Spadające bociany…

Jesteśmy całkowicie skoncentrowani na adopcji. To jest nasz cel, do którego teraz dążymy, tylko tym jesteśmy pochłonięci. Jeszcze przed kursem rozmawiamy o naszym pragnieniu dziecka i wiemy, wręcz po raz pierwszy to czujemy do głębi, że swojego własnego maleństwa już nie będziemy mieć, ale pokochamy dziecko, które gdzieś już na świecie jest i może ono pokocha nas.

Nawet nie zdążyliśmy odpowiedzieć na maile nowo poznanych przyjaciół – rodziców adopcyjnych ze wspólnego kursu, kiedy życie wywraca nam wszystko do góry nogami. Żona czuje się dziwnie, ostatkiem przytomności robi test ciążowy. Test potwierdza – jesteśmy w ciąży. Nie wierzymy w to jednak, test już kiedyś nas oszukał, pokazał ciążę, tyle, że to nie potwierdziło się przy badaniu ginekologicznym. Teraz umawiamy się telefonicznie do ginekologa, żona wręcz wymusza pierwszeństwo, ale lekarz nie ma nam tego za złe. To nasz lekarz. Ginekolog ze wzburzoną fryzurą, u którego wcześniej próbowaliśmy dosłownie wszystkiego, żeby w ciążę zajść mówi po badaniu, że to rzeczywiście ciąża, ale dzidziuś ma dopiero trzy milimetry i jeszcze niewiele można powiedzieć.
W szóstym tygodniu jedziemy jeszcze raz. Wizyta jest nieplanowana i nagła, ponieważ żona ma upławy podbarwione krwią. Przyjmuje nas niska kobieta z pięknymi, długimi czarnymi włosami spiętymi w koński ogon. Robi badanie, ale jej twarz pozostaje poważna. W końcu mówi, że nie widzi żeby serce dziecka biło. „No, ale przecież dziecko jest jeszcze za małe” – protestuję z nadzieją. „Mała Czarna” nie odbiera nam nadziei, mówi jednak, że badanie trzeba będzie powtórzyć, ale ona z doświadczenia wie, że takie przypadki kończą się poronieniem. Ma rację…
Dwa tygodnie później w środku mroźnej, zimy żonę chwytają bóle. To ósmy tydzień ciąży. Chwila i jest po wszystkim. Jeden krzyk i z brzucha wychodzi nasza nadzieja. Psychiczny ból pozostaje dłużej niż fizyczny… Zbieram czerwoną masę, która jeszcze niedawno była żywym ludzkim organizmem, naszą nadzieją, naszą radością, naszym dzieckiem… Zbieram i pakuję do małego pudełka. Jeszcze tego samego dnia wsiadamy w samochód, jedziemy do pobliskiego lasu. Starannie wybieramy młode drzewko. Wędkarskie wiertło do lodu okazuje się dobrym narzędziem do przebicia się przez półmetrową warstwę śniegu i wykopania wystarczająco głębokiego, ale za razem wąskiego dołka, w którym chowamy nasze zawiniątko. Pachnącą grzybami, wyrzuconą przez wiertło ziemią wypełniam otwór i ubijam wiertłem. Później przysypujemy wszystko śniegiem, żeby zatrzeć ślady przed zwierzętami.
Jeszcze tego samego roku udaje nam się zajść w kolejną ciążę. Tym razem na badaniu USG okazuje się, że serce bije. Widzimy to na własne oczy. Teraz na prawdę można powiedzieć, że jesteśmy przy nadziei. Teraz wiemy jak to powinno wyglądać i dlaczego „Mała Czarna” nie dawała nam wtedy nadziei. Niestety na następnym badaniu USG w dziesiątym tygodniu ciąży nie widzimy już na monitorze pulsującego, czarnego punktu jak poprzednio. Serce przestało bić…
Wracamy samochodem i płaczemy. Żona płacze zwykłym płaczem, ja… ja tak nie potrafię. Mi łzy napływają do pewnego stopnia a później ustają, ale nastrój się utrzymuje. Tym razem jest gorzej niż poprzednio. Tym razem to dziesiąty tydzień, czyli jedna czwarta całego okresu ciąży. Po kilku godzinach rozdzierającego bólu w środku nocy wypada nasze maleństwo. Tym razem jest bardzo dużo krwi. Nie widać dokładnie. Zakładam gumową rękawiczkę i szukam. Jest. Wyciągam. Oglądamy pod światło. Nie mamy wątpliwości, bo widzimy maleńką postać w pozycji embrionalnej – główkę, tułów, rączki i nóżki. Żona dziękuje mi, że wyłowiłem. Ale przecież to też moje dziecko. To nasze dziecko. Ono też zasługuje na pogrzeb… Słyszałem o dziewczynie, która kiedyś poroniła w polskim szpitalu. Dostała od położnej słoik, do którego miała pozbierać wszystko, co z niej wyszło. Położna wzięła słoik, obejrzała po czym bez pytania wszystko wylała do toalety i spuściła wodę… żadnych uczuć…
Brzózka. Jesteśmy tu znowu. Znowu z wiertłem. Ten sam rok, takie samo zdarzenie. Do naszego poprzedniego maleństwa dołącza nasza upragniona „Byczka”, która miała przyjść na świat w maju, kiedy świat jest taki piękny, ale dla nas już nie będzie, nie tego maja…

