Blogowy koniec świata

Wyliczona data (i to wcale nie przez kalendarz Majów :) ), to noc z ostatniego dnia stycznia na pierwszy dzień lutego. Ale, jak to zwykle bywa, koniec jednego jest początkiem drugiego. Przenoszę mój blog na inny adres. Oto on:

https://pragnieniedziecka.wordpress.com

Serdecznie zapraszam!

Odmowa

W tym roku urlop mieliśmy dość spontaniczny, bo prawie do samego końca nie wiedzieliśmy czy uda nam się wyjechać do Polski na wycieczkę językowo-krajoznawczą, czy raczej zostaniemy gdzieś tu na miejscu i będziemy biernie każdy dzień spędzać gdzieś na plaży któregoś z pobliskich jezior, lub ewentualnie wyskoczymy do którejś z tutejszych nadmorskich miejscowości w podobnym celu. Możliwości jednak się nadarzyły i nasze małe marzenie się spełniło. Dość spontanicznie i na szybko wybraliśmy jak i gdzie spędzimy dwanaście wolnych dni. Najpierw nad morzem, potem w górach.

Jeszcze będąc w domu, telefonicznie załatwialiśmy na szybko noclegi. Nie było łatwo, bo prawie nigdzie nie było już miejsc, a my potrzebowaliśmy dla pięciu osób. Ale kto szuka, ten znajduje :)

Pobierowo. Pensjonat, jakich wiele. Dość duży. Doba rozpoczyna się o godzinie piętnastej, a ostatnia kończy o dziesiątej rano. To zrozumiałe, bo przecież musi być trochę czasu, żeby przywrócić pokojom należyty ład i porządek. Zajechaliśmy o dziesiątej, bo tak byliśmy umówieni z właścicielami/zarządcami pensjonatu, w celu zameldowania. Weszliśmy z żoną do biura. Przywitała nas miła, młoda kobieta. W trakcie załatwiania okazało się, że wszystkie osoby dorosłe muszą okazać dokument tożsamości. Żaden problem. Wróciłem do samochodu, gdzie z teściową czekały moje dzieci i wziąłem od nich dokumenty. Cała operacja trwała kilka minut, po czym byliśmy gotowi. Wiedzieliśmy jeszcze z rozmowy telefonicznej, że jest możliwość zaparkowania samochodu na ich podwórku już od dziesiątej, co było nam na rękę. Po zameldowaniu kobieta pokierowała nas na parking i już chcieliśmy wyjść na miasto, kiedy…

Eyji zachciało się siku. Typowe :) Każdemu dziecku może się zachcieć w najbardziej nieoczekiwanym, albo nawet niepożądanym momencie. Weszliśmy więc jeszcze raz do biura – tym razem tylko ja i córka – i poprosiliśmy o możliwość skorzystania z toalety panią, która nas nie obsługiwała, ale widziała nas wcześniej.

- Ale my nie mamy toalety. – usłyszałem w odpowiedzi.

- Ale ja nie proszę dla siebie, bo sam mógłbym wytrzymać. Córka potrzebuje.

- Nie mamy takich możliwości.

- Ale my nie przyszliśmy tak sobie z ulicy, przed chwilą zostaliśmy u państwa zakwaterowani. – wyjaśniłem myśląc, że mnie kobieta nie skojarzyła.

- Ale my nie mamy toalety publicznej – podkreśliła ze zniecierpliwieniem i gotowością do odwrócenia się i wyjścia.

Są rzeczy, których nie wypada, a nawet nie można odmówić, bo nie pozwala na to prawo. Na przykład w Szwecji nie można odmówić szklanki wody komuś, kto przyszedł do czyjegoś mieszkania, zapukał do drzwi i o nią poprosił. Nie wiem jak jest z toaletą, bo publicznych toalet jest wystarczająco dużo, a osobiście nigdy nie miałem z tym problemu. Podobno polska gościnność jest znana na całym świecie…

Wyszliśmy. Sprawę załatwiliśmy na środku parkingu, jednocześnie opowiadając żonie przebieg rozmowy. Byłem tak poruszony, że chciałem zmienić pensjonat, bo jak się potem okazało, dosłownie co parę kroków mijaliśmy miejsca, w których były wolne pokoje, ale żona już nie chciała mieszać. Zostaliśmy, jednak więcej w to miejsce nie przyjedziemy.

Pierre Nitzsche

Przewodnik. Młody, fajny czlowiek. Napisałbym „facet”, ale nie chcę, żeby ktokolwiek z czytelników jakkolwiek niepoprawnie to zrozumiał. Znający historię w swoim temacie i pewnie nie tylko. I co najważniejsze w tym zawodzie – wygadany. To bardzo dobrze! Ale…

Pominę, że goni. To można zrozumieć. Przecież jak się ludzie decydują na tego typu wycieczki, to powinni sobie zdawać sprawę, że obowiązuje przynajmniej średnia kondycja, żeby nie zostawać w tyle. Pominę też, że całodniowa wycieczka zwykle rozpoczynająca się bardzo wcześnie powinna mieć dobrze rozplanowane dwie przerwy na posiłek, a nie piętnastominutowe, w czasie których głównie stoi się w kolejce do toalety. Ale ok, to też rozumiem, chociaż dzieci absolutnie nie powinny być głodne przez cały dzień. Rozumiem, bo przecież „im szybciej się wyrobimy, tym spokojniej będzie później”, a przecież nie ma jak wcześniejszy fajrant ;)

Pominę też, że nie dość wyraźnie przekazuje najistotniejsze komunikaty dotyczące spraw organizacyjnych samej wycieczki, przez co niektórzy w zachwycie nad obiektem, w którym się właśnie znajdują, mogą w tłumie obcych stracić „wątek wycieczki” oraz samego przewodnika. Zdarza się nawet najlepszym, bo przecież „kto w mowie nie uchybia, jest doskonały”, a doskonali ludzie nie istnieją.

