Pępek

Dosłownie przed chwilą moja córeczka została wyjęta przez lekarkę z brzucha żony i położona na jej nogach. Do uszu wszystkich dobiegł piękny, czysty i na wskroś przejmujący krzyk. Krzyk, którego nigdy nie zapomnę. Krzyczała przy zaciskaniu i odcinaniu pępowiny, krzyczała kiedy młoda położna przenosiła ją na osobne stanowisko, krzyczała kiedy był zawiązywany jej pępek. I tu śmieszna rzecz – pada pytanie czy chcę przeciąć pępowinę a raczej skrócić „kikut pępka”, bo tylko to pozostało po rzeczywistym odcięciu pępowiny. Z początku nie odpowiadam, bo nie wiem co. Pytanie mnie zaskakuje, bo z jednej strony wyraźnie mam w pamięci noc drugiego sierpnia 1994, kiedy wiedziałem i byłem przygotowany na rzeczywiste przecięcie pępowiny łączącej jeszcze mojego synka Daniela z łożyskiem będącym jeszcze wewnątrz mojej żony. Pamiętam dokładnie, kiedy ją przecinałem, pamiętam, kiedy piliśmy „szampana” a raczej bezalkoholową wersję jego podróby, pamiętam co stało się później. Gdzieś pozostała we mnie trauma – swoiste skojarzenie przecięcia pępowiny i późniejszych wydarzeń. Za drugim razem, kiedy rodził się Szachista, nie przecinałem pępowiny, nie zostało mi to zaproponowane, nie zgodziłbym się, gdyby nawet taka propozycja padła. Teraz mam chwilę na refleksję, teraz zastanawiam się czy to nie będzie jednak lepiej, kiedy tę pępowinę przetnę, nie dla jakiegoś symbolu, że niby w ten sposób „nadaję komuś życie” – jak to mi przedstawił za pierwszym razem Magik, ale tak dla siebie, tak w ramach terapii, żeby do końca wyrzucić z siebie zmory z przeszłości. Teraz ta młoda położna skupia się na swojej robocie i po chwili ponawia pytanie czy chcę przeciąć pępek. Tak. Biorę nożyczki i przecinam, a raczej skracam to co pozostało. Wiem, że to nie jest to, wiem że tym razem to tylko substytut prawdziwego przecięcia, bo pępowina jest już odcięta. Czuję się trochę jak fryzjer, który po prostu skraca to, co jest za długie. Taki manewr dla naiwniaka. Ale jest mi z tym dobrze w pewien sposób. Mogę być naiwniakiem, byleby tylko wszystko dobrze poszło. Nie udało się Młodej założyć gumowej pętelki, chociaż próbowała kilka razy. Zwalnia szczypce i chwyta nimi około centymetra bliżej, bierze nożyczki i sama skraca jeszcze raz, po czym jeszcze raz męczy się z pętelką, którą tym razem udaje jej się założyć.
Po założeniu pętelki przez Młodą, zza moich pleców wyłania się starszy, wesoły lekarz-pediatra, coś do mnie zagaduje i przystępuje do rutynowego badania ciągle krzyczącego, mojego dziecka. Poleca pobrać wymaz z noska i uszka w celu wyszukania ewentualnego niebezpieczeństwa, którego przez tyle czasu się baliśmy.
Potem Młoda bierze dziecko i kładzie je na piersi żony. Córeczka zaciąga pierwszy łyk i uspokaja się na trochę. Po krótkim czasie Młoda bierze córeczkę i kładąc ją do czegoś, co przypominało bardziej przeźroczystą, wyścieloną pieluchami kuwetę na kółkach niż wózek, czy jeżdżące łóżeczko mówi, że czas przejść na inny oddział, gdzie ją zważy, zmierzy „wzrost” i obwód głowy. Wszystko idzie zgodnie z „przepowiednią Anioła”, czyli opowiadaniem lekarki, jak to się zwykle odbywa – opowiadała nam o tym podczas jednej z rozmów. Przez całą drogę i w pokoju, gdzie moja córeczka jest ważona i mierzona, nie przestaje krzyczeć, ale kiedy biorę ją na ręce i mówię do niej po polsku słowa, które wcześniej mówiłem do brzucha, i kiedy tak mówię i śpiewam, córeczka uspokaja się.
Później przechodzimy do pokoiku, gdzie zaczynaliśmy dzisiejszą przygodę. Tam Młoda zostawia nas mówiąc, że przyjdzie później i mówi, żebym podniósł koszulę i przytulił córeczkę. Ściągam całkiem i przytulam, ale ona krzyczy nadal. Nadal uspokajam moją krzyczącą córeczkę mówiąc do niej spokojnym niskim głosem tak samo, jak rozmawiałem z brzuchem. To naprawdę działa.

