Adopcja, czy własne…

Nie wiemy którą drogą pójść. Niby możemy wybrać, ale taka możliwość nie jest dla nas komfortową sytuacją. To dylemat. Adopcja wiąże się z dużym wydatkiem, który już rozpoczęliśmy korzystając ze szkolenia dla adopcyjnych rodziców. Ten koszt nie był wielki, bo tylko jakieś dwa tysiące (w złotych). Całkowity koszt adopcji ze Szwecji to mniej, więcej od 100 000 zł. do 150 000 zł. Adopcja wiąże się też z dużą przeprawą przez machinę administracyjną. Z drugiej strony biologiczne dziecko a właściwie ciąża w naszym przypadku to wielka zagadka i ryzyko, że znowu coś się stanie jak poprzednim razem. Jak za czterema poprzednimi razami… W obu przypadkach wielka nadzieja, ale i niepewność.

Kompromis między zdrowiem a wiekiem.
Wiemy, że chcemy dziewczynkę. To nie ulega wątpliwości. To moje i żony marzenie od dawna, odkąd tylko Magik na zdjęciu USG mojego syna zaznaczył długopisem „bułeczkę”. Syn jest, ale marzenie o córce pozostało. Chcemy oczywiście jak najmłodszą. Chyba wszyscy rodzice tego chcą. Powody tego są oczywiste. Przede wszystkim im młodsza tym dłużej będzie w domu, czyli z nami. Po drugie wiadomo nie od dziś, że emocjonalnie człowiek kształtuje się w pierwszych trzech latach życia, potem jest już dużo trudniej a niektórzy teoretycy twierdzą, że to wręcz niemożliwe. Po trzecie dziecko musi mieć dobry start z opanowaniem języka i ogólnym zaaklimatyzowaniem się w nowym środowisku, z nowymi rodzicami i nowym językiem jeszcze przed rozpoczęciem szkoły – im wcześniej, tym lepiej. Im starsze dziecko tym więcej trudności z poradzeniem sobie z tak wieloma problemami na raz.

Sprzeczne informacje.
Żona dzwoni do Polski, do różnych instytucji zajmujących się sprawami adopcji, żeby się jak najwięcej dowiedzieć. W jednej instytucji dowiaduje się, że z dziewczynkami jest trudno, że owszem są, ale starsze. W jakim wieku? Czy jest szansa na trzy, cztery lata? Nie. Na pięć? Nie. To może na sześć, żeby jeszcze przed szkołą z rok został na aklimatyzację? Może…
Żona dzwoni drugi raz i dowiaduje się od innego urzędnika, że tak młodego dziecka nie dostaniemy. No to jakie? Osiem? Dziewięć? Co prawda pasowała by jedna sprawa, podobieństwo wieku adoptowanego dziecka, które wraz z naszym biologicznym dzieckiem utworzyłyby rodzeństwo. A cała reszta? Czy poradzi sobie w szkole nie znając języka? Dzieci zadziwiająco szybko łapią język, ale co z resztą? Nowe środowisko, nowi ludzie dookoła, pewnie też nie wszyscy okażą się przychylni dla człowieka z obcego kraju. Przerabialiśmy to z naszym synem, tym razem wolimy wyprzedzić problem. „Takiego dziecka to pani nie dostanie” – usłyszała żona od urzędnika z niemałą obojętnością w głosie. Nie? A jakie? „Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, może starsze…” Jak to starsze? Nastolatkę? Czy będę dla niej jak ojciec? Co o mnie powiedzą sąsiedzi? Co może nastolatka z domu dziecka, która nigdy nie zaznała miłości rodzicielskiej? Nie będzie żądać coraz większego kieszonkowego? Nie oskarży mnie o molestowanie? Albo nie sfinguje jakiegoś pobicia? Tu wystarczy, że dzieciak zadzwoni na policję z na prędce wyssaną z palca opowiastką, żeby „starzy” mieli poważne problemy. Może i nie byłoby tak, ale nie chcę ryzykować. Mam syna, o którego muszę dbać, mam żonę, mam prywatne życie. Oddam dużo, żeby cieszyć się ojcostwem, ale dziecko w takim wieku już wychodzi z dzieciństwa, już skorupka nasiąkła, ten wiek nie jest odpowiedni.
„Możecie wziąć chore”. Ok, ale jak chore? Bardzo? Z zespołem downa? Nie chcę, dziękuję, mam już jedno, które nie jest do końca zdrowe, o które martwię się codziennie. Mogę wziąć dziecko bez nogi, czy ręki, czy obu nóg, bo ten problem już znam i w rzeczywistości w Szwecji to nie jest wielki problem. Ale nie ciężko chore, przecież nie na tym polega ojcostwo, żeby tylko się poświęcać i jak to ktoś kiedyś zarzucił „zbierać oklaski, jakim to się jest wspaniałym ojcem”. Nie! Ja chcę mieć względnie zdrowe drugie dziecko, chcę mieć szanse na wnuki.
Tu przypomina mi się stary i mało śmieszny, ale za to okrutny dowcip o ojcu, który się dowiedział, że jego żona w szpitalu właśnie urodziła dziecko, ale bez rączek… i nóżek… i tułowia… a w ogóle to tylko same oczy, ale za to jak bardzo podobne do twoich!..
Tak, jestem egoistą. Kto z Was chciałby wziąć na siebie odpowiedzialność za chore dziecko dobrowolnie, mając już jedno?
„Nie dostaniecie zdrowego i tak młodego dziecka” – pada odpowiedź urzędnika…

5 Komentarze

  1. Ja adoptowałam 2 chłopców, 7 i 9 lat. Rok temu. Powiem tylko tyle, że nie masz co liczyć na rzetelną informacje o dziecku, w moim przypadku świadomie ukryto bardzo ważne informacje. Nie masz co liczyć w Polsce na pomoc psychologiczną z Oś Adopcyjnejo w przypadku problemów, a jeśli się do nich przyznasz szczerze – potraktują Cię jak przestępcę. Naobiecują złote góry i spuszczą po brzytwie. W Polsce to bardzo bezduszna machina i liczy się jedynie dobra statystyka – nigdy człowiek. jeśli Ci się uda (a trzymam za was kciuki) walcz o swoje bo tylko wtedy masz szansę to przetrwać. Pozdrawiam i trzymam kciuki

    • Dziękuję i życzę powodzenia w walce z przeciwnościami. Rzetelna informacja o dziecku to nie tylko polski problem.

  2. w Polsce zdrowa adopcja dziec to mit. nie masz m-nia na własność – zapomnij. Znam osobę która w wieku czterdziestu paru lat dostała do adopcji dziewczynke własnie, może pięcioletnią, zdrowiusieńką. Ta osoba to kobieta lecząca się psychiatrycznie a dziecko przyznano jej tylko dlatego że ze świeżutkim mężem mają mieszkanie u jego matki, trzy pokoje…Teraz on ją tłucze(bo jest agresywny), dzieciak w traumie, ona biega po znajomych i pracodawcach się skarżyć przez co oboje stracili robotę. Patologia jakich mało, ale ty nie masz co liczyć na zdrowe i młode. To państwo to kryminał.

    • a zapomniałam dodac że raz jak poszła na obdukcję to jej pracownik czy policjant „doradził” nie robić jej, bo dziecko od razu zabiorą…to się nazywa sprawna machina. Zdrowie i dobro dziecka na pierwszym miejscu.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.