Tęsknota

Wiedziałem, że to jest związane z ogromną tęsknotą i innymi emocjami, ale nie zdawałem sobie sprawy, że na tak wczesnym etapie może mnie to dopaść…

Kurs jest nie tylko przeprowadzony w sposób ciekawy, ale też naładowany emocjonalnie. Podczas pierwszych godzin zapoznajemy się wzajemnie ze sobą i swoimi problemami. Niektórzy nie mogą mieć dzieci, chociaż bardzo się starali, inni kilkakrotnie przeżywali poronienie, my… moją historię już znacie.
Już pod koniec pierwszego dnia wszyscy przyznajemy, że jesteśmy zmęczeni, ale też, że będzie nad czym myśleć w domu. Mimo zmęczenia chcielibyśmy, żeby już był następny dzień i dalsza część kursu. Osobiście z dnia na dzień czuję, że adopcja jest nie tylko możliwa, ale też coraz bardziej realna. Czuję, że coraz bardziej tęsknię za dzieckiem, którego jeszcze w ogóle nie widziałem. Atmosfera w grupie robi się tak naładowana emocjonalnie, że podczas prawie tygodnia przerwy między spotkaniami tęsknię nie tylko za dzieckiem, ale też za tymi kursantami – nowo poznanymi „współtowarzyszami niedoli”, przyszłymi rodzicami adopcyjnymi, wśród których przeżywam tę atmosferę. Na kolejnym spotkaniu pytam Belferkę czy to typowe, żeby zacząć tak bardzo tęsknić za dzieckiem, chociaż jeszcze się go nie widziało. Belferka nic na to nie odpowiada…
Jedno z domowych zadań, jakie dostaliśmy po pierwszym weekendzie, czyli po pierwszej turze kursu to przygotowanie w miarę pełnej informacji o swoim wybranym kraju, z którego chcemy dziecko, ogólnych wiadomości, przepisów prawa, zwyczajów, możliwości dotyczących wyboru dziecka, jego wieku, stanu zdrowia, instytucji zajmujących się dziećmi, czasu „ciąży”, czyli wymaganego przez dane państwo okresu przebywania rodziców adopcyjnych z dzieckiem przed procesem adopcyjnym. Ułożenie wszystkich informacji w całość i przygotowanie prezentacji na powerpoint, żeby potem przedstawić to innym kursantom. Prawie całość informacji czerpiemy z internetu, resztę z książki i innych materiałów, które dostaliśmy na kursie.
Jak już wspomniałem we wcześniejszych wpisach, my chcielibyśmy dziewczynkę z Polski. Pozostali decydują się na Boliwię, Chiny, Węgry, Indie, małżeństwo, które poznaliśmy na początku wybiera Niger a „Wysoka” Rosję. Wysoka, chociaż na kursie jest „samotna”, w rzeczywistości ma męża i siedmioletnią córeczkę, ale spotkanie z dwunastoletnim chłopcem, który z jakiegoś powodu okazyjnie przyjechał do nich, do Göteborga zapoczątkowały radykalne zmiany w życiu ich rodziny. Wcześniej nie czuła potrzeby adopcji.