 
Mit z lat mojego dzieciństwa.
Dawna moja „wiedza” na temat noworodków opierała się na mitach, które mówiły jak mało do nowo narodzonego dziecka dociera. Że dziecko rozpoznaje tylko głos matki, że jeszcze jej nie widzi, że potrzebuje tylko cycka i głosu matki, że ojca w ogóle nie „zauważa” w otoczeniu, i to mu wystarcza przez pierwsze miesiące życia.
Totalna bzdura. Trzy razy w życiu miałem okazję się o tym przekonać. Za wszystkimi trzema razami potwierdza się, że dziecko pamięta jeszcze z brzucha, jeśli się do niego mówiło regularnie, tym bardziej pamięta, jeśli się śpiewało, jeśli się bawiło z dzieckiem wierzgającym nóżkami i rączkami, jeśli przy tym mama zawsze była w dobrym humorze, to na pewno zdrowe dziecko będzie to pamiętać!

Cesarka tym razem

Godzina piąta, pięćdziesiąt jesteśmy na parkingu pod szpitalem. W szpitalu mamy być na szóstą. Rano. Wyciągamy nasze bagaże (wszystkie rzeczy potrzebne nam na kilka dni pobytu i ubranka dla dziecka) i idziemy do wejścia. Zamknięte. Idziemy, więc do drugiego. Zamknięte. Ale jest domofon. Dzwonimy, czekamy… Wiatr i czekanie sprawia, że kilka stopni mrozu jest dla nas coraz bardziej odczuwalne. Po chwili w domofonie odzywa się damski głos „Na poród?”. Odpowiadamy, że tak. „Otwieram” – mówi głos z domofonu, ale nic się nie otwiera. Ciągnę, więc za klamkę – zamknięte. Dzwonimy ponownie, czekamy… „Na poród?” Tak, na poród – odpowiadam – dzwoniliśmy przed chwilą i drzwi się nie otworzyły – dodaję trochę niecierpliwie. „Już otwieram” – mówi głos ze słupka, ale znów przez dłuższy czas nic się nie dzieje. Tym razem przez parę sekund przytrzymuję palec na dzwonku. „Daj spokój” – mówi do mnie żona – „i nie zwracaj im uwagi” – uspokaja mnie widząc moją srogą już minę. Ja swojej miny nie widziałem, widziałem za to, że jej jest ciężko i marźnie. Za trzecim razem głos w domofonie znów pyta czy na poród. „Tak… i marźniemy tutaj… i dzwonimy trzeci raz…” Drzwi otworzyły się same, potem drugie… wchodzimy z tobołami do halu i kierujemy się na oddział porodowy. Byliśmy tu już wcześniej kilka razy, ale nie rano i wszystko wtedy było otwarte i pełne życia. A teraz jakby wszyscy spali, albo jakby dopiero zaczynali się budzić…

Na spotkanie nam wychodzi niemłoda położna, wita się podając rękę, przedstawia, prowadzi do pokoiku. W pokoiku z ulgą stawiam bagaże, powoli zaczynamy się przygotowywać, położna pyta jak nam minęła droga, pyta o pogodę… Pewnikiem nocna zmiana, inaczej nie pytałaby czy zimno. Odpowiadam, że zimno i nie mogąc się powstrzymać dodaję z nutą złośliwości, że żona prawie zamarzła przed drzwiami, kiedy ktoś z personelu nie mógł sobie poradzić z ich otwarciem. Udała, że nie rozumie. Typowe, jak tylko się mówi o uchybieniach, to nikt nie rozumie.

