Pytanie :)

Nasza sąsiadka – poczciwa ponad siedemdziesięciolatka wiedziała o naszych problemach najwięcej. Wiedziała o Danielku, wiedziała o Szachiście, wiedziała o tym, że po długich staraniach o dziecko straciliśmy nadzieję na własne i zaczęliśmy się starać o adopcję. Bardzo rzadko bywała w swoim mieszkaniu a co za tym idzie u nas, bo lubi pomieszkiwać w różnych miejscach, ale kiedy już przyjeżdża tu, gdzie mieszkamy, zawsze nas odwiedza i rozmawia. Ma w zwyczaju mówić głośno i zawsze jest bardzo spontaniczna. Rozmowom nie ma końca. Zawsze podejmuje życiowe tematy, a najczęstszym tematem są dzieci. Dużo wtedy rozmawialiśmy o adopcji i wszystkich troskach i problemach z tym związanych. Wtedy wręcz tylko tym żyliśmy. Sama też dużo opowiadała o swoich problemach. Jej przyszywana wnuczka odeszła nagle. SIDS. Mimo, że nie jest to jej prawdziwa rodzina, ona bardzo to przeżywała i nadal przeżywa. Była bardzo związana z tą maleńką dziewczynką.

Nasza sąsiadka zniknęła pewnego razu na okres dłuższy niż zwykle. Sami nie zdawaliśmy sobie sprawy jak długo jej już nie widzieliśmy, kiedy zeszłego lata zobaczyliśmy charakterystycznie idącą postać. Wychodziliśmy wtedy z pobliskiej kawiarni z lodami w rękach, pchając wózek z naszą siedmiomiesięczną córeczką. Ona szła w towarzystwie kilku dorosłych, to chyba była jej rodzina. My z żoną, dziećmi i ich babciami. W ogródku kawiarni wszystkie stoły zajęte przez chłodzących się lodami gości. Nie było zbyt gwarno, może przez ten rozleniwiający upał. Sąsiadka na nasz widok bardzo spontanicznie zaczęła na skróty zmierzać w naszym kierunku, żeby się z nami przywitać i jak zwykle pogadać. Głośno przywitała się z nami jeszcze z daleka, czym przykuła uwagę siedzących w ogródku. Kiedy zobaczyła wózek, a w nim naszą córeczkę, nie bacząc już na otoczenie zaczęła z radości wykrzykiwać, czym przykuła już uwagę wszystkich obecnych, ale w ogóle tego nie widząc spytała:
- A ta panienka skąd się wzięła?!
- Z brzucha! – odpowiedziała rezolutnie moja żoneczka.
My zaczęliśmy się śmiać, bo wiedzieliśmy o co chodzi, ale wszyscy inni zbaranieli.

Ach te kobiety!

Chyba każda rodzina ma jakiś własny, malutki żargon. Choćby parę słów, które są rozumiane przez ogół, ale dla danej grupy mają jakieś szczególne znaczenie. Od kiedy Szachista zaczął się z nami komunikować werbalnie, niektóre nasze wyrażenia były szczególnie nasze. Jakoś się utarło, że na żonę, teściową i moją rodzicielkę mówiliśmy „kobiety”. I tak zostało do tej pory. Teraz też grono kobiet w naszej rodzinie zasiliła jeszcze córka. Ale kiedy Szachista jeszcze był malutki (ok czterech lat), określenie „kobiety” tak bardzo przypadło mu do gustu, że zawsze tak do siebie mówiliśmy, bo po co mówić „gdzie jest mama i babcia”, albo „kiedy przyjdzie mama i babcie”, kiedy wystarczyło „gdzie kobiety?” I tak nam zostało… „kobiety to…”, „kobiety tamto…”. Może niektórzy się obruszą, że to poniżające, albo dyskryminujące, ale my posługując się tym wyrazem, nigdy nawet tak nie pomyśleliśmy. Przeciwnie. Dla nas to był skrót, który jednocześnie był ciepłym określeniem przedstawicielek płci żeńskiej w naszej rodzinie.
Pewnego razu Szachista towarzyszył mamie i babci w robieniu zakupów na rynku. Pogoda piękna, wokół straganów i sklepików pełno ludzi, do niektórych stoisk kolejki… Żeby skrócić sobie czas oczekiwania, żona i teściowa postanowiły się rozdzielić i stanąć w dwóch różnych kolejkach. Syn został na małym placyku między sklepikami i zajął się zabawą. Był tak mocno zajęty, że nie zauważył, że kolejka, w której stała mama posunęła się mocno do przodu i tam, gdzie widział ją ostatnio stali już inni ludzie. Żona stała już blisko sprzedawcy i miała kupować, zauważyła, że syn zaczął się za nią rozglądać, ale kontrolowała sytuację i pomyślała, że za chwilę go zawoła już z zakupami. Syn jednak zwątpił, bo ani mamy, ani babci nie widział i wystraszony rozpłakał się na głos. Ludzie z kolejek w tym samym momencie odwrócili się w jego kierunku i zaczęli patrzeć, co się dzieje. Ktoś zapytał:
- Chłopczyku, a dlaczego ty płaczesz?
- Kobiety mnie zostawiły! Wyjaśnił rzeczowo nasz syn.

