, to niestety bez nich.

Adopcja, czy własne…

Nie wiemy którą drogą pójść. Niby możemy wybrać, ale taka możliwość nie jest dla nas komfortową sytuacją. To dylemat. Adopcja wiąże się z dużym wydatkiem, który już rozpoczęliśmy korzystając ze szkolenia dla adopcyjnych rodziców. Ten koszt nie był wielki, bo tylko jakieś dwa tysiące (w złotych). Całkowity koszt adopcji ze Szwecji to mniej, więcej od 100 000 zł. do 150 000 zł. Adopcja wiąże się też z dużą przeprawą przez machinę administracyjną. Z drugiej strony biologiczne dziecko a właściwie ciąża w naszym przypadku to wielka zagadka i ryzyko, że znowu coś się stanie jak poprzednim razem. Jak za czterema poprzednimi razami… W obu przypadkach wielka nadzieja, ale i niepewność.

Kompromis między zdrowiem a wiekiem.
Wiemy, że chcemy dziewczynkę. To nie ulega wątpliwości. To moje i żony marzenie od dawna, odkąd tylko Magik na zdjęciu USG mojego syna zaznaczył długopisem „bułeczkę”. Syn jest, ale marzenie o córce pozostało. Chcemy oczywiście jak najmłodszą. Chyba wszyscy rodzice tego chcą. Powody tego są oczywiste. Przede wszystkim im młodsza tym dłużej będzie w domu, czyli z nami. Po drugie wiadomo nie od dziś, że emocjonalnie człowiek kształtuje się w pierwszych trzech latach życia, potem jest już dużo trudniej a niektórzy teoretycy twierdzą, że to wręcz niemożliwe. Po trzecie dziecko musi mieć dobry start z opanowaniem języka i ogólnym zaaklimatyzowaniem się w nowym środowisku, z nowymi rodzicami i nowym językiem jeszcze przed rozpoczęciem szkoły – im wcześniej, tym lepiej. Im starsze dziecko tym więcej trudności z poradzeniem sobie z tak wieloma problemami na raz.

Sprzeczne informacje.
Żona dzwoni do Polski, do różnych instytucji zajmujących się sprawami adopcji, żeby się jak najwięcej dowiedzieć. W jednej instytucji dowiaduje się, że z dziewczynkami jest trudno, że owszem są, ale starsze. W jakim wieku? Czy jest szansa na trzy, cztery lata? Nie. Na pięć? Nie. To może na sześć, żeby jeszcze przed szkołą z rok został na aklimatyzację? Może…
Żona dzwoni drugi raz i dowiaduje się od innego urzędnika, że tak młodego dziecka nie dostaniemy. No to jakie? Osiem? Dziewięć? Co prawda pasowała by jedna sprawa, podobieństwo wieku adoptowanego dziecka, które wraz z naszym biologicznym dzieckiem utworzyłyby rodzeństwo. A cała reszta? Czy poradzi sobie w szkole nie znając języka? Dzieci zadziwiająco szybko łapią język, ale co z resztą? Nowe środowisko, nowi ludzie dookoła, pewnie też nie wszyscy okażą się przychylni dla człowieka z obcego kraju. Przerabialiśmy to z naszym synem, tym razem wolimy wyprzedzić problem. „Takiego dziecka to pani nie dostanie” – usłyszała żona od urzędnika z niemałą obojętnością w głosie. Nie? A jakie? „Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, może starsze…” Jak to starsze? Nastolatkę? Czy będę dla niej jak ojciec? Co o mnie powiedzą sąsiedzi? Co może nastolatka z domu dziecka, która nigdy nie zaznała miłości rodzicielskiej? Nie będzie żądać coraz większego kieszonkowego? Nie oskarży mnie o molestowanie? Albo nie sfinguje jakiegoś pobicia? Tu wystarczy, że dzieciak zadzwoni na policję z na prędce wyssaną z palca opowiastką, żeby „starzy” mieli poważne problemy. Może i nie byłoby tak, ale nie chcę ryzykować. Mam syna, o którego muszę dbać, mam żonę, mam prywatne życie. Oddam dużo, żeby cieszyć się ojcostwem, ale dziecko w takim wieku już wychodzi z dzieciństwa, już skorupka nasiąkła, ten wiek nie jest odpowiedni.
„Możecie wziąć chore”. Ok, ale jak chore? Bardzo? Z zespołem downa? Nie chcę, dziękuję, mam już jedno, które nie jest do końca zdrowe, o które martwię się codziennie. Mogę wziąć dziecko bez nogi, czy ręki, czy obu nóg, bo ten problem już znam i w rzeczywistości w Szwecji to nie jest wielki problem. Ale nie ciężko chore, przecież nie na tym polega ojcostwo, żeby tylko się poświęcać i jak to ktoś kiedyś zarzucił „zbierać oklaski, jakim to się jest wspaniałym ojcem”. Nie! Ja chcę mieć względnie zdrowe drugie dziecko, chcę mieć szanse na wnuki.
Tu przypomina mi się stary i mało śmieszny, ale za to okrutny dowcip o ojcu, który się dowiedział, że jego żona w szpitalu właśnie urodziła dziecko, ale bez rączek… i nóżek… i tułowia… a w ogóle to tylko same oczy, ale za to jak bardzo podobne do twoich!..
Tak, jestem egoistą. Kto z Was chciałby wziąć na siebie odpowiedzialność za chore dziecko dobrowolnie, mając już jedno?
„Nie dostaniecie zdrowego i tak młodego dziecka” – pada odpowiedź urzędnika…

