Bezstresowe wychowanie

Dawno temu, ale pamiętam jak dziś, pierwszy raz starłem się z tym terminem. To było w piątej klasie szkoły podstawowej. Mówiła o tym moja ulubiona nauczycielka na jednej z lekcji. Opowiedziała też dowcip jak w autobusie rozwrzeszczany dzieciak zaczął kopać oparcie siedzenia przed sobą. Jego matka nie zareagowała nawet, kiedy młody mężczyzna siedzący przed nimi odwrócił się do chłopaka i coś mu powiedział. Dzieciak w odpowiedzi opluł współpasażera. Wtedy matka swój brak reakcji zaczęła tłumaczyć bezstresowym wychowaniem, którego była zwolenniczką. Mężczyzna wyjął z ust gumę do żucia, przykleił jej na czoło i z pięknym uśmiechem odparł, że on też był przez swoich rodziców wychowywany bezstresowo.

Zauważyłem, że byłem jednym z nielicznych, których ten dowcip w ogóle nie rozśmieszył. Mimo to historyjkę zapamiętałem na długo. Dziwiłem się wtedy, jak rodzice mogą wychowywać swoje dzieci bez bicia, przecież ja dostawałem lanie z reguły za wszystko. Fakt, czasem coś uszło mi płazem, ale z drugiej strony czasem dostałem niesłusznie, więc bilans i tak wychodzi na zero. Kary cielesne były dla mnie czymś tak normalnym jak mowa rodzica do dziecka.

Pamiętam też postanowienie o niebiciu, które spontanicznie spoczęło na mnie któregoś dnia między trzynastym a czternastym rokiem życia. Uzasadniane było moją „dojrzałością”, że rozumiem co się do mnie mówi, więc już nie ma potrzeby mnie bić. Zabrzmiało to w moich uszach jak jakaś amnestia, jak jakieś ułaskawienie. Nie przeszkadzało to jednak aż do mojej osiemnastki, żebym od czasu do czasu „amnestia” została złamana, bo przecież nagłe, wyjątkowe sytuacje nadal się zdarzały.

Co sam uważałem o takiej metodzie wychowawczej? Mieszane uczucia. Z jednej strony czułem, że to niesprawiedliwe, z drugiej, że konieczne, bo tak przecież zostałem wychowany i nie widziałem innej możliwości. Sam też byłem przekonany o jej skuteczności, bo zawsze byłem grzecznym, dobrze ułożonym chłopcem, więc kiedy przyszła pora na przejęcie sztafety, po prostu bez żadnej refleksji sięgałem po tę metodę wychowując syna, podobnie jak wcześniejsze pokolenia przejmowały sztafetę po swoich rodzicach, aż nagle…

 

Zakaz kar cielesnych

Nie karciłem syna tak często, ani tym bardziej tak mocno, jak sam byłem karcony. Robiłem to ostatecznie, gdy w danej sytuacji naprawdę uznałem to za konieczne. Oczywiście to jest bardzo subiektywne stwierdzenie i mój syn jest przeciwnego zdania. Jednak kiedy przeprowadziliśmy się do Szwecji, musiałem odrzucić całkowicie taką możliwość, wręcz nauczyć się myśleć po nowemu i wychowywać syna po nowemu. I wtedy wyrażenie „bezstresowe wychowanie” nie tylko stało się dla mnie bardzo aktualne, ale wręcz nabrało nowego wymiaru.

I znów miałem mieszane uczucia, bo z jednej strony podobał mi się taki całkowity zakaz kar cielesnych, bo w jakiejś tam mierze chroni to ogół dzieci przed przemocą, ale z drugiej strony… W sytuacji ekstremalnej nie raz czułem się jakby ktoś pozbawił mnie czegoś mojego, jak rzeźbiarz pozbawiony dłuta, jak malarz, któremu wyrwano z ręki pędzel, a nawet jak żołnierz, któremu zabrano z ręki szablę. Bo przecież kary cielesne używa się nie tylko za nieposłuszeństwo, czy przewinienia, ale też prewencyjnie – świadomość dziecka, że za niewłaściwe zachowanie spotka je nieprzyjemność w postaci pieczenia skóry, skutecznie przed takim zachowaniem ma odstraszać.

