Kumple

W niewielkiej księgarni kilkanaście osób rozglądało się cicho za jakimiś książkami. My też. My, czyli ja, moja żona i synek, który wtedy miał z pięć, może sześć lat. Początkowo oglądaliśmy książki wspólnie, ale po chwili się rozdzieliliśmy i każde z nas poszło w swoją stronę, obserwując dziecko kątem oka. Synek oglądał najpierw książki umieszczone na stołach, ale przy ówczesnym swoim wzroście nie widział zbyt dobrze, więc się tym szybko znudził. W pewnym momencie zauważył jeden z wysokich regałów z napisem „bajki”, stanął na wprost niego i na cały głos w tonie głębokiego westchnienia powiedział „Życie, to nie bajka…”. Rozbawił tym wszystkich obecnych :)

Skąd mu się to wzięło? Bajek nie oglądał z takim skupieniem jak reklamy. Każda reklama była dla niego jak jakaś mądrość narodowa, coś, co trzeba cenić i koniecznie się nauczyć jej treści. A że pamięć miał nie od parady, to i zasób cytatów ogromny. Nie znał ich znaczenia. Do dzisiaj ma problem z prawidłowym zrozumieniem większości przenośni. Ale chętnie zapamiętywał i jak mu się skojarzyło, to czasami mówił, tak jak wtedy w księgarni.

Dlaczego Szachista nie je ryb? Nie dlatego, że jedną z nich uratował. Zrezygnował z ryb już wcześniej pod wpływem cytatu z filmu pt. „Gdzie jest Nemo?”. „Ryby to kumple, nie żarcie” – pamiętacie to? Wystarczyło, że ten film zobaczył jeden raz, a jeden element z diety bezpowrotnie odpadł, więc kiedy na ekrany kin wchodził film „Uciekające kurczaki”, zrobiliśmy wszystko, żeby z jego diety nie odpadł też drób.
Nie wiem, czy producenci takich filmów zdają sobie sprawę z tego, że ich produkcja może na całe życie wyeliminować sporą część jedzenia z gustu dziecka z autyzmem. Pewnie nie. Na szczęście udało się go przekonać, że paluszki rybne, to nie to samo co ryby :) Ale te paluszki były ścisłym wyjątkiem. Filety, kotlety i inne patenty nie wchodziły w grę. Za każdym razem, kiedy żona przygotowywała rybę, robiła to podczas jego nieobecności, bo przecież to jego kumple ;)
Jednak to, co filmowcom udało się tylko po części, to w stu procentach uda się systemowi edukacji. Pewnego dnia nasz syn przyszedł jakiś taki zgaszony ze szkoły. Nigdy nie opowiadał ze szczegółami, czego się uczyli w szkole, zawsze trzeba było go wyciągać za język. Tym razem zapytany przez nas otworzył się chętnie. Podczas kilku lekcji biologii dzieciaki miały naukę o rybach. Na pierwszej z tych lekcji poszli nad jezioro, złowili rybę i sprowadzili ją żywą do szkoły. Później przez parę tygodni uczniowie się nią opiekowali, karmili, dbali, pielęgnowali… aż ostatniej lekcji kiedy to nauczyciel pozbawił ją nie tylko wszelkich nadziei na powrót do jeziora, ale na oczach uczniów pozbawił ją życia, a potem zrobił sekcję. Po czym na lekcji gospodarstwa domowego usmażono ją i poczęstowano dzieci. To ostatecznie zaważyło na decyzji o niespożywaniu mięsa ryb.
Ja wiem, że niejednemu uczniowi taka kompleksowa nauka wyszła na dobre, ale nie każdy myśli tak szeroko. Nie każdy patrzy na ryby jak typowy rybak. Skupienie co wrażliwszych może się zatrzymać na punkcie kulminacyjnym, przesmutnej śmierci ryby.

