Zauważyć dziecko

Z jaką uwagą patrzymy na dzieci? Jak reagujemy, kiedy widzimy, że dziecko czuje się zlekceważone, albo nawet zagrożone?

Scenka pierwsza.

W pewnym domu handlowym wraz z rodziną robię zakupy. Ja, żona, dwoje moich dzieci, i ich babcie. Spotykamy znajomych z ich dwojgiem dzieci, i jak się po chwili rozmowy okazuje, z ojcem znajomej, który przyjechał do nich w odwiedziny. Zanim jednak go zobaczyliśmy, zanim do nas dołączył, przez krótką chwilę stoimy gromadnie w ubocznej alejce i cieszymy się przypadkowym spotkaniem my – dorośli i nasze dzieci. Ich chłopiec żywiołowo kręci się od regału, do regału, czasami od mamy do taty, albo do wózka, w którym siedzi jego siostra. Po chwili rozmowy znajoma mówi, że zawoła swojego tatę, bo przecież nie mieliśmy okazji się poznać. Tata – wysoki i masywny, starszy człowiek na zawołanie zbliżając się szybkim krokiem do nas natrafia na radosnego wnuka, który od jakiejś chwili stał nieruchomo na środku alejki, rzuca na niego okiem, odepycha go energicznym ruchem ręki jak jakiś przedmiot, jak pozostawiony przez jakiegoś beztroskiego klienta wózek, robi jeszcze dwa kroki i się nam przedstawia. Chłopiec tylko dzięki swojemu sprytowi nie wpada na regał. W ostatnim momencie wykonuje piruet tak, że odruch obronny zrobiony rękami przed uderzeniem w półkę okazuje się niepotrzebny. Podchodzi do swojego taty i z zawiedzioną miną coś do niego szepcze. Dostaje odpowiedź, ale i tak uczucie przykrości pewnie jeszcze długo w nim siedzi. Widać nie pierwszy raz został potraktowany przez dziadka jak niepotrzebny przedmiot.

 

-          Widzieliście to? – spytałem swoich, kiedy już byliśmy osobno.

-          Co? – spytali moi.

-          No… jak dziadek wnuka potraktował…

-          Nie…

Tylko jedna osoba na sześć dorosłych zauważyła to zdarzenie. Reszta była pochłonięta rozmową.

 

 

Scenka druga.

Harpun jest młodym człowiekiem, świetnym kolegą i współpracownikiem, jest punktualny, obowiązkowy i dużo od siebie wymaga, a że jest kierownikiem zmiany, wymaga też od innych, na co niektórzy narzekają i nazywają go służbistą. Pracuje na całodobowej stacji benzynowej. Jest ciemno, wieczór, na stacji początek nocnej zmiany. Razem z kolegą mają jak zwykle dużo pracy przy rozłożeniu towaru w sklepie, a oprócz tego muszą trzymać oko na to, co się dzieje na zewnątrz przy dystrybutorach. Do sklepu przychodzi dwoje małych dzieci, dziewczynka wygląda na cztery-pięć lat, chłopiec na pięć-sześć, prawdopodobnie są rodzeństwem. Dzieci chcą kupić batoniki. Mają pieniądze. Harpunowi jednak coś nie gra. Dzieci wyglądają mu na smutne. Co robią tak późno same? Dlaczego kupują batoniki? Zaczyna z dziećmi rozmowę. Dzieci trochę niejasno odpowiadają na pytania, ale udało sie dowiedzieć, że ktoś na nie czeka w zaparkowanym samochodzie przy małej osiedlowej uliczce jakieś dwieście metrów dalej. Dlaczego ten ktoś nie przyszedł z dziećmi? Dlaczego nie podjechał na parking stacji? Harpun wziął dzieci za ladę, wypytał delikatnie o szczegóły, chwycił za telefon i zadzwonił na policję . Akcja była szybka i cicha. Nie minęło kilka minut od telefonu, a facet miał na łapkach kajdanki. Okazało się, że to poszukiwany pedofil. Do dziś nie wiemy co to za dzieci, z której części miasta, gdzie wtedy byli ich rodzice i jak dzieci znalazły się w samochodzie obcego człowieka.

Ilu z nas zauważyłoby, że dzieci, z którymi akurat mamy do czynienia są w tak dramatycznej sytuacji? Ilu z nas zadziałałoby tak trzeźwo i zdecydowanie jak Harpun?

 

 

Jak niektórzy ojcowie interesują się swoim dzieckiem?

Scenka trzecia.

