Brak pożegnania

Wrażliwa osobo, nie czytaj.
Nigdy nie lubiłem pożegnań… takich na długi czas. Po każdym pobycie u bliskiej, ale daleko mieszkającej rodziny, zawsze przychodził czas na pożegnanie. Wtedy ktoś mnie odprowadzał na pociąg… Ostatnie wyjście z ich domu, ostatni rzut okiem na znajome, miło kojarzące się okolice, ostatnia rozmowa z bliskimi na peronie. Ostatnie na długi czas. Wiedziałem, że długo ich nie zobaczę. Ani listy, ani rozmowa przez telefon nie zastąpi kontaktu osobistego. Jak długie powinno być odpowiednie pożegnanie?.. Jak dla mnie, wystarczyłoby jedno słowo – cześć!
A co z ostatnim pożegnaniem? Jak długie powinno być? Dzięki temu, że byłem przy porodzie mojego pierworodnego syna, dostałem chwilę na pożegnanie. Około jednej minuty. Lekarka zaprosiła mnie, żebym się pożegnał ze swoim dzieckiem, ale sama stanęła twarzą do okna a ja czułem jej obecność, czułem jakbym przeszkadzał. Popatrzyłem tylko na Danielka, dotknąłem jego malutkiej rączki… po chwili zauważyłem, że stojąca do mnie tyłem lekarka patrzy na mnie przez ramię. Wtedy już nie tylko czułem, ale wiedziałem, że przeszkadzam. Przeszkadzam w pracy, przeszkadzam w jej osobistym przeżywaniu porażki… Potem widziałem go w prosektorium… po odzyskaniu. To też było bardzo krótko. Ale ja chociaż miałem swoją chwilę na skromne pożegnanie.
Zupełnie inaczej przeżyła to moja żona. Nikt jej nie dał nawet chwili. Jedyną chwilą, kiedy mogła Danielka zobaczyć po śmierci i pożegnać, był czas pogrzebu. Około jednej minuty, kiedy otworzyłem wieko trumienki. Ponieważ po śmierci widziała go tylko w trumnie, ten obraz utrwalił jej się tak bardzo, że przez wiele miesięcy miewała koszmary.
Inne pożegnanie.
Można się pożegnać ze zmarłym zupełnie inaczej. Można przez dwa tygodnie przychodzić do bliskiej zmarłej osoby i przebywać razem ile się chce. Można opłakiwać, można robić zdjęcia, można zaprosić rodzinę, czy znajomych. I to jeszcze przed pogrzebem.
Rozmawialiśmy z pewnym małżeństwem, które straciło dziecko. Mogli w taki sposób pożegnać się z nim. Mają zdjęcia dziecka, mają jego obcięte włoski. My nic nie mamy przez byle jaką organizację w szpitalu.
Takie pożegnanie jest bardzo ważne dla psychiki, żeby móc mierzyć się z dalszym życiem już bez tej osoby.

Czy to stosowne, żeby matka zmarłego noworodka miała minutę na pożegnanie się z dzieckiem, które nosiła pod sercem ponad dziewięć miesięcy?

Adopcyjni piszą

Jeszcze w grudniu, dwa lata temu, zaraz po ukończeniu kursu na rodziców adopcyjnych zaczęły nadchodzić pierwsze maile od naszych nowych przyjaciół. Niektórzy z radością i napięciem opisywali swoje nawet najmniejsze przeżycia związane z każdym ruchem w kierunku adopcji. Prawie wszyscy od razu zaczęli działać. My, kiedy się dowiedzieliśmy, że jesteśmy w ciąży, powstrzymaliśmy się od odpisywania na ich maile z prostej przyczyny – nie chcieliśmy wzbudzać w nich i w sobie niepotrzebnych emocji. Wiedzieliśmy z ich opowieści jak reagowali na wieść o czyjejś ciąży. Z własnego doświadczenia też znaliśmy to uczucie, chociaż może trochę inaczej. Poczucie dotknięcia niesprawiedliwością spadło na nas krótko po śmierci naszego synka Danielka, kiedy nasza sąsiadka wykrzyczała nam, jakie to niesprawiedliwe, że chociaż ona nie chciała dziecka – starała się nawet dokonać własnoręcznie aborcji szprychą, ale jej syn przeżył – a myśmy chcieli mieć dziecko, ale nasz syn umarł. Krzyczała na nas tak, jakby obwiniała o to nas.
Ona zazdrościła nam a my jej. Ale nasza zazdrość nigdy nie była zazdrością w pojęciu negatywnym. My zawsze się cieszyliśmy z tego, że ktoś ma dziecko. Zawsze się cieszyliśmy czyjąś radością. Zawsze się cieszyliśmy czyjąś łatwością zachodzenia w ciążę, rodzenia… Mam koleżankę, która ma ósemkę dzieciaków. Jej życie nie zawsze było usłane różami, ale jej dzieci zawsze były i nadal są jej radością i wsparciem. Kiedyś, przed laty powiedziałem jej, że jej zazdroszczę, że ma tyle dzieci. Ona, wiedząc że moim marzeniem jest mieć córkę, powiedziała „Jeszcze będziesz miał swoją Księżniczkę”. Bardzo miłe życzenie. Oby się spełniło. Do tej pory nie wie, że wszystko jest na dobrej drodze, bo jej o tym też nie mówiłem.