Złota rybka

Poszliśmy pewnej jesieni nad jezioro. Ja i Syn. Ot tak dla dotlenienia. Był taki czas, że robiliśmy to często. Stawaliśmy wtedy na brzegu i… rzucaliśmy do wody kamienie. Na początku to było „puszczanie kaczek”, ale w tym rzucaniu Syn dość szybko poszedł w swoim osobliwym kierunku… wrzucaniu kamieni coraz cięższych i coraz dalej, a im większy plusk, tym lepiej. Tamtego razu, kiedy tak staliśmy, rzucaliśmy i rozmawialiśmy na jakiś frapujący go temat, nagle zawołał:
- Tata, tata… tu jest ryba!
- Gdzie? – spytałem nie odrywając oczu od piaszczystego dna jeziora w poszukiwaniu ryby.
- Tutaj pod drzewem!
Rzeczywiście! Na plażowym piasku pod wystającymi korzeniami sosny, kilka metrów od brzegu leżała mała ryba.
- Pewnie martwa…
- Nie! Ruszyła się przed chwilą!
Przez dobre pół minuty wpatrywaliśmy się w nieruchomą rybę jak dwa woły na malowane wrota, wyrażając swoje zdumienie skąd mogła się tutaj wziąć. Może ktoś ją złowił i wyrzucił? Może zrobił to jakiś ptak, a my przychodząc tu wypłoszyliśmy go? Aż nagle…
- Widziałeś? – wykrzyknął Syn.
- Rzeczywiście, żyje. – odpowiedziałem i wziąłem ją w ręce. – Ale ledwie żyje. Wpuścimy ją do wody, może odzyska siły.
Zdjąłem buty i skarpety, podwinąłem nogawki i wszedłem prawie do kolan w wodę. Włożyłem rybę, ale ta ani drgnęła. Czekaliśmy dłuższą chwilę, ale nic. Co robić? Jak zrobić rybie sztuczne oddychanie? Złapałem ją delikatnie, ale na tyle mocno za tułów koło ogona, żeby się nie wyślizgnęła i miarowym ruchem poruszałem nią, pod powierzchnią wody, do przodu i do tyłu… do przodu… do tyłu… i tak przez minutę, czy dwie. To chyba najlepsze, co mogłem wymyślić. Na ruchu wstecznym otwierają się skrzela i nabierają świeżej, natlenionej wody. Potem ją puściłem, ale zaczęła powoli opadać, więc złapałem ją znowu i powtórzyłem akcję. Puściłem, ale znów się nie ruszała. Spojrzałem na Syna, który stał w napięciu na brzegu i raczej niewiele widział pod powierzchnią wody pod takim kątem. Zdążyłem mu tylko powiedzieć, że się nie rusza, kiedy sam zauważyłem, że już jej nie ma. Zacząłem jej szukać, ale już jej nie mogłem znaleźć, mimo, że w brązowej, ale klarownej wodzie świetnie widziałem i złocisty piasek, i każdy kamień, i każdy korzeń, czy patyk leżący na dnie.
- Odpłynęła! – krzyknąłem zadowolony. – Jeszcze przed chwilą nie miała sił, a teraz już jej nie ma.
- Ożyła?
- Tak
- To dobrze! To teraz płyń i nie daj się następnym razem złowić! – powiedział Syn.

W domu Syn opowiedział krótko mamie jak rybę uratowaliśmy. Trzech życzeń nie było, było tylko jedno… to, co jej Szachista życzył, żeby nie dała się złapać następnym razem. Może się spełni, przecież nie było wygórowane? Dla mnie spełniło się coś jeszcze. Dostałem dowód jego wrażliwości, co nieczęsto się zdarza w jego przypadku. To się zdarzyło pięć lat temu, ale do tej pory miło to wspominamy.
Następnym razem opowiem dlaczego Szachista nie spożywa ryb.

Wtelta

Zanim Szachista zainteresował się grami planszowymi, ale jeszcze był na etapie kluczy, zamków i kłódek, bo ta pasja trwała niezłych parę lat… zanim poszedł do szkoły… rozmiłował się w książkach. Ale nie takich, jakby się mogło większości wydawać. Te książki, to nie bajki, czy historie, które mu czytaliśmy, a których on chętnie słuchał i dopytywał o nie co wieczór. Kiedy miał ok siedmiu lat, zainteresował się moimi książkami o przepisach ruchu drogowego. Wcześniej przecież widział tak fascynujące znaki drogowe – zakazy, nakazy, ostrzegawcze, informacyjne… pionowe i poziome. To, co dla nas – kierowców, czy pasażerów jest tylko czymś, co życie ułatwia, dla niego stało się prawdziwym życiem. Miał etap, że się nie rozstawał z tymi książkami. Efekt? Hmm…
Pierwsza faza – „tu jest 60”, „tu jest 40”, „tu zakaz zatrzymywania”, „tu nakaz jazdy w prawo”, „tu malowanka”, „tu bubumka” (próg zwalniający)…