Inne dwie kwestie to:
Jakie dzieci może adoptować z Polski obywatel Szwecji? Przede wszystkim starsze i chore. Takie, których nikt w Polsce nie chce… przepraszam za niepoprawność polityczną. „Takie, które w Szwecji miałyby szansę na lepsze życie” – powiedział obojętnym tonem męski głos w słuchawce. Jest dużo dzieci z FAS, czyli które będąc w brzuszku u mamy zamiast wód płodowych miały wino, wódkę, czy inne trunki, regularnie zalewanych alkoholem i często rodzących się pod jego wpływem. Ze zdeformowaną twarzą, bez zdolności kontaktowania się z otoczeniem. Dzieci dla ostatnich desperatów.
A jakie dziecko można adoptować z innego państwa? Z tym bywa różnie, ale na ogół jest lepiej.
Kto w Szwecji może się ubiegać o adopcję? Każdy. Czyli zarówno małżeństwa, jak i związki nieformalne, związki homoseksualne, geje, lesbijki, osoby samotne – wszyscy traktowani są równo. Mówi o tym Belferka już na pierwszej części kursu, ale jednocześnie mówi, że niektóre państwa, czy raczej instytucje w nich, które zajmują się adopcją oczekują, żeby kandydaci byli małżeństwem.
Wszyscy kursanci oprócz jednej pary są w związkach małżeńskich. Para, która zdecydowała się na dziecko z Chin żyje w konkubinacie. Wiemy o tym od tygodnia, ale to, co zrobili teraz jest dla wszystkich zupełnym zaskoczeniem. Otóż jak z zegarkiem w ręku, o wyznaczonej mu porze w przerwie popołudniowej nagle pojawia się urzędnik stanu cywilnego, „para młoda” zatrzymuje nas z szerokim uśmiechem i mówią, że potrzebują dwoje świadków. Oczywiście wszyscy zostają i oglądają najszybsze jakie do tej pory widziałem zawarcie związku małżeńskiego. Potem szybko wyskakujemy do pobliskiej kwiaciarni i zostawiamy w kilka minut kilkudniowy utarg zabierając całe naręcza bukietów dla nowożeńców.
Z każdym dniem zacieśniają się więzy między nami – przyszłymi rodzicami adopcyjnymi. Wymiana adresów mailowych i numerów telefonów ma nam zapewnić kontakt. Podczas wspólnego wypadu do restauracji „Profesor” – mąż „Filigranowej” rzuca pomysł, że jak już wszystkim się uda, można by wtedy robić coroczne spotkania na wynajętej jednodniowo pływalni – my wszyscy rodzice z dzieciakami. Świetny pomysł, chociaż w praktyce nie byłby łatwy do realizacji, bo mieszkamy w różnych częściach Południowej Szwecji, inni podłapują go entuzjastycznie.
Po długiej przerwie wracamy do budynku uniwersytetu, gdzie wszyscy dostajemy świadectwo ukończenia kursu.
Kilka dni później przychodzą pierwsze maile.