Przebieramy się. Żona i ja dostajemy polecenie, żeby się przebrać w ubrania, które już na nas czekają w pokoiku. W zielonych, lekkich ubraniach i z siatkową czapką na głowie wyglądam jak anestezjolog… przynajmniej w oczach żony. Dla niej przygotowana jest długa koszula i białe, długie do ud pończochy, ale niezbyt „ładne”. Pomagam jej to na siebie założyć. Jednocześnie przychodzą dwie pielęgniarki, mierzą ciśnienie, pytają o uczulenia alergiczne i inne sprawy, jedna z nich zakłada żonie cewnik (rurkę do odprowadzania moczu), druga wbija w lewą dłoń wenflon, przez który pobiera krew do badania a potem wstrzykuje antybiotyk. Pytam, jaki. Odpowiada, że standardowy, który dostają wszystkie kobiety przed cesarką. Pytam więc, czy oprócz tego będzie podany jeszcze jakiś antybiotyk, bo podczas wcześniejszej rozmowy z lekarką (Aniołem) ustaliliśmy, że żona dostanie antybiotyk przeciwko GBS na dwie godziny przed cięciem. Już nie byłem zadowolony, że ze standartowych czterech godzin, o których mówił nasz lekarz od poronień, nagle Anioł zrobił tylko dwie. Dlaczego jedni lekarze mówią o obowiązkowych czterech, a innym wystarczą dwie? Jeszcze jestem spokojny, bo czytaliśmy o tym wcześniej w internecie i chociaż nie znaleźliśmy wyraźnej odpowiedzi na to pytanie, to sama statystyka, że to nie Anioł wymyślił, jak gdyby uspokaja nas. Na moje pytanie, pielęgniarka mówi, że musi to sprawdzić. Wychodzi… Po przyjściu mówi, że dzwoniła do Anioła i że wszystko się zgadza, tylko jedna, standardowa dawka antybiotyku, ponieważ wcześniejsze testy nie dały pozytywnego rezultatu na GBS. W tym momencie już dostaję niezłego nerwa. Staram się tego po sobie nie pokazać, ale wewnątrz cały chodzę. Dostaliśmy zwykły, standardowy antybiotyk, który ma zabić śmiertelnie niebezpieczne licho, które wcale nie musi być GBS-em. Czyli najpierw mówi się jedno, a potem robi się co innego. Czy wielka strzykawa z antybiotykiem ma sprawić na nas wrażenie, zadziałać jak placebo? Czy rzeczywiście zadziała na wszystkie nasze obawy? Żona mówi, żebym nie wszczynał, że to i tak już za późno. Ma rację, jak Anioł powiedział, że to wystarczy to znaczy, że już nie ma dyskusji.

Czuję się wystawiony… Czuję, że nie kontroluję sytuacji… Znów czuję to, co czułem poprzednio, zaraz po tamtej cesarce, kiedy z moim drugim synkiem zaczęły się dziać podobne rzeczy jak z pierwszym, tyle że teraz strach oblatuje mnie przed operacją. Przed tamtą cesarką tego nie czułem, bo wtedy się nie spodziewaliśmy, że licho siedzi jeszcze w naszym organizmie, wtedy wszystko spadło na zielone wody. Teraz czuję się paskudnie, bo pozostały czas do operacji to już nawet nie dwie godziny od zastrzyku (!!!), ale trochę ponad półtorej, specyfik podany nie jest taki, jak trzeba, Anioł nie mówi prawdy a my, jako pacjenci nie jesteśmy traktowani serio… Przecież można było z nami porozmawiać otwarcie. Po co obiecywać coś, czego nie ma się zamiaru spełnić? A gdybyśmy nie zachowali spokoju? Gdybyśmy powiedzieli, że nie idziemy na żadną operację, bo nie został spełniony wcześniej ustalony warunek?

