Jak się zaczęło

Całkiem niedawno, bo zaledwie osiemnaście lat temu urodził się mój syn Daniel.
Ale zacznę od początku. Mając 21 lat poznałem rok młodszą ode mnie dziewczynę i zakochaliśmy się w sobie – typowe. Po roku wspólnego zapoznawania się byliśmy już pewni, że to jest to. Ślub. Pół roku później trochę nas zaskoczył wynik testu ciążowego, bo plany mieliśmy trochę inne, ale szybko się pogodziliśmy z nagłą zmianą, która była w planach dopiero za kilka lat. Szybko oswoiliśmy się z tym, że będziemy rodzicami. Kupujemy, albo wypożyczamy różne mądre książki o macierzyństwie, rozmawiamy o dzieciach z przyjaciółmi mającymi już dzieci. Dowiadujemy się coraz więcej o rozwoju naszego dzieciątka w brzuszku. Wiemy, że od czwartego miesiąca dziecko zaczyna słyszeć głos mamy i inne dźwięki z jej organizmu, a także z otoczenia, więc zaczynamy rozmawiać z brzuszkiem a później też śpiewać i wymyślać różne piosenki. Zewsząd czerpiemy wiedzę i mądrości jak się odżywiać, z jaką intensywnością zażywać ruchu, jak się oszczędzać. Brzuch rośnie a my z nim rozmawiamy, śpiewamy, czytamy książeczki…
Dowiadujemy się, że zgodnie z trendami na Zachodzie niektóre polskie szpitale umożliwiają „wspólny poród”. Mąż przy żonie w czasie porodu. Czy chciałbym? Pewnie!!! Przecież wtedy to dopiero poczułbym się ojcem. Do tej pory „tradycja” była taka, że żona męczyła się w bólach rodząc dziecko, podczas gdy mąż pod szpitalem, czy w innym miejscu znieczulał się zawartością półlitrowej butelki. Zdecydowanie jestem za „wspólnym porodem”.

Pewnego razu żona udaje się na wyznaczoną wizytę u ginekologa. Idzie sama, bo w tamtych czasach nie było zwyczaju, ani chyba nawet możliwości wspólnych wizyt. Lekarz ją bada, doradza… Żona pyta w którym szpitalu byłoby najlepiej, jeśli chodzi o poród, dobro dziecka itd.
Koniec rozmowy zapada nam do pamięci na zawsze:
- Panie doktorze, bo my chcielibyśmy w takim szpitalu, gdzie mój mąż mógłby być przy mnie.
- Proszę pani, jak pani mąż chce zobaczyć poród, to niech sobie kupi sukę, dopuści ją do psa i wtedy za jakiś czas zobaczy sobie poród.

Mijają tygodnie. Rozmawiamy z brzuchem, śpiewamy, czytamy, tańczymy… ja z coraz bardziej brzuchatą żoną na rękach. Śmiejemy się do łez a brzuch z naszym synkiem w środku nie przestaje podskakiwać. Coraz wyraźniej i ja zaczynam czuć ruchy. Coraz częściej przykładam rękę, czy policzek. Każdy ruch jest jak jakieś magiczne zjawisko, jak spadająca gwiazda, na które się czeka w sierpniową noc na plaży. Mówienie do brzucha zachęca dziecko do kopania, czy grzebania rączkami. Można tak się bawić bez końca…

Robimy USG. Prywatnie, bo tak w Polsce najlepiej. Okazuje się, że to jednak chłopiec, więc z dwóch od dawna wybranych imion pozostaje to jedno…

Szukamy informacji o szpitalach. Który będzie najlepszy? Ten szpital jest lepszy, bo to… tamten, bo tamto… Placówki prześcigają się w „reklamie”. Co zrobić, żeby nas przyjął ten wybrany przez nas, jeśli będziemy spoza jego rejonu? Po głowie chodzą różne myśli…
Żona znajduje ten najlepszy, rozmawia przez telefon, mówi że chcielibyśmy „rodzić razem”. Jesteśmy zaproszeni na rozmowę z ordynatorem w gabinecie. W wyznaczonym dniu wsiadamy w naszą taradajkę i jedziemy. Na miejscu musimy zaczekać w kolejce. Po krótkim czasie wychodzi ordynator i wywołuje nazwisko i imię żony, więc idzie… sama… Czekam… Po niecałym kwadransie żona wychodzi i opowiada co jej powiedział, jak to powinno wyglądać: Jak złapią mnie bóle to wskakujemy w samochód i szybko do szpitala. Porodówka jest ogólna dla wszystkich kobiet, ale dla par rodzących wspólnie jest jeden osobny pokoik. To trochę jakby dla nas – mówi z radością. Czy może być lepiej?