Druga faza – „Tata, tu jest 60! Nie możesz jechać 70!” mówił Szachista (chociaż tu powinienem nadać mu jeszcze jedno blogowe imię – Policjant ;)
W tej fazie znał wszystkie znaki i ogólnie ich znaczenie. Był na etapie dość dobrego kierowcy.
Trzecia faza – jedziemy pewną ulicą, ale w niewłaściwym kierunku. Żona mówi, żebym zawrócił, co robię na pierwszym, lepszym, ale trochę nietypowym skrzyżowaniu ze sporą wysepką, które bardziej przypominało rondo. Pilnuję się z niełamaniem przepisów, bo przecież mam policjanta na tylnym siedzeniu. Zawracam…
- Wtelta! (rodzaj nagany słownej)
- Dlaczego wtelta? – pytam.
- Tam był zakaz!
- Zakaz zawracania?
- Zakaz skrętu w lewo, a to też oznacza zakaz zawracania!!!
No tak… zapomniało się… Zapamiętać jedno znaczenie znaku umie każdy, ale każdy kierowca powinien znać i pamiętać wszystkie znaczenia. Z jednej strony to przechlapane mieć takiego policjanta, trzeba się cały czas pilnować, żeby wtelty nie było. A z drugiej strony… lepiej dostać wteltę od własnego, niż mandat od prawdziwego ;)

Co mówi Eyja

Do tej pory raczej milczała, ale od niedawna… pierwszym jej słowem było „Ajdå!” (taki szwedzki wykrzyknik, kiedy coś się stało), a drugim „jeszcze”. Nie, żeby nic nie mówiła… to były jej pierwsze słowa przez sen :) Wszyscy się śmiejemy, że ma to po ojcu. Niedługo po ślubie prawie udało mi się przekonać żonę do remontu chałupy. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że było to o trzeciej w nocy.

-          Wstawaj, musimy odsuwać meble!

-          Ale po co? – dopytywała zdziwiona, zaspana żona.

-          Jak to po co? Będę malował ściany!

Podobno byłem bardzo przekonujący :)

Kiedy nie śpi, gada prawie przez cały czas. Czynnie operuje lekko kilkudziesięcioma słowami, które wypowiada raczej prawidłowo. Można powiedzieć, że ma lekką mowę. Opanowała takie wyrazy jak: mama, tata, brat („r” mniej wyraźne, ale słychać), „mamucia”, „tatuć”, oba imiona babć, lala, Ala, idzie, iść, pić, picie, chlebka, dydka (smoczka), papier, pampe (pampers), buju-buju, kuchnia, daj, otut (otwórz), balkong (po szwedzku), okno (czasem powie onko), pak (ptak), pingu (ten z bajki), tak, nie, (chociaż pytanie „tak, czy nie” jest jeszcze za trudne i nie odpowiada na nie), banan, kaka (kaczka), katt (kot po szwedzku), koki (książki) i wiele innych… Nie ma też problemu z częściami ciała takimi jak głowa, ręka, noga, okieć, udo, ydka, stopa, ucho, oko, nos, włosy. Oczywiście ma też w swoim słowniku „własne” wyrazy, które my musimy rozszyfrowywać. Np „byzie” – misie, „bugek” – kubek, „gali-gali” – to takie jej ogólne wyrażenie na ekran tv, komputera, ipada, albo telefonu. Na cebulę mówi „biedota” :) nikt nie wie dlaczego.

Jakiś miesiąc temu jeszcze ogarnialiśmy ile mniej, więcej słów zna. Od kilku tygodni następuje prawdziwa eksplozja i chociaż często jeszcze nie umie wypowiedzieć niektórych wyrazów, to widać po jej bystrej minie, że zna ich znaczenie i odpowiednio reaguje. Istnieje ogólna opinia, że dzieci „dwójęzyczne” zaczynają mówić później, ale z czasem to nadrabiają i nie mają później problemu z posługiwaniem się obydwoma językami. W jej przypadku to się nie sprawdziło, bo ona już mówi dość dużo, ku naszej, a szczególnie ku radości brata :) , chociaż oczywiście po szwedzku mówi dużo mniej niż po polsku. Ostatnio postanowiła też – trochę przez przypadek – uczyć się angielskiego, zagustowała w Busy Beavers – animowanych filmikach z łatwo wpadającymi w ucho piosenkami do nauki tego języka. Odkryła je na YouTube i regularnie słucha od tamtej pory, a od niedawna chętnie powtarza pojedyńcze słowa. Polecam! O jej odkryciach w internecie napiszę w innym wpisie.

