To wasze pierwsze?

Ostatnio dość często jesteśmy z córeczką u lekarza, pielęgniarki, czy w innych miejscach, gdzie pytamy o pewne szczegóły dotyczące codziennych czynności związanych z opieką nad dzieckiem. Byliśmy z nią u lekarza, kiedy wydawało nam się, że coś niedobrego dzieje się z pępkiem, byliśmy kiedy nam się wydawało, że córeczka za słabo przybiera na wadze, czy po prostu na kontrolnej wizycie wyznaczonej przez placówkę. Podczas rozmowy często padało pytanie:
- To wasze pierwsze dziecko?
- Nie – chciałem odpowiedzieć odruchowo, ale… właściwie sam nie wiem jak na to pytanie odpowiedzieć. To, że córeczka nie jest naszym pierwszym dzieckiem, jest oczywiste również dla Was, Drodzy Czytelnicy. Jak więc odpowiedzieć? Drugie? Nie, bo drugi jest Szachista! Trzecie? Też nie, chociaż z trzeciej „wielkiej ciąży”, to przecież ciąż było pięć. No to piąte? Tak… ale nie… bo licząc dzieci, które z nami są, to jest drugie.
Dziś już nie zaskakuje mnie to pytanie, ale musiało minąć trochę czasu, żebym się nauczył dawać odpowiedź pasującą do okoliczności, w której było to pytanie zadawane.
Przy okazji naszych pytań w związku z pępkiem, pasowała odpowiedź, że to nasze pierwsze, bo jak się tłumaczyć, że nie umiemy się zatroszczyć o pępek, kiedy mieliśmy już wcześniej dzieci? Tak, mieliśmy, ale nie mieliśmy okazji zajmować się pępkiem, bo Danielka szybko zabrakło, a Szachistę dostaliśmy do domu już po odpadnięciu pępka. Sposób karmienia córeczki też odbiega od sposobu karmienia Szachisty, który po trzytygodniowej abstynencji nie odpuścił piersi przez dwadzieścia pięć godzin, a później też ssał jakby chciał nadrobić wszystkie straty i czas spędzony w inkubatorze. Córeczka z powodu przeciągającej się żółtaczki noworodkowej nie była tak gorliwa w jedzeniu, co spowodowało nasze obawy, z którymi postanowiliśmy udać się po poradę fachowca.
Moja żona szybciej ode mnie nauczyła się właściwej odpowiedzi na pytanie „które to wasze dziecko”. Ją pytali jeszcze grubo przed porodem, a ja nie zawsze byłem wtedy przy niej. I chociaż już na ogół wiem jak odpowiadać, sam przed sobą miewam wątpliwości jak liczyć…

Syndrom

Trzy lata temu, na wakacje przyjechała do nas żony kuzynka wraz z mężem i dwiema ich dziewczynkami, pięć i siedem lat. Rozkoszne księżniczki. Na spacerach męczyły im się nóżki, więc jako wujek brałem starszą na barana. Za każdym razem, kiedy ją sadzałem na ramiona, przechodziło mnie dziwne uczucie, z którym musiałem się świadomie oswoić. Mianowicie brak protezy. Zamiast tego żywe nogi. Obie nóżki jednakowo „miękkie”, ruchome obie stopy! Za każdym razem przez sekundę ogarniało mnie to spontaniczne uczucie… zaskoczenie.
Szachista nie robił od razu długich pieszych wycieczek, chociaż gorliwie się do tego garnął. Jego pierwsze protezy były tak toporne, że po dłuższych przechadzkach często miał obtarcia na skórze, a nierzadko też leciała z niej krew. Nigdy się jednak na to nie poskarżył, wręcz przeciwnie, to my go obserwowaliśmy i próbowaliśmy odgadnąć kiedy jego skrócona nóżka ma dość. Najczęściej wtedy mówił, że jest zmęczony. Z czasem sami nauczyliśmy się pytać, czy jest zmęczony zamiast czy boli go noga. Za wszelką cenę chciał być taki sam jak inni i nawet najgorsza proteza zapewniała mu to poczucie.
Ale czasem trzeba „robić kilometry” na nogach, a nie zawsze da się samochodem. Żeby mu ulżyć, brałem go „na barana”, albo „na konia”, w zależności od jego wieku. Na plecach nosiłem go ostatni raz, kiedy byliśmy na wycieczce w górach. Ważył już z pięćdziesiąt kilo i sam czuł, że jego ojciec powoli przestaje dawać radę, bo ile można? Z takim ciężarkiem przejdzie się kilkaset metrów i trzeba odpoczywać. A jak wycieczka jest grupowa, to nie wszyscy chcą czekać, nie wszyscy rozumieją. Czasami padały docinki od nieznających naszego problemu: „Taki duży chłopak i do taty na plecy?”
Dlatego „obecność” protezy u dziecka, które biorę „na barana” tak mocno wrosła w moją głowę.

