Jadą, jadą misie…

Macie jakiś pomysł dokąd można pójść z dzieckiem w wózku, żeby w ciszy mogło skorzystać z popołudniowej drzemki? Bo ja już nie. Mi się wszystkie wyczerpały. Gdzie by nie pójść, wszędzie się znajdzie ktoś, kto „ma prawo” wzbudzać taki hałas, że każdego by obudził.

Czy każdy zakompleksiony macho musi korzystać z zabawek, które przykują uwagę nie tylko swoim wyglądem, ale i dźwiękiem (czytaj – jazgotem, rykiem, przenikliwym wyciem, albo takim przypominającym serię z ciężkiego karabinu maszynowego tuż nad uchem)? Mam wrażenie, że większość posiadaczy dwóch, trzech, czy czterech kółek, na których jazda dozwolona jest tylko w kasku, po prostu musi, inaczej nie byliby sobą. I tak np. posiadacz motocykla z silnikiem wysokoobrotowym musi sobie przygazować, posiadacz harleya, czy czegoś podobnie pyrkającego musi usunąć tłumiki, żeby z pyrkania zrobić łomot, posiadacz czterokółka zwanego quadem jest chyba najbardziej szczęśliwy, bo nie musi nic robić, żeby jego maszyna nie tylko najbardziej zatruwała powietrze, ale przede wszystkim, żeby wszyscy go dostrzegli, bo jego maszyna „z urzędu” hałasuje ile fabryka dała. Jakby każdy z nich chciał powiedzieć „słuchajcie wszyscy i patrzcie jaki power mam między nogami!!!” A młodzież na takich patrzy i nie chce być gorsza, więc zaopatruje się w odpowiedniki, tyle że z silnikiem 50 ccm i całymi dniami… generują hałas o tej wyższej częstotliwości.

Najmniej na sumieniu mają posiadacze samochodów, chociaż też się zdarza, że tak zwany „sportowy” tłumik i jeszcze bardziej „sportowy” styl jazdy nie daje żyć dzieciom chcącym podrzemać po obiedzie.

Wybudzonej córce recytuję wtedy: „Jadą, jadą misie… Przyjechały do lasu, narobiły hałasu…” Wtedy się uspokaja i najczęściej zasypia z powrotem, choć nie zawsze.

Czy tylko ja tak mam, że mnie to wkurza? Czy Was też to drażni? Macie na to jakąś radę, jakieś specjalne miejsce do spacerów?

Poczucie straty

Jeszcze będąc w wieku przedszkolnym dostał pierwszy zegarek na rękę, z którym bardzo trudno było mu się rozstać. Szybko nauczył się odczytywać godziny i zerkał na zegarek dość często. Któregoś dnia, kiedy tylko zajechaliśmy do przedszkola wszystko było w porządku dopóki nie wszedł między dzieci. Zauważył wtedy, że zapomniał zegarka. Podniósł niesamowity krzyk, ale nie potrafił powiedzieć o co chodziło, dopiero po chwili dowiedzieliśmy się, że o zegarek. Nie pomogło tłumaczenie, że zegarek przecież jest w domu i kiedy wróci, będzie mógł dalej z niego korzystać. Musiałem mu go przywieźć pędząc samochodem najlepiej „na sygnale”. Później w domu tłumaczyliśmy mu sytuację i możliwości rozwiązań, ale trudno było po nim odczytać czy to do niego dotarło.

Od tamtego wydarzenia staraliśmy się pamiętać razem z nim o tym, żeby niczego nie przeoczył. Czasami go sprawdzaliśmy podchwytliwym działaniem, np. wychodząc z domu pytaliśmy czy zabrał ze sobą wszystko, co chciał, zwłaszcza kiedy zauważyliśmy, że nie. Jeśli mówił, że wziął wszystko, to pytaliśmy o tę konkretną rzecz, o której wiedzieliśmy, że chciał ze sobą mieć.

Czasem w naszych codziennych rozmowach poruszaliśmy temat strat. Tłumaczyliśmy, że czasami ludzie ponoszą ogromne, nieodwracalne straty i nic nie można na to poradzić, a najlepszym wyjściem jest po prostu tę stratę przeboleć.

 

Keps – czapka bejsbolówka, czapka z daszkiem, albo sam daszek na pasku. Szachista często takich czapeczek używał ze względu na wrażliwość oczu na światło słoneczne.