Znów jestem spięty do granic możliwości, czuję, że niewiele mogę. Jest mniej, więcej za dziesięć ósma. O ósmej ma się rozpocząć operacja – godzinę i czterdzieści minut po wstrzyknięciu „cudownego środka”. Czy zdąży zadziałać? Po chwili jedna z pielęgniarek zwalnia hamulec pod łóżkiem żony i łóżko z żoną mknie przez niezliczone korytarze oddziału. Zaraz za drzwiami dzielącymi oddziały, na początku korytarza oddziału operacyjnego czekają ludzie z trochę innym „jeżdżącym łóżkiem”, wyższym i węższym. Jest ich dość dużo. Uśmiechnięci witają się najpierw z moją żoną, potem ze mną, każdy po kolei, przedstawiają się. Ktoś z personelu podnosi sterowane łóżko z żoną do wysokości tego drugiego i na „trzy, cztery” delikatnie, ale zdecydowanie przerzucają ją na to drugie. Teraz cała grupa ludzi, a ja z nimi zmierzamy do sali operacyjnej. Wjeżdżamy na dobrze oświetloną salę, która wydaje się być pusta. Na środku sufitu wielka lampa na składanym długim ramieniu. Na środku podłogi stojąca skośnie w stosunku do ścian metalowa, sześcienna kostka o wysokości mniej, więcej do kolan, na którą najeżdża właśnie owo wąskie łóżko z moją żoną, które od tej pory okazuje się być stołem operacyjnym. Później pewne osoby przypychają w pobliże stołu operacyjnego inne sprzęty na kółkach i sala staje się wypełniona.

Jest ósma, kiedy anestezjolog ubrany na niebiesko zabiera się do wkłuwania się w żony kręgosłup. Tym razem jestem psychicznie przygotowany również na widok wielkich strzykaw z wielkimi igłami i inne sprawy. Teraz już wiem, że mogę być przy każdej operacji i najprawdopodobniej nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Widziałem przecież poprzednio i znieczulanie w kręgosłup i cięcie, i wyciąganie dziecka przez rozciągniętą łyżkami wielką dziurę w brzuchu i długotrwałe zszywanie tej dziury…

Pielęgniarka anestezjologa (też ubrana na niebiesko) podsuwa mi krzesło na kółeczkach, żebym sobie usiadł. Siadam chętnie. Ktoś zapala wielką lampę na suficie, której światło płynie z wielu różnokolorowych, silnych lampek poukładanych na tarczy jak plastry miodu. Wszystkie razem dają silne, białe światło, które teraz jest skierowane na plecy mojej żony. Anestezjolog siada na swoim krzesełku i rozpoczyna. On po drugiej stronie stołu, moja żona odwrócona do niego plecami a do mnie twarzą. Kładę rękę na podłokietnik stołu, łapiemy się z żoną za ręce. Tym razem nie idzie tak łatwo jak poprzednio. Poprzednio zaaplikowanie znieczulenia trwało nie dłużej niż trzy minuty. Tym razem dobre piętnaście. W międzyczasie w sali gromadzi się coraz więcej osób, co jest dla mnie niemałym zaskoczeniem, bo z doświadczenia z Polski wiem, że niektórzy robią to we czwórkę, a nikt mi nie zapowiadał, że tutaj będą jacyś studenci, stażyści, czy inni, którzy przyszli popatrzeć. Naliczyłem w sumie dziewięć osób, moja żona dziesiąta, córeczka w brzuchu jedenasta, no i dwunasty – ja.
Z każdym ukłuciem anestezjolog pyta, w której części ciała żona czuje ból. Przeważnie było to w plecach, kilka razy też się pojawiło w którymś udzie. Za każdym wbiciem igły żona mnie ściskała za rękę, wtedy i mnie bolało, czułem się winny, jakby to wszystko było przeze mnie. Później, kiedy już na oddziale połogowym wspominaliśmy ten moment, żona mówi, że kojarzy, że trzymała kogoś za rękę, ale w jej pamięci jawi się pielęgniarka anestezjologa – młoda, silna kobieta, która rzeczywiście złapała ją za drugą rękę, lecz przy pierwszym w jej „obecności”, a dla mnie kolejnym niefortunnym wkłuciu, pielęgniarka zabrała rękę. Musiało zaboleć…