Czerwone usta

Ginekolog mówi nam, że może skontaktować nas z kuratorem, który się nami zajmie, pokieruje odpowiednio, może skontaktować z lekarzem, specjalistą od poronień. W zasadzie lekarz ten dopiero po trzecim poronieniu zaczyna zajmować się pacjentem, bo dwa poronienia to standard. Kurator pracuje trochę jak psycholog zajmując się kobietami po wielokrotnym poronieniu. Chcemy, mówimy o tym i dostajemy namiar. Jakiś czas później spotykamy się z kuratorem. Przyjmuje nas kobieta po pięćdziesiątce, włosy bląd do ramion, szczupła, w białym fartuchu, na lewej ręce luźno zapięty zegarek. Jej praca głównie polega na wysłuchiwaniu żali kobiet.  Z jej wyglądem wszystko byłoby ok. ale jest jeden szczegół – usta. Czerwone. Nie, żebym miał coś przeciwko, ale tak bardzo czerwone i tak nie pasujące do rozmów o poronieniach…

Opowiadamy jej naszą historię stopniowo. Nie jest nam lekko to wszystko opowiedzieć. Za każdym razem, kiedy w opowieści dochodzi do momentu zamiany ciał, wszyscy się dziwią, dziwnie patrzą na nas, jakby to była nasza wina… Mówimy jej o potraktowaniu w szpitalu, mówimy o śmierci synka… Kobieta przyjmuje wszystko z właściwą dla siebie obojętnością, jakby z rutyną spoglądając co jakiś czas na swój luźno zapięty zegarek… czujemy się potraktowani rutynowo, ale nie dla niej tu jesteśmy. To ona jest tu dla nas, więc mówimy jej wszystko z odrobiną ciekawości jak zareaguje, czy będzie taka zimna do końca. Mówimy jej potem o zamianie zwłok. W pierwszej chwili wygląda jakby to też było dla niej normalne, ale po sekundzie kobieta wyraźnie się ożywia i mówi „nie rozumiem…”Powtarzamy jej tak wyraźnie jak tylko można, ale widzimy jednocześnie, że zdębiała. „Ja rozumiem, ale jak to zamienili ciała?”… Typowymi jej pacjentami są kobiety po poronieniach. Kobiety którym dzieci zmarły zaraz po porodzie nie są jej częstymi gośćmi, ale ktoś po dwóch poronieniach, jednym śmiertelnym przypadku sepsy i zamianie ciał potem i z jednym dzieckiem, które sepsę przeżyło, ale z amputacją i później wykrytym autyzmem to dla niej coś niezwykłego, coś czego w ogóle się nie spodziewała… Rozmawiamy z nią o tym, że bardzo chcemy mieć jeszcze jedno dziecko, że wcześniej staraliśmy się o adopcję i że teraz, po tych poronieniach sami nie wiemy jaką drogę wybrać. Kobieta z czerwonymi ustami przyznaje, że przydałoby się skontaktować nas z lekarzem, specjalistą już teraz i nie czekać na trzecie poronienie.

Tęsknota

Wiedziałem, że to jest związane z ogromną tęsknotą i innymi emocjami, ale nie zdawałem sobie sprawy, że na tak wczesnym etapie może mnie to dopaść…