Eyja niedawno zaczęła też budować proste zdania np. „daj chlebka”, „do mamy”, „do taty”…

Nie sposób wszystkiego wyliczyć, jest tego dużo i coraz więcej, a my każdego dnia czekamy na jej kolejne słowa…

Perła świata

Piękno, historia i winogrona – tak w trzech kluczowych słowach można napisać o tym miejscu. Przyznam, że nigdy wcześniej mnie nie korciło, żeby wybrać się na wycieczkę w tamtym kierunku. Nie kusiły mnie ani zabytki, ani ogromne pałace, ani sława tego miejsca, a kiedy usłyszałem od żony propozycję na wakacje, to na dźwięk nazwy tego miejsca trochę mnie zmroziło. Po co tam? Jest przecież tyle pięknych miejsc. Na decyzji zaważył jeden drobny szczegół w planie pakietu tej wycieczki. Może dałoby się tę szczególną atrakcję załatwić w innej części świata, ale wtedy nie było takiej oferty. Na szczęście!

Samolot wzniósł się opuszczając równię pasa startowego, żeby po dwugodzinnym, w miarę gładkim locie zetknąć się kołami z pasem startowym tamtejszego lotniska. Dun… dun…dun…dun… „Tata, jedziemy po wielkich schodach!” – wykrzyknął Szachista, kiedy samolot skakał w górę i w dół po nierównościach pasa zbudowanego z betonowych płyt. Już teraz wiem dlaczego każą się zapinać w pasy na czas lądowania. Wszyscy pasażerowie zaczęli tradycyjnie klaskać pilotom, którzy i tak nigdy tego przecież nie słyszą. O tak! Te brawa im się należą szczególnie. Wylądować na takim lotnisku z pewnością nie każdy pilot potrafi.

Ruch
Po wylądowaniu poziom adrenaliny zdążył nieznacznie opaść, żeby jakąś godzinkę później wzrosnąć ponownie, a niektórym może nawet jeszcze bardziej podczas przejazdu autobusem do miasta docelowego. Jego kierowca dowiózł nas jednak na miejsce całych i zdrowych mimo, że po drodze złamał wszystkie możliwe przepisy o ograniczeniu prędkości, zakazie wyprzedzania, linii ciągłej, wyprzedzaniu przed szczytem wzniesień… Już na początku długiej jazdy pożałowałem, że wybraliśmy pierwsze siedzenia zaraz za kierowcą. Ci z tyłu mieli lepiej, bo przynajmniej nie widzieli co się dzieje. Rollercaster przy takiej jeździe to pikuś. Z czasem przywykłem do takiego stylu jazdy, zauważyłem, że tak jeżdżą prawie wszyscy. Parkują gdzie chcą, nawet na rondzie. Mało tego, nie zauważyłem, żeby trąbili, czy migali ostrzegawczymi na tych, co z naprzeciwka wyprzedzają na trzeciego. Lekceważą przepisy, ale tak, jakby porozumiewali się między sobą w jakiś inny, tajemniczy dla mnie sposób. Do tej pory dziwi mnie jazda wielkim autobusem tak ciasnymi uliczkami, pod prąd i na dodatek tak pozastawianymi zaparkowanymi samochodami, że przeciętny polski kierowca dostałby klaustrofobii… i to jazda ze skutkiem pozytywnym.

Kontrasty
Architektura bardzo urozmaicona. Z jednej strony wielkie i piękne pałace w bajecznych ogrodach, z drugiej biedne, szare, betonowe osiedla z rurami instalacji gazowej poprowadzonej kilka metrów nad ziemią na wątpliwej konstrukcji z prętów i piecyki gazowe na zabudowanych szkłem balkonach. Szerokie aleje, na których rosną palmy i zwykłe ulice, na których walają się tony od lat nie usuwanych śmieci, sklepy pełne luksusowych towarów, a z drugiej strony targowiska ze straganami dla przeciętnych ludzi. Wspaniałe, nowoczesne budynki mieszczące hotele, restauracje i wszelkie atrakcje dla majętnych turystów, ogromne prywatne posiadłości, a kilka kilometrów dalej slamsy, albo nawet porzucone od dziesięcioleci, niedokończone betonowe wieżowce, które miały dać miejsce zamieszkania zwykłym ludziom. Przepych i bieda. Powodzenie i bankructwo. Na ulicach luksusowe samochody mijają się ze starymi, rozpadającymi się gratami.