Jest inna alternatywa. W tej samej części miasta, kilkaset metrów dalej otwarto nową prywatną klinikę ginekologiczno-położniczą. Jedziemy też tam. Wchodzimy. Wewnątrz jest ładnie, bardzo ładnie, wręcz ekskluzywnie, przynajmniej w porównaniu ze szpitalami, nawet tymi najlepszymi. Przyjmuje nas sam szef, ginekolog, właściciel kliniki. Oprowadza nas, pokazuje kilka pomieszczeń, w tym salę porodową, pokoiki rodzinne z ręcznie malowanymi bajkowymi motywami na ścianach, w których po porodzie rodzice z dzieckiem mogą spokojnie dochodzić do siebie po trudach porodu. Pokazuje nowoczesny sprzęt, różne aparatury, aparat z gazem rozweselającym, który zmniejsza bóle podczas skurczów, przy czym robi to z taką pasją i w taki sposób, jakby właśnie przed chwilą sam to wszystko wyczarował, całkiem jak iluzjonista, który na scenie wyciąga nie tylko jednego a całą gromadę królików. Zachwalając swoje osiągnięcia obserwuje nasze zaskoczenie. Widzi to w naszych oczach. Pewnie spotykał się z oczarowaniem za każdym razem, kiedy oprowadzał swoich ewentualnych nowych pacjentów. Potem przechodzimy do gabinetu, rozmawiamy o szczegółach i kosztach. Są niemałe, ale warte rozważenia.

Wracamy do domu. Mamy dylemat. Niemały dylemat. Mija jakiś czas i postanawiamy zostać przy szpitalu. Wiadomo, że w szpitalu lekarzy więcej, trudno porównać doświadczenie, ale wydaje się, że jednak ci w szpitalu mają większe. A czarodziej trochę kosztuje.

 

 

Nadchodzi lato, brzuch coraz większy i coraz cięższy. Coraz rzadziej i na coraz krótsze zwariowane tańce biorę żonę na ręce. Trochę się też obawiam, że przyjdzie sąsiadka z mieszkania pod nami, kiedy jej żyrandol spadnie.

 

Lipiec 1994. Upały. Między pierwszym a drugim tygodniem mamy termin, ale nic się wtedy nie dzieje. Dwa tygodnie później zgłaszamy się do wybranego szpitala. Żona zostaje przyjęta na oddział pań oczekujących na poród z przenoszonej ciąży, „Oddział Patologii Ciąży”. Nasza ciąża jest już przenoszona dwa tygodnie. To najwyższy czas, wiemy o tym. Odprowadzam żonę, ściskamy się, parę słów do brzucha i wracam do domu. Wracam z obawą, że jak się zacznie to nie przyjadę na czas, bo jak ją złapią silne bóle to kto mnie powiadomi? A jeśli nawet uda się powiadomić to czy zdążę na czas, przez miejskie korki?

Moja wiara w lekarza

Całkiem niedawno, bo zaledwie kilka dni temu w Göteborgu miało miejsce wielkie wydarzenie. Wielki sukces dla czterech kobiet i ich rodzin, wielki sukces dla lekarzy, wielki sukces dla całej masy ludzi borykających się z różnymi przypadłościami, czy chorobami, które krzyżują im przyszłościowe plany – możliwość zajścia w ciążę i urodzenia dziecka. To wielkie wydarzenie to pewna skomplikowana operacja, operacja przeszczepu macicy, „narządu kobiecości”, narządu, bez którego kobieta, choćby nie wiem jak piękna i kobieca, mentalnie nie czuje się kobietą w stu procentach, narządu bez którego po prostu nie można zajść w zdrową ciążę i urodzić zdrowego dziecka. Operowane były jednocześnie cztery kobiety, z których dwie były donatorami tego wspaniałego organu. Do operacji zespół lekarzy przygotowywał się przez ostatnich kilkanaście lat a każdy jej szczegół był z góry przemyślany i zaplanowany. Nie bez znaczenia było też to, że dawczyniami były ich matki, bo dzięki temu narząd ten lepiej pasował, a przede wszystkim był już wcześniej „wypróbowany”, co już raz skończyło się sukcesem. „Ojcowie” tego sukcesu liczą na kolejny już w roku 2014, bo właśnie wtedy organizmy tych pań powinny być gotowe na wydanie na świat dzieci.

Z całego serca życzę sukcesu przyszłym mamom, babciom i zespołowi, który operację przeprowadził!!!

 

Wielki szacun dla lekarzy, dla wszystkich lekarzy, którzy z poświęceniem oddają się swojemu zawodowi, żeby nie tylko ratować życie innym, ale także dbać o zdrowie zarówno fizyczne jak i emocjonalne. A z drugiej strony…

 

Jak to zwykle bywa sukces ma wielu ojców, podczas gdy porażka jest sierotą.

 

Ten blog chciałbym poświęcić opowiedzeniu mojej historii. Będę pisał o sobie, moich oczekiwaniach, nadziejach, ich braku, emocjach, wierze i jej braku. Będę też pisał o lekarzach – ginekologach, lekarzach – pediatrach, położnych, pielęgniarkach, o innych pracownikach służby zdrowia, czy pracownikach szpitala, ludziach, którzy mnie zawiedli, chociaż, choćby z racji zawodu (nie mówiąc o zwykłym byciu człowiekiem dla drugiego) nie powinni byli tego zrobić.

 

Chociaż sama historia może nie napawać optymizmem, postaram się tak ją opisać, żebyś Ty droga czytelniczko / drogi czytelniku odniosła / odniósł z tej lektury pożytek dla siebie. Jeśli jesteś w ciąży wiedz, że nie chcę Cię wystraszyć, czy przygnębić. Twoja historia będzie całkiem inna niż moja. Lepiej wiedzieć jakich błędów unikać.