Kurs jest nie tylko przeprowadzony w sposób ciekawy, ale też naładowany emocjonalnie. Podczas pierwszych godzin zapoznajemy się wzajemnie ze sobą i swoimi problemami. Niektórzy nie mogą mieć dzieci, chociaż bardzo się starali, inni kilkakrotnie przeżywali poronienie, my… moją historię już znacie.
Już pod koniec pierwszego dnia wszyscy przyznajemy, że jesteśmy zmęczeni, ale też, że będzie nad czym myśleć w domu. Mimo zmęczenia chcielibyśmy, żeby już był następny dzień i dalsza część kursu. Osobiście z dnia na dzień czuję, że adopcja jest nie tylko możliwa, ale też coraz bardziej realna. Czuję, że coraz bardziej tęsknię za dzieckiem, którego jeszcze w ogóle nie widziałem. Atmosfera w grupie robi się tak naładowana emocjonalnie, że podczas prawie tygodnia przerwy między spotkaniami tęsknię nie tylko za dzieckiem, ale też za tymi kursantami – nowo poznanymi „współtowarzyszami niedoli”, przyszłymi rodzicami adopcyjnymi, wśród których przeżywam tę atmosferę. Na kolejnym spotkaniu pytam Belferkę czy to typowe, żeby zacząć tak bardzo tęsknić za dzieckiem, chociaż jeszcze się go nie widziało. Belferka nic na to nie odpowiada…
Jedno z domowych zadań, jakie dostaliśmy po pierwszym weekendzie, czyli po pierwszej turze kursu to przygotowanie w miarę pełnej informacji o swoim wybranym kraju, z którego chcemy dziecko, ogólnych wiadomości, przepisów prawa, zwyczajów, możliwości dotyczących wyboru dziecka, jego wieku, stanu zdrowia, instytucji zajmujących się dziećmi, czasu „ciąży”, czyli wymaganego przez dane państwo okresu przebywania rodziców adopcyjnych z dzieckiem przed procesem adopcyjnym. Ułożenie wszystkich informacji w całość i przygotowanie prezentacji na powerpoint, żeby potem przedstawić to innym kursantom. Prawie całość informacji czerpiemy z internetu, resztę z książki i innych materiałów, które dostaliśmy na kursie.
Jak już wspomniałem we wcześniejszych wpisach, my chcielibyśmy dziewczynkę z Polski. Pozostali decydują się na Boliwię, Chiny, Węgry, Indie, małżeństwo, które poznaliśmy na początku wybiera Niger a „Wysoka” Rosję. Wysoka, chociaż na kursie jest „samotna”, w rzeczywistości ma męża i siedmioletnią córeczkę, ale spotkanie z dwunastoletnim chłopcem, który z jakiegoś powodu okazyjnie przyjechał do nich, do Göteborga zapoczątkowały radykalne zmiany w życiu ich rodziny. Wcześniej nie czuła potrzeby adopcji.
Inne dwie kwestie to:
Jakie dzieci może adoptować z Polski obywatel Szwecji? Przede wszystkim starsze i chore. Takie, których nikt w Polsce nie chce… przepraszam za niepoprawność polityczną. „Takie, które w Szwecji miałyby szansę na lepsze życie” – powiedział obojętnym tonem męski głos w słuchawce. Jest dużo dzieci z FAS, czyli które będąc w brzuszku u mamy zamiast wód płodowych miały wino, wódkę, czy inne trunki, regularnie zalewanych alkoholem i często rodzących się pod jego wpływem. Ze zdeformowaną twarzą, bez zdolności kontaktowania się z otoczeniem. Dzieci dla ostatnich desperatów.
A jakie dziecko można adoptować z innego państwa? Z tym bywa różnie, ale na ogół jest lepiej.
Kto w Szwecji może się ubiegać o adopcję? Każdy. Czyli zarówno małżeństwa, jak i związki nieformalne, związki homoseksualne, geje, lesbijki, osoby samotne – wszyscy traktowani są równo. Mówi o tym Belferka już na pierwszej części kursu, ale jednocześnie mówi, że niektóre państwa, czy raczej instytucje w nich, które zajmują się adopcją oczekują, żeby kandydaci byli małżeństwem.
Wszyscy kursanci oprócz jednej pary są w związkach małżeńskich. Para, która zdecydowała się na dziecko z Chin żyje w konkubinacie. Wiemy o tym od tygodnia, ale to, co zrobili teraz jest dla wszystkich zupełnym zaskoczeniem. Otóż jak z zegarkiem w ręku, o wyznaczonej mu porze w przerwie popołudniowej nagle pojawia się urzędnik stanu cywilnego, „para młoda” zatrzymuje nas z szerokim uśmiechem i mówią, że potrzebują dwoje świadków. Oczywiście wszyscy zostają i oglądają najszybsze jakie do tej pory widziałem zawarcie związku małżeńskiego. Potem szybko wyskakujemy do pobliskiej kwiaciarni i zostawiamy w kilka minut kilkudniowy utarg zabierając całe naręcza bukietów dla nowożeńców.
Z każdym dniem zacieśniają się więzy między nami – przyszłymi rodzicami adopcyjnymi. Wymiana adresów mailowych i numerów telefonów ma nam zapewnić kontakt. Podczas wspólnego wypadu do restauracji „Profesor” – mąż „Filigranowej” rzuca pomysł, że jak już wszystkim się uda, można by wtedy robić coroczne spotkania na wynajętej jednodniowo pływalni – my wszyscy rodzice z dzieciakami. Świetny pomysł, chociaż w praktyce nie byłby łatwy do realizacji, bo mieszkamy w różnych częściach Południowej Szwecji, inni podłapują go entuzjastycznie.
Po długiej przerwie wracamy do budynku uniwersytetu, gdzie wszyscy dostajemy świadectwo ukończenia kursu.
Kilka dni później przychodzą pierwsze maile.