Helsingborg. Kto nie był, polecam. Spore miasto położone nad cieśniną Öresund. Po drugiej stronie cieśniny leży duńskie miasto Helsingør. Widać je wyraźnie, bo oba brzegi są od siebie oddalone o jakieś cztery kilometry, czyli praktycznie rzut beretem. Przystań promową w Helsingborgu i pobliską plażę oddziela wysoki, murowany falochron o łukowym kształcie, który nie tylko chroni statki przed falami, ale jest bardzo lubianym obiektem. Masowo przychodzą tutaj spacerowicze, turyści, wędkarze, a latem miłośnicy skoków do wody z dużych wysokości całymi dniami oddają się swojemu ulubionemu zajęciu.

Znam i lubię ten zakątek od czasów kawalerskich i postanowiłem pokazać żonie i dziewięcioletniemu wtedy synowi to nabrzeże, te widoki i ten falochron, który znali już z moich wspominek o pewnym niezwykłym zjawisku wędkarskim, którego byłem naocznym świadkiem pewnego dnia wiosną 1991. Tym razem było spokojnie i prawie pusto w porównaniu z tamtym dniem. Prawie w ogóle nie było ludzi na chodniku falochronu, tylko wiało tak, że flagi łopotały na masztach. Kiedy byłem tu pierwszy raz, było bezwietrznie. Na całym falochronie stało z dwustu wędkarzy, dosłownie jeden przy drugim i wszyscy jak jeden, zarzucali wędkę i wyciągali rybę… zarzucali i wyciągali i tak za każdym razem. Nieskończona masa ryb. Nawet nie trzeba było używać błyszczka, wystarczyła kotwiczka, albo zwykły haczyk, który i tak zaczepiał się przeważnie na skrzelach. Miałem wrażenie, że każdy jeden wędkarz złowił tyle ryb, ile razy zarzucił. Ławica belony była ogromna i prawdopodobnie przypływ skierował ją na te wody, a wędkarze rozeszli się do domów dopiero późnym wieczorem, każdy z niezłym zapasem jedzenia za darmo…

Opowiedziałem swoim tę historię, a potem wziąłem syna na plecy, żeby wspiąć się na wyższy poziom falochronu, z którego skakali młodzi ludzie do wody i pokazać synowi jak skaczą. Sam oczywiście też byłem ciekaw. Żona wtedy wycelowała w nas aparat i pstryk. Chwilę później Syn zaczął krzyczeć. Co jest grane?

– Dlaczego krzyczysz?

– Keps!.. Spadł mi keps!

Silny wiatr zerwał mu z głowy daszek i rzucił na morskie głębiny. Trudno – pomyślałem i zacząłem mu tłumaczyć, że zaraz w jakimś sklepie kupimy nowy, ale Syn wcale nie przestał krzyczeć. Jego poczucie straty dopiero zaczynało narastać. Nic go nie uspokajało, ani moje argumenty, ani Żony. I wtedy pomyślałem, że przecież można odzyskać stracony daszek i po raz kolejny nauczyć Syna czegoś pozytywnego. Nauczyć go, że niekiedy można straconą rzecz odzyskać. Tylko jak teraz daszek wyłowić? Nie, nie wskoczyłem sam. Nie byłem na to przygotowany. Poprosiłem jednego z tych, co skakali, a miły chłopak się zgodził i dziesięć minut później syn nasz z powrotem miał daszek na głowie.

Później w domu znów rozmawialiśmy na temat strat. Tłumaczyliśmy mu, że czasem trzeba się z taką stratą pogodzić, bo nie wszystko w życiu można odzyskać. Są takie straty, których nie zrekompensuje żaden zysk. Jedną z takich strat była strata podudzia, kiedy był malutki. Ale on nie patrzy na to w ten sposób. Być może dlatego, że z tym rósł i nie zna siebie innego, nie wie jak sprawny mógłby być, gdyby nogi nie stracił. Wiemy z żoną, że brak kawałka nogi siedzi gdzieś w jego głębi. Kiedy był mały, lubił rysować. Kiedy rysował siebie, jedna jego noga na rysunku była bardzo wyolbrzymiona, a rysowanie siebie zaczynał właśnie od tej brakującej nogi. Innymi nieodwracalnymi stratami są zabrani przez śmierć bliscy – niedawno Dziadek, a wcześniej Brat, którego nawet nie miał szans poznać.

Wszystkie inne straty są do pogodzenia, a nawet do odzyskania i w takim duchu wiele razy rozmawialiśmy z Synem. Tłumaczyliśmy mu, że nie warto reagować krzykiem w takim momencie, przecież można kupić sobie nową rzecz.

