Dokąd zmierzamy?

Było po czternastej. Kładłem córkę na popołudniową drzemkę. Sam jak zwykle usiadłem wygodnie obok i głaskałem po główce, żeby szybko zasnęła. Po kilku minutach doszły nas zza okna radosne, dziecięce okrzyki. Popatrzyłem na córkę, czy jest szansa, że je zlekceważy i zapadnie w sen myśląc, że hałas generują dzieciaki sąsiada, które przyszły się bawić akurat pod nasze okno i że może jest szansa, że zaraz same sobie pójdą bez mojej interwencji, która mogłaby rozbudzić moje dziecko. Okrzyki jednak nie ustawały, a ja coraz bardziej się niecierpliwiłem. W końcu widząc rozbudzoną córkę, postanowiłem otworzyć żaluzję i zobaczyć co tamte dzieciaki sprowadziło na nasze podwórko, mają przecież swoje. To, co zobaczyłem, wprawiło mnie w osłupienie. To nie były dzieci sąsiada, tylko jakieś obce. Czterech chłopców stało trochę dalej niż sądziłem po odgłosach, przy oddalonej od mojego okna o jakieś piętnaście metrów drodze, ze spuszczonymi do kostek spodniami, każdy z nich trzymał w ręku swój interes. Pierwsza moja myśl, to że się bezwstydnie załatwiają. Tylko dlaczego tak głośno?

FullSizeRender(1)

Po chwili już wiedziałem, że pierwsza myśl była błędna. Wyglądało na to, że mieli świetną zabawę, stojąc w kręgu przodem do siebie i energicznym ruchem ręki majstrując przy swoim organie. Tuż obok po drodze jeździły samochody, ale młodym to nie przeszkadzało. Kiedy oburzeni kierowcy na nich trąbili, tamci w odpowiedzi wypinali do nich swoje gołe tyłki.

Co robić w takiej sytuacji? Jak zareagować? Czy w ogóle jakoś zareagować? Wyjść do nich i powiedzieć im coś? Ale co? A co Wy byście zrobili?

Kto zawinił, że doszło do takiej sytuacji?  Kto niedopisał, że doszło do takiego incydentu? Rodzice? Szkoła? Oświata? A może my – wszyscy dorośli powinniśmy w jakimś stopniu poczuwać się do odpowiedzialności?

Dawno temu, kiedy mój syn jeszcze był mały, mieliśmy w zwyczaju zawsze przed snem czytać książki. Różne. Po przeczytaniu jakiejś bajki, czy opowieści, rozmawialiśmy o niej, o jej bohaterach, o tym co zrobili, czy to, co zrobili było dobre, czy złe, czy mądre i dlaczego. Syn bardzo to lubił. Słuchał uważnie, sam pytał, opowiadał swoje przeżycia, które spotkały go w przedszkolu, a później w szkołach. Tak, bo nasze tradycyjne czytanie i rozmowy trwały więcej niż dziesięć lat. Jakąś część z tego zajmował nam temat spraw cielesnych, seksualnych, małżeńskich, rodzinnych… Rozmawialiśmy nie tylko o tym co do czego, ale też co jest zdrowe, niezdrowe, właściwe, niewłaściwe, godne i niegodne. Pewnego dnia przyszedł ze szkoły z zeszytem i od razu pokazał, co w nim tego dnia pisali. Zamurowało mnie, kiedy zajrzałem do zeszytu mojego trzynastoletniego wówczas syna. Na dwóch zapisanych kartkach, na każdej ze stron  – po lewej stronie termin, po prawej jego definicja. Otóż na zajęciach tamtego dnia dyskutowano o tym, co to jest heteroseksualizm, homoseksualizm, lesbijstwo, sadyzm, masochizm, pedofilia, zoofilia…  nekrofilia i inne – wszelkie możliwe, których teraz już nie pamiętam.

Najpierw długo zadawałem sobie pytanie: po co to wszystko? Ja rozumiem, że niektóre z tych terminów należy wyjaśnić wszystkim dzieciom, żeby te mniej oświecone zdobyły wiedzę. Ale czy naprawdę konieczne było wprowadzanie tak młodych ludzi w brutalny, zdegenerowany świat ludzi nie mających żadnych zahamowań? Przecież w ciągu jednej, czy nawet dwóch godzin nie da się w przyswajalny dla tak młodych ludzi sposób omówić tego wszystkiego. O ile może ci zdolniejsi jakoś to przyjmą, to co z tymi mniej zdolnymi? Co by było, gdybym jako rodzic nie przygotował syna po swojemu do tego aspektu życia? Gdybym przez wiele godzin nie rozmawiał z nim o tym? Czy nie można przygotować materiału w taki sposób, żeby był łatwo przyswajalny i podawany w delikatny sposób? Żeby był dla wszystkich i z pożytkiem? Bo to, co zobaczyłem w tym zeszycie, to nędzny ochłap, a nie wiedza,  okrojony z godności i czyniący spustoszenie w młodych głowach. Do tego seks, którego pełno w internecie, filmach, gazetach i wszelkich możliwych źródłach przekonują ich o tym, że świat stoi na seksie, a życie polega przede wszystkim na zaspokajaniu własnych potrzeb seksualnych.

Ostatnio w rozmowie ze znajomą dowiedzieliśmy się z żoną o książce, którą ktoś oficjalnie chce wprowadzić do szkół w Polsce. Tytuł „Wielka księga cipek i siusiaków”. No to już się przestaję dziwić, że młodzi chłopcy nie mają żadnego poczucia wstydu i otwarcie wychodzą ze swoją ciekawością seksualną na ulicę. Zastanawiam się tylko dokąd zmierza świat i czy nie będziemy tego „postępu” żałować.