Brak

Pojawia się cichutko, niezauważalnie, nieodczuwalnie. Z czasem zaczynasz go czuć… Z czasem zaczynasz go słyszeć, bo inni zaczęli go widzieć… a może Ty pierwsza zaczęłaś go widzieć… Jest jak mała, szara, ołowiana kulka leżąca na brzuchu. Jest mała, ale ciężka… Z czasem jednak zaczyna rosnąć. Jest coraz większa… Z czasem coraz więcej ludzi dookoła Ciebie już nie tylko widzi szarą kulę, ale też mówi o niej, jakby Tobie ona nie przeszkadzała: „Masz szarą kulę na brzuchu, zrzuć ją a będziecie szczęśliwsi”. Gdybyś mogła… Gdybyś tylko mogła to ta kula w ogóle by się nie pojawiła.
Brak
Szara kula z czasem jest coraz większa. Szara kula nie rośnie przez dziewięć miesięcy, żeby potem opuścić Twój brzuch. Czasami zmienia postać. Czasami spada, masz nadzieję, że już jej nie ma, ale wtedy się pojawia z jeszcze większym swoim ciężarem.
Niech zginie. Niech spadnie wreszcie skutecznie. Niech zniknie z Twojego życia!
Bądźcie szczęśliwi.

Na rodziców szkoleni

Kobieta jak z obrazu. Szlachetna, drobna twarz, oczy tak okrągłe jak w japońskich kreskówkach, długie bląd włosy splecione z tyłu w kok. Filigranowa. Mężczyzna jak z elity profesorów jakiegoś uniwersytetu. Wysoki, szczupły, włosy ciemne, lekko poskręcane, na twarzy „trzydniowy zarost” pasujący do całości, dobrane okulary. Są małżeństwem. Pasują do siebie wzajemnie. Czy czegoś brakuje im do szczęścia? Tak. Dziecka…

To ich spotykamy pierwszych w korytarzu budynku, gdzie ma się odbyć szkolenie. Pytamy ich o parking a po odpowiedzi znikamy, żeby dopiąć sprawę zaparkowania samochodu na ostatni guzik. Po powrocie widzimy, że są już wszyscy a za chwilę pojawia się też „Belferka” wykładowczyni prowadząca kurs. W sali ławki na przeciw biurka ustawione są równolegle do ścian tworząc duże „U” tak, że wszyscy siedzą do siebie twarzą. Siadamy w pierwszej, zaraz obok biurka. Obok nas dość młoda para a za nimi małżeństwo, które przed chwilą poznaliśmy, za rogiem dwie kolejne pary, za następnym jeszcze jedna i na końcu wysoka kobieta. Siedmioro dzieci może dzięki temu szkoleniu trafić do przyszłego domu.

Na początku Belferka sprawdza dane wszystkich – nasze się nie zgadzają, wyjaśniamy, że jesteśmy tu przez przypadek trochę wcześniej, nasza kolej na kurs wypadałaby dopiero za dwa miesiące, ale jedna z par „wyskoczyła”, więc my mogliśmy „wskoczyć” za nich. Później zgodnie z poleceniem każdy pisze swoje imię na kartce i stawia ją na ławce.
Szkolenie jest prowadzone ciekawie. Najpierw Belferka rzuca światło na jakiś temat, potem wciąga nas zadając pytania do ogółu, albo imiennie. Mniej więcej co godzinę intensywnej wymiany zdań dzieli nas na trzy grupy i rozsyła po pokojach, gdzie dyskutujemy na zadany przez nią temat. Po jakimś kwadransie przychodzi i zaprasza nas do sali, tam rozmawiamy dalej, przedstawiamy wnioski. Czasami dyskusja w małych grupach się przedłuża, czasami jest tak gorąca, że Belferka musi wejść między nas, żeby nam przerwać.

Czasami jest prześmiesznie, czasami bardzo poważnie. Dużo się mówi o potrzebach. Potrzeby są po obu stronach. Potrzebę dawania i brania miłości czują rodzice, potrzebę bycia otaczanym miłością czuje dziecko.
Rodzice mają potrzebę troszczyć się o dziecko. Dlaczego? Dlaczego chcesz mieć dziecko? To jedno z pytań, na które odpowiedź wcale nie jest taka prosta, jakby się zdawało. Pojedynczo każdy coś odpowiedział po dłuższym zastanowieniu, ale to nie była pełna odpowiedź na to pytanie. Dopiero po zestawieniu tych odpowiedzi udało by się komuś trzeciemu wyjaśnić dlaczego chcemy mieć dziecko. Może byliśmy słabo przygotowani? Nie. To się bardziej czuje niż wie. To siedzi w sercu a nie w mózgu. Wiemy, że pragniemy mieć dziecko, chociaż nie potrafimy tego wyjaśnić komuś, kto tego tematu nie czuje.