Moja nadzieja, że Syn wyciągnął z tego jasny wniosek i nie będzie reagował krzykiem, była złudna. Jakiś czas później Syn stracił w podobny sposób swoją ulubioną kłódkę, a jego reakcja była podobna. Później o tych małych stratach zapomina, ale pierwsza jego reakcja często bywa okropna.

Z czasem na spotkaniach z jego psychologiem doszliśmy do wspólnego wniosku, że to nie tyle same straty wpędzają go w taki stan, co zaburzenie jego codziennych rutyn, do których te straty mogą doprowadzić. To była dla nas pewnego rodzaju eureka, bo mogliśmy się przed pewnymi reakcjami zabezpieczyć np. zabierając ze sobą zapasowy keps, czy inną ulubioną rzecz, którą musiał mieć przy sobie. Rzeczywiście to działało. Syn nie reagował już tak na stratę, kiedy wiedział, że w samochodzie jest druga rzecz, która zastąpi tę straconą.

Po wywołaniu wszystkich zdjęć z wycieczki okazało się, że żonie udało się zrobić jedno z najlepszych zdjęć w życiu. Jestem na nim ja zadowolony z przerażonym Synem na plecach, a pół metra od jego głowy wiszący jeszcze w powietrzu keps ;)

Mówić, czy milczeć?

Odwieczny dylemat. Właściwie byłaby to indywidualna sprawa każdej osoby gdyby nie to, że da się zauważyć. Prędzej, czy później przy bliższym poznaniu i tak wyjdzie na jaw, że coś jest nie tak, ale jednak jest coś krępującego. Jakiś czas temu spotkałem się z opinią, z którą rzeczywiście się zgadzam, że na różne choroby mamy różne spojrzenie i że są choroby mniej, lub bardziej prestiżowe. I tak na przykład jedną z najbardziej prestiżowych chorób jest ADHD. Całkiem sympatyczna, bo przecież „mało szkodliwa”, ludzie dotknięci nią „po prostu są bardziej energiczni” niż inni i jednym z plusów jest to, że lubią sporty ekstremalne, więc pochwalenie się taką przypadłością w towarzystwie raczej nie wywoła opadu szczęk, czy odrzucenia takiej osoby. A inne choroby? To już bywa różnie.

Nasz syn ma lekki autyzm i na pierwszy, a może nawet i na drugi „rzut oka” nie widać tego po nim. Dopóki nie mieliśmy diagnozy, to sami nie wiedzieliśmy czy rzeczywiście ma ten autyzm, czy go nie ma, bo po żadnym autystyku nie widać jego autyzmu po samym wyglądzie. Owszem, po zachowaniu osoby autystycznej można wywnioskować że ktoś taki może właśnie ma autyzm, ale w przypadku lekkiego autyzmu niekoniecznie. Nieraz w przypływie wzburzenia, które nasz syn miewa kiedy nie jest „na fali”, patrząc z boku można by pomyśleć, że nie umieliśmy dzieciaka wychować, bo się źle zachowuje. Tylko ktoś z wykształceniem, albo doświadczeniem w tym kierunku mógł domyślić się, że to konkretne zachowanie nie jest wynikiem błędów wychowawczych, tylko autyzmu. Można więc nic nie mówić i będzie ok, nie będzie zbędnego skrępowania, bo nikt nic szczególnego nie zauważy.

I takim szablonem można by lecieć przez życie. Pewnie, w szkole trzeba powiedzieć nauczycielom, a później w pracy pracodawcy i będzie okej, oni będą wiedzieć, a reszta nie musi. Będąc na jednym ze spotkań z grupą psychologów, którzy zajmowali się diagnozowaniem naszego syna usłyszeliśmy pytanie, którego właściwie się nie spodziewaliśmy. „Chcecie powiedzieć wszystkim, że wasz syn ma autyzm?” Jak to powiedzieć? Oczywiście, że nie! Wiadomo przecież jak reagują ludzie. Przecież do tej pory nikomu się tym nie chwaliliśmy, a jeśli nawet trzeba było powiedzieć o tym ludziom z najbliższego grona, to spotykaliśmy się z niezrozumieniem. Raz nawet spotkałem się z zakłopotaniem, bo osoba, której o tym powiedziałem potraktowała to jako pewnego rodzaju zwierzenie się z tajemniczego problemu, jakbym mówił o jakimś swoim piętnie. Osoba ta nie wiedziała czy ma mnie żałować, czy pocieszać… Powiedziała mi tylko „ale chyba twój syn wyjdzie z tego?” Poczułem się tak, jakbym usłyszał „ale chyba nie będziesz taki gorszy przez całe życie?” Po tej krótkiej, krępującej wymianie zdań postanowiłem, że nie będę się „otwierał” przed innymi. Gęba na kłódkę i nikomu ani słowa.