Na rodziców szkoleni

Kobieta jak z obrazu. Szlachetna, drobna twarz, oczy tak okrągłe jak w japońskich kreskówkach, długie bląd włosy splecione z tyłu w kok. Filigranowa. Mężczyzna jak z elity profesorów jakiegoś uniwersytetu. Wysoki, szczupły, włosy ciemne, lekko poskręcane, na twarzy „trzydniowy zarost” pasujący do całości, dobrane okulary. Są małżeństwem. Pasują do siebie wzajemnie. Czy czegoś brakuje im do szczęścia? Tak. Dziecka…

To ich spotykamy pierwszych w korytarzu budynku, gdzie ma się odbyć szkolenie. Pytamy ich o parking a po odpowiedzi znikamy, żeby dopiąć sprawę zaparkowania samochodu na ostatni guzik. Po powrocie widzimy, że są już wszyscy a za chwilę pojawia się też „Belferka” wykładowczyni prowadząca kurs. W sali ławki na przeciw biurka ustawione są równolegle do ścian tworząc duże „U” tak, że wszyscy siedzą do siebie twarzą. Siadamy w pierwszej, zaraz obok biurka. Obok nas dość młoda para a za nimi małżeństwo, które przed chwilą poznaliśmy, za rogiem dwie kolejne pary, za następnym jeszcze jedna i na końcu wysoka kobieta. Siedmioro dzieci może dzięki temu szkoleniu trafić do przyszłego domu.

Na początku Belferka sprawdza dane wszystkich – nasze się nie zgadzają, wyjaśniamy, że jesteśmy tu przez przypadek trochę wcześniej, nasza kolej na kurs wypadałaby dopiero za dwa miesiące, ale jedna z par „wyskoczyła”, więc my mogliśmy „wskoczyć” za nich. Później zgodnie z poleceniem każdy pisze swoje imię na kartce i stawia ją na ławce.
Szkolenie jest prowadzone ciekawie. Najpierw Belferka rzuca światło na jakiś temat, potem wciąga nas zadając pytania do ogółu, albo imiennie. Mniej więcej co godzinę intensywnej wymiany zdań dzieli nas na trzy grupy i rozsyła po pokojach, gdzie dyskutujemy na zadany przez nią temat. Po jakimś kwadransie przychodzi i zaprasza nas do sali, tam rozmawiamy dalej, przedstawiamy wnioski. Czasami dyskusja w małych grupach się przedłuża, czasami jest tak gorąca, że Belferka musi wejść między nas, żeby nam przerwać.

Czasami jest prześmiesznie, czasami bardzo poważnie. Dużo się mówi o potrzebach. Potrzeby są po obu stronach. Potrzebę dawania i brania miłości czują rodzice, potrzebę bycia otaczanym miłością czuje dziecko.
Rodzice mają potrzebę troszczyć się o dziecko. Dlaczego? Dlaczego chcesz mieć dziecko? To jedno z pytań, na które odpowiedź wcale nie jest taka prosta, jakby się zdawało. Pojedynczo każdy coś odpowiedział po dłuższym zastanowieniu, ale to nie była pełna odpowiedź na to pytanie. Dopiero po zestawieniu tych odpowiedzi udało by się komuś trzeciemu wyjaśnić dlaczego chcemy mieć dziecko. Może byliśmy słabo przygotowani? Nie. To się bardziej czuje niż wie. To siedzi w sercu a nie w mózgu. Wiemy, że pragniemy mieć dziecko, chociaż nie potrafimy tego wyjaśnić komuś, kto tego tematu nie czuje.

Pytania, zabawy w argumenty, zamiana ról… wnioski. Przerwy na posiłek, na kawę, podczas których coraz bardziej poznajemy się prywatnie. Tak mniej, więcej wyglądają dni spędzone wspólnie na kursie dla rodziców adopcyjnych.

Podczas pewnej dyskusji pada pytanie, które samo w sobie jest tak ciężkie, że nikt nie chce nawet spróbować na nie odpowiedzieć. Plan B, czyli co będzie z Waszym życiem, jeśli nie uda się z adopcją? Po tym pytaniu następuje cisza. Dopiero po dłuższej przerwie Belferka kontynuuje, mówi że taka jest reakcja na każdym kursie, w każdej grupie. Ale takie pytanie powinniśmy sobie zadać sami i odpowiedzieć na nie, jeśli nie teraz to później w domu, między sobą.