Na kursie było nas siedem par. Siedmioro dzieci mogłoby znaleźć nowy, prawdziwy, ciepły dom. Czy tak jednak się stanie? Czy wszystkim, którzy ukończyli kurs uda się od początku do końca przebrnąć przez machinę biurokracji i inne przeciwności, żeby spełnić marzenie o adopcji?
My przez ten czas się „wykruszyliśmy”. Postanowiliśmy zrezygnować z adopcji z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że wróciło nam pod tym względem zdrowie i mamy teraz szansę na własne dziecko. Ostatnią szansę… Po drugie, adopcja zagraniczna mogłaby się dla nas okazać finansowym samobójstwem. Pół biedy, jeśli się ma pieniądze, które można na to poświęcić (250-300 tyś. koron szwedzkich, czyli ok 150 tyś. PLN). Jeśli się nie ma, trzeba wziąć kredyt. Co prawda państwo później oddaje rodzicom połowę z tej kwoty, ale nie z kosztów kredytu. Czyli, zamiast pracować na utrzymanie i przyjemności dzieci, musielibyśmy przez długie lata najpierw pracować na kogoś, kto siedzi w banku, a dopiero potem na dzieci. Po długich rozważaniach i niejednej przymiarce dochodzimy do wniosku, że tą drogą nie pójdziemy. Zwłaszcza, że tym razem udało nam się dość daleko zajść z ciążą.
Zazdroszczę tym, co mogli adoptować… słyszałem wiele pozytywnych opowiadań rodziców adopcyjnych i kilka negatywnych

Adopcyjni przez pierwsze miesiące pisali dużo, potem coraz mnej. Dwóm małżeństwom, po długich staraniach udało się adoptować dzieci. Jednym pięcioletnią cyganeczkę z Węgier, drugim małego chłopca z Chin z rozszczepem podniebienia. Trzecie małżeństwo zaszło w ciążę i urodził im się chłopczyk. Jedna para ugrzązła w biurokracji, jedna przycichła.
Ostatnio trochę się ożywiło w pisaniu. Ci, co wzięli dziecko z Chin, ponieważ nigdy nie dostali od nas odpowiedzi, a może też dla ożwienia kontaktu, zapytali każdego, kto nie pisał bezpośrednio, imiennie, co słychać. Nie wypadało nam już dłużej milczeć, przyznaliśmy się do ciąży. Poczuliśmy się trochę dziwnie, kiedy nikt nie odpisywał przez kilka dni, ale później większość odpowiedziała.
Siedmioro dzieci miało być adoptowanych przez naszą grupę. Narazie jest tylko dwoje.
Kobieta jak z obrazu i jej mąż z wyglądem profesora, pomysłodawca corocznych spotkań na wynajętym tylko dla nas basenie, mieli adoptować chłopca z afryki. Rozstali się. Jeśli z czasem dojdzie do tych spotkań, to niestety bez nich.