Na pewno każdy spotkał się z sytuacją, albo chociaż słyszał o takiej sytuacji, gdzie dziecko w przypływie emocji zaczyna krzyczeć na rodzica. Dzieci „trzymane krótko” raczej tego nie robią, nie używają pyskówek ani wobec rodziców, ani innych osób starszych. Przynajmniej ja będąc tak wychowywanym, nigdy tego nie robiłem. Można więc dopatrzeć się również zalet kar cielesnych. Chociaż szczerze mówiąc, zadaję sobie pytanie, czy to właśnie ten aspekt zadecydował o takim ukształtowaniu mojej osobowości. Tak, czy inaczej, miałem mieszane uczucia co do zakazu, który od chwili zamieszkania w Szwecji miałem respektować.

Wyboru nie było. Zakaz dotyczy wszystkich przebywających na terenie Szwecji, o czym przekonał się któregoś razu pewien niczego nieświadomy polityk, obywatel Włoch, który będąc na urlopie w pewnym szwedzkim mieście, na ulicy dał synowi w twarz. Zaraz zjawiła się Policja i bez większych szans na wytłumaczenie się został aresztowany. Oczywiście można się zastanawiać nad słusznością takiego działania władz i ewentualnym wpływem na przyszłe zachowanie młodzieży. Ale to nic nie da, bo zakaz jest i trzeba go respektować niezależnie czy się to komuś podoba, czy nie.

Co więc robić, kiedy dziecko jest nieposłuszne, albo wręcz napastliwe? Jak reagować, kiedy domaga się od nas spełnienia swoich oczekiwań? Zostawić samo sobie i przeczekać kryzys? Pozwolić, żeby się wykrzyczało do końca? Żeby rzucało się na podłogę w sklepie, bo nie chcieliśmy kupić mu upatrzonej zabawki? Albo dla świętego spokoju zabawkę kupić, żeby zażegnać konflikt i pozbyć się kręgu gapiów? Przytulić pozwalając na krzyk prosto w ucho? A jeśli złość narasta i dziecko zaczyna nas szarpać, a nawet bić?

 

Bezstresowe wychowanie po mojemu.

Co dla mnie oznacza termin „bezstresowe wychowanie”?

Nie oznacza na pewno tego, żeby dziecku pozwalać na wszystko. Na pewno nie jest to „róbta co chceta” Bo nawet jeśli sami chcielibyśmy dziecku „uchylić nieba”, to na pewno nie należy tego robić na jego warunkach. Dziecko czuje się dobrze w określonych ramach. W każdym wieku, na każdym etapie rozwojowym powinno wiedzieć co mu wolno i na ile, a czego mu nie wolno. I od tego są rodzice, żeby mu to mówić, kiedy jest na to odpowiedni czas. Przykład: Moja córka wie, że pewnych rzeczy nie wolno jej dotykać, chociaż zawsze były w jej zasięgu. Na parapecie pokoju dziennego (tego dla wszystkich) stoi kolekcja szklanych ryb. Każda ryba jest inna, każda na swój sposób piękna. Lubimy wspólnie na nie patrzeć jak lśnią w słońcu, czasem o nich rozmawiamy, ale Córka wie, że ich nie dotykamy. Ani ona, ani my, bo to ogólna zasada dla wszystkich. Wie, że są z kruchego materiału i mogą się stłuc. Zdarzyło jej się przypadkiem dotknąć, ale nigdy dotąd żadna z nich nie uległa uszkodzeniu. Podobnie jest z innymi „nietykalnymi” przedmiotami, do których należą między innymi kable i kwiaty, które dorośli mogą dotykać jedynie w razie potrzeby. Ale w odróżnieniu od tej grupy przedmiotów, wszystkie inne są jak najbardziej „tykalne” i nie tylko może się nimi bawić, ale wręcz są dla niej dostępne na prośbę, albo też bawimy się nimi wspólnie. Ogromnym plusem w przekonywaniu dziecka jest to, że my też nie robimy tego, co jest dla dziecka niedozwolone. Zasada ogólna, czyli nie tylko dziecko nie może czegoś robić. Ramy mają i dzieci, i dorośli. Dobrze, jeśli dziecko wcześnie to pojmie.

