Hulajnoga

Kiedy brak kawałka nogi uzupełnia proteza, hulajnoga może być lepszą alternatywą niż rower, szczególnie na początku przygody z pojazdami na dwóch kółkach, gdy umiejętności jazdy są jeszcze w fazie rozwoju. Co prawda utrzymywanie balansu wygląda podobnie, ale dużo łatwiej rozpędzić pojazd odpychając się jedną nogą, niż naciskając na pedały. W ostatnich latach świetną sprawą jest też rowerek biegowy dla małych dzieci, ale to zupełnie inna bajka, bo w przypadku naszego syna nie zdałoby egzaminu. Hulajnoga, to było to. Przypadła mu do gustu dużo bardziej niż typowy rowerek, na którym próbowaliśmy go uczyć jeździć i z którego spadł przy pierwszej próbie przejażdżki, ale o tym w następnym wpisie.

Na początku drugiej klasy szkoły podstawowej wydarzył się wypadek. Syn był wtedy z Babcią na spacerze, Żona w pracy, a ja daleko za morzem przygotowywałem nowy grunt dla rodziny.

Syn na spacer z Babcią i jej psem wybrał się – jak to miał w zwyczaju – hulajnogą, której prowadzenie już nieźle jak na tamten czas opanował. Górka była łagodnie nachylona i długa – dobre dwieście metrów. Jechało mu się fajnie, bo nie musiał się odpychać, a że po równi pochyłej, to i coraz szybciej, nie zważając na wołanie babci i prośby o ostrożność. Małe, twarde kółka na kostce brukowej łatwo wprawiły hulajnogę w wibracje, które coraz bardziej utrudniały mu opanowanie pojazdu. Z tego wszystkiego zapomniał też jak się hamuje. Tuż przed upadkiem wpadł kołem w dziurę i pojechał dalej na własnych rękach i głowie.

Widok wnuka przeraził babcię. Głowa mocno potłuczona, krew lała się z łuku brwiowego, a oko było całe czerwone. Babcia pozbierała zakrwawionego, posiniaczonego i krzyczącego z bólu wnuka, hulajnogę i psa, i czym prędzej zaczęła szukać pomocy. Do szpitala dziecięcego było niecałe pół kilometra, ale z ośmioletnim chłopcem na rękach, bo o własnych siłach nie mógł iść, droga wydawała się znacznie dłuższa już na pierwszych stu metrach. Zauważyła taksówkę, która właśnie powoli zbliżała się do nich, więc podeszła bliżej krawędzi jezdni, chcąc złapać kontakt wzrokowy z kierowcą. Prawie weszła pod samochód, bo widziała, że taksówkarz ją widzi, ale taksówkarz kiedy tylko ich zauważył, szybko odwrócił głowę, żeby udać, że jednak nie widzi i jak gdyby nigdy nic pojechał dalej. Po co mu zakrwawione dziecko w taksówce, jeszcze coś wybrudzi. Babcia próbowała szukać pomocy u jeszcze kilku kierowców, bezskutecznie. Zdana na własne siły dotarła do szpitala.

W szpitalu, gdzie babcia z wnukiem na rękach dotarła pieszo, natychmiast przeprowadzono badania. Oprócz nieznacznych potłuczeń i zadrapań stwierdzono wstrząs mózgu. Długo nie było wiadomo co będzie z okiem, bo w drodze do szpitala strasznie spuchło i zbadanie go było niemożliwe.

Babcia będąc już w szpitalu telefonicznie powiadomiła żonę o wypadku. Żona szybko urwała się z pracy, wsiadła w taksówkę i przyjechała do szpitala. Wysiadając z taksówki usłyszała dolatujące przez okno budynku krzyki i od razu wiedziała, że to Syn i w którym kierunku iść.

Po jakimś czasie został przyjęty na oddział w celu obserwacji, a żona żeby móc zostać z nim musiała postarać się o taką możliwość. A że polskie przepisy są pełne niedopatrzeń, jedynym sposobem na zwolnienie lekarskie było jej „złe samopoczucie psychiczne”, co zresztą nie było jakimś kłamstwem, bo zdarzenie faktycznie spowodowało u niej wstrząs. Szkoda tylko, że polskie prawo nie przewiduje takich ewentualności.

