Zaufajcie jej

Zanim nasza córeczka się urodziła, opowiadałem Wam o zakupach dla niej, robionych w dość nietypowy sposób. Nie chcieliśmy kupować dosłownie niczego przed jej urodzeniem. Nie jesteśmy przesądni. Po prostu chcieliśmy uniknąć kłopotu gdyby… Jednak po rozmowie z naszą panią psycholog uznaliśmy, że jak nie zrobimy tych zakupów, to będzie jeszcze większy kłopot, kiedy będę je musiał robić sam. A że prawa konsumenta są niemal święte tu, gdzie mieszkamy i nie byłoby żadnych problemów ze zwrotem, zakupiliśmy wszystko, co potrzebne i przydatne bez odbierania towaru tego samego dnia. Pierwszą rzeczą, jaką odebrałem zaraz po urodzeniu się córeczki był monitor oddechu. Małe, sprytnie zaprojektowane urządzenie przypinane do pieluchy, dniem i nocą pilnujące czy dziecko oddycha. Od dawna wiedzieliśmy, że takie gadżety są dostępne, ale za każdym razem, kiedy kolejny pracownik służby zdrowia widząc to urządzenie pytał „co to jest” trochę byliśmy zaskoczeni. Czyżby nie wiedzieli o SIDS? Teoria mówi, że śmierć łóżeczkowa najczęściej zdarza się do ukończenia pierwszego roku życia dzieciom z takiej grupy: wcześniaki, niemowlęta wystawione na dym tytoniowy, śpiące w jednym łóżku razem z rodzicami, sypiające w przegrzanym pokoju, śpiące w pozycji na brzuchu, niekarmione piersią, śpiące bez smoczka. Im więcej tych cech nakłada się na siebie, tym większe ryzyko. Dzieciom spoza tej grupy przytrafia się to niezwykle rzadko, ale jednak…
Nasza pani pielęgniarka, którą sami wybraliśmy, jest naszym pierwszym kontaktem z służbą zdrowia. Tak tu jest. Pielęgniarka ma duże kompetencje i często, kiedy ktoś jest chory, przyjmuje go w pierwszej kolejności pielęgniarka, a potem decyduje, czy potrzebny jest lekarz. Nasza pielęgniarka jest takim naszym chodzącym po ziemi aniołem stróżem naszej córeczki. Leciwa i doświadczona. Pracuje w zawodzie kilkadziesiąt lat, opiekuje się i dorosłymi i całkiem malutkimi dziećmi. Zna się na wszystkim. To ona jest od kontroli wzrostu i wagi dziecka, od regularnego sprawdzania czy i w jakim tempie dziecko robi postępy zgodne ze swoim wiekiem. Zna naszą historię i wie, że mieliśmy spore problemy. Raz była u nas w domu. Wizyta była fajna, a miła rozmowa na wszystkie możliwe tematy przeciągnęła się znacznie dłużej, niż planowała. Do jej gabinetu jeździmy z córką regularnie. Często jestem przy tym obecny, ale tu szefem jest moja żona. Ja nie zawsze mogę wyrwać się z pracy i co któryś raz żona spotyka się z nią beze mnie.
Pewnego razu, kiedy nie mogłem pojechać z żoną, nasza pielęgniarka w rozmowie przybrała inny ton. Nie wiemy, czy to było pod wpływem młodej asystentki, przed którą chciała się popisać, czy raczej chciała wykorzystać moment, że mnie przy żonie nie ma. Kiedy po wstępnym „bla bla…” przyszła pora rozebrać córeczkę do zważenia, asystentka zobaczyła przypięty do pieluszki monitor oddechu, zaskoczona zapytała „a co to jest?”, pielęgniarka, jakby chcąc być szybsza w odpowiedzi, rzuciła „monitor oddechu”, a po chwili zwróciła się do żony „już byście sobie dali z tym spokój”, a widząc zdziwioną minę żony dodała „zaufajcie jej”…
To znaczy, że SIDS jest kwestią zaufania do dziecka? Czy to znaczy, że dzieci, które na to umarły nie były godne zaufania? Czy to, że w taki sposób chcemy chronić nasze dziecko przed taką ewentualnością znaczy, że jesteśmy rodzicami godnymi politowania? A co z rodzicami, którym dzieci przez to zmarły? Czy oni niepotrzebnie nie śpią po nocach, chcąc uchronić kolejne dziecko?
Ja wiem, że przez życie trzeba iść odważnie i nie bać się na każdym kroku. Ale, żeby było bezpiecznie, to trzeba iść przez nie ostrożnie, a środki ostrożności niech każdy wybierze sam.

Nóżeczki

Mniej, więcej trzy – cztery tygodnie temu zaczęła chodzić. Już wcześniej próbowała przy meblach, ale to się jeszcze nie liczy jako chodzenie. Początkowo dość często lądowała na tyłku, ale słysząc przy tym nasze radosne, bez przejęcia, niezbyt głośno wykrzykiwane „Aj!”, doszła do wniosku, że też się nie będzie przejmować jakimiś tam drobnymi upadkami. Od nieśmiałego chodzenia przy meblach do prawie biegania po całej chałupie zajęło jej jakiś tydzień. Muszę przyznać, że nie miałem pojęcia, że to nastąpi tak szybko. Myślałem, że to potrwa z miesiąc. Coraz rzadziej też patrząc na nią łapię się na przebłyskach myśli o braku podudzia. Ostatni taki „trzask” miałem, kiedy używaliśmy chodzika i źle ją do niego włożyłem. Nie ruszyła od razu, jak to miała w zwyczaju, tylko zrobiła dziwną minę patrząc na mnie. Też się zdziwiłem i spojrzałem pod spód czy wszystko w porządku. Okazało się, że podwinęła jej się nóżka tak, że na niej usiadła, a druga trafiła tam, gdzie miała trafić. Ten obraz nagle przypomniał mi przeszłość sprzed kilkunastu lat, kiedy mój syn miał podobny chodzik. Wystraszyłem się, ale zaraz uspokoiłem. Przecież ona ma obie nóżki! Wyjąłem ją i włożyłem jeszcze raz, tym razem prawidłowo. Od tamtej pory byłem bardziej staranny przy tej czynności.
To był dokładnie taki sam widok. Zupełnie nie pamiętałem, że Szachista też miał chodzik. Później w rozmowie z żoną okazało się, że ona też tego nie pamiętała, ale zaraz przypomniała sobie nawet jego kolor.
Eyja bardzo szybko zrezygnowała z używania chodzika, bo przez progi nie mogła swobodnie poruszać się po mieszkaniu. Mając do wyboru wygodne „chodzenie” po całym pokoju, albo niewygodne po całym mieszkaniu, wybrała to drugie. Dla niej niekoniecznie wygoda musi być na pierwszym miejscu. Najważniejsze jest zaspokojenie ciekawości. Teraz ma jeszcze większe możliwości.
Wiem, że dla wielu z Was takie postępy to najzwyklejsza zwykłość, ale dla mnie ta zwykłość jest niezwykła.