20 marca – nasz dzień

Rocznica ślubu z dziećmi? Czemu nie? Nie planowaliśmy nic szczególnego na ten rok, bo jakiś taki z nierówną liczbą – ani pełna dziesiątka, ani nawet piątka. Poza tym ostatnio bardzo odczuwamy brak Szachisty w naszych progach. Jak się wyprowadził już ponad rok temu, tak do nas zagląda od wielkiego dzwonu. My jeździmy do niego częściej, ale żeby spędzić cały dzień i to jakoś atrakcyjnie, to zdarza się niezmiernie rzadko. Eyja też coraz częściej mówi, że chciałaby się z nim zobaczyć i pobawić, ale on zawsze tłumaczy się brakiem czasu i swoimi zajęciami. Wczoraj nam jednak nie odmówił i skromnie zaplanowana wycieczka wyszła lepiej, niż się spodziewaliśmy. Wszystkie atrakcje były ułożone pod córkę, ale Szachiście też pasowały, bo pod niejednym względem, to oni oboje są dzieciakami, a ja jako duży chłopiec, chętnie do nich dołączam. Żona tym razem też :)

I wszyscy zadowoleni :)

No to jesteśmy 23 lata po ślubie.

Latarkowe spacery

Spacer po ciemku – czy może być dla dziecka przyjemnością? Wcześniej z Synem tego nie próbowaliśmy. Nie wiem dlaczego. Nigdy na to nie wpadłem. Tym razem jest inaczej. Tym razem mam jakąś nieodpartą ochotę pokazywać dziecku wszystko i bardzo intensywnie, jakby szkoda mi było czasu, przecież czas, w którym czegoś razem nie przeżywamy, rzeczywiście jest stracony. Bywa na co dzień, że jestem zmęczony po pracy i nic mi się nie chce, ale jak się nie ruszę, żeby jakoś spędzić z córką czas, to potem mnie to gryzie. No i jeszcze myśl, że przecież życie jest tak kruche… Co jak nie zdążę?

Jeszcze na jesieni, kiedy dzień robił się już tak krótki, że po mojej pracy czekał nas tylko zmierzch i prędko zapadająca ciemność, postanowiłem, że się temu nie poddam, nie będę siedział z dzieckiem w domu tylko dlatego, że na dworze jest już ciemno. To jakby nie wychodzić na spacer, bo pada deszcz… Kwestia nastawienia. Jest takie szwedzkie przysłowie, które w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Nie ma złej pogody, jest tylko zły sposób ubierania się” i podobnie jest z małą ilością światła w porze jesienno – zimowej. Eyja od samego urodzenia była wywożona na drzemkowe spacery, dlaczego tego nie kontynuować? Nie siedzimy w domu narzekając, że ciemno, buro i ponuro. Po prostu bierzemy latarki i kamizelki odblaskowe i robimy piesze wycieczki.

Podczas pierwszej takiej wycieczki myślałem, że Eyję obleci strach, albo szybko się zniechęci. Ale wcale tak nie było. Wręcz przeciwnie, gotowa była wejść w każdy zakątek parku, na każdą leśną ścieżkę. To była świetna przygoda, kiedy widać było tylko to, co oświetlało światło latarki tam, gdzie oświetlenie uliczne nie docierało. Tutejsze place zabaw są trochę oświetlone, ale i tak większość uznałaby, że tego światła jest za mało, że jest na tyle ponuro, że lepiej w tym czasie posiedzieć w domu. My jednak wybieramy zjeżdżalnie gdy jest wystarczająco sucho, karuzele, koniki na sprężynach i tory przeszkód. Bardzo miło jest też po prostu na huśtawkach, Eyja siedzi na jednej, ja na drugiej, bujamy się i rozmawiamy. Najczęściej to ja opowiadam o otaczającej nas przyrodzie, zjawiskach na niebie, albo o wydarzeniach z mojego dzieciństwa. Czasami też opowiadam jej o Szachiście, jaki był, co robił, gdy był mały. I wszystko to w przyjemnej atmosferze przy świetle latarek.

