20 marca

20 marca – pierwszy dzień wiosny! Do tego sobota. Piękna, słoneczna, ciepła sobota. Piosenka Marka Grechuty „Wiosna, ach to ty” pierwszy raz usłyszana przeze mnie właśnie wtedy w zakładzie fryzjerskim, w niezapomniany sposób wprawiła mnie w dobry nastrój i złagodziła napięcie.
Zbliżała się trzynasta trzydzieści, kiedy dotarliśmy do USC. Znaczna część gości już czekała. Czułem się spięty mimo, że zorganizowanie i dopilnowanie wszystkiego było powierzone w dobre ręce. Moja wybranka też się czuła spięta. Pamiętam uśmiechnięte twarze gości trzymających kwiaty, błyski aparatów, krótkie rozmowy… Pamiętam jak po „wiecznym” oczekiwaniu weszliśmy na salę, pamiętam jak składaliśmy sobie przysięgę… pamiętam jak złapałem za swoją obrączkę, kiedy przyszedł moment wzajemnego założenia ich sobie na serdeczny palec…
Pamiętam prezenty i mnóstwo kwiatów… Przyjęcie dla większej grupy gości… i później mniejsze dla członków rodziny, z którego o znanej tylko nam godzinie uciekliśmy w znanym tylko nam kierunku, pociągiem w siną dal…
Tak było w tamtą sobotę, dwudziestego marca 1993. Dzisiaj jest środa, też dwudziesty marca. Co roku robimy sobie większe, lub mniejsze prezenty, mniejszy, lub większy wypad gdzieś we wcześniej ustaloną siną dal. Kiedy data nie wychodzi w dzień wolny, przesuwamy naszą uroczystość na weekend. W tym roku nigdzie nie pojedziemy, bo na dwudziestą rocznicę naszego ślubu dostaliśmy najlepszy prezent, jaki moglibyśmy sobie wymarzyć – dziecko.

Tęsknota
Największą próbę przeżyliśmy dziewięć lat temu, kiedy mieliśmy emigrować. Przez pół roku żyliśmy w rozłące. Żona z synem w Polsce, ja tutaj przygotowywałem nowe gniazdo. Tęsknota była ogromna. Dwa razy w ciągu tego okresu udało mi się pojechać na kilka dni do Polski, ale tak krótka wizyta wobec tak długiej rozłąki z rodziną nie sprawiała, że poczucie straty wspólnego czasu znikało. Gdybym dziś miał znów podjąć taką decyzję, nie wiem czy bym się zdecydował. Wiem, że warto było i wiele wygraliśmy, ale dziś wiem, że drugi raz nie chciałbym z tęsknoty „chodzić po ścianach”. Żonie i synowi też było strasznie ciężko.

Z tej półrocznej rozłąki nauczyłem się jeszcze jednej rzeczy – nikt z zewnątrz nie jest w stanie rozbić Waszego małżeństwa, chyba że Wy sami na to pozwolicie. I to się sprawdziło w naszym przypadku. Po tych wszystkich latach mogę powiedzieć, że nasze małżeństwo teraz zaczyna kwitnąć.