Pytania, zabawy w argumenty, zamiana ról… wnioski. Przerwy na posiłek, na kawę, podczas których coraz bardziej poznajemy się prywatnie. Tak mniej, więcej wyglądają dni spędzone wspólnie na kursie dla rodziców adopcyjnych.

Podczas pewnej dyskusji pada pytanie, które samo w sobie jest tak ciężkie, że nikt nie chce nawet spróbować na nie odpowiedzieć. Plan B, czyli co będzie z Waszym życiem, jeśli nie uda się z adopcją? Po tym pytaniu następuje cisza. Dopiero po dłuższej przerwie Belferka kontynuuje, mówi że taka jest reakcja na każdym kursie, w każdej grupie. Ale takie pytanie powinniśmy sobie zadać sami i odpowiedzieć na nie, jeśli nie teraz to później w domu, między sobą.

Stawiamy na adopcję

Leczenie niepłodności nie przynosi skutku. Nie ma nadziei. Wracamy więc do rozmów o adopcji. Wcześniej mieliśmy już kilka dłuższych okazji do wspólnych rozważań tej kwestii, ale do tej pory nie wzięliśmy się poważnie za projekt. Teraz nadszedł czas. Czas dowiedzieć się wszystkiego dokładnie, jak najwięcej.
Jest tyle zalet adopcji. Nie trzeba rodzić, bo już ktoś za nas urodził – ta myśl może wydawać się śmieszna, ale przy naszej rozrodczej przeszłości, kiedy wszystko się sprzysięgło przeciwko nam to jednak jest spora zaleta… Po drugie, albo przede wszystkim możemy dać dziecku dom, którego tak wielu dzieciom w polskich domach dziecka brakuje, otoczyć ciepłem i miłością licząc, że mu się udzieli i w przyszłości odwzajemni. Po trzecie można wybrać płeć, co w „domowym warsztacie” nie zawsze wychodzi jak by się marzyło.
Zaglądamy na różne strony internetowe – od tego zaczynamy. Dowiadujemy się krok po kroku jak to się załatwia, czyli od momentu zgłoszenia władzom swojej chęci, poprzez wszystkie etapy aż do zamieszkania razem z dzieckiem.

Zaczynamy.
Najpierw rozmowa przez telefon z przedstawicielem Urzędu Gminy. Potem spotkanie z dwiema urzędniczkami i wywiad. Złożenie zaświadczenia o niekaralności. Resztę danych w tym między innymi o braku długów w Urzędzie Skarbowym, czy gdziekolwiek indziej gmina pobiera przez internet.
W następnej kolejności należy wybrać kraj, z którego chce się dziecko, bo w Szwecji dzieci do adopcji jest tak mało, że są natychmiast rozchwytywane przeważnie przez członków rodziny a reszta dzieci idzie do rodzin zastępczych. My nie mamy wątpliwości, decydujemy się na dziecko z Polski, bo widzimy w tym wiele zalet. Wspólny język, wspólne korzenie, wspólna kultura, bliskość – nie zamierzamy kryć przed dzieckiem, że nie jesteśmy jego biologicznymi rodzicami i gdyby kiedyś chciało ich poznać, czy utrzymywać z nimi kontakt, nie ma problemu – wsiadamy w samochód i jedziemy. Jest jeszcze jedna zaleta – koszt. Przeciętna rodzina adopcyjna musi się liczyć ze wszystkimi kosztami, łącznie z kosztem pobytu za granicą tak długo, jak tego wymaga dane państwo – niektóre kraje wymagają dziewięciu miesięcy bycia z dzieckiem przed procesem adopcyjnym (żeby się rodzicom nie odwidziało). W Polsce ten okres jest krótszy. Następny koszt, który by nam odszedł to koszt tłumacza, przecież znamy polski język, wprawdzie trzeba przetłumaczyć dokumenty i do tego będzie potrzebny tłumacz przysięgły, ale z dzieckiem, jego otoczeniem, czy urzędnikami możemy się porozumieć lepiej niż szwedzi z pomocą tłumacza. Kolejna sprawa – bliskość – Polska i Szwecja to sąsiedzi, czyli wydatki na podróże są dużo mniejsze niż w przypadku któregoś z krajów Afryki, Ameryki Południowej, czy Azji… Jest jeszcze jedna, ważna zaleta – podobny wygląd, co ułatwia dziecku zaaklimatyzowanie się – tak myślę.