Czasami jednak dziecko czegoś bardzo chce, ale nie umie tego wyrazić. Wtedy właśnie się złości i jeśli poczuje się zlekceważone, a tak może odebrać metodę „na przeczekanie”, to nie będzie to przeżycie pozytywne z pozytywnym skutkiem, czyli takim, który w przyszłości przyniesie oczekiwane przez nas rezultaty wychowawcze. Dziecko się nauczy, że można je ignorować, jak i samo nauczy się ignorować nas. Czy w takim razie w sytuacji ekstremalnej da coś nasza rozmowa? Na pewno! Tylko musi być przeprowadzona po pierwsze – spokojnie, czyli najlepiej tam, gdzie nie ma dużo ludzi, po drugie – „do zwycięstwa”, czyli skutecznie aż dziecko uzna, że nie ma sensu przeforsowywanie własnych „racji”, które my bierzemy pod uwagę, ale spełnić ich nie możemy. I uzasadniamy dlaczego. To bardzo ważne, żeby wygrał rodzic, mimo zmęczenia sytuacją, mimo straty czasu, w którym musimy coś załatwić. Z każdym zwycięskim wyjściem rodzica dziecko uczy się, że jego metoda jest nieskuteczna i z czasem nabiera przekonania, że nie warto podejmować kolejnych tego typu prób, bo nic nie przyniosą. Mogę powiedzieć, że tę metodę wymyśliłem i dopracowałem na swoim synu. Kiedy dostawał histerii, brałem go na ręce i krępowałem jego ruchy w taki sposób, żeby nie mógł machać rękami, nogami, czy głową, żeby nie zrobił krzywdy sobie, czy mi. I czekałem, aż przestanie krzyczeć. Wtedy przechodziliśmy do drugiego etapu wychodzenia z kryzysowej sytuacji, czyli rozmowy. Rozmowa musi być spokojna, a dziecko musi czuć, że jesteśmy po jego stronie, a to, co robimy jest dla jego dobra. Dostając lanie, raczej nie czuje takiej intencji. Pierwsze takie akcje z Synem trwały u nas jakiś kwadrans, albo i dłużej, i były bardzo wyczerpujące dla obydwu stron. Ale kolejne były już krótsze, bo przecież dziecko się uczy.

 

Poza tym, to my – rodzice, możemy przewidywać w jakich sytuacjach nasze dziecko może „wyjść z siebie” i starać się takich unikać. A rozmowy z dzieckiem na co dzień, podczas wspólnej zabawy, spacerów, w czasie kiedy nosimy je na rękach, podczas posiłków pomogą nam zbudować dobrą relację. Kiedy z dzieckiem aktywnie spędzamy czas, nawiązujemy z nim bezcenną więź, a to powoduje, że my rozumiemy dziecko, a dziecko rozumie nas, samo częściej czuje się rozumiane i ma mniej powodów do histerii. Oczywiście nie ma wychowania zupełnie bezstresowego, ale bez bicia i z dobrym rezultatem naprawdę da się.

 

Chwila w gwiazdach

To nasza wspólna chwila bez dziecka. Córka i teściowa spały od godziny, a my nad jezioro oglądać gwiazdy. Co prawda, byliśmy tylko małą godzinkę i bez koców, i siedząc na ławeczce, a nie jak do tej pory bywało, na pomoście, i nie naliczyliśmy stu rozbłysków w ciągu tej godzinki, ani nawet kilkudziesięciu, ale było wspaniale i emocjonalnie.