Po piętnastu minutach strzelania jak kulą w płot, trafił. Moje uczucie zawodu natychmiast spadło. Ogromnie mi ulżyło widząc jednocześnie ulgę pozostałych zgromadzonych. Udało się. Najważniejsza część wstępu do operacji w jednym momencie długiej, mozolnej próby poszła skutecznie… Anestezjolog, swoją długą robotę przy mojej żonie tłumaczy tym, że już nie jest taka młoda. Nie przeczę, sam na to wpadłem jeszcze, kiedy się męczył ze strzykawką, że to może być przyczyna, że przecież kręgosłup z wiekiem się zużywa, ścierają się kręgi, dyski, dodatkowo żona ma krzywy kręgosłup. To raczej wtedy mieliśmy szczęście, że tak łatwo się udało.
Okazało się z czasem, że ci wszyscy ludzie, którzy tam byli to personel. Stanowili zgrany zespół. Jak w orkiestrze każdy wiedział gdzie jest jego miejsce, jaki instrument będzie obsługiwał i kiedy na nim „zagrać”.

Teraz obracają żonę na plecy, rozciągają parawan pod linią piersi. Parawan jest trzykrotnie szerszy, niż ten w Polsce, ale jego wysokość jest taka sama. Osoba siedząca przy głowie rodzącej nie widzi co się dzieje za parawanem, ale widzi zajęty swoją robotą personel. Nie mogę wysiedzieć z dwóch powodów. Boli mnie pewne ścięgno, które rok temu zerwałem przy uprawianiu swoich wygibasów i teraz, kiedy długo siedzę, czy w domu, czy w samochodzie podczas długiej jazdy, zaczyna mi tak dokuczać, że muszę zmienić pozycję. Wstaję też dlatego, że chcę widzieć, co robią z moją żoną, chcę mieć nad tym kontrolę.

Lekarka odpowiedzialna za „całą imprezę” pięknym pociągnięciem ręki naznaczyła pisakiem linię cięcia. Niestety po przyklejeniu na brzuch przeźroczystej folii z gumowym kołnierzem linia zrobiła się trochę krzywa, co było powodem ubolewania owej lekarki. Ale nie moim. Przecież nie będę się przejmował takimi drobnostkami jak krzywa blizna, kiedy za chwilę będą się ważyły losy mojego szczęścia. Mówię jej z roześmianą gębą, że to nie szkodzi, że to drobnostka…

Zaczynają ciąć. Ktoś podchodzi do mnie z tyłu i grzecznie podstawia mi krzesełko. Odmawiam. Dziwią się mojej reakcji. Pielęgniarka anestezjologa pyta czy pracowałem w służbie zdrowia. Mówię, że nie. I że chcę patrzeć, że mi patrzenie nie szkodzi. (Poprzednio nie tylko patrzyłem, ale też robiłem zdjęcia. Niewiele, żeby nie rozpraszać lampą błyskową, ale robiłem, żeby mieć jakąś pamiątkę, gdyby nie poszło dobrze. Tym razem nie robię zdjęć, bo wiem, że tu jest taka zasada, a ja się nie chcę z nimi targować. Chociaż bardzo chciałby takie zdjęcia mieć).

Kilka następnych pociągnięć skalpelem, kilka szczypiec w brzuchu żony… i czuję jak ktoś z tyłu trzeci raz podstawia mi krzesełko. Tym razem chyba nie kontrolowałem swojej miny, bo już nic nie musiałem mówić. Więcej razy krzesełko nie podjechało mi pod kolana.