Krajobraz
Morze i góry. Skały, z których można z bardzo wysoka podziwiać po jednej stronie miasta na górzystych wybrzeżach, a po drugiej morze i masę statków na nim. Niestety nie można powiedzieć, że wszystkie plaże są piękne. Tak naprawdę piękna była tylko jedna, piaszczysta plaża. Reszta to plaże kamieniste, najczęściej podzielone prostopadle do linii brzegu biegnącymi w głąb morza betonowymi falochronami. Nic pięknego. Wstęp na każdą plażę za drobną opłatą.
Bujna, egzotyczna roślinność i winogrona, całe plantacje winogron. Dzięki tamtejszemu wilgotnemu klimatowi te winogrona są jakieś wyjątkowe. Po jednej z wycieczek przewodnik zaprowadził nas do sklepu z alkoholami. Kupiliśmy dwie butelki polecanego przez niego wina. Jeszcze tego samego wieczoru żona, teściowa i ja otworzyliśmy jedną i wypiliśmy na balkonie naszego wysokiego hotelu, patrząc na horyzont, gdzie góry i chmury zlewały się w jedno. Nigdy wcześniej, ani później nie piłem tak dobrego wina.

Delfiny
To one były powodem, dla którego tu przyjechaliśmy. W pakiecie naszej wycieczki były dwie kąpiele z „delfinami”. Jak się później okazało, w delfinarium, gdzie odbywała się ta atrakcja delfin był tylko jeden, ale były też dwa walenie białe (chyba tak się te ssaki nazywają), wielkie (ok 700kg), ale niezwykle zwinne i szybkie w swoim środowisku wodnym, inteligentne i kontaktowe zwierzęta.
Pierwsza kąpiel szachisty była taką trochę imprezą zapoznawczą. Nie pływał wtedy z waleniami, ale miał fajny kontakt siedząc w wodzie na lekko zanurzonym pomoście. Rzucał im piłkę, one odrzucały. Podpływały do niego i dawały się głaskać. Odpływały i pokazywały różne sztuczki, a potem podpływały ponownie.
Przy drugiej kąpieli wzięliśmy dla niego protezę pływacką, bo powiedział, że się odważy popływać z nimi, mimo że basen miał sześć metrów głębokości. I rzeczywiście odważył się. Popłynął na drugą stronę basenu (ok 12 metrów) i z powrotem, a jeden z waleni go asekurował. Zwierzaki wiedziały, że ta jedna noga nie jest prawdziwa. Pewnie już wcześniej, podczas pierwszej kąpieli zauważyły, że siedzi, że nie chodzi, że ja go noszę na plecach. Traktowały go inaczej niż innych uczestników w jego wieku, którzy kąpali się w naszym towarzystwie.
Jedyny prawdziwy delfin wybrał sobie do zabaw moją żonę i bawił się tylko z nią. Od nas uciekał. Może dlatego, że to delfina (samica), a może dlatego, że ją wystraszyłem swoimi zachętami do zabawy. Walenie się nie przestraszyły i jeden z nich wybrał do zabawy mnie, więc ja też miałem swoją chwilę z nimi. To były najbardziej niezwykłe chwile, jakie przeżyłem z morskimi zwierzętami. Tak przeciętne zabawy, jak rzucanie do siebie piłką szybko przestały nas bawić i zajęliśmy się wymyślaniem innych zabaw. Zawsze będę miło wspominał jak mnie woził na grzbiecie, jak mnie łapał paszczą za stopy i wciągał pod wodę wiedząc, że mogę przez dłuższą chwilę pod wodą pobyć. Nie zapomnę jak pod wodą w pozycji pionowej patrząc na mnie „klikał” do mnie paszczą, jakby chciał coś zagadnąć do nowo poznanego kumpla… mi tak nie wyszło jak jemu, moja próba zaklikania językiem pod wodą spełzła na wypuszczaniu bąbli powietrza… Z każdą minutą zabawy rosło nasze wzajemne zaufanie i ciekawość. W pewnym momencie podpłynął do mnie z boku i powoli, delikatnie objął mnie pod pachą swoją wielką paszczą tak, że jego przednie, górne zęby prawie sięgały mojego mostka, a dolne kręgosłupa. Przyznam, że poczułem się wtedy trochę niepewnie. Przecież nigdy nie wiadomo w którym momencie takiemu zwierzakowi odbije. Gdyby chciał mnie przeciąć, mógłby to zrobić na dwa razy. Postanowiłem mu zaufać, w końcu to przecież nie rekin ludojad. On sam okazał się tak delikatny, jakby chciał pokazać, że mogę mu zaufać, a z drugiej strony sam pewnie chciał zobaczyć czy nie spanikuję. Jakby chciał powiedzieć: „nie bój się, pokażę ci sztuczkę”. Nagroda była niesamowita. Jak tylko poczuł, że złapał mnie prawidłowo, zaczął płynąć, rozpędził się tak szybko, jak tylko mógł. Wiedział, że mi się to spodobało. Z brzegu to wyglądało jakbym zanurzony po pierś płynął bokiem z prędkością 25-30km/h. Zrobił ze mną rundę dookoła basenu, ale nie popłynął tam, gdzie delfin bawił się z moją żoną.
Teściowa też miała swoją chwilę z nimi, ale na pomoście – w strefie dla ludzi spokojnych.
Czy można powiedzieć, że była to delfinoterapia dla naszego syna? Z pewnością nie. Sesje były tylko dwie i chyba niewiele do niego dotarło. Zdawał się być bardziej przejętym swoim pływackim wyczynem niż obecnością tych zwierzaków, ale może coś tam zostało gdzieś w głowie… Nam pozostała w pamięci niesamowita wrażliwość i mądrość tych zwierzat, które w jakiś sposób wiedziały, ze Szachiscie należy się szczególne traktowanie i wzgledy.