Pierwszy raz „spadającą gwiazdę” zobaczyłem jako mały chłopiec siedząc w oknie fantastycznie wysoko położonego mieszkania mojego dziadka. Uwielbiałem to okno. Mogłem siedzieć przy nim godzinami i obserwować gwiazdy, Księżyc, albo burze. Pamiętam to jak dziś. Pewnego wieczoru siedząc w oknie i gapiąc się z rozgwieżdżone niebo, spytałem swojego dziadka czy widział kiedyś kometę. „Kometę” – spytał Dziadek – „…nie” – odpowiedział po chwili zajęty jakimiś swoimi sprawami. I nawet nie zauważył żółtego, ziarnistego rozbłysku na niebie. Krzyknąłem wtedy w emocjach „Dziadziuś, widziałeś?”, ale nie widział. Myślał, że fantazjuję. To był mój pierwszy zaobserwowany meteor i niestety zaobserwowany samotnie. Tego się nie zapomina.

Jakiś czas później widziałem drugi, podobny do tego pierwszego.Jak ja często patrzyłem w niebo za młodu. Po wielu latach, całkiem przypadkowo na zachodnim, jasnym jeszcze po zachodzie słońca niebie zauważyłem bardzo wyraźną, białą smugę stykającą się z horyzontem. To był dosłownie „biały nóż”. Zjawisko trwało dobrych kilka sekund, aż ślad powoli zaniknął. To był najciekawszy i najdłużej trwający świetlny ślad, jaki do tej pory zaobserwowałem i raczej nie należał do Perseidów, bo było to w maju.

Marzy mi się kupić ponton i w przyszłym roku wypłynąć na jezioro z żoną i dzieciakami sierpniową nocą, żeby popatrzeć na piękny spektakl „spadających gwiazd”

A Wy często patrzycie w niebo?

Dumny Tata, dumna Mama

Czasami się słyszy takie coś. Czasami można to przeczytać. I chociaż osobiście kilka ładnych razy spotkałem się z takim określeniem, a nawet mam wrażenie, że spotykam się z tym na każdym kroku, to jednak nie bardzo to rozumiem o co w tym chodzi. I nie chodzi mi o definicję kogoś dumnego, bo to akurat pojmuję, ale w odniesieniu do samego rodzica. Czy powinienem być dumny? Jeśli tak, to z czego? Czy jak ktoś mówi na mnie „dumny tata” w kontekście mojej małej jeszcze córki, to czy to nie jest takie na wyrost? O ile w odniesieniu do mamy rozumiem, bo mama przecież była ciężarna, a później urodziła, to w odniesieniu do ojca – nie bardzo.  Z czego niby mam być dumny? Z tego, że udało mi się spłodzić dziecko? Tylko taka jest moja zasługa. No to może z postępów dziecka? Ale czy jako tata mogę być dumny z postępów dziecka? Zgadzam się, że mogę się z nich cieszyć. I jak najbardziej rozpiera mnie radość z każdego nawet najmniejszego postępu. Ale czy rozpiera mnie duma? Bynajmniej! Przecież to nie moja zasługa. Pewnie,  mogłem się do tego postępu przyczynić codziennymi, wspólnymi zajęciami z dzieckiem, ale to żadna moja zasługa, bo postępy dziecka przede wszystkim zależą od niego samego, od jego chęci, zdolności i całej masy dobrych przypadków, które sprawiły, że do tej pory wszystko idzie dobrze. A jeśli dziecku idzie gorzej? Czy wtedy też mam być dumny z tego, że nie jest źle, bo przecież mogło być jeszcze gorzej? Czy mogę być dumny z córki, a z syna już nie? Czy mam być dumny z obojga jednakowo? Czy ktoś z Was – Drodzy Czytelnicy, ma na ten temat jakieś wyrobione zdanie?

 

 

Samolot

Wyprowadził się. Niby blisko, ale jednocześnie dość daleko. Na tyle daleko, że nie jesteśmy u niego codziennie. Nie byłoby takiej możliwości. Ale tak chciał, tak właśnie mu pasowało. Był o tym przekonany. Chciał tego już wcześniej, ale nie było jeszcze takich możliwości. Poza tym… prawdę mówiąc nie bardzo potrafiliśmy sobie to wyobrazić. Zwłaszcza ja. Nasz syn? Będzie się sprawował na własną rękę? Sam będzie sprzątał, robił zakupy, płacił rachunki, dbał o wszystko? Nie żeby wcześnie w domu miał z tym szczególny problem, bo większość tych zadań pojedynczo jakoś wykonywał i było w miarę dobrze. Ale teraz miałby być przecież zupełnie sam! Czy się nie zaniedba? I w całym tym nawale jeszcze poradzi sobie ze szkołą? Czy da sobie radę ze wszystkim? No i przede wszystkim, czy mimo swojego autyzmu i braku potrzeby towarzystwa nie będzie czuł się samotnie? Wiem, że taka zmiana musi kiedyś nastąpić w życiu każdego młodego człowieka. Ale już teraz?