Pominę. Napisałem to słowo dwa razy, więc choćby troszkę złośliwi mogą powiedzieć, że jest odwrotnie, że specjalnie tak napisałem, żeby tego nie pominąć. Może trochę racji. Ale rzeczywiście nie to jest najważniejszym punktem dzisiejszego wpisu. Najważniejszym jest język. Właśnie dla niego tu przyjechaliśmy. Mogliśmy wybrać jakiekolwiek inne miejsce, ale wybraliśmy Polskę po to, żeby Eyja mogła cieszyć się językiem polskim. Żeby mogła w nim rozmawiać z ludźmi zupełnie jej obcymi, co nie zdarza się w naszym środowisku, bo tu rozmawiamy albo z członkami naszej rodziny, albo ze znajomymi. Już będąc na promie, z wyraźnym zachwytem w głosie stwierdziła: „Tu wszyscy mówią po polsku!”

No i właśnie tego jednego nie mogę pominąć. Język. Mój ojczysty. Tak piękny. Tak bogaty. Tak skomplikowany, że wręcz nieosiągalny dla ludzi nie posługujących się od dzieciństwa żadnym z języków słowiańskich… Otóż ten język, który mógłby być tak piękny w ustach przewodnika a za razem w uszach naszych dzieci, wcale taki piękny nie jest, bo oto przewodnik co kilka zdań wtrąca przynajmniej dwa wyrazy, bez których chyba sobie nie radzi: „PIERDZIELĘ” i „PIERNICZĘ”

I tak w ciekawych historyjkach słyszymy jak jakiś król coś „SPIERDZIELIŁ”, albo „OPIERDZIELIŁ” swoją małżonkę, bo ona coś „SPIERNICZYŁA”, albo kogoś „WYPIERNICZYŁA” z uczty itd, itd… I jak ma to zrozumieć dziecko, które nigdy nie słyszało takich wyrazów?

Panie przewodniku! Jest nad czym popracować. A tym czasem u mnie na blogu ma pan przezwisko: Pierre Nitzsche

Pozdrawiam.

Wakacje

Rok bez wakacji, to rok stracony, a już na pewno nie taki, jak z wakacjami. Wakacje się po prostu należą każdemu dzieciakowi. I chociaż za każdym razem na zawołanie „dzieciaki!”, Szachista odpowiada w ten sam sposób: „jeden dzieciak”, to i tak dla nas wciąż jest dzieciakiem, bo dużo z dzieciaka w nim pozostało, mimo wieku. Ja sam w pewnych obszarach też czuję się dzieciakiem, bo przecież „w każdym mężczyźnie siedzi mały chłopiec”. A w kim z nas nie siedzi? :)

W poprzednich latach, od kiedy urodziła się Eyja, bywało różnie, ale takich prawdziwych wakacji nie mieliśmy. Rok temu cały urlop poświęciłem pracy, którą po prostu musiałem wykonać, chociaż cały czas przypominały mi się słowa mojego kierownika sprzed lat, który mówił, że urlop powinien być urlopem. „Urlop jest wypoczynkowy, nigdy nie poświęcaj go na remont, czy podobne zajęcia…” Miał rację, a ja w zeszłym roku wraz z rodziną straciłem tę cenną, wspólną chwilę.

W tym roku było inaczej. Wszystko inne, to co pilne dokończyłem wcześniej, a to, co mniej ważne poprzekładałem, zaplanowaliśmy wyjazd i… udało się :) Byliśmy trochę nad polskim morzem, trochę w górach – w ulubionej Szklarskiej Porębie, trochę na wycieczkach w sąsiednich Niemczech i Czechach w ciekawych, pięknych miejscach. Głównym celem wyjazdu było pokazanie Eyji Polski, fajnych miejsc w niej, stworzenie możliwości rozmawiania z szerszym otoczeniem w języku polskim. To też się udało. Kilka ciekawszych szczegółów z wycieczki postaram się opisać w następnych postach.

Teraz, co prawda jeszcze nie planuję, ale już myślę o następnym roku i urlopie, bo przecież „znów będą wakacje…” :)

2016

To był dla nas dobry rok. Dużo się zmieniło. Niektóre sprawy pozytywnie, inne trochę mniej, ale bardzo, bardzo intensywnie mi ten rok upłynął. Nie tylko mi samemu, nam wszystkim. Eyja stała się dużą i mądrą dziewczynką, ma już ponad cztery lata. Szachista… u niego też się dużo działo. Być może kiedyś przyjdzie czas, że opiszę jego niedawne przeżycia. Na razie jeszcze sam to przeżywam, no i jeszcze te rzeczy się dzieją. Ale mogę powiedzieć, że jest pozytywnie i pod tym względem.

Pozdrawiam stałych bywalców, tych wszystkich, którzy z jakiegoś powodu tu zaglądają, jak i tych przypadkowych czytelników.