Tęsknota

Wiedziałem, że to jest związane z ogromną tęsknotą i innymi emocjami, ale nie zdawałem sobie sprawy, że na tak wczesnym etapie może mnie to dopaść…

Kurs jest nie tylko przeprowadzony w sposób ciekawy, ale też naładowany emocjonalnie. Podczas pierwszych godzin zapoznajemy się wzajemnie ze sobą i swoimi problemami. Niektórzy nie mogą mieć dzieci, chociaż bardzo się starali, inni kilkakrotnie przeżywali poronienie, my… moją historię już znacie.
Już pod koniec pierwszego dnia wszyscy przyznajemy, że jesteśmy zmęczeni, ale też, że będzie nad czym myśleć w domu. Mimo zmęczenia chcielibyśmy, żeby już był następny dzień i dalsza część kursu. Osobiście z dnia na dzień czuję, że adopcja jest nie tylko możliwa, ale też coraz bardziej realna. Czuję, że coraz bardziej tęsknię za dzieckiem, którego jeszcze w ogóle nie widziałem. Atmosfera w grupie robi się tak naładowana emocjonalnie, że podczas prawie tygodnia przerwy między spotkaniami tęsknię nie tylko za dzieckiem, ale też za tymi kursantami – nowo poznanymi „współtowarzyszami niedoli”, przyszłymi rodzicami adopcyjnymi, wśród których przeżywam tę atmosferę. Na kolejnym spotkaniu pytam Belferkę czy to typowe, żeby zacząć tak bardzo tęsknić za dzieckiem, chociaż jeszcze się go nie widziało. Belferka nic na to nie odpowiada…
Jedno z domowych zadań, jakie dostaliśmy po pierwszym weekendzie, czyli po pierwszej turze kursu to przygotowanie w miarę pełnej informacji o swoim wybranym kraju, z którego chcemy dziecko, ogólnych wiadomości, przepisów prawa, zwyczajów, możliwości dotyczących wyboru dziecka, jego wieku, stanu zdrowia, instytucji zajmujących się dziećmi, czasu „ciąży”, czyli wymaganego przez dane państwo okresu przebywania rodziców adopcyjnych z dzieckiem przed procesem adopcyjnym. Ułożenie wszystkich informacji w całość i przygotowanie prezentacji na powerpoint, żeby potem przedstawić to innym kursantom. Prawie całość informacji czerpiemy z internetu, resztę z książki i innych materiałów, które dostaliśmy na kursie.
Jak już wspomniałem we wcześniejszych wpisach, my chcielibyśmy dziewczynkę z Polski. Pozostali decydują się na Boliwię, Chiny, Węgry, Indie, małżeństwo, które poznaliśmy na początku wybiera Niger a „Wysoka” Rosję. Wysoka, chociaż na kursie jest „samotna”, w rzeczywistości ma męża i siedmioletnią córeczkę, ale spotkanie z dwunastoletnim chłopcem, który z jakiegoś powodu okazyjnie przyjechał do nich, do Göteborga zapoczątkowały radykalne zmiany w życiu ich rodziny. Wcześniej nie czuła potrzeby adopcji.
Inne dwie kwestie to:
Jakie dzieci może adoptować z Polski obywatel Szwecji? Przede wszystkim starsze i chore. Takie, których nikt w Polsce nie chce… przepraszam za niepoprawność polityczną. „Takie, które w Szwecji miałyby szansę na lepsze życie” – powiedział obojętnym tonem męski głos w słuchawce. Jest dużo dzieci z FAS, czyli które będąc w brzuszku u mamy zamiast wód płodowych miały wino, wódkę, czy inne trunki, regularnie zalewanych alkoholem i często rodzących się pod jego wpływem. Ze zdeformowaną twarzą, bez zdolności kontaktowania się z otoczeniem. Dzieci dla ostatnich desperatów.
A jakie dziecko można adoptować z innego państwa? Z tym bywa różnie, ale na ogół jest lepiej.
Kto w Szwecji może się ubiegać o adopcję? Każdy. Czyli zarówno małżeństwa, jak i związki nieformalne, związki homoseksualne, geje, lesbijki, osoby samotne – wszyscy traktowani są równo. Mówi o tym Belferka już na pierwszej części kursu, ale jednocześnie mówi, że niektóre państwa, czy raczej instytucje w nich, które zajmują się adopcją oczekują, żeby kandydaci byli małżeństwem.
Wszyscy kursanci oprócz jednej pary są w związkach małżeńskich. Para, która zdecydowała się na dziecko z Chin żyje w konkubinacie. Wiemy o tym od tygodnia, ale to, co zrobili teraz jest dla wszystkich zupełnym zaskoczeniem. Otóż jak z zegarkiem w ręku, o wyznaczonej mu porze w przerwie popołudniowej nagle pojawia się urzędnik stanu cywilnego, „para młoda” zatrzymuje nas z szerokim uśmiechem i mówią, że potrzebują dwoje świadków. Oczywiście wszyscy zostają i oglądają najszybsze jakie do tej pory widziałem zawarcie związku małżeńskiego. Potem szybko wyskakujemy do pobliskiej kwiaciarni i zostawiamy w kilka minut kilkudniowy utarg zabierając całe naręcza bukietów dla nowożeńców.
Z każdym dniem zacieśniają się więzy między nami – przyszłymi rodzicami adopcyjnymi. Wymiana adresów mailowych i numerów telefonów ma nam zapewnić kontakt. Podczas wspólnego wypadu do restauracji „Profesor” – mąż „Filigranowej” rzuca pomysł, że jak już wszystkim się uda, można by wtedy robić coroczne spotkania na wynajętej jednodniowo pływalni – my wszyscy rodzice z dzieciakami. Świetny pomysł, chociaż w praktyce nie byłby łatwy do realizacji, bo mieszkamy w różnych częściach Południowej Szwecji, inni podłapują go entuzjastycznie.
Po długiej przerwie wracamy do budynku uniwersytetu, gdzie wszyscy dostajemy świadectwo ukończenia kursu.
Kilka dni później przychodzą pierwsze maile.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.