Ułatwienie

Nie było łatwo, ale udało się – załatwiliśmy mu kawalerkę. Do tego udało się załatwić pewnego rodzaju ułatwienie, pewnego rodzaju serwis – personel, który zawodowo pomaga przy ustalonych wspólnie z nim i z nami czynnościach. Dobrze, że są takie możliwości.

Przeprowadzka zajęła nam kilka dni, z czego najbardziej intensywne były te pierwsze, ale te ostatnie też były pracowite, bo trzeba było wszystko dopiąć na ostatni guzik. Pracowaliśmy całe dnie i wieczory. Moja żona tak już ma, że nic nie może być odłożone na następny dzień :)

W czasie, kiedy byliśmy skupieni na Szachiście, Eyja była z babcią. Nawał pracy u Syna, zmęczenie, tęsknota za Córką, wręcz wyrzuty sumienia. Trochę niepotrzebne, bo po powrocie do domu zawsze się okazywało, że było jej świetnie pod każdym względem i wcale za nami nie tęskniła :)

Kiedy Szachista jeszcze był mały, kupiliśmy mu samolot. Latający model do składania z bardzo delikatnych listewek i elementów drewnianych z plastikowym śmigłem i napędem ze specjalnej, syntetycznej gumy. Wspólnymi siłami – ja i on, poskładaliśmy samolot i kilka razy rzeczywiście z nim wyszliśmy na zewnątrz, żeby się nim pobawić. Niestety nie bawiliśmy się zbyt długo, bo złamało się jedno ze skrzydeł i samolot poszedł w kolejkę rzeczy do naprawy, a później gdzieś mi zniknął z pola widzenia, bo ja tak nie mam, jak moja żona :) Ja jak typowy facet odkładam pewne „mniej priorytetowe” sprawy na później.

Z czasem, kiedy Szachista stawał się nastolatkiem i coraz bardziej dorastał, my również tak jak wielu rodziców, zmagaliśmy się z różnymi zmianami nastroju i zachowania naszej latorośli, typowymi dla nastolatka. Jakoś naiwnie myśleliśmy, że będzie trochę inny, że jest wyjątkowy i szczególny ze względu na swoją przypadłość, swój autyzm, który przecież zrobił z niego zupełnie innego człowieka, o innym charakterze. Ale tak nie jest. To dopada chyba każdego. Po prostu przychodzi okres dojrzewania i chęć decydowania o wszystkim samemu bierze górę nad wcześniej wpojonymi zasadami. Do tego jeszcze pewnie doszło działanie hormonów i to wszystko razem z autyzmem sprawiało, że delikatnie mówiąc, momentami wcale nie był grzeczny. Oboje z żoną czuliśmy się z tym bardzo źle. Nie wiedzieliśmy co robić, żeby to nie dochodziło do eskalacji. Kiedy nie mógł się uspokoić, prosiliśmy go, żeby wyszedł do własnego pokoju, aż się uspokoi. Czasami tak robił, ale nie zawsze. Kiedy nie chciał wyjść, bywało że jedno z nas nie wytrzymywało naporu. Nawet próby uświadomienia mu, że przecież jego mała siostra patrzy, nie przynosiły rezultatu. My z żoną wspieraliśmy się nawzajem. Często było tak, że jedno z nas ratowało sytuację – gasiło ten szalejący ogień, kiedy widziało, że drugie już nie wytrzymuje z nerwów. Czasem to byłem ja, czasem żona. Dobrze jest w takiej sytuacji mieć współmałżonka u boku. Czasem do kłótni dochodziło, kiedy byłem w pracy, wtedy żonie było bardzo ciężko. Nie wyobrażam sobie w takiej sytuacji rodzica samotnie wychowującego takie dziecko.