Na tej samej stacji stoimy z kilkoma kolegami z firmy, właściwie z różnych firm. Prawie wszyscy po czterdziestce, tylko trzech z nas ma dwadzieścia parę. Stoimy w kręgu i rozmawiamy o pracy, o zarobkach, o warunkach w Polsce i możliwości utrzymania rodziny. Leszczu należy do starszyzny. Zawsze robi rybie oczy, kiedy nie wie co powiedzieć, a dość często mu się zdarza. Opowiadamy właśnie o naszych dzieciach, dzielimy się ich postępami, przeżyciami, niektórzy mają dzieci w wieku przedszkolnym, inni w szkolnym. Leszczu zaczyna coś tam opowiadać o swoim. Ktoś zadaje mu pytanie  – „Ty… to ile ten twój syn ma lat?”. Leszczu zamilkł, zrobił rybie oczy –„Aaa… sześć… czy siedem…”

Inna perspektywa

Które dziecko nie lubi być noszone na rękach? Ja takiego nie znam. Syna nosiłem od samego początku, od kiedy już mógł być z nami, aż do momentu, kiedy sam zaczął chodzić, a i po opanowaniu tej sztuki, też go często nosiłem. Na przykład kiedy był zmęczony, a zdarzało mu się często z pewnego powodu. Aktualnie noszę córkę, chociaż już chodzi i biega, bo za miesiąc skończy półtora roku. Noszę ją dość często i wcale się nie boję, że ją rozpieszczę tym noszeniem i spowoduję, że nie będzie chciała chodzić sama. Uwielbia chodzić na spacery, wychodzić przed dom, żeby z rodzicami i bratem pokopać piłkę. Ale być noszoną też lubi. Lubi siedzieć u mnie na ręku i przyglądać się czynnościom, które wykonujemy np. w kuchni bardzo lubi zaglądać do garów co się gotuje i w jaki sposób, jak robię herbatę, czy kawę, pomaga wtedy wyciągać torebki z pudełka i wkłada je do kubków, a potem patrzy jak zalewam, w pralni bardzo uważnie patrzy na to, co ja robię i chce mi pomagać. Oczywiście niektóre czynności robię sam, ale inne, takie łatwiejsze pozwalam robić jej, a nawet sam ją do niektórych angażuję. Eyja często sama domaga się, żebyśmy poszli do pralni, nawet w te dni, kiedy nie pierzemy. W domu ma otrzaskaną większość szafek i szuflad, do których dziecko może zajrzeć tylko z rąk rodzica, bo ze swojej perspektywy szufladę widzi tylko od dołu. Myślę, że takie coś nie jest dla dziecka szkodliwe tylko dlatego, że może się przyzwyczaić do noszenia na rękach. Przynajmniej w jej przypadku nie ma mowy o czymś takim, jak niechęć do chodzenia o własnych siłach z powodu „rozpieszczenia”. Jestem wręcz przekonany, że takie noszenie jest jednym z czynników umacniających więź rodzica z dzieckiem, dzięki temu też dziecko lepiej się rozwija, gdyż szybciej opanowuje i poznaje swoja przestrzeń życiową.
Eyja coraz częściej zaskakuje nas tym, że używa słowa, o których nie wiedzieliśmy, że je zna.

Wczoraj przyszła do nas sąsiadka, którą my wszyscy bardzo lubimy. Właściwie jest to bardziej sąsiadka babci naszych dzieci. Jest Polką, więc to, co mówi, Eyja rozumie w przeciwieństwie, do tych znajomych, z którymi po polsku nie rozmawiamy. Znajoma siedziała w kuchni przy stole wraz z babcią, a żona miksowała i rozdzielała zupkę do słoiczków, którą potem zje nasza córka. Nasza znajoma jest zachwycona Eyją i jej zdolnościami, ale to, co zobaczyła wczoraj przyprawiło mnie o atak śmiechu, a stan wesołości utrzymywał się przez cały wieczór. Tak dla próby i z czystej ciekawości co będzie, żona poprosiła Eyję, żeby przyniosła zakrętki do słoiczków, które są w pewnej szafce, ale poza kuchnią. Eyja wysłuchała i wyszła z kuchni. Znajoma powiedziała tylko „nie wierzę!”, po czym dodała „jak to zrobi, to chyba tu padnę…”. Po chwili Eyja wróciła z zakrętką w rączce, podała mamie i powiedziała „znalazłam” – słowo, którego do tej pory nie używała, czym zaskoczyła też nas wszystkich :)