Zostaw swój komentarz, a sam pokażesz kim jesteś

Jakiś czas temu otrzymałem od redaktorki onetu maila z prośbą o zgodę na napisanie artykułu w oparciu o historię, którą zamieściłem na moim blogu. I oto wczoraj pojawił się „artykuł” na stronie głównej onetu. Nie mogę powiedzieć, że nie wiedziałem jak będzie wyglądał, bo redaktorka wysłała mi wstępną wersję, którą przeczytałem i uznałem, że wiele trzeba zmienić. Skopiowałem, wkleiłem w edytor tekstu, pozmieniałem, popoprawiałem, podopisywałem tam, gdzie trzeba było… Następnej wersji nie miałem okazji już zobaczyć „na brudno”, bo gotowa została opublikowana, ale zmiany, o które prosiłem były tak skąpe, że prawie nie do zauważenia. Pomijam.
To, co się ukazało, to po prostu skrót mojej długiej historii. Ja potrzebowałem około pięćdziesięciu wpisów, żeby trafnie ująć całość, żeby oddać nastroje, żeby pokazać całą prawdę. Skrót onetowy to zaledwie trzy strony, które w żaden sposób nie oddają tego, co z żoną przeżyliśmy.
Pod artykułem pojawiły się też komentarze, które skłoniły mnie do utwierdzenia się w pewnym wniosku, że społeczeństwo składa się z ludzi różnie podchodzących do słowa pisanego:
- Człowiek Książka – to czytelnik, który lubi przede wszystkim książki, bo są dla niego rzetelnym źródłem wiedzy, rozrywki itd. Człowiek Książka nie pogardzi też gazetą, broszurą i innymi formami przekazu, ale przede wszystkim wybiera książki i bardzo je ceni. Cechuje się głębokimi przemyśleniami i chociaż nie zawsze napisze komentarz, ale jak już napisze, to jest to przemyślane i napisane z głębi.
- Człowiek Gazeta – to czytelnik gazet. Lubi przeczytać „wszystko” szybko i po łebkach. Myśli skrótowo. Książki interesują go mniej, jeśli w ogóle. Prędzej rzuci okiem na broszurę, bo to można szybciej przeczytać i skrótowo ocenić.
- Człowiek Brudnopis – to człowiek, który nie lubi czytać książek, gazetę złapie od czasu do czasu, ale nie żeby ją przeczytać, tylko raczej przejrzeć, bo generalnie czytać nie lubi. To, co pisze sam, jest czytelne dla niego samego. Wypowiedzi takiego człowieka są…

Wczorajsze ukazanie się wspomnianego skrótowca zaowocowało przede wszystkim sporą ilością komentarzy świadczących o niezrozumieniu, o niechęci do postawienia się w sytuacji osób, których historia dotyczyła, o jakimś dziwnym rozumowaniu, przemądrzalstwie i niedowiarstwie. Śmiało mogę zaryzykować stwierdzenie, że żadna z tych osób nie zajrzała nawet na mojego bloga. Przeczytali skrótowca, napisali własnego skrótowca.
Na szczęście pojawiły się też komentarze osób, które po uważnym przeczytaniu mojej historii były gotowe jej bronić.

http://blog.onet.pl/42248,archiwum_goracy.html

Gdybym wiedział wcześniej co mi przyniesie moja pozytywna decyzja o zamieszczeniu tego artykułu, nie zgodziłbym się. No, ale polak jak zwykle mądry po…

Na szczęście mam Was, drodzy czytelnicy – Ludzie Książki.

Emocje surowo zabronione

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze,
Prawdziwy mężczyzna nie wie co łzy,
Prawdziwy mężczyzna nie zna rozpaczy.
Mężczyzna i łzy? To śmieszne, to wstyd.

To refren bardzo starej piosenki, znanej prawie wszystkim jeszcze z lat dzieciństwa, mówiącej bardzo dużo o nastawieniu społeczeństwa do uzewnętrzniania emocji przez męską jego część. Utwór sam w sobie jest doskonały, słowa trafione, muzyka świetnie dobrana do tematu. Nigdy jednak tej piosenki nie lubiłem i nigdy jej nie będę z chęcią słuchał, bo wywołuje u mnie skrajne emocje. Już od samego słuchania jej chce mi się płakać, więc po prostu wyłączam radio. Ale mój teść tę piosenkę lubiał…
O tym, że mężczyzna musi być twardzielem i nie okazywać łez dowiadujemy się jeszcze będąc dziećmi. Każdą osobistą porażkę należy zbagatelizować, zapomnieć o niej jak najszybciej, zająć się czymś innym.
Wcześniej w moim blogu wspominałem już o tym jak reagowali ludzie z mojego najbliższego otoczenia, kiedy próbowałem z nimi rozmawiać o śmierci mojego dziecka. Owszem, przyjmowali do wiadomości, powiedzieli że im przykro, czasem to wyglądało szczerze, ale żeby ktoś chciał dłużej o tym porozmawiać… nie było o tym mowy. Z jednej strony niby było im przykro, ale z drugiej widziałem po ich minach, że byłoby lepiej, żebym z nimi o tym nie rozmawiał, że chcieliby jak najszybciej zakończyć rozmowę. Nie było mowy o tym, żebym mógł z kimś dłużej porozmawiać o zamianie ciał w prosektorium. Nie miałem z kim o tym porozmawiać, bo ani „przyjaciele”, ani moja rodzina „nie czuła się dobrze” w tym temacie. Nauczyłem się więc milczeć. Jedyną osobą, która w pełni rozumiała mnie to moja żona, która też potrzebowała z kimś o tym porozmawiać. Cieszę się, że chociaż ona miała z kim porozmawiać, miała przyjaciółki, którym nie wstyd było płakać z nią. Ja tego nie mogłem, bo jestem mężczyzną. Wśród mężczyzn to nie działa. Między nimi taka rozmowa nie ma racji bytu. Nie o tak poważnym temacie, jak śmierć. Każdy z mężczyzn tutaj wystawiony jest na samotność, na zupełnie samotne przeżywanie tych emocji, na przetrawienie tego samemu. I to tak, żeby jego otoczenie nie odczuło, że on to przeżywa. Jego otoczenie jest przecież ważniejsze od tego, że on sam „coś tam” przeżywa, z jego otoczeniem trzeba się obchodzić jak z jajkiem, absolutnie nie można dotknąć otoczenia swoim bólem. Tego nie można…
Prawdziwy mężczyzna ma jak najszybciej przejść nad swoim niepowodzeniem do porządku dziennego. Oczekuje tego od niego nie tylko męska częśc ludzkości, ale i żeńska, bo przecież kobiety też już od najmłodszych lat słyszą, że „prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze”. Niedawno napisała mi komentarz jedna z czytelniczek, że nie powinienem tak rozpaczać przy żonie i przez to „jeszcze bardziej pogrążać w rozpaczy swojej żony”, że jestem taki sam jak jej mąż, który „zamiast ją pokrzepić”, pomóc jej wyjść z jej rozpaczy, „pogrążał ją jeszcze bardziej”. Jeśli chcę rozpaczać, to powinienem to robić w ukryciu…
Wyraźny podział na mężczyzn i kobiety czuje się też w komentarzach. Ogromna część komentarzy mojego bloga, to komentarze kobiet – napełnione emocjami. Ale są też, chociaż nieliczne, komentarze od mężczyzn, którzy o emocjach nie piszą, bo „nie wypada”. W tych męskich komentarzach daje się jednak wyczuć pewną solidarność, pewne zrozumienie. Tylko tyle i aż tyle, bo mężczyźnie „nie wypada” o emocjach rozmawiać.
Mój teść, który tak bardzo lubił piosenkę Gangu Marcela, też był podobnego zdania, chociaż tego nigdy nie powiedział. W ogóle niewiele mawiał. Jak miał powiedzieć coś ważnego, to powiedział to w taki sposób, że wszyscy wiedzieli o co chodzi, chociaż wypowiedział tylko jedno zdanie. Mój teść był człowiekiem bardzo honorowym, był właśnie takim prawdziwym mężczyzną. Moja żona, nawet jeszcze jako dziecko, nigdy nie widziała go płaczącego, aż… Pewnego razu, kiedy jej mama znalazła się w szpitalu, a oni zostali w domu sami, mała dziewczynka uświadomiła sobie w pewnym momencie, że długo nie widać taty. Postanowiła go poszukać. W wielkim mieszkaniu nie mogła go nigdzie znaleźć, aż znalazła go w spiżarni. Schował się tam i płakał. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy widziała go płaczącego. Szybko się wtedy pozbierał i wrócił do pokoju. Nie chciał, żeby jego córka go takim zapamiętała. Nigdy też z nią o tym nie rozmawiał. Z nikim o tym nie rozmawiał.
„Mężczyzna i łzy… to śmieszne, to wstyd!”.
Mój teść wszystko, co łączyło się ze śmiercią wnuka przeżywał w sobie i na swój sposób. Nie wiem jak to przeżywał, bo nigdy nikomu o tym nie powiedział, ale wiem, że przeżywał, a tamten płacz jest dla mnie na to dowodem. Poza tym, po tych wszystkich wydarzeniach… po śmierci Danielka nigdy nie odzyskał zaufania do lekarzy. O Danielku rozmawialiśmy tylko raz, zaraz po porodzie, kiedy jeszcze wszystko było dobrze. Wtedy to teść dowiedział się jak bardzo Danielek był do niego podobny. Nie rozmawialiśmy jednak o tym nigdy więcej. Teść najwyraźniej bojąc się swoich emocji po prostu nie rozmawiał z nami o tym mimo, że dawał nam swoje wsparcie swoją obecnością.
Mężczyźni przeżywają śmierć bliskich tak samo jak kobiety, zwłaszcza śmierć dziecka. Nigdy tego jednak nie pokażą, ani nie wyrażą tak jak kobiety, bo tak ich ukształtowało środowisko. Może się zdarzyć, że nigdy nie będą chcieli o tym rozmawiać nawet z najbliższymi. Ale to nie znaczy, że nie cierpią, że mają serce z kamienia, albo że nie są zdolni do odczuwania emocji. Po prostu od dziecka próbują dorównać niedościgłemu ideałowi „prawdziwego mężczyzny”

Moja blogowa terapia

Nie jestem typowym blogerem. Nigdy wcześniej nie czytałem blogów, nigdy nie interesowałem się tematami, jakie poruszają blogerzy. Nigdy nie rozpocząłbym pisania bloga, żeby opowiadać o swoich przeżyciach, gdyby nie to, że doszło do pewnej kumulacji moich nagromadzonych emocji. Taka sytuacja miała miejsce we wrześniu zeszłego roku. W tym też czasie, moja żona korzystała z pomocy psychologa, a z czasem i ja wraz z nią zacząłem pojawiać się u owej pani psycholog trochę z ciekawości co do metod pomocy, trochę z potrzeby. Jednak ani te wizyty, ani skromne metody pomocy nie były tym, czego oczekiwałem. Czułem przez skórę, że to nie to… że potrzebuję czegoś więcej. Nie potrafiłem sam sobie odpowiedzieć na pytanie czego rzeczywiście szukam, czego oczekuję, ani dlaczego tak jest, że nie pomaga mi rozmowa z fachowcem. Podczas jednej z wizyt uświadomiłem sobie, że choćbym nie wiem jak dokładnie opowiadał jej swoje przeżycia, ona nie przyjmie wszystkiego, nie wysłucha mojej historii z detalami. I wcale nie chodzi o język. Dopiero niedawno, kiedy moja historia była już na blogu opowiedziana w całości uświadomiłem sobie dlaczego psycholog nie mogła mi pomóc w stopniu, który by mnie zadowolił. Chodziło o opinię. Ona sama z racji tego, że była zawodowcem, nie mogła powiedzieć swojego zdania. Mogła tylko zadawać pytania, a to przecież może każdy. Każdy po przejściu pewnych traumatycznych zdarzeń sam zadaje sobie szereg pytań, na które też często nie potrafi odpowiedzieć. Nie twierdzę, że taka forma pomocy jest bezwartościowa. Pomogła mojej żonie. Pomogła też mi, za co jestem naprawdę wdzięczny, ale czułem, że to jeszcze nie to.
Blog był w moim przypadku najlepszym wyjściem. Nie tylko pomógł mi ze szczegółami opowiedzieć o naszych przeżyciach i moich odczuciach, wyrzucić z siebie wszystkie żale i obawy, ale pomógł mi też zaczerpnąć opinii społeczeństwa, podzielić się przeżyciami i w niejednym wypadku „wysłuchać” opowieści o przeżyciach czytelników. Jestem nie tylko „nadawcą” moich emocji. Jestem też odbiorcą Waszych reakcji na moją historię, jestem odbiorcą Waszych opowieści, Waszych osobistych przeżyć. Emocje płyną w obie strony. Jeszcze nigdy nie przeżyłem czegoś tak wspaniałego, jeśli chodzi o dzielenie się przeżyciami.
Od pomysłu do rozpoczęcia pisania bloga dojrzewałem przez tydzień, w ciągu którego czytałem blogi innych, żeby się zorientować jak to wygląda u innych, jak to powinno wyglądać, gdzie najlepiej bloga założyć.
Moje leczenie blogiem dobiegło końca, a jego rezultat przerósł moje oczekiwania. Teraz wracam do życia, do swoich codziennych zajęć, do moich książek (od niedawna jestem w stanie skupić się na kilku stronach, wiem, że to śmiesznie mało, ale to z braku czasu, a nie z przyczyn takich, jak we wrześniu), wracam do aktywności fizycznej, żeby nie zostać w tyle za synem :) Będziemy znowu razem chodzić na siłownię, jeździć na rowerach, jak się zrobi cieplej, pływać kajakiem po jeziorach. Na spacery z Małą oczywiście już chodzimy. Nie szkodzi, że -10°C, tutaj to normalne, grunt żeby unikać dużych skupisk ludzi.
Zakończenie mojej terapii nie oznacza jednak, że kończę pisać bloga. Być może skończę za jakiś czas, ale jeszcze zostało mi kilka wpisów. Być może po zakończeniu opowieści będę chciał pisać nadal, ale na pewno wpisy będę zamieszczał rzadziej.
Nigdy nie zapomnę, co dla mnie zrobiliście. Nie zapomnę Waszych pokrzepiających komentarzy, nie zapomnę opowiedzianych przez Was historii. Jeszcze raz dziękuję.