Wieczorek tatarski
Od niepamiętnych wieków mieszkają na tych ziemiach Tatarzy. Stanowią 10 – 15% tutejszego społeczeństwa. Nie mieszkają raczej w wielkich miastach. Mają swoje tereny, wioski, małe miasteczka. Na imprezę pt. „wieczorek tatarski” byliśmy zaproszeni całą wycieczką do jednego z domów rodziny tatarskiej. A ponieważ to impreza dla dorosłych, zostawiliśmy syna z teściową i przyłączyliśmy się do grupy „imprezowiczów”. Jedliśmy, piliśmy, słuchaliśmy muzyki, oglądaliśmy taniec brzucha, w końcu tańczyliśmy sami. Było pysznie.

Jak do tej pory, to była wycieczka mojego życia. Byliśmy w różnych częściach świata i wszystkie tamte wycieczki też fajnie się wspomina, ale żadna z nich nie była jak ta. Zawsze będę ją wspominał z sentymentem.
Wierzcie, albo nie, ale wieści wojenne z tamtego regionu przyprawiają mnie o ścisk żołądka. Groźba konfliktu powoduje, że nieustannie myślę o tamtych ludziach. O przewodnikach, którzy obwozili nas pokazując nam to wszystko i umożliwiając „dotknięcie” tego wszystkiego, o ludziach, z którymi mieliśmy jakąś styczność, o ludziach, których tylko mijaliśmy, ale przede wszystkim o mieszkającej tam od wieków mniejszości Krymskich Tatarów. O te ziemie, o Krym zawsze były jakieś kłótnie, jakieś spory. Świadczą o tym tamtejsze twierdze obronne, ale w dzisiejszych czasach – w czasach po dwóch wojnach światowych chciałoby się, żeby nastał pokój, żeby wszelkie lokalne konflikty wygasły i nowe już nie wybuchały.

Ze wszystkich rzeczy, które mnie zadziwiały w tamtym podarowanym przez jeden naród drugiemu „braterskiemu” narodowi miejscu był pomnik… w każdym jednym mieście, na każdym głównym placu, na każdej głównej alei, nawet w parku… miało się wręcz wrażenie, że jest wszędzie. Pomnik, który przypominał kto tam tak naprawdę rządzi, kto wróci jak po swoje, chociaż ta ziemia, podobnie jak inne wokół nigdy nie do niego należały. Wróci rozdeptując prawa mniejszości, które te tereny zamieszkują. To był pomnik Lenina.