Trzy kumy

Poznały się w szkole, do której wspólnie chodziły. Pewnego dnia, kiedy się spotkały, powiedziała jedna drugiej że jest w ciąży. Druga też była w ciąży i też się tym pochwaliła. Ucieszyły się wszyskie trzy, chociaż ta trzecia się swoją ciążą nie pochwaliła, bo krępowała się tego stanu w swoim wieku.
Jedna z nich to moja żona. Dzięki temu, że się nie chwalliła, ból po poronieniu przeżyła bez większego rozgłosu. Druga w swoim czasie urodziła zdrowe dziecko. Trzecia… Jej córeczka owinęła się pępowiną i zmarła w brzuchu około tygodnia przed porodem. Minęły dwa lata, ale ona nie może się z tego otrząsnąć. Niełatwo się otrząsnąć z czegoś takiego, o ile w ogóle jest to możliwe.
Statystyki mówią, że śmierć w brzuchu jest bardzo rzadkim zjawiskiem. Troje, albo czworo dzieci na tysiąc urodzeń w Szwecji. Ale jakoś dziwnie dużo się tego pojawiło ostatnio wokół nas. Przynajmniej kilka przypadków w dość bliskim otoczeniu.
Przez ostatnie miesiące tej ciąży strasznie się boimy o nasze dziecko. Dowiadujemy się ze wszelkich dostępnych źródeł co można zrobić, żeby uniknąć podobego zdarzenia. Czytamy, że trzeba kontrolować ruchy, że tych ruchów (i tu różne źródła podają różne informacje) musi być przynajmniej dziesięć w ciągu doby. Inne źródła mówią, że tych ruchów powinno być dziesięć w ciągu dwóch godzin. Robimy tak – liczymy. Nasze dziecko miewa pod tym względem humory. Raz kręci „rowerki”, innym razem śpi jak kamień. Czasami, zwłaszcza w nocy potrafi przez parę sekund kręcić rowerek, żeby potem nagle się uspokoić na długi czas. Budzimy się wtedy oboje i nie wiemy co robić, czy już dzwonić, że przyjeżdżamy.
Czasami to się zdarza mimo wszekich starań, mimo kontroli ruchów, częstych wizyt u lekarza… Po prostu nie da się temu zapobiec – tak mówi nasz lekarz z bujną czupryną.
Chodzimy często na wizyty kontrolne do lekarza, na USG sprawdzamy czy dziecko prawidłowo rośnie, nasza położna mierzy brzuch czy rośnie, wykonuje badanie KTG, rozmawia z nami, pociesza… jest świetna, nie ogranicza się do wykonania jak najlepiej swoich obowiązków, ale też rozmawia z nami jak przyjaciel.
Lekarz z bujną fryzurą, do którego teraz też chodzimy tak często jak się da, na pytanie czy znajdzie dla nas czas w następnym tygodniu pokazał nam z nieopuszczającym go humorem jak dużo kobiet musi przyjąć w ciągu dnia. Wiemy, że suszymy mu głowę, ale on sam też chciałby, żeby tym razem nam dobrze poszło. „Przyjdźcie potem i pokażcie dziecko”. Pewnie, że przyjdziemy. Do lekarza od poronień też pójdziemy zgodnie z obietnicą. Najchętniej pokazałbym całemu światu… jeśli tylko dobrze pójdzie…