Wywiad. Dwie urzędniczki pytają o naszą przeszłość, wykształcenie, pracę, ekonomię – stan konta w banku, opinię w zakładach pracy, w szkole syna… Odpowiadamy na te pytania, opowiadamy o naszym synu.
Po przeprowadzonym wywiadzie na wydanie decyzji musimy poczekać. Zgodzą się, czy nie? Czekamy niecierpliwie, przecież chodzi o dziecko…

Wymagania.
Kandydat na rodzica biologicznego – brak wymagań co do wykształcenia, wieku, zdrowia, wagi zatrudnienia, zarobków, zadłużenia, zdolności kredytowej. Luzik, wystarczy mieć zdrowe to coś. Jak się to ma to trzeba się nieźle starać, żeby rodzicem nie zostać.

W przypadku kandydatów na rodziców adopcyjnych sprawa się komplikuje. Nie dość, że trzeba mieć stałą pracę i stosowne zarobki, to na dodatek wiele państw oczekuje minimum średniego wykształcenia od obojga rodziców, niektóre państwa mają swoje wytyczne co do BMI, czyli stosunku wagi ciała do wzrostu – przy czym żadnego wyjaśnienia co w przypadku ludzi uprawiających sporty siłowe i posiadających większą niż zwykle masę mięśniową, która zawyża wynik BMI. Wiele państwowych organizacji adopcyjnych jest powiązanych z tamtejszym Kościołem, więc wymaga przynależności i czynnego udziału w Kościele o podobnym charakterze.

Następnie trzeba zrobić specjalne szkolenie dla rodziców adopcyjnych – tego wymaga kraj, w którym obecnie mieszkam i pewnie cała reszta unijnych krajów. Jednocześnie można zapisać się do organizacji ułatwiającej adopcję i już „stanąć” tam w dwuletniej (może się przedłużyć) kolejce płacąc stosowną składkę. Składka nie jest mała. Wysokość składki tłumaczy się szerszą działalnością organizacji, między innymi dobroczynną.
Rodzic adopcyjny musi być bardzo cierpliwy. Cierpliwość tę wypróbowuje się stawiając rodziców we wspomnianej już kolejce, potem „ciąża” czyli wymagany przez dane państwo czas przebywania i oswajania się z dzieckiem, oczywiście w tamtym państwie. To jest dobre dla dziecka, bo łagodnie przechodzi zmianę we własnym środowisku, ale z drugiej strony to wymaga od obojga rodziców dużych poświęceń – pozostawienia na długi czas domostwa, rodziny, pracy, co wymaga dobrych układów w firmie zatrudniającej, bo nie każdy pracownik może zniknąć z pracy na przykład na 9 miesięcy. Trzeba też mieć następny zapasik pieniędzy przeznaczony na ów pobyt. Załatwienie wszystkich formalności łącznie z procesem sądowym też zabierze pewną sumę.
Jest jeszcze jedno wymaganie. Magiczna granica wieku 40 lat. O tyle tylko może być starszy rodzic od adoptowanego dziecka. My właśnie jesteśmy na tej granicy.
To skromny początek.