Już za cztery dni równonoc, więc będzie widno. Ale jak tylko przyjdzie jesień… latarka do ręki! Tymczasem pora na wycieczkę do lasu przed świtem w celu posłuchania leśnych zwierząt. Mamy duże szanse spotkać sarny, łosie, lisy, zające, ale to, co kusi mnie najbardziej, to pohukiwanie sowy. W pobliskim lesie mieszka sowa, która prawie co rano tak głośno nawołuje, że przez otwarte okno słychać u nas w domu :) Więc jeszcze latarek nie odkładamy ;)

Szampan

Kupiliśmy z żoną Szampana. Dla dziecka. Ale prawdziwego, takiego z alkoholem. I nie dla Syna, ale dla córki. Będzie musiała poczekać do swojej osiemnastki, żeby go spróbować. To już niedługo, bo w listopadzie 2030 roku. Dla Syna też kupiliśmy wcześniej, niż trzeba było i też musiał czekać na jego spróbowanie, ale nie tak długo, jak córka. Po prostu wcześniej nie wpadłem na pomysł, że tak można. Butelka przeznaczona dla Syna musiała czekać na niego tylko cztery miesiące, a patrzenie na stojącą w gablotce butelkę było czystą przyjemnością. Kiedy powiedziałem żonie, że chciałbym już mu kupić tego szampana, zdziwiła się. Ale wyjaśniłem, że czas przecież pędzi tak szybko. Popatrzcie wstecz, czy nie wydaje Wam się, że pewne wydarzenia nastąpiły niedawno? A przecież od niektórych upłynęły dziesiątki lat. Tak samo można spojrzeć w przyszłość. Będę czuł przyjemność otwierając tę piętnastoletnią butelkę, oczywiście jeśli tego doczekam. Mam nadzieję, że tak. Potem być może przyjdzie pora na kolejne butelki dla wnuków, które będą czekać na swoje otwarcie osiemnaście lat…

Słodka sobota

Jak często jesz słodycze? A jak często częstujesz nimi dzieci?

Lördagsgodis – Co to takiego? To w Szwecji narodowy zwyczaj jedzenia słodkości wyłącznie w jeden dzień tygodnia – właśnie sobotę. Oczywiście spożywanie cukierków, czekoladek, czy innych łakoci nie jest zabronione w inne dni tygodnia, ale wszyscy, a zwłaszcza dzieci są zachęcane do ograniczania dogadzania sobie słodkościami jedynie do sobót. My też przyjęliśmy ten zwyczaj zaraz po przeprowadzce, bo uznaliśmy, że jest słuszny i sami chcieliśmy, żeby korzystał z tego nasz syn, a od niedawna też córka. A ponieważ przykład idzie z góry – od rodziców, więc my też nie jemy słodyczy w inne dni tygodnia.

Skąd się to wzięło i po co to wszystko?

Pojęcie Lördagsgodis (w wolnym tłumaczeniu Sobotnia słodycz) powstało w latach 50-tych i 60-tych. Zachęcano wtedy rodziców i prawnych opiekunów, żeby każda rodzina u siebie wprowadziła ten zwyczaj i w ten sposób objąć nim cały kraj. Jak wiadomo, przesadne spożywanie cukru, czy produktów na nim produkowanych nie jest korzystne dla zdrowia. Ale na początku nie chodziło o nadwagę, a o zdrowie zębów. No i do tej pory chodzi przede wszystkim właśnie o zęby.

Próchnica!

Na początku XX wieku próchnicę miało 99,9% szwedzkiego społeczeństwa, czyli praktycznie wszyscy – młodzi, starsi, dzieci, nawet te najmłodsze miały próchnicę na mleczakach! Trzeba było temu jakoś zaradzić, a do tego potrzeba było badań.

Ciemna strona Lördagsgodis

Do badań potrzeba było dużo ludzi, na których można by przeprowadzić eksperyment. Gunnar Dahlberg – lekarz (zajmujący się między innymi badaniem ras ludzi) odpowiedzialny za statystykę ustalił, że żeby eksperyment był statystyczne wiarygodny, trzeba było poddać eksperymentowi 1000 osób. Wcześniejsze eksperymenty o podobnej skali były przeprowadzane na więźniach, albo dzieciach w domach dziecka, ale bez powodzenia z powodu dużej rotacji podopiecznych w tych instytucjach. Trzeba było wybrać innych. Wybór padł na pacjentów Vipeholmssjukhusset – ośrodka dla „tępych umysłowo i idiotów” w ówczesnej terminologii – znajdującego się w Lund.