Rozmowy z Aniołem

Przyszła do poczekalni, gdzie siedzieliśmy, przywitała się, przedstawiła jak zwykło się to tutaj robić i zaprosiła do gabinetu.
Niektórzy są zdania, że pierwsze wrażenie przy zapoznaniu się z kimś jest najważniejsze. Nie jestem zwolennikiem takiego patrzenia na człowieka, którego nie znam. Lubię dawać ludziom „drugą szansę” w razie nienajlepszego „pierwszego wrażenia”, ale tutaj byłem bardzo mile zaskoczony. Spokojnie i rzeczowo opowiadała i wyjaśniała wszystko, co związane z rodzeniem w tym szpitalu. Odpowiadała na wszystkie nasze pytania tak, jakby te pytania znała, tak jakby znała nas samych, tak jakby znała cały nasz życiorys. Gdybym wierzył w ukryte pod postacią człowieka anioły zesłane na Ziemię, ta lekarka byłaby najlepszą kandydatką. Szczupła, wyprostowana, postać, włosy ciemne sięgające brody, delikatna twarz. Było w niej coś niezwykłego. Delikatna, ale za razem silna. Chociaż mówiła dość szybko i fachowym językiem, bardzo łatwo ją było zrozumieć, co wcale nie jest tutaj takie oczywiste ze względu na różne dialekty, nie mówiąc o kiepskiej dykcji niektórych osób. Mówiła dużo, trafnie i uspokajająco, wręcz kojąco odpowiadała na pytania. W jej wyglądzie było coś niezwykłego, ale z początku trudno mi było ustalić, co. Minął jakiś czas naszej rozmowy, kiedy się zorientowałem. Z jej sposobu bycia i rozmowy czuło się jej spore doświadczenie, ale z jej twarzy trudno mi było odgadnąć jej wiek… Jej twarz była gładka, nie miała ani jednej zmarszczki. W pewnym momencie opowiadania jej historii, którą przeżyliśmy w Piekielnym Szpitalu, całkiem niespodziewanie dla mnie i siebie samej żona powiedziała o zamianie ciał. Tej informacji nie planowaliśmy, bo przecież nie było takiej potrzeby, żeby człowieka w ogóle niezwiązanego z tym wydarzeniem obciążać takim opowiadaniem. Przynajmniej nie teraz, nie w tym kontekście. To, że żona o tym powiedziała zaskoczyło i mnie i żonę samą, ale nie lekarkę. „To się u nas nie zdarzy” – odpowiedziała tak szybko, że miałem wrażenie jakbym usłyszał tylko jeden wyraz… jakby całe zdanie było zawarte w jednym tylko wyrazie jakiegoś niebiańskiego języka, który nie przez uszy a w jakiś inny sposób w mgnieniu oka dociera bezpośrednio do mojej świadomości. „Zawsze przyklejamy na rączkę pasek identyfikacyjny”. W pierwszym momencie to mnie i żonę uspokoiło. To dobrze, że to się nie zdarzy. Ale za chwilę dociera do mnie „drugie zrozumienie” tego, co powiedziała. „To się u nas nie zdarzy” znaczy, że każdy jeden szczegół z pierwszego porodu oprócz właśnie tego, może się zdarzyć… Oczywiście, że może. Przecież nie jest aniołem, nie dysponuje nadprzyrodzoną mocą… jest tylko człowiekiem i podczas porodu może nie trafić ze wszystkim, co ma zapobiec takiemu łańcuchowi zdarzeń, tym bardziej, że tak naprawdę nikt nie wie czy to właśnie GBS, czy może jakaś inna „niewykrywalna” dziś bakteria spowodowała sepsę. Przez krótką chwilę rozmowy czułem się jak pod skrzydłami, jak pod czyjąś ochroną. Po tej wypowiedzi wracam do swojego realistycznego myślenia, chociaż dobre wrażenie we mnie pozostaje i napawa mnie optymizmem.

Druga rozmowa z Aniołem, kilka dni później była już bardziej ludzka. Jeszcze na poczekalni przyszła inna osoba z personelu zapytać, czy to właśnie my czekamy na rozmowę z tą lekarką. Okazało się, że cała kolejka jest opóźniona o pół godziny. Coś tego dnia musiało się wydarzyć. Później się dowiedzieliśmy, że musiała zrobić nieplanowaną cesarkę. Tym razem Aniołowi asystowała bardzo młoda lekarka, chyba na stażu. Było po nich widać, że są zestresowane. Po krótszej niż poprzednio rozmowie w gabinecie przeszliśmy do innego, gdzie zrobiła badanie USG. Chciała mierzyć dziecko, ale zobaczyła w naszej kartotece, że mierzenie było zrobione zaledwie kilka dni wcześniej u naszego lekarza z bujną fryzurą i stwierdziła, że nie ma sensu, tym bardziej, że na następne mierzenie byliśmy umówieni w następnym tygodniu.

Kiedyś byłem oszczędny w badaniach USG, byłem przekonany, że ultradźwięki nie są obojętne dla zdrowia dziecka, że są wręcz szkodliwe i byłem zdania, że im rzadziej, tym lepiej. Teraz jest inaczej. Mierzymy tak często, jak się da. Chcemy wiedzieć, że nasze dziecko rośnie, że mimo nagłych, niepokojących ruchów w brzuchu nie zaplątało się w pępowinę, ani samej pępowiny nie zasupłało. Wiele nocy ta myśl spędzała nam sen z powiek.

