2016

To był dla nas dobry rok. Dużo się zmieniło. Niektóre sprawy pozytywnie, inne trochę mniej, ale bardzo, bardzo intensywnie mi ten rok upłynął. Nie tylko mi samemu, nam wszystkim. Eyja stała się dużą i mądrą dziewczynką, ma już ponad cztery lata. Szachista… u niego też się dużo działo. Być może kiedyś przyjdzie czas, że opiszę jego niedawne przeżycia. Na razie jeszcze sam to przeżywam, no i jeszcze te rzeczy się dzieją. Ale mogę powiedzieć, że jest pozytywnie i pod tym względem.

Pozdrawiam stałych bywalców, tych wszystkich, którzy z jakiegoś powodu tu zaglądają, jak i tych przypadkowych czytelników.

20 marca – nasz dzień

Rocznica ślubu z dziećmi? Czemu nie? Nie planowaliśmy nic szczególnego na ten rok, bo jakiś taki z nierówną liczbą – ani pełna dziesiątka, ani nawet piątka. Poza tym ostatnio bardzo odczuwamy brak Szachisty w naszych progach. Jak się wyprowadził już ponad rok temu, tak do nas zagląda od wielkiego dzwonu. My jeździmy do niego częściej, ale żeby spędzić cały dzień i to jakoś atrakcyjnie, to zdarza się niezmiernie rzadko. Eyja też coraz częściej mówi, że chciałaby się z nim zobaczyć i pobawić, ale on zawsze tłumaczy się brakiem czasu i swoimi zajęciami. Wczoraj nam jednak nie odmówił i skromnie zaplanowana wycieczka wyszła lepiej, niż się spodziewaliśmy. Wszystkie atrakcje były ułożone pod córkę, ale Szachiście też pasowały, bo pod niejednym względem, to oni oboje są dzieciakami, a ja jako duży chłopiec, chętnie do nich dołączam. Żona tym razem też :)

I wszyscy zadowoleni :)

No to jesteśmy 23 lata po ślubie.

Latarkowe spacery

Spacer po ciemku – czy może być dla dziecka przyjemnością? Wcześniej z Synem tego nie próbowaliśmy. Nie wiem dlaczego. Nigdy na to nie wpadłem. Tym razem jest inaczej. Tym razem mam jakąś nieodpartą ochotę pokazywać dziecku wszystko i bardzo intensywnie, jakby szkoda mi było czasu, przecież czas, w którym czegoś razem nie przeżywamy, rzeczywiście jest stracony. Bywa na co dzień, że jestem zmęczony po pracy i nic mi się nie chce, ale jak się nie ruszę, żeby jakoś spędzić z córką czas, to potem mnie to gryzie. No i jeszcze myśl, że przecież życie jest tak kruche… Co jak nie zdążę?

Jeszcze na jesieni, kiedy dzień robił się już tak krótki, że po mojej pracy czekał nas tylko zmierzch i prędko zapadająca ciemność, postanowiłem, że się temu nie poddam, nie będę siedział z dzieckiem w domu tylko dlatego, że na dworze jest już ciemno. To jakby nie wychodzić na spacer, bo pada deszcz… Kwestia nastawienia. Jest takie szwedzkie przysłowie, które w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Nie ma złej pogody, jest tylko zły sposób ubierania się” i podobnie jest z małą ilością światła w porze jesienno – zimowej. Eyja od samego urodzenia była wywożona na drzemkowe spacery, dlaczego tego nie kontynuować? Nie siedzimy w domu narzekając, że ciemno, buro i ponuro. Po prostu bierzemy latarki i kamizelki odblaskowe i robimy piesze wycieczki.

Podczas pierwszej takiej wycieczki myślałem, że Eyję obleci strach, albo szybko się zniechęci. Ale wcale tak nie było. Wręcz przeciwnie, gotowa była wejść w każdy zakątek parku, na każdą leśną ścieżkę. To była świetna przygoda, kiedy widać było tylko to, co oświetlało światło latarki tam, gdzie oświetlenie uliczne nie docierało. Tutejsze place zabaw są trochę oświetlone, ale i tak większość uznałaby, że tego światła jest za mało, że jest na tyle ponuro, że lepiej w tym czasie posiedzieć w domu. My jednak wybieramy zjeżdżalnie gdy jest wystarczająco sucho, karuzele, koniki na sprężynach i tory przeszkód. Bardzo miło jest też po prostu na huśtawkach, Eyja siedzi na jednej, ja na drugiej, bujamy się i rozmawiamy. Najczęściej to ja opowiadam o otaczającej nas przyrodzie, zjawiskach na niebie, albo o wydarzeniach z mojego dzieciństwa. Czasami też opowiadam jej o Szachiście, jaki był, co robił, gdy był mały. I wszystko to w przyjemnej atmosferze przy świetle latarek.