Trauma po wypadku pojawiła się nie tylko u żony, dziecka i babci. U mnie też. Kiedy żona mi o tym opowiedziała przez telefon, zdenerwowałem się tak bardzo, że nie mogłem tej nocy zasnąć myśląc o całym zdarzeniu i co zrobić, żeby na przyszłość uniknąć podobnych zdarzeń, a jednocześnie załagodzić traumę Syna. Kiedy już zasnąłem, śniły mi się agresywne czarne słonie, które mnie atakowały. To był jeden ze snów, których nigdy nie zapomnę.

Na drugi dzień poprosiłem żonę, żeby przekazała ode mnie pozdrowienia i obietnicę, że kupimy nową hulajnogę z większymi, pompowanymi kołami i kask. Wkrótce tak zrobiliśmy, a z kaskiem nie rozstaje się do dziś. Zakłada go zawsze, kiedy tylko wsiada na swój dwukołowy pojazd i robi to do dziś, mimo że według szwedzkich przepisów od kiedy ukończył piętnaście lat, już nie musi.

Spojrzenie na drugiego

Pani w przedszkolu, pani w szkole, pani doktor, albo pan doktor w przychodni, pani i pan na ulicy…

Na „ty” w poziomie i w pionie.

Kiedy zawitaliśmy z Synem w szwedzkiej szkole, pierwszą rzeczą, która była dla niego miłym zaskoczeniem było to, że nauczycielka wyciągnęła do niego rękę i przedstawiła się. No ale jak do niej mówić? – zastanawiał się Syn. Jaki wyraz użyć przed imieniem, żeby było „ładnie”? Jaki wyraz używa się w takim przypadku? Żaden. Po prostu mówi się po imieniu. Podobnie jest w przychodni. Na poczekalnię wychodzi lekarz, wywołuje pacjenta po imieniu, a kiedy ten podchodzi, lekarz wyciąga rękę, przedstawia się jeśli się wcześniej nie znali i zaprasza do gabinetu. Tak samo w pracy, każdy pracownik jest ze swoim szefem, czy dyrektorem na „ty”. Tak jest dosłownie wszędzie. Jest tylko jeden wyjątek. Do króla mówi się na „wy”, ale są też okoliczności wyjątkowe, o których wspomnę później.

Jeszcze z sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat temu w Szwecji było podobnie jak w Polsce, tzn. nie mówiło się na „pan”, „pani”, do osób nieznajomych mówiło się przez „wy” i można o tym jeszcze usłyszeć z ust najstarszego pokolenia, które tak było wychowane. Raz słyszałem jak Szwed, mój rówieśnik chwalił się, że rozmawiał z człowiekiem w takim wieku, że na wszelki wypadek wolał do niego mówić na „wy”. Czy to się zmieniło z pokolenia na pokolenie? Czy była to łagodna ewolucja, czy raczej nagła rewolucja? Nie wiem. Jeszcze trudniej jest mi wyobrazić sobie taką zmianę w Polsce. Ale wszystko na to wskazuje, że prędzej, czy później i w Polsce to się zmieni, bo taki trend powoli zaczyna się zauważać.

Są takie „miejsca” w Polsce, gdzie do zupełnie obcych ludzi mówi się na „ty”. Właściwie nie tyle miejsca, co okoliczności. Ja znam trzy: internet, CB-radio i krótkofalarstwo. Z krótkofalarstwem miałem styczność jeszcze za młodu, kiedy CB-radio jeszcze nie istniało i wtedy się dowiedziałem, że w to bawią się ludzie z całego świata najczęściej zrzeszeni w klubach krótkofalowców, albo osoby prywatne (oczywiście tylko ci bardziej zasobni, bo sprzęt – radiostacja, antena i dodatkowe wyposażenie kosztowało wtedy sporo), a wśród nich są też ludzie z bardzo wysokim statusem, między innymi rodziny królewskie i sami królowie z takich państw jak Maroko, Hiszpania, Tajlandia, Jordania i wiele innych osób. Słyszałem kiedyś opowieść o tym, jak w klubie, do którego uczęszczałem ktoś zrobił wywołanie ogólne i odpowiedział na nie właśnie któryś z królów. Nasz klubowicz, mimo napomnień rozmówcy z drugiej strony uporczywie mówił „wasza wysokość”, co spowodowało, że tamten się obraził.