Ale nie tylko ja. I nie tylko przez dotyk. Również widok wiszącej, czy zapadniętej nogawki przez lata wywoływał takie uczucie w mojej żonie, tak samo jak we mnie. Niedawno się o tym zgadaliśmy, kiedy oboje odczuliśmy takie samo wrażenie. Przed nami na brzuszku leżała nasza córeczka. Spojrzeliśmy na nią jednocześnie i zauważyliśmy „zapadniętą” jedną nogawkę. Byliśmy z tym widokiem tak oswojeni w przeszłości, że w pierwszej chwili wszystko nam się zgadzało. Dopiero po sekundzie żona wykonała gwałtowny ruch ręką, jakby chciała sprawdzić, ale się wstrzymała, bo przecież wiemy, że nasza córeczka ma obie nóżki. Jak głęboko to w nas siedzi? I czy kiedyś się od tego uwolnimy?

Nie tylko my.
Skafanderek dostaliśmy w prezencie od przyjaciół. Przyszedł w wielkiej paczce wraz z innymi ciuszkami jeszcze długo przed rozwiązaniem. Z każdym wyjętym z paczki ubrankiem rosło nasze wzruszenie. To dla naszej córeczki. Myśl, że się uda, że ona będzie cała i zdrowa, była coraz bardziej realna, tak jak te ciuszki, które mogliśmy wziąć w ręce, powąchać, pozachwycać się ich formą, kolorem. Chociaż dziecko jeszcze w brzuchu, my już widzieliśmy je oczami wyobraźni w tych ubrankach. Wzruszaliśmy się do łez.

Skafanderek nie jest na wymiar, jest trochę większy. Ale nam to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, cieszymy się, bo nie wyrośnie z niego tak szybko. Zaczęliśmy go używać od jej pierwszego „wyjścia” na dwór. Ruchliwe rączki zaraz po przełożeniu przez mankiety rękawów z powrotem się w nie chowają, a stópki muszą być przytrzymywane przez buciki, żeby nie wpadły w nogawki. Mamy też inne rzeczy takie jak śpiworki, ale one pasują do wózka, nie do fotelika samochodowego.

Kataryniarze.
Są małżeństwem. On – wcielony misiek, ona – wysoka jak on, ale delikatnej budowy, dość ładna na twarzy… Kiedyś żona szepnęła do mnie: „przyjrzyj się dyskretnie jakie ona ma plecy! Nie widziałam jeszcze tak pięknych”. Przyjrzałem się. Rzeczywiście, ja też nie widziałem. Mogłaby być modelką prezentującą suknie z wielkim dekoltem na plecach. Są naszymi znajomymi i z powodzeniem moglibyśmy się zaprzyjaźnić, gdyby nie jeden szczegół. Gadają jak nakręceni, nie da się ich powstrzymać. Za każdym razem, kiedy rozmawiamy, oni mają najwięcej do powiedzenia. Szczególnie, kiedy temat jest wspólny i rozmowa wymaga wymiany myśli, podzielenia się swoimi doświadczeniami… oni mówią cały czas, przerywają, kiedy rozmówca próbuje cokolwiek powiedzieć, czy odpowiedzieć. Wraz z żoną zachodzimy w głowę, jak wygląda ich wzajemne porozumienie? Albo skąd wiedzą o niektórych sprawach?