Patrzę na brzuch żony, patrzę na jej twarz. Po chwili pielęgniarka anestezjologa mówi żonie, że może usłyszeć dźwięk łańcuchów, żeby się wtedy nie przejmowała, że to są łyżki do kontrolowanego rozciągania otworu w brzuchu. Żona się zdziwiła słysząc to zdanie. Pomyślała, że jeszcze musimy dużo pracować nad naszym szwedzkim, skoro takie śmieszne nieporozumienia w dalszym ciągu powstają. Ale rzeczywiście krótki czas po tym jak to powiedziała, usłyszeliśmy dźwięk łańcuchów. Dwie osoby z personelu stały w sporej odległości od stołu z napiętymi łańcuchami zaczepionymi na końcach dwóch łyżek. Trzecia łyżka, ta „od dołu” była bez łańcucha. Na skinięcie głową głównej lekarki, kobiety z kontrolowaną siłą rozciągnęły otwór w brzuchu i za chwilę widziałem jak dłonie w rękawiczkach jednej z lekarek zagłębiają się w wielkim jeszcze brzuchu mojej żony, żeby za główkę wyjąć moje szarawe w tym świetle, malutkie dziecko, które natychmiast po położeniu na nogach żony zaczęło cudownie krzyczeć. To pierwszy raz na pięć ciąż, kiedy usłyszałem krzyk swojego dziecka. Tak zdrowy i cudowny krzyk. Wcześniej, kiedy widziałem ten moment oczami wyobraźni, nie wiedziałem jak zareaguję. Myślałem, że po prostu będę szczęśliwy, ale trudno będzie mi to okazać. Albo jeśli pójdzie źle, będę nieszczęśliwy i nie będę chciał w ogóle pokazać swoich uczuć. Jednak teraz poczułem się szczęśliwy. Łzy nie przepełniły moich oczu, nie wylały się na zewnątrz, ale napełniły je w pewnym stopniu. Nie wiem dlaczego nie mogę płakać tak, jak kiedyś. Teraz nie mogę… nie mogłem niedawno, gdy rozpaczałem i nie mogę teraz, kiedy jestem tak szczęśliwy.
Urodziła się moja upragniona dziewczynka.
Cdn…

Śmieszna wada mężczyzny

Jedna z ostatnich chwil na kursie dla adopcyjnych, ogólna rozmowa, kiedy każdy na luzie mówi, co ma akurat na myśli. Jedna z takich myśli szczególnie mi utwkiła. „Wysoka” (przyszła adopcyjna mama jedenastoletniego chłopca z Rosji i biologiczna siedmioletniej dziewczynki) opowiada o swoich dość poufnych rozmowach z córką. „Zawsze mówię, że chłopcy i dziewczynki są sobie równi i tyle samo warci”, „ ale dziewczynki są lepsze” – dodaje na końcu zdania. W niedogrzanej sali wybuchł radosny śmiech. Wysoka, kiedy tylko skończyła to mówić, czerwieniąc się poluźniła wełniany szal owinięty dwa razy na szyi. Śmieli się wszyscy, ale ja się tylko uśmiechałem, bo chociaż wypowiedź była zabawna też dla mnie, to w pełni się z nią zgadzam – dziewczynki są lepsze… w niejednym.
Naukowcy od dawna badają różnicę umysłu mężczyzny i kobiety na różnych płaszczyznach. Takich płaszczyzn jest wiele i żeby być sprawiedliwym, trzeba brać pod uwagę wszystkie różnice. Ale dzisiaj po raz kolejny dotarła do mnie pewna ciekawa różnica, która mnie samego stawia niżej, niż moją żonę.
Nieraz już dziwiłem się, że moja żona zupełnie nie słyszy, kiedy ktoś w sąsiedztwie za mocno trzaśnie w nocy drzwiami, hałasuje, czy rozmawia na tyle głośno, że słyszę to przez ścianę. Przeważnie budzę się natychmiast z taką dozą adrenaliny, że gotów byłbym „ugotować klej na głowie” łobuza, hałasiarza, który swoją niefrasobliwością, czy brakiem delikatności wobec otoczenia wkracza na mój teren.
Z drugiej strony, kiedy płacze moje dziecko, ja po prostu śpię dalej. Kiedy przychodzi żona i pyta: „nie słyszysz, że płacze?”, uświadamiam sobie, że rzeczywiście gdzieś w podświadomości, przez sen słyszę płacz, ale to mnie nie budzi… to mnie zupełnie nie alarmuje… Dlaczego?
Śmieszna ta wada

Mam córeczkę

Wszystko poszło tak dobrze, jak tylko mogło pójść. Ponad trzy i pół kilograma upragnionej dziewczynki ;) . W najbliższej przyszłości postaram się opowiedzieć co i jak było. Teraz jestem na urlopie tacierzyńskim ;) i prawdziwie cieszę się jej istnieniem. Dziękuję Wam – Czytelniczkom i Czytelnikom mojego bloga, wasze wspaniałe komentarze podtrzymywały mnie i moją żonę, trochę też mojego syna i obydwie babcie, którzy też z napięciem czekali na jej przyjście na świat.