Termin porodu był wyliczony przez naszego lekarza od poronień na dziewiątego grudnia. Wspólnie z Aniołem ustalamy trochę wcześniejszy. To dobrze, liczy się każdy dzień. Do tej pory czas strasznie nam się ciągnął. Teraz to wrażenie mnie opuściło. Teraz czas idzie normalnie a nawet przyspiesza…

Czas – pojęcie względne

Przejście Wenus na tarczy słonecznej jest dla mnie takim pierwszym punktem czasu. Całą trójką a właściwie czwórką, bo ja z żoną, nasz syn i nasza dzidzia w brzuszku wstaliśmy o czwartej wyjątkowo rześcy i ciekawi, chociaż położyliśmy się późno i trochę niechętnie myśleliśmy o wczesnym wstawaniu a prognoza pogody zapowiadała lekkie zachmurzenie. Pojechaliśmy do lasu, na najwyższe w okolicy wzniesienie z widokiem na spore jezioro po wschodniej stronie. Sam moment wschodu przegapiliśmy. Słońce było już jakąś chwilę nad horyzontem. Wyciągnęliśmy wszelki sprzęt, jakim dysponowałem, czyli krzesełka, filtry spawalnicze, aparat… Nie jesteśmy zapalonymi obserwatorami, nie obserwowaliśmy „wejścia i wyjścia” Wenus z tarczy słonecznej. Chcieliśmy po prostu romantycznie dostrzec tak ulotną chwilę… Chmur było niewiele i wbrew pozorom nie przeszkadzały tak bardzo. Wręcz nawet trochę ułatwiały odnalezienie Wenus – ładną, czarną, okrągłą kropkę powoli przemieszczającą się na tle słońca. Dodatkowo śpiew ptaków sprawiał naszym uszom rozkosz.

Czas jest osobliwy. Niby wszystkim upływa jednakowo, niby doba zawsze ma 24 godziny, ale niekiedy mamy wrażenie, że nie. Kiedy masz wolne, wspólnie z przyjaciółmi, lub rodziną spędzasz przyjemnie czas, dni pędzą nieubłaganie i ani się nie obejrzysz a już koniec wolnego i trzeba wracać do codzienności. Ale kiedy na coś czekasz, albo jesteś w tarapatach, czas potrafi się ciągnąć w nieskończoność. Najlepiej byłoby go popędzić, ale się nie da.

Przez ostatnich prawie dziewięć miesięcy mam dziwne wrażenie. Przeszłość odpływa, czas teraźniejszy stoi w miejscu a przyszłość nigdy nie nadejdzie. Na szczęście to tylko wrażenie.
Jak odmierzamy czas pozostały do rozwiązania? Pierwsze tygodnie były dla nas nadzieją, ale nie do końca w nią wierzyliśmy. Wiedzieliśmy, że może się stać to, co poprzednio. Drugi trymestr to coraz większa nadzieja, ale też obawa. Skoro udało się tyle przejść i nic się nie stało, to może dalej się uda? Wrzesień… to był najgorszy wrzesień w moim życiu. Z jednej strony strach o dziecko, z drugiej masa bezwartościowych, koszmarnych dokumentów sprawiła, że straciłem grunt pod nogami. To był najdłuższy miesiąc w moim życiu. Nie wierzyłem, że nadejdzie październik i listopad. Z drugiej strony, jak spojrzałem w tył, miałem dowód, że jednak czas płynie. Te pierwsze miesiące zdawały mi się już tak odległe…

Tego sierpnia nie oglądaliśmy spadających gwiazd. Nie chcieliśmy się niepotrzebnie wystawiać na zmęczenie – wtedy jeszcze żona pracowała. Jeszcze w sierpniu chcieliśmy, żeby spadły już liście. Kiedy pod koniec miesiąca zaczęły spadać, cieszyliśmy się, że nadchodzi jesień, ale wtedy chcieliśmy, żeby spadł śnieg. Podczas zapoznawania się ze szpitalem opowiedziałem położnej, że tak czekamy na nadejście zimy, na spadnięcie śniegu. Jeszcze tego samego dnia spadł. Teraz czekam aż zamarzną jeziora, ale chyba prędzej nadejdzie rozwiązanie.