Na wspomnianym spotkaniu zaproponowano nam jednak żebyśmy o tym powiedzieli w Szachisty szkole. I to nie tylko nauczycielom i dyrekcji, ale na takim ogólnoszkolnym zebraniu rodziców, co w pierwszej chwili wywołało w nas stanowczy sprzeciw. Jak to, takie poniżenie przed całą szkołą? Ale nie wypadało od razu powiedzieć „nie”. Tym bardziej, że temat się rozwinął i zostały nam przedstawione możliwe zalety takiego posunięcia. Po zastanowieniu się wspólnie z żoną powiedzieliśmy „tak”.

Na ogólnoszkolne zebranie, na którym byli obecni rodzice wszystkich uczniów, nauczyciele i dyrektorka, przybyła trzyosobowa grupa fachowców od psychologii dziecięcej, pedagogiki i autyzmu, i przez małą godzinkę w konkretnym wykładzie wyjaśnili wszystkim czym jest autyzm, jak funkcjonuje osoba autystyczna, jak postrzega świat i jak z nią obcować. Wykład był przedstawiony w jasny i ciekawy sposób, a rezultat dało się odczuć już następnego dnia, bo zgodnie z zaleceniem psychologów, rodzice w domu porozmawiali ze swoimi pociechami o tym, co było mówione na spotkaniu. Takiej reakcji społeczeństwa się nie spodziewaliśmy, bo nie znaliśmy rzeczywistego nastawienia szwedzkiego społeczeństwa, a jedynie naszego. Skończyło się niezrozumienie, skończył się mobbing, a Syn dostał asystenta. Dzięki temu wszystkiemu Szachista całkiem miło przebrnął przez podstawówkę i gimnazjum, a teraz uczy się dalej i już myśli o następnej szkole. A ja nie mam najmniejszej wątpliwości – warto było powiedzieć.

Podobni, ale inni

To było dwa lata temu, Eyja jeszcze w brzuchu. Wróciliśmy do domu z badań USG i już w korytarzu przywitał nas Szachista z bardzo zamyśloną miną. „Żeby tylko nie była taka jak ja…” – stwierdził z wyraźną nutą żalu w głosie. Pamiętam, że w pierwszej chwili chciałem odpowiedzieć, że nie będzie, bo przecież każdy z nas jest trochę inny, ale się powstrzymałem ze swoją banalną odpowiedzią, a Żonka odpowiedziała „Synku właśnie żeby była taka jak Ty!.. Żeby miała takie dobre serduszko…”. To była najlepsza odpowiedź, jaką Syn mógł dostać. Mówiąc to miał na myśli na pewno brak kawałka nogi, ale mógł też mieć na myśli swój autyzm, którego w pewien sposób jest świadomy. Tymczasem przecież nie są najważniejsze braki w człowieku, tylko jego pozytywne strony.

Podobieństwo fizyczne.

Pamiętam, że Szachista początkowo nie przypominał z wyglądu ani mnie, ani żony, ale można było w jego twarzy zauważyć po kim ma oczy, brwi, nos, brodę… I chociaż te elementy zawsze były rozpoznawalne, to ogólny wygląd twarzy trochę się zmieniał na przestrzeni tych kilkunastu lat i czasami przypominał bardziej żonę, a czasami mnie. Daniel był uderzająco podobny do Dziadka (Ojca Żony). Kiedy na świat przyszła Eyja, na początku była bardzo podobna do Daniela i myślałem, że jej tak zostanie, ale po jakimś czasie jej wygląd też zaczął się zmieniać i czasami mi przypomina mnie samego, a czasami żonę, chociaż w jej przypadku bardziej można mówić, że ogólnie jest podobna do mnie, ale wyraźnie z charakterystycznymi cechami Żonki.

20

 

 

Są we mnie myśli, których z nikim nie dzielę.

Myśli kamienne, zimne, zakryte.

Jest we mnie żal.

Dookoła rocznice. Wielkie rocznice. Wielkie i ważne. Przeżywam je.

Ale dla mnie najważniejsza jest moja rodzinna rocznica, moja osobista.

 

Dwadzieścia lat.