Diabeł zwany Tabletem

Co robi? Zakrada się do Twojego domu podstępem. Poplecznicy tego diabła, czyli jego producenci i dystrybutorzy przeważnie przez reklamy, albo innymi drogami chcą dotrzeć do Twojej świadomości, żebyś tylko go kupił. Zakrada się, żeby podstępnie opętać Twoje dziecko. Jego celem jest zło, całkowite pochłonięcie i wyniszczenie. Kiedy tylko Twoje dziecko dotknie tego magicznego ekranu, tablet wciągnie je do środka i już nigdy nie wypuści.

Przesada? Oczywiście! Ale to, w jaki sposób niektórzy wypowiadają się o korzystaniu przez dzieci z tableta, laptopa, czy innego tego typu urządzenia, wywołuje we mnie taki nastrój, jakbym za chwilę miał być spalony na stosie przez inkwizycję naszych czasów. Każda treść, którą do tej pory spotkałem, to krytyka, potępienie, lub szydzenie z rodziców, którzy zaopatrzyli swoje potomstwo w taki sprzęt.
Czy rzeczywiście tak jest, że taka „zabawka” nie przynosi żadnych korzyści oprócz tego, że rodzic ma chwilę dla siebie, a w zamian na zawsze odbiera dziecku inwencję, kreatywność i wszystko, co dziecko może rozwinąć przy pomocy zwykłych zabawek i książek?

Kiedy moja córka skończyła sześć miesięcy, kupiłem jej najlepszy wtedy tablet dobrej firmy (żeby nie uprawiać kryptoreklamy). Dziś moja córka ma prawie półtora roku, a ja ani trochę nie żałuję zakupu. Mogę wręcz powiedzieć, że sprzęt na siebie zarobił. Moja córka mówi więcej niż dzieci w jej wieku, zna dużo słów przede wszystkim polskich, ale też szwedzkich i poznaje angielskie. Oczywiście nie mam żadnych dowodów na to, ani sam nie twierdzę, że to wszystko za sprawą tableta. Pewnie ma to po swojej cioci, która w jej wieku mówiła więcej niż chodziła i pytała o wszystko. Pewnie po prostu jest zdolna sama z siebie. Ale jeśli to zdolności, to dlaczego ich nie rozwijać przy pomocy między innymi właśnie najnowszych dostępnych urządzeń? Dlaczego ich w ten sposób nie wspierać?