Po każdej kłótni, kiedy jeszcze opadał na nas radioaktywny pył, prawie zawsze staraliśmy się, żeby przez chmury wyszło słońce. Staraliśmy się przede wszystkim wprowadzić spokój, pracując nad atmosferą, żeby stała się przyjemniejsza. Później rozmawialiśmy z Synem. Zawsze staraliśmy się wskazywać jego błędy w sposób pośredni, przez czyjeś przykłady, przez czyjeś doświadczenia i przeżycia, tak żeby nie czuł, że obwiniamy jego. Ale i tak odbierał to w taki sposób.

Do swoich błędów przyznawaliśmy się szczerze i go przepraszaliśmy. Co bywało powodem kłótni? Najczęściej błahostki. Czasem zwrócona uwaga, czasem prośba o pomoc przy domowych obowiązkach, czasem dosłownie nie w tym miejscu co trzeba położona przez nas łopatka do cięcia sera w plastry. Najczęściej udawało się gasić konflikt w zarodku, kiedy widzieliśmy, że już się zanosi. Ale jednocześnie często czułem, że to nie tak powinno wyglądać. Szacunek powinien być okazywany z obu stron, a tak zażegnany konflikt miał posmak krwi po uderzeniu w policzek, a jeszcze trzeba nadstawić drugi…

W takich chwilach my też mieliśmy serdecznie dość i też chcieliśmy, żeby się wyprowadził. Ale nie zawsze było tylko źle. Często też było dobrze, a nawet cudownie. Miewał dobry humor. Jeździł wtedy na wycieczki rowerem, świetnie piekł chleb i bułki. Często przychodził z kartami, czy szachami, żebym z nim pograł. W porach letnich wychodziliśmy popływać po jeziorach jego pompowanym kajakiem. Mieliśmy taki kilkuletni okres, kiedy staraliśmy się we wszystkie weekendy gdzieś pojechać, coś zwiedzić. Wprowadziliśmy taki rodzinny zwyczaj, że każdy miał swój dzień, dzień przyjemności, w którym wycieczka miała sprawiać przyjemność osobie, która w danym dniu była „kierownikiem wycieczki”. Zadaniem kierownika wycieczki było zorganizowanie dnia w taki sposób, żeby wszystkim się podobało. Jechaliśmy tam, gdzie chciał kierownik, zwiedzaliśmy to, co chciał, robiliśmy, co chciał i jedliśmy posiłek tam, gdzie chciał. Można było się wykazać pomysłowością. Każdy członek rodziny miał swój dzień, w którym był kierownikiem. Przez kilka lat to działało i wspominamy to z wielką przyjemnością.

Ale teraz już tego nie ma. Teraz spotykamy się sporadycznie, kiedy on przyjedzie do nas, albo częściej, kiedy my do niego. Żona bywa u niego ze dwa, trzy razy w tygodniu. Ja tak często nie mogę.

Teraz, kiedy mieszka daleko od nas, łapię się na tym, że nadal delikatnie zasuwam szuflady i staram się po cichu zamknąć szafę wbudowaną w ścianę, żeby nie obudzić go śpiącego. A po chwili dociera do mnie, że przecież w jego pokoju go nie ma… To już jest pokój córki.

Łapię się wciąż na tym, że wyglądam go w autobusie, bo myślę, że przyjedzie ze szkoły, kiedy wracając rowerem z pracy słyszę charakterystyczny warkot silnika na przystanku.A więc tak wygląda samotność rodzica, którego dziecko opuściło rodzinne gniazdo?

Czasem znajduję przedmioty, które mi go przypominają. Własnoręcznie zrobiony na praktycznych zajęciach w szkole otwieracz do butelek, widelec wykuty w szkolnej kuźni…Te rzeczy zostawił, nie chciał ich w nowym mieszkaniu. To dobrze, bo mamy pamiątkę. Kiedy na to patrzę, to łza mi się w oku kręci.

Ostatnio też znalazłem… złamane skrzydło i samolot.