Mówienie na „ty” tak bardzo weszło nam w krew, że ja osobiście czuję się nieswojo za każdym razem, kiedy jestem w Polsce i coś załatwiam, zwłaszcza tam, gdzie znam ludzi od lat, ale ponieważ wtedy byliśmy na „pan”, to i teraz siłą rzeczy też jesteśmy, chociaż czasami przegadamy dobrą godzinę opowiadając co nowego. Moim zdaniem to niepotrzebny dystans. (Dlatego też czuję się nieswojo, kiedy ktoś na moim blogu, czy w ogóle na internecie zwraca się do mnie przez „pan”).

Syn od samego początku był zadowolony z tego, że do wszystkich dorosłych – znajomych i nieznajomych może mówić na „ty”. Ja też. To ułatwia kontakt, a wcale nie świadczy o braku szacunku. Szacunek, lub jego brak można wyrazić modulacją głosu, kiedy zwracając się do rozmówcy wypowiadamy wyraz „ty”.

Wracając do królów… Dlaczego niektórzy z wielkich tego świata zafundowali sobie takie hobby? Może rację miała Kora, kiedy zaśpiewała: „Tylko dlatego, że jesteś nikim, możesz pogadać z innym człowiekiem…”?

A Ty, drogi czytelniu, co o tym sądzisz?

Fatalny błąd

Dziesięć lat temu, kiedy po raz pierwszy wraz z żoną i synem poszedłem do nowej – szwedzkiej szkoły, żeby syna zapisać, spotkałem się z kilkoma sprawami, które dla mnie były nowością. Na przykład na jednym z formularzy musiałem podać przynajmniej dwa numery telefonu – tzw. pierwszy i tzw. drugi kontakt. I nie chodziło o numer domowy plus komórkowy, ale o mój albo żony numer jako pierwszy kontakt, a jako drugi – innej osoby, np. kogoś bliskiego, lub szefa – kogoś z kim byłby jakiś kontakt, kto może udzielić jakiejś informacji w razie gdyby zawiódł ten pierwszy kontakt, czyli ja. Tak się robi we wszystkich szkołach, których uczniowie jeszcze są niepełnoletni, tak się robi w przedszkolach.

Jako rodzic – opiekun mam obowiązek zgłosić nieobecność dziecka najpóźniej w momencie rozpoczęcia zajęć danego dnia. Jeśli nie, szkoła/przedszkole dzwoni do mnie. Jeśli nie odpowiadam, szkoła dzwoni do drugiej osoby, której numer podałem, która wie co się z nami aktualnie dzieje. Jeśli druga osoba nie odbiera telefonu, lub nie wie co z uczniem, szkoła dzwoni na Policję. Taka procedura obowiązuje we wszystkich szkołach i przedszkolach w Szwecji, a rutyny różnią się jedynie czasem reakcji – niektóre szkoły dzwonią po kwadransie, inne po trzydziestu minutach, a jeszcze inne trochę później, ale najpóźniej po pierwszej „godzinie lekcyjnej”. W zależności od placówki telefon wykonuje nauczyciel (przedszkolanka), albo intendent po przekazaniu sprawy przez nauczyciela. Nie ma takiej możliwości, żeby Szkoła (Przedszkole) nie wiedziała co się dzieje z dzieckiem.

Czy w dzisiejszych czasach, kiedy oprócz telefonów stacjonarnych prawie wszyscy posiadają telefony komórkowe, zaprowadzenie takich procedur jest czymś trudnym? Jak to jest możliwe, że w polskich szkołach i przedszkolach takich procedur jeszcze nie ma? A może w Polsce takie coś jest nikomu nie potrzebne? Może to zbędne koszty?

W świetle wtorkowych wydarzeń widać, że czasem wystarczy jeden telefon, żeby zapobiec tragedii, żeby uratować komuś życie. Przecież gdyby ktoś z tego przedszkola zadzwonił w pierwszej godzinie po rozpoczęciu zajęć do któregoś z rodziców Oliwii, to tamto zdarzenie nie miałoby tak katastrofalnych skutków. Brak takiej procedury to fatalny błąd.