Eksperyment

Badacze wraz z odpowiednimi władzami ustalili jaką dietę wywołującą próchnicę mieli dostać pacjenci, żeby osiągnąć oczekiwany rezultat. Pewnej grupie pacjentów podawano duże ilości specjalnego toffi zwanego Vipeholmstoffee. Kiedy eksperyment zakończono po prawie dziesięciu latach, wszyscy pacjenci mieli wysoko zaawansowaną próchnicę.

Nikt z krewnych tych pacjentów nie został nawet poinformowany o tym eksperymencie, nikogo z rodzin nie nigdy nie spytano o zgodę.

Badanie wykazało, że większa konsumpcja słodyczy w jednym dniu tygodnia jest mniej szkodliwa niż umiarkowana ilość spożywana każdego dnia, co rozpoczęło całą kampanię.

Do dziś jednak sam sposób przeprowadzenia eksperymentu wywołuje wiele emocji w dystkusjach. Nikt nie wiej jak pacjenci przeżywali to badanie, bo żaden pacjent nigdy nie miał sposobności o tym opowiedzieć.

 

 

Język – twoja tożsamość

Jakiego języka chcielibyście nauczyć swoje dzieci, gdybyście mieli taką możliwość? Pewnie rozważając to trzeba wziąć pod uwagę kilka czynników jak przydatność, skala rozpowszechnienia, łatwość. Być może też nie bez znaczenia dla niektórych będzie melodyka mowy.

Jakiś czas temu czytałem w pewnym artykule na ten temat, że wiele osób na emigracji w ogóle nie uczy swoich dzieci polskiego. Mówią, że do niczego się ich dzieciom nie przyda, bo przecież ani oni sami do Polski już nigdy nie wrócą, ani ich dzieci też nie wyjadą, żeby tam mieszkać. Ewentualne interesy można prowadzić posługując się na przykład angielskim. Szkoda więc czasu i wysiłków na polski, lepiej żeby od razu skoncentrowały się na jak najlepszej nauce tego właściwego języka, a pomóc w tym ma rezygnacja z rozmów w języku ojczystym. Sporo argumentów przeciwko nauce polskiego pojawiło się w komentarzach to tego artykułu.

Co o tym myśleć?

Opowiem Wam o kobiecie, której staliśmy się sąsiadami przeprowadzając się tu, gdzie teraz mieszkamy. Bardzo sympatyczna, mieszka tu już jakieś trzydzieści lat. Wyszła tu za mąż i urodziła małą gromadkę dzieci. Początkowo mówiła do nich po polsku, bo chociaż zdolna i szwedzki pochłaniała bardzo szybko, czuła że polska mowa, to jej naturalna mowa, a poza tym, chciała swoje dzieci nauczyć też polskiego. Coraz częściej jednak spotykała się ze sprzeciwem ze strony męża – Szweda, który pod naciskiem swojej rodziny zaczął jej dokuczać wypowiedziami typu „mów po ludzku do dzieci”. Odpuściła. I chociaż jakiś tam kontakt z polskim dzieci miały dzięki rodzinie, która regularnie odwiedzała ją i wnuki, to jednak ich znajomość języka ograniczyła się do biernego rozumienia mowy. Żadne z jej dzieci do tej pory nie potrafi nawet prostego zdania po polsku wypowiedzieć do rodziców, czy rodzeństwa swojej matki. Na szczęście polska część rodziny, chcąc utrzymywać żywy kontakt, nauczyła się trochę szwedzkiego. Komu byłoby łatwiej? Kto skorzystałby bardziej?

Warto dobrze mówić po polsku nie tylko po to, żeby od czasu do czasu móc się porozumieć z rodziną, albo będąc z wizytą w Polsce. Na Polaków można natknąć się właściwie w każdym zakątku kuli ziemskiej. Dzięki znajomości polskiego, można skorzystać z nieprzebranego bogactwa pięknej literatury napisanej właśnie po polsku i rozkoszować się czytaniem jej w oryginale, a nie przekładzie, który nigdy nie odda w całości ducha tego, co pisał autor, bo jak w innym języku przeczytać „Pana Tadeusza”, Trylogię i wiele innych dzieł?

Podobno każdy mieszkaniec Ziemi jest zdania, że jego język jest najpiękniejszy. Nawet jeśli nie każdy, to ja stanowczo należę to tych, którzy tak twierdzą. Polski język jest jednym z najpiękniejszych i najbogatszych, i jestem zdania, że wpojenie go swoim dzieciom, to podstawowy obowiązek każdego polskiego rodzica na emigracji.