Już za cztery dni równonoc, więc będzie widno. Ale jak tylko przyjdzie jesień… latarka do ręki! Tymczasem pora na wycieczkę do lasu przed świtem w celu posłuchania leśnych zwierząt. Mamy duże szanse spotkać sarny, łosie, lisy, zające, ale to, co kusi mnie najbardziej, to pohukiwanie sowy. W pobliskim lesie mieszka sowa, która prawie co rano tak głośno nawołuje, że przez otwarte okno słychać u nas w domu :) Więc jeszcze latarek nie odkładamy ;)

Szampan

Kupiliśmy z żoną Szampana. Dla dziecka. Ale prawdziwego, takiego z alkoholem. I nie dla Syna, ale dla córki. Będzie musiała poczekać do swojej osiemnastki, żeby go spróbować. To już niedługo, bo w listopadzie 2030 roku. Dla Syna też kupiliśmy wcześniej, niż trzeba było i też musiał czekać na jego spróbowanie, ale nie tak długo, jak córka. Po prostu wcześniej nie wpadłem na pomysł, że tak można. Butelka przeznaczona dla Syna musiała czekać na niego tylko cztery miesiące, a patrzenie na stojącą w gablotce butelkę było czystą przyjemnością. Kiedy powiedziałem żonie, że chciałbym już mu kupić tego szampana, zdziwiła się. Ale wyjaśniłem, że czas przecież pędzi tak szybko. Popatrzcie wstecz, czy nie wydaje Wam się, że pewne wydarzenia nastąpiły niedawno? A przecież od niektórych upłynęły dziesiątki lat. Tak samo można spojrzeć w przyszłość. Będę czuł przyjemność otwierając tę piętnastoletnią butelkę, oczywiście jeśli tego doczekam. Mam nadzieję, że tak. Potem być może przyjdzie pora na kolejne butelki dla wnuków, które będą czekać na swoje otwarcie osiemnaście lat…

Słodka sobota

Jak często jesz słodycze? A jak często częstujesz nimi dzieci?

Lördagsgodis – Co to takiego? To w Szwecji narodowy zwyczaj jedzenia słodkości wyłącznie w jeden dzień tygodnia – właśnie sobotę. Oczywiście spożywanie cukierków, czekoladek, czy innych łakoci nie jest zabronione w inne dni tygodnia, ale wszyscy, a zwłaszcza dzieci są zachęcane do ograniczania dogadzania sobie słodkościami jedynie do sobót. My też przyjęliśmy ten zwyczaj zaraz po przeprowadzce, bo uznaliśmy, że jest słuszny i sami chcieliśmy, żeby korzystał z tego nasz syn, a od niedawna też córka. A ponieważ przykład idzie z góry – od rodziców, więc my też nie jemy słodyczy w inne dni tygodnia.

Skąd się to wzięło i po co to wszystko?

Pojęcie Lördagsgodis (w wolnym tłumaczeniu Sobotnia słodycz) powstało w latach 50-tych i 60-tych. Zachęcano wtedy rodziców i prawnych opiekunów, żeby każda rodzina u siebie wprowadziła ten zwyczaj i w ten sposób objąć nim cały kraj. Jak wiadomo, przesadne spożywanie cukru, czy produktów na nim produkowanych nie jest korzystne dla zdrowia. Ale na początku nie chodziło o nadwagę, a o zdrowie zębów. No i do tej pory chodzi przede wszystkim właśnie o zęby.

Próchnica!

Na początku XX wieku próchnicę miało 99,9% szwedzkiego społeczeństwa, czyli praktycznie wszyscy – młodzi, starsi, dzieci, nawet te najmłodsze miały próchnicę na mleczakach! Trzeba było temu jakoś zaradzić, a do tego potrzeba było badań.

Ciemna strona Lördagsgodis

Do badań potrzeba było dużo ludzi, na których można by przeprowadzić eksperyment. Gunnar Dahlberg – lekarz (zajmujący się między innymi badaniem ras ludzi) odpowiedzialny za statystykę ustalił, że żeby eksperyment był statystyczne wiarygodny, trzeba było poddać eksperymentowi 1000 osób. Wcześniejsze eksperymenty o podobnej skali były przeprowadzane na więźniach, albo dzieciach w domach dziecka, ale bez powodzenia z powodu dużej rotacji podopiecznych w tych instytucjach. Trzeba było wybrać innych. Wybór padł na pacjentów Vipeholmssjukhusset – ośrodka dla „tępych umysłowo i idiotów” w ówczesnej terminologii – znajdującego się w Lund.

Eksperyment

Badacze wraz z odpowiednimi władzami ustalili jaką dietę wywołującą próchnicę mieli dostać pacjenci, żeby osiągnąć oczekiwany rezultat. Pewnej grupie pacjentów podawano duże ilości specjalnego toffi zwanego Vipeholmstoffee. Kiedy eksperyment zakończono po prawie dziesięciu latach, wszyscy pacjenci mieli wysoko zaawansowaną próchnicę.

Nikt z krewnych tych pacjentów nie został nawet poinformowany o tym eksperymencie, nikogo z rodzin nie nigdy nie spytano o zgodę.

Badanie wykazało, że większa konsumpcja słodyczy w jednym dniu tygodnia jest mniej szkodliwa niż umiarkowana ilość spożywana każdego dnia, co rozpoczęło całą kampanię.

Do dziś jednak sam sposób przeprowadzenia eksperymentu wywołuje wiele emocji w dystkusjach. Nikt nie wiej jak pacjenci przeżywali to badanie, bo żaden pacjent nigdy nie miał sposobności o tym opowiedzieć.