Upiorne spotkanie

Piękny i tajemniczy półwysep otoczony sporym jeziorem jak na jej oko można było obejść w ciągu pół godzinki. Mogła wybrać nową drogę prawie nad samą wodą, ale wybrała tę leśną, tę bardziej tajemniczą. Może dlatego, że fascynowała się ukształtowaniem terenu i chciała zobaczyć skalną ścianę na środku półwyspu, a może dlatego, że po prostu chciała na tej wycieczce być sama, nie spotkać jakichś obcych ludzi, którzy by dziwnie patrzyli na jej turystyczno-geologiczne hobby. Wiedziała też dobrze, że o tej porze roku na takim półwyspie nie spotka żadnych groźnych zwierząt, ewentualnie wiewiórkę, głuszca, albo co najwyżej sarnę. Łosie też lubią okolice jezior, ale nie zapuszczają się na odcięty z prawie wszystkich stron półwysep, bo mogą się stać łupem ludzi.
Dziewczyna zdążyła przejść jakieś sto metrów w głąb lasu, kiedy dobiegły ją jakieś głosy. Stanęła na ścieszce i nasłuchując wypatrywała skąd dochodzą. Z naprzeciwka dość szybko w jej kierunku szli dwaj mężczyźni, ale byli jeszcze daleko. Przyjrzała się uważniej i zauważyła, że jeden z nich niesie ciężki kamień, a drugi dziecko. Co jest grane?! Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała, a jeszcze w takim odludnym miejscu! „O nie… to nie wróży nic dobrego” – pomyślała i aż dreszcze przeszły ją po plecach. Co oni zamierzają zrobić? Co będzie jak zobaczą ją? Lepiej się ukryć, ale nie bardzo jest gdzie. Lepiej udać, że się zabłądziło i jak najszybciej w tył zwrot i wiać! Może nawet pozbyć się plecaka, co prawda nieciężki, ale każdy kilogram może być decydujący…
Ale co z tym dzieckiem? Najlepiej się oddalić i obserwować jak oni się zachowują. Na szczęście miała na sobie ubrania o stonowanych kolorach, które łatwo wtapiają się w leśne tło. Tak zrobiła. Oddaliła się od nich i obserwowała co te podejrzane typy zrobią. Wszelkie dziwne myśli kołowały jej się po głowie. Co zrobić? A może lepiej by było, gdyby ją zobaczyli? Może wtedy by się wystraszyli, że ktoś ich widzi i nie zaniechaliby tego, co zamierzają? A może od razu zadzwonić po pomoc? Sprawdziła na ekranie telefonu czy nie jest poza zasięgiem sieci. Tylko do kogo? Na Policję? Jeśli nawet zadzwoni na Policję, to czy tamci zdążą? Postanowiła się typom pokazać, ale trzymać się w bezpiecznej odległości. Zauważyli ją. Teraz ona patrzyła na nich, a oni na nią. Zaczęła się rozglądać dokąd prowadzi droga, na której się znajdowali i nagle sobie uświadomiła, że ta droga wiedzie do nikąd, kończy się, a dalej rosną gęsto młode drzewka. „Jeszcze tego brakowało!” – pomyślała – „Przeoczyłam tamto rozdroże, na którym postanowiłam pójść w głąb lasu, a teraz oni tam są! Jestem w potrzasku! Co zrobię, jak nie skręcą?” Po chwili odetchnęła z ulgą, bo tamci skręcili i zeszli na nową dróżkę. Dziewczyna postanowiła, że za nimi pójdzie, bo już się nie martwiła o siebie, tylko o to dziecko. Ją przecież widzieli, ale za nią nie poszli. Kilka minut później byli już na plaży. Weszli z dzieckiem na pomost i… chlup!.. chlup!.. chlup!.. ku wielkiej radości dziecka, które okazało się śliczną dziewczynką, wrzucali do wody wszystkie te ciężkie kamienie, które ze sobą przynieśli. To wieloletnia pasja jej dużo starszego brata. Wielkie kamienie wygrzebane spomiędzy korzeni przewróconego przez silne wiatry drzewa przynieśli, żeby nie brać kamieni, z których usypana jest droga. Dziewczynie najwyraźniej spadł kamień z serca. Zdjęła czapkę, spod której wysypały się jasne włosy, zdjęła okulary i z bliskiej już odległości przywitała się ze zwariowaną rodzinką :)