Możliwości sprzętu są praktycznie nieograniczone. Kupowałem tablet z myślą, że:
1- Będzie z niego korzystać córka, ale w naszej obecności, co do tej pory w praktyce okazało się łatwiejsze niż myślałem, bo korzysta z niego tylko przy stole, a przy stole to ona długo nie wysiedzi.
2- Będziemy wspólnie korzystać z internetu, głównie strony Youtube, gdzie ogląda polskie, lub polskojęzyczne bajki. W praktyce okazało się, że oglądamy też szwedzkie, bo w Szwecji mieszkamy i rosyjskie, bo ona je lubi.
3- Będziemy robić zdjęcia i filmy na spacerach i wycieczkach, a po przyjściu do domu wspólnie wspominać te wyprawy i oglądać to, co zarejestrowało oko aparatu. To w praktyce jeszcze nie weszło w życie, bo do niedawna córka przesypiała prawie cały czas spaceru, i dlatego ja nie zrobiłem zbyt dużo filmów ani zdjęć wszystkim zjawiskom, bo chciałem, żeby widziała, że robię fotki. Ale to jeszcze przed nami. Za to z chęcią ogląda filmy ze sobą w roli głównej i w pozostałych rolach z bratem, mamą, babciami i mną, które wspólnie zrobiliśmy w domu. Radości ma przy tym mnóstwo.
4- Będzie mogła się czasem pobawić aplikacjami dla dzieci. Z początku do zabawy wybierała tylko te najbardziej interaktywne, gdzie każdy fragment obrazka coś robił po dotknięciu, albo na obrazku było jakieś ukryte, lub oczywiste zadanie do wykonania. Jedną z pierwszych jej ulubionych jest „Lokomotywa” na podstawie wiersza Juliana Tuwima – polecam. Niedroga aplikacja, a dość dobrze nafaszerowana interaktywnością. Są też aplikacje-książki w ogóle nieaktywne, tylko kartki się przewracają. Tymi aplikacjami zaczęła się interesować dopiero niedawno, bo teraz do nich dojrzała. W ten sposób mamy łatwy dostęp do polskich książek, na które musielibyśmy długo czekać i zdobywać w kosztowny sposób.

Oprócz tych wszystkich zabaw, które przewidziałem, córka odkrywa mnóstwo innych możliwości. Sama robi sobie zdjęcia, sama wyszukuje filmy w sieci. Ostatnio odkryła Busy Beavers (filmy do nauki języka i liczenia w różnych językach) i codziennie z mozołem „ćwiczy” angielski… a my z nią.

Córka nie przesiaduje sam na sam z tabletem i nie robi tego za długo. Woli spędzić czas na spacerach, zabawie, albo książkach i to niekoniecznie własnych, częściej sięga na nasz regał, mimo że nasze książki nie mają obrazków :) ale fajnie się z nich buduje wieżowce.

Nie boję się przestróg, że tak wszesny kontakt dziecka z elektroniką może je skrzywić psychicznie, albo wywołać jakieś choroby nerwicowe, czy też nieodwracalnie zepsuć wzrok. Uważam, że codzienna dawka jest odpowiednio wyważona i przyniesie dużo więcej pożytku, niż strat.
Mój dorosły już syn od początku podstawówki miał własny komputer. Korzystał z niego z umiarem. W szkole, do której obecnie chodzi, każdy uczeń i on też otrzymał nowego laptopa. W innych szkołach też zaopatruje się uczniów w taki sprzęt, a w jednej uczniowie dostali tablety, ale po roku okazało się, że nie są ergonomiczne, bo nie mają odpowiedniej (fizycznej) klawiatury.

Każde dziecko jest inne, a zadaniem rodziców jest indywidualne podejście do każdego jednego dziecka i rozważenie od jakiego wieku i czym może, a czym nie powinno zajmować się ich dziecko.
Postęp cywilizacji zmierza w kierunku rozwoju techniki komputerowej i nie da się przed tym całkowicie dziecka schować. Z czasem może się wiec okazać, że dziecko, które rodzice tak bardzo chcieli ustrzec przed tym „zmaterializowanym złem” będzie miało w szkole dużo do nadrobienia.

Podobno każdy ma swój…


…kawałek cienia

Eyja próbuje już powtarzać wszystkie słowa, które jej się podobają, a jest tego dużo, tak dużo, że już nie potrafię zliczyć. We wtorek zaskoczyła nas wszystkich, tzn. najpierw mnie, bo zdążyłem zapomnieć, że przeważnie wchodząc do domu liczyliśmy schody… więc policzyła sama: „jeden… dwa… tsz…” ale wtedy byłem z nią sam na sam, więc wszyscy myśleli, że przesadzam. Ale w środę policzyła paluszki: „jeden… dwa… tsz… tery… mięć” :)
- Pięknie Eyja!
- Mięknie – potwierdziła Eyja :)