Kataryniarze nie należą do szczęściarzy, którzy mieszkają w Szwecji od zawsze. Przyjechali tutaj, tak jak wiele innych osób, uciekając przed rzeźnią. Wielu nie miało takiego szczęścia i zostało na swojej ziemi na zawsze, a raczej ziemia ich pochłonęła za sprawą ich wrogów. Dla nas wojna skończyła się na pokoleniu naszych ojców, czy raczej dziadków. Oni okropności wojny znają z własnych przeżyć.
Niedawno w samochodzie przed sklepem czekaliśmy z córeczką na żonę robiącą zakupy. Wyszła właśnie ze sklepu i zmierzała do samochodu, kiedy oboje zobaczyliśmy jego. Wiedzieli o naszej ciąży, na swój sposób się tym interesowali, bo im samym niedawno na świat przyszło długo oczekiwane dziecko, wiedzieli też, że nam się urodziło. Widząc moją roześmianą gębę, z ciekawością podszedł do naszego samochodu, żeby pogadać, a raczej coś o sobie opowiedzieć. Skinieniem głowy i słowem pokazałem mu fotelik na tylnym siedzeniu samochodu. W międzyczasie żona zdążyła schować zakupy do bagażnika i usiąść obok córeczki tak, że widziała Miśka w drugich drzwiach. Misiek zapuścił żurawia, żeby zobaczyć naszą córeczkę i… trochę się wzdrygnął. Ja tego nie zauważyłem zza kierownicy. Potem doszliśmy dlaczego. Widząc „puste” rękawki, zwątpił. Po sekundzie zadał jakieś pytanie, zakończył rozmowę i się rozjechaliśmy. Dlaczego jego reakcja była aż taka?

Trud zakupów

– Zrobiliście już zakupy dla dziecka? Łóżeczko, wózek, ubranka…? – Spytała „Człowiek w Psychologu” w czasie którejś wizyty u niej jakiś miesiąc przed naszym terminem. Wiedziała doskonale, że w pierwszej ciąży byliśmy zaopatrzeni we wszystko, co można było mieć dla maluszka. Od rodziny i przyjaciół dostaliśmy masę ubranek. Mieliśmy wózek, łóżeczko, zabawki. Przyszykowaliśmy dla niego pokoik. Z większością byliśmy gotowi do maja. W połowie lipca miały te rzeczy być używane. W sierpniu się ich pozbywaliśmy…
- Oczywiście, że nie! Co będzie, jeśli się nie uda? Będziemy wtedy jeździć do sklepów i robić zwroty?

Nie wiem jak działa prawo konsumenta we wszystkich krajach Unii, ale tu, gdzie mieszkamy nie ma żadnego problemu z oddaniem nieużywanej rzeczy. Nie trzeba nawet mieć paragonu, wystarczy wiedzieć mniej więcej kiedy się kupowało, ale z paragonem oczywiście lepiej. Wiedzą o tym wszyscy i ona i my. Po krótkiej rozmowie przekonuje nas, że lepiej by dla nas było, gdybyśmy już teraz – przed rozwiązaniem zaopatrzyli się w niezbędne artykuły dla dziecka, tymbardziej że wiemy na 99%, że to będzie dziewczynka. A przede wszystkim (!!!) nie należy się z góry nastawiać, że może się nie udać. Należy się z tym liczyć, ale nastawić się na to, że się uda.

Jeszcze w samochodzie podejmujemy temat zakupów będąc sam na sam. Dochodzimy do wniosku, że psycholożka ma rację, że nie ma co czekać. Później będzie ciężko z czasem, a przynajmniej podstawowe rzeczy musimy mieć na starcie.
Z grubszych rzeczy kupiliśmy wózek, łóżeczko, fotelik. Z drobniejszych ubranka, butelki, pieluszki, kosmetyki i inne.
Najpotrzebniejszą rzeczą, co do której zakupu byliśmy zgodni, był monitor oddechu. Co prawda śmierć łóżeczkowa nie dotknęła nikogo z naszych bliskich, ale spośród znajomych tak. I to w obu wypadkach były dziewczynki. Jednej dane było żyć miesiąc, drugiej trzy…
Mieliśmy tylko dylemat jaki wybrać model. Wybraliśmy przenośny, przypinany do pieluszki. Jest mały i lekki, mieści jedną trzyvoltową baterię i działa. Czuwa nad dzieckiem śpiącym w łóżeczku, w jadącym wózku i gdziekolwiek indziej. Dziecko dzięki temu może spać nie tylko na wznak, ale też na brzuszku, co dla dziecka (i nie tylko) jest najwygodniejszą pozycją do spania. Urządzenie kosztowało 1600 koron (ok 800 PLN), ale po ponad miesiącu użytkowania przyznaję, że jest niezawodne. Po piętnastu sekundach braku ruchu włącza się cichy alarm – wibracja pobudzająca dziecko i w razie skutecznego przywrócenia oddechu czujnik informuje czerwonym kolorem, że nastąpiło wstrzymanie. Jeśli urządzenie nie zdoła dziecka pobudzić, włącza się alarm głośny i wibracja. Urządzenie informuje też na czas o niskim poziomie prądu w baterii. Polecam. Można spać spokojnie aż do następnego karmienia ;)
Dlaczego piszę o monitorze oddechu? Zdawałoby się, że w dzisiejszych czasach jest to powszechne, ale podczas kilku razy, kiedy rozbieraliśmy córeczkę w niejednym ośrodku zdrowia, byliśmy pytani przez personel „co to jest?”. Znaczy, że nie jest to jeszcze takie popularne, więc opisuję, może się przyda.

Zrobione zakupy czekały w domu i piwnicy w oryginalnych opakowaniach aż do naszego powrotu z BB. Dobrze, że je zrobiliśmy zawczasu.

Wczoraj a dziś – kolosalna różnica

Jestem z córeczką w pokoiku, gdzie zaczęła się „przygoda” z naszym ostatnim porodem. Młoda położna zostawiła nas tutaj, znikając do innych zajęć. Ja rozebrany do połowy przytulam swoją córeczkę mającą na sobie tylko pampersa i gumową pępelkę na kikucie pępka. Chodzimy tak po malutkim pokoju z ręcznikiem, jako przykryciem dla dziecka, które krzyczy i krzyczy, przerywając ten krzyk na moment ze zmęczenia, ale podnąsząc go za chwilę z powrotem.
Pojawia się Starsza Położna (ta, która przyjęła nas na oddział. To prawdopodobnie też ona miała kłopoty z otworzeniem nam drzwi wejściowych do budynku przed szóstą, kiedy w mroźnym wietrze czekaliśmy dzwoniąc trzy razy na domofon). Starsza Położna pyta jak się czujemy, obserwuje nas i zagląda, czy zjadłem kanapki z serem, które zrobiła mi jeszcze przed operacją (ten szczegół pominąłem w poprzednim opisie). Zjadłem tylko jedną, ucząc się ponownie działać jedną ręką trzymając dziecko. Druga czekała na talerzyku na lepszy moment. Chwilę jeszcze rozmawiamy, a potem znika.
Po jakimś kwadransie pojawia się Młoda położna i mówi, że mamy się przygotować do przejścia na oddział pooperacyjny, gdzie czeka moja pozszywana żona. Patrzy, że nie sprzątnąłem jeszcze z talerza i mówi, że mogę teraz zjeść, a ona w tym czasie weźmie dziecko i za parę minut przyjdzie. Nie zgadzam się. Chcę być cały czas przy córeczce i myślę, że córeczka też tego chce. Mówię do Młodej, żeby zaczekała, że za sekundę będę gotowy i pójdziemy wszyscy. Ona mówi, że za sekundę będą z powrotem…
Do Młodej Położnej wrócę na koniec wpisu.

W tym samym czasie na sali operacyjnej chirurg zszywa moją żonę. Nie wiemy ile czasu nad tym się trudzi. Ja z dzieckiem gdzie indziej, a żona odczuwa to jak wieczność. Nie wiemy dokładnie jak wygląda zszywanie, ale domyślamy się, że szwów jest kilkadziesiąt, a warstwa, czyli naskórek, złapana jest specjalnym plastrem, który mamy ściągnąć sami po siedmiu dniach.
Jeszcze przed pierwszym nacięciem, odpowiedzialna za całą operację doktor Sumienna zawołała mnie, żeby mi pokazać, że specjalna, przeźroczysta folia z kołnierzem przyklejona na brzuch, w jakiś sposób zdeformowała nakreśloną przez nią pisakiem na skórze żony linię cięcia i że teraz ta linia zrobiła się lekko falista. Z żalem w głosie mówi mi, że nie chciała. Zupełnie mnie tym zaskoczyła. Przecież nie w tym rzecz, żeby blizna była piękna, czy całkowicie niewidoczna. Rzecz w tym, żeby przez tę dziurę wyszło cało i zdrowo nasze dziecko. Nie będę miał żadnych pretensji, co do estetyki. To jakbym miał się gniewać, że ktoś obierając dla mnie pomarańczę krzywo naciął skórkę.
Poza tym to dla nas nie pierwsza cesarka. Pierwsza była do tego stopnia ukierunkowana na estetykę, że o dziecku się prawie nie mówiło. Ambicją Magika było rozreklamowanie się wśród kobiet wszelkimi możliwymi drogami, między innymi przez polecenie. Z własnego doświadczenia wiem, że to najlepsza forma reklamy. No bo jak pacjentka pochwali się przed koleżankami swoim pięknym, panieńskim wręcz brzuchem, to czy inne nie będą chciały skorzystać z rodzenia „łatwego, nieszkodliwego i przyjemnego”, a przy tym nie mającego wpływu na piękno brzucha? I rzeczywiście dr Anioł musiała szukać blizny po pierwszym cięciu, ale od razu powiedziała, że tutaj nie wykonuje się tak ryzykownych cięć, bo cięcie tak nisko może skończyć się przecięciem pęcherza moczowego i katastrofa gotowa.
My z tego wyrośliśmy. Dla nas piękno blizny nie ma znaczenia…

…Sala oddziału pooperacyjnego ma kształt litery T. Trzy skrzydła a w centralnej części duża oszklona dyżurka. Tutaj wszystko jest zorganizowane, to widać. Tutaj aż pachnie organizacją. Wchodzimy. Moja żona leży zaraz przy wejściu na salę. Kładę malutką krzykaczkę do piersi rozradowanej na nasz widok, chociaż zamroczonej jeszcze żony i malutka od razu zaczyna ssać. Zapada cisza. Żona jest nadal podłączona cewnikiem do worka i niemałą ilością kabli do sprzętu monitorującego jej stan i samopoczucie. Co jakiś czas monitor nad głową żony daje znać o czymś, o czym nie bardzo mam pojęcie, bo tętno i ciśnienie krwi było w porządku, ale zmieniały się nieznacznie inne parametry, co powodowało włączanie się sygnału o miłym dla ucha tonie. Przy innych łóżkach było tak samo, więc sygnały czasami nakładały się tworząc ciekawe, inspirujące efekty muzyczne. Co kilka minut podchodził ktoś z licznego tam personelu i sprawdzał, czy nie trzeba zmienić woreczka, czy wszystkie dane o stanie pacjenta są w porządku, czy wszystko jest ok.
Było ok. żona leżała na łóżku, które ciągle regulowała sobie pilotem, przy piersi trzymała córeczkę, którą regularnie przekładałem od jednej piersi do drugiej, podawałem żonie picie i poprawiałem zwinięty koc pod łokciem żony, żeby wygodnie trzymała dziecko. W taki sposób przeczekaliśmy trzy godziny, zanim zostaliśmy przeniesieni na oddział BB, czyli połogowy, chyba tak to się po polsku nazywa.

Przez pierwszą dobę córeczka przestawała krzyczeć tylko wtedy, gdy mleczko leciało z piersi. W przerwach – krzyk, jak źle złapała brodawkę – krzyk, kiedy poczuła łaknienie – krzyk…
Zupełnym zaskoczeniem była dla nas druga doba, kiedy wystarczyło jej krótkie „A…”, żeby dostać mleczka. Przestała już krzyczeć i zajęła się robotą. Co za ulga! Myśleliśmy, że będzie już zawsze tak krzyczała. Pewnie bym się przyzwyczaił, ale czy nie lepiej, kiedy dziecko nie krzyczy przez cały czas?
Cała ta sytuacja a przede wszystkim dochodzenie do siebie żony i moja pomoc przy poprawianiu zwiniętych kocy pod łokciami oraz poduszek sprawiła, że następnego dnia po nieprzespanej nocy byliśmy wykończeni. Śmieszna rzecz – zasuwałem jak robot przy pomaganiu, zrywałem się na równe nogi zaraz, jak tylko zawołała mnie żona, albo kiedy usłyszałem płacz córki, żeby nie czekały. Spałem tak czujnie, jak tylko można było. Druga doba już była dla mnie bardziej „ulgowa”. Pozwalałem sobie na więcej wypoczynku.
Niedawno, kiedy się o tym zgadaliśmy, usłyszałem z ust żony jak mało jej pomagałem pierwszej nocy :O że już w drugiej dobie było lepiej czyli dokładnie odwrotnie, niż było w rzeczywistości. Musiała być strasznie zmęczona, że takie wrażenie odniosła.

Oddział BB zrobił na nas bardzo miłe wrażenie. Standardem jest, że ojciec dziecka jest przy porodzie i mocno utrwalonym zwyczajem, że przez kilka dni przebywa razem z rodziną w pokoiku tego oddziału. Pokoik wyposażony jest we własną łazienkę dostosowaną dla osób niepełnosprawnych, małą, przemyślanie skonstruowaną lodówkę na kółkach z rozkładanym blatem stolika typu – „śniadanie do łóżka”, telewizor z odtwarzaczem DVD, szafę i rozkładane ze ściany łóżko dla ojca (w przypadku rodziny typowej). Oczywiście przycisk umożliwiający wezwanie położnej (piszę „oczywiście” zakładając, że to standard w każdej już placówce służby zdrowia w Unii Europejskiej – jeśli się mylę, to mnie poprawcie, a mogę się mylić, bo moja wiedza o polskich szpitalach jest dość archaiczna ;) ).
Dla rodzącej pobyt w tym miejscu jest nieodpłatny. Osoba towarzysząca musi zapłacić, ale koszt jest bardzo mały (za dobę 150 koron, czyli mniej, więcej godzinka standardowej pracy).
Personel bardzo miły i fachowy, zwłaszcza ten pracujący na dzienną zmianę. Z nocną zmianą było trochę słabiej, ale to chyba reguła wszędzie.
Zdarzyło się Wam patrzeć z rozdartym sercem na Wasze krzyczące dziecko podczas nieumiejętnego pobierania krwi do badań? Tu też się to zdarza. Wbicie igły w rączkę, albo główkę dziecka, a potem „szukanie” żyłki powoduje, że irytacja rodzica rośnie jak temperatura w czajniku. Po dwóch takich przypadkach nauczyliśmy się gwizdać jeszcze na długo przed osiągnięciem wrzątku. Na szczęście znaczna większość pobiera krew w miarę sprawnie, a bardzo miło jest wspomnieć niejedną „rękę” tak fachową, że jak na zawołanie przychodzą do niej najbardziej buntownicze żyły. Wielki szacun!

Efekt halo – piękne zjawisko rozszczepu promieni słonecznych w lodowych chmurach w drugiej dobie życia naszej Królowej śniegu pierwsza zauważyła żona. Tutaj to dość częste zjawisko, w Polsce widziałem to tylko raz podczas spaceru z Szachistą. Wyciągam aparat i robię krótkie ujęcie filmowe tego zjawiska. Po południu przychodzi przesympatyczna położna, jedna z dwóch, z którą mamy najlepszy kontakt, straszna gaduła. Żona pyta, czy widziała dzisiaj efekt halo. Położna pyta co to jest. Odtwarzam filmik na aparacie. Okazało się, że nigdy czegoś takiego nie widziała. Czasem trzeba się zatrzymać w biegu życia, spojrzeć w niebo na rzeczy ulotne ;), czasem pod stopy na rzeczy małe, a czasem na innego człowieka…

Na BB nie tylko dochodziliśmy do siebie po cesarce, ale też dowiadujemy się od położnych sporo ciekawych rzeczy np. o pielęgnacji rany, technikach karmienia i inne praktyczne rzeczy. Jesteśmy tam trzy dni, w ciągu których naszego noworodka odwiedzają babcie i brat. Rodzeństwo ma prawo wejść na oddział, ale do babć musimy wyjść na spotkanie w małej salce przed wejściem na oddział.

W trakcie pobytu na oddziale BB odwiedza nas dr Sumienna i ogląda zaklejony plastrem brzuch żony, pyta o samopoczucie, rozmawia z żoną. Powiedziała też, że decyzja o cesarce była najlepszą z możliwych, że siłami natury żona nie byłaby w stanie urodzić. Na koniec krótkiej rozmowy przeprasza jeszcze raz żonę za krzywiznę na brzuchu. Pani doktor! To nie szkodzi, że trochę krzywo. My tego nawet nie zauważymy. Najważniejsze jest nasze Szczęscie!

Lekarz od poronień. Spotykam go na kilka minut przed wypisaniem ze szpitala. Szedłem właśnie długim korytarzem z fotelikiem, kiedy go zobaczyłem idącego z jakimś innym lekarzem. Rozmawiali. Nie poznał mnie z daleka, ale zaintygował go mój szeroki uśmiech. Pokazałem mu fotelik. Niewiele mu powiedziałem, bo mi się głos łamał. Obaj wiedzieliśmy, że w niedalekiej przyszłości czeka nas wizyta u niego, wtedy porozmawiamy na spokojnie, pokażemy naszego brzdąca.

Wszystko byłoby jak z bajki, gdyby nie dwa szczegóły.
Młoda położna, kiedy powiedziała mi, że wróci z moim dzieckiem dosłownie za chwilę, postępuje wbrew mojemu sprzeciwowi. Wychodzi z moją córeczką z pokoju, gdzie właśnie się ubierałem, żeby z nią pójść. Wyskoczyłem za nią chwilę później i zobaczyłem, że po prostu chciała się pochwalić swoim koleżankom kolejnym „swoim” osiągnięciem. Zaniosła moje dziecko do dyżurki. Po co? Czy nie mogła pokazać przez wielkie, szerokie przeszklenie? Czy nie złamała procedur i reguł wchodząc z noworodkiem między dorosłe osoby? Nie naraziła jej na ryzyko złapania wirusa przeziębienia?
Drugi szczegół to brak informacji co do pokoiku, gdzie nas przyjęto przed operacją. Zostawiliśmy tam bagaże i inne rzeczy wiedząc od Anioła, że będziemy mieli swój pokoik. Nikt nie powiedział, że ten pokoik trzeba będzie opuścić w czasie, kiedy żona leżała na oddziale pooperacyjnym, a w zamian dostaniemy inny na zupełnie innym oddziale. Efekt był taki, że kiedy po dwóch godzinach siedzenia z żoną na pooperacyjnym, spragniony wróciłem na oddział, idąc do swojego pokoiku dowiedziałem się od Starszej Położnej, że moje rzeczy są „spakowane” i czekają na mnie pod stołem na dyżurce. Myślałem, że żartowała. Spytałem czy ma moją kanapkę. Powiedziała, że nie wiedziała, że wrócę i pozbyła się jej, ale może mi przygotować nową, jeśli chcę. Nie chodziło mi o kanapkę. Spytałem gdzie mam te rzeczy zostawić, bo nie mogę przecież wrócić do żony z tobołami. Tam nie ma na nie miejsca. Nic nie odpowiedziała. Poczułem się jak bezdomny. Objuczony torbami poszedłem na parking i schowałem w bagażniku. Ale co by było, gdybym nie miał samochodu?

To tylko dwa szczegóły, które nie zmieniają za bardzo mojej dobrej opinii o działalności szpitala, a w szczególności zespołu operacyjnego, który zrobił najpiękniejszą robotę w całej mojej historii.

Dziwny ten świat

No i znów nieplanowany, ale konieczny wpis. Winny Wam jestem wyjaśnienie dlaczego tak marnie odpisuję na Wasze przemiłe komentarze, nie mówiąc o dokończeniu mojej historii. Od kiedy urodziła się moja córeczka po prostu cierpię na chroniczny brak czasu ;) czego właśnie chciałem, od dawna o tym marzyłem. Absolutnie nie narzekam na to, że nie dosypiam, że mimo zmęczenia muszę pomagać przy całej pracy związanej z troską o dziecko i jego rozwój. No, bo przecież zmęczony jestem nie tylko ja, ale i moja żona, która najbardziej tej pomocy potrzebuje. Żałuję tylko, że nie mam chwili, żeby w skupieniu usiąść przy klawiaturze i odpisać Wam, a później kontynuować pisanie bloga.

 

Kiedy czytam Wasze komentarze, nasuwają mi się słowa piosenki Czesława Niemena (którego twórczości za młodu niedoceniałem) „Dziwny jest ten świat”, która mówi o brutalnych realiach życia, ale jednocześnie napawa wielkim optymizmem i wiarą, że „ludzi dobrej woli jest więcej…” Dla mnie Wy jesteście właśnie takimi ludźmi dobrej woli, którzy nie tylko zrozumieli mnie i moją żonę w obliczu tragicznej przeszłości, ale też potrafiliście osobiście „przeżyć” moją historię czytając mojego bloga niejednokrotnie jednym tchem. Dziękuję Wam za to z całego serca. I nawet, kiedy